Wounds so deep they never show they never go away Like moving pictures in my head for years and years they’ve played

Pokoik był niewielki, oświetlony pojedynczą lampką ustawioną na niskim stoliczku. W jej blasku można było dostrzec minimalne umeblowanie w postaci właśnie stolika oraz maty do spania. Były tu też drugie drzwi prowadzące do niewielkiej łazienki.
– To będzie twoja samotnia na okres oczyszczenia, a ja stanę się twoim opiekunem – odezwała się Mikko.
Miała ładny głos, choć słychać w nim było pewną melancholię.
– Co mam robić? – zapytała Vivian.
– To medytacja. Masz nad sobą pomyśleć i pozwolić sobie zrozumieć swoją sytuację. Odreagować bez użycia mięśni i siły fizycznej, jeśli to konieczne, popłakać albo zedrzeć gardło. Twoja dusza sama ci podpowie, co robić. Dzięki temu nauczysz się zachowywać spokój. To dla nas, Cieni, bardzo ważne. Od tego może zależeć twoje życie w czasie walki. Tu masz ubranie na zmianę – podała brązowowłosej naręcze, które niosła do tej pory. – Za drzwiami jest łazienka. To istotne, abyś oczyszczała także swoje ciało. To odświeża umysł.
– Kiedy oczyszczenie się zakończy?
– Sama będziesz to wiedziała. Na stoliku postawię ci kadzidło. Wypali się w ciągu doby. Wtedy przyniosę nowe, czyste ubranie i posiłek dla ciebie. Na pewno nie chcesz najpierw odpocząć?
– To nie jest konieczne.
– Dobrze. Zabiorę twoje rzeczy. Zostaną naprawione i wyprane.
– Niczego więcej nie mam.
– Nie martw się o to. Liga zapewnia Cieniom wszystko, co jest im potrzebne. Wykąp się, poczekam. Nie musisz się śpieszyć.
Vivian skinęła głową, zabrała czyste ubranie i weszła do niewielkiej łazieneczki. Ściągnęła brudne rzeczy, odkręciła wodę i weszła pod jej strumień. Odprężyła się odrobinę, zmywając z siebie brud ostatniego tygodnia. Ranione w walce ramię już się zagoiło, choć zostanie blizna. Niepierwsza i nieostatnia w jej życiu.
Parę minut później wróciła do pokoju. Mikko siedziała przy stoliku z podwiniętymi pod siebie nogami. Spojrzała na Vivian i uśmiechnęła się łagodnie.
– Nie jest zbyt luźne? – zapytała.
– Nie.
– To dobrze. Nie powinno cię rozpraszać.
Brązowowłosa miała na sobie luźne spodnie i koszulę z miękkiego materiału – wszystko w tonacjach ciemnego granatu. Odrobinę marzła w bose stopy, ale musiała odpocząć od butów, których nie ściągała od ucieczki.
– Zabiorę twoje rzeczy i się nimi zajmę.
– Sztylet też?
– Nie. Sai możesz zostawić, jeśli to dodaje ci pewności siebie. Nie śpiesz się z oczyszczeniem. To musi potrwać, abyś mogła ruszyć dalej.
Zapaliła kadzidło, zabrała ubranie Vivian i wyszła. Po pokoju rozniósł się ostry zapach przypraw korzennych i cynamonu. Brązowowłosa odłożyła broń na stolik, usiadła pod ścianą i przymknęła oczy. Dopiero teraz pozwoliła sobie na łzy i dopuściła do siebie wspomnienia ostatnich dni. Cały czas powracał do niej obraz ich rozpaczy, słyszała wrzaski Allena, który chciał ją ratować. Nie miał pojęcia, że byłaby to najgorsza decyzja w jego życiu. Była potworem, który miał przynieść światu zniszczenie. Bała się całego życia, przez cały czas. Wielu rzeczy nie rozumiała, nie chciała. Jeszcze do niedawna chodziła z głową w chmurach i głupim uśmiechem zakochanego człowieka na twarzy. Co się zmieniło w ciągu paru chwil?

(Vivian)
Może od początku byłam skazana na ten los? Jestem odmieńcem, który nie należy ani do egzorcystów ani do Noah. Zawsze odstawałam, nawet na ulicy, a tam można było spotkać praktycznie wszystko. Byłam częścią wielu band, ale często tylko formalnie. Oni trzymali się ode mnie z daleka, a ja ich na dystans. Byłam inna i miałam inne ideały, cel do osiągnięcia: nie przeżyć kolejny dzień, ale odnaleźć odebrane szczęście. Wiem, że Mana nie chciał mnie zostawić, teraz to rozumiem. To go jednak nie uchroniło przed zemstą Kreatora. Gdybym była z nimi, jaki los by mnie czekał?

„Szłam ciemną ulicą. W ręku trzymałam ukradziony sznur. Był szorstki w dotyku i ciężki. Chciałam jednak zrobić to w miejscu, gdzie nikt mnie nie znajdzie przez najbliższe kilka dni. Mana i tak przepadł. Już go nie ma.
Na akumę zareagowałam automatycznie. Nie wiedziałam tylko, że ktoś mnie widział. Ktoś, kto nigdy nie powinien mnie zobaczyć. Nie zauważyłam wcześniej i znowu zaczęłam targać sznur.
– Poczekaj – usłyszałam.
Odwróciłam się gwałtownie. Wysoki, z burzą szarych, niesfornych włosów, z okularami na nosie. Z plecaka wystawały zwinięte papiery, spod opończy skrawki obszarpanego płaszcza. Czy wiedział, że patrzy na człowieka, który przegrał swoje życie zanim je zaczął?
– Czego chcesz? – warknęłam. – Nie mam czasu.
– Czy ten sznur ma coś wspólnego z miejscem, do którego się tak śpieszysz?
– Nie twoja sprawa.
– Chodź ze mną. To nie zajmie dużo czasu.
Co mi szkodziło? Jedna rana więcej czy mniej? Jakie to ma znaczenie? Przecież za kilka godzin i tak mnie już nie będzie. Usłyszał też mój żołądek.
– Jesteś głodna.
– Nie mam pieniędzy.
– Nie martw się o to.
Zrozumiałam. Poszłam za nim do niewielkiego hoteliku przy centrum. Przez chwilę rozmawiał z dziewczyną z recepcji, po czym wskazał mi, żebym poszła za nim na górę, do pokoju.
– Usiądź. Zaraz przyniosą nam kolację.
Na widok jedzenia skręciło mnie w żołądku. Który to dzień już nie jem? Nie wiem, pogubiłam się w rachubie. Byłam pewna, że każe mi patrzeć, jak je, a potem będę musiała zadowolić się okruszkami.
– Jedz – powiedział.
Obserwował mnie, gdy wrzucałam w siebie jedzenie, jakby miał mi je zaraz zabrać. Zakrztusiłam się, klepnął mnie po plecach tam, gdzie je miałam. Czy poczuł je pod tą szmatą, którą miałam na sobie?
– Spokojnie. Mamy czas. Nie musisz się spieszyć. Właściwie nawet nie zapytałem cię o imię.
– To nie ma znaczenia.
– Dla mnie ma.
– Vivian.
– Jestem Froi Tiedoll. Nie śpiesz się, bo znowu się zakrztusisz.
Posłuchałam go. W końcu odłożyłam sztućce. Nadal mnie obserwował. Już mnie to nie ruszało. Rozpięłam koszulę, ale przed kolejnym ruchem zostałam powstrzymana.
– Co ty robisz?
– A po co miałam tu niby przyjść?
– Widziałem, jak pokonałaś akumę. Od dawna nie było użytkownika innocence, który walczyłby świadomie zanim go odnaleźliśmy.
– Jesteś egzorcystą – domyśliłam się.
– Generałem z Czarnego Zakonu. Chciałbym, żebyś ze mną pojechała.
– Nie chcę.
– Vivian, akumy nie dadzą ci spokoju.
– Umiem sobie z nimi radzić.
– A ten sznur? Dlaczego dwunastoletnia dziewczynka chce się zabić?
Spuściłam spojrzenie. Czy mogłam mu zaufać? Tak niewiele o nich wiedziałam, ale coś ostrzegało mnie przed nimi. Mana prosił, abym nigdy się w to nie mieszała. Co innego zabijanie akum, które mi zagrażają, a co innego opowiedzenie się po jednej ze stron. Miałam tego nie robić.
– Vivian, daj sobie pomóc. Życie egzorcysty jest trudne, ale nie aż tak jak to, które teraz prowadzisz.
– To nie jest życie, to egzystencja.
– Nie chcesz już żyć?
– Wierzysz, że można odzyskać skarb, który utraciło się dawno temu?
– Tak, jeśli tylko bardzo chcemy.
– Ten świat upadnie. Jest zepsuty nawet bez akum.
– Wiem, ale są też ludzie i sprawy, o które warto walczyć.”

Od tego wszystko się zaczęło. Te kilka dni z Tiedollem i Daisyą uratowały mi życie i pozwoliły, abym znów uwierzyła w ludzi. Byli dla mnie dobrzy. Nie wypytywali o sprawy, o których mówić nie chciałam. Nie trzymali mnie na siłę, mogłam w każdej chwili odejść. Siedzenie z nimi w milczeniu uleczyło kilka ran. Nie zdecydowałam się jednak na pójście z nimi, chciałam nadal szukać Many. Może będąc w Zakonie, miałabym ułatwione zadanie, Tiedoll wyglądał na człowieka, który by zrozumiał i mi pomógł, ale chyba bałam się reakcji Many. Nie chciał, abym mieszała się w tę wojnę. No i Allen. Mógłby stracić nas oboje. To zrodziłoby konflikt.
Trudno było przekonać Tiedolla, aby pozwolił mi ruszyć w dalszą drogę samotnie. Złożyłam obietnicę, że dołączę do egzorcystów, gdy załatwię swoje sprawy, wzięłam od niego wskazówki, jak odnaleźć drogę do Zakonu, ale najważniejszy był Mana. Gdybym go odnalazła, Tiedoll nigdy by mnie już nie zobaczył. Mana na pewno nie pozwoliłby mi zostać egzorcystą, a ja bym go posłuchała. Nie chciałabym być znów z nim rozdzielona.

„- Vivian, to ty? – usłyszałam czyjś głos.
Odwróciłam się. Przede mną stał Froi Tiedoll we własnej osobie. Niewiele się zmienił przez te siedem lat, prawie w ogóle. Patrzyłam na niego w osłupieniu. Obok Aleksiej wychylał kolejny kieliszek, a jego dłoń spacerowała po moim udzie. Uderzyłam w nią, żeby się wycofał. Nie wiedziałam, jakim cudem Tiedoll poznał mnie po tylu latach. Zmieniłam się, dorosłam.
– Vi, kto to jest? – zapytał Aleksiej.
– Nie twoja sprawa, a ty nie powinieneś tu przychodzić. To nie jest miejsce dla kogoś takiego jak ty.
Nic sobie nie robił z ostrzeżenia. Wiedziałam, że mój towarzysz po alkoholu jest bardziej awanturniczy niż zwykle, więc nie mam czasu na myślenie. Wyciągnęłam ostatnie grosze i położyłam na barze.
– Powinno starczyć na jeszcze jedną kolejkę. Dziś już mnie nie ma – powiedziałam do barmana.
– Nie miał przyjść ten twój?
– Nie ma mnie – powtórzyłam. – Chodź.
Zabrałam stamtąd Tiedolla. To nie było bezpieczne miejsce. Nie dla niego, bo ja nie miałam już nic do stracenia prócz życia.
– Lepiej chodźmy do hotelu, w którym mieszkasz – powiedziałam.
Było mi głupio. Stara obietnica przypomniała o sobie w najmniej oczekiwanym momencie. Miałam za sobą złamane życie, błędy, których nie da się już naprawić, blizny, których nic nie zagoi.
Hotel był zbyt porządny jak na mnie. Nie pasowałam tu w tym stanie. Dobrze, że było już późno i nikt nie kręci się po korytarzach. Tiedoll wpuścił mnie do pokoju, usiadłam w fotelu i starałam się nie wyglądać na winną.
– Znalazłaś to, czego szukałaś? – zapytał.
– Nie. Chyba się nie staram.
– Pamiętasz, co mi obiecałaś?
– Pamiętam. Wiem, znowu znalazłeś mnie w tym bagnie. Nie rozumiem tylko, dlaczego czujesz się za mnie odpowiedzialny.
– Bo nadal widzę tamtą dziewczynkę, która chciała się powiesić..
– Droga jest ta sama?
– Tak. Nie chcesz jechać ze mną?
– Wolę dotrzeć tam samodzielnie. Zaufasz mi raz jeszcze?”

Potrzebowałam zaufania i akceptacji niewymagających ode mnie tego samego. To jednak też miała być tylko wymówka. Wiedziałam, że inaczej nie da mi spokoju. Na decyzję o dołączeniu do Zakonu wpłynęło starcie z Tyki Mikkiem. To Noah bałam się bardziej. To oni zabili mi matkę, a teraz mnie ścigali. Mikk pokonał mnie z łatwością, bo wtedy jeszcze nie rozumiałam ich mocy. Tamtej nocy moje serce drżało i chciało uciekać. Mógł mnie zabić zwłaszcza, gdy wykrzyczałam mu prosto w twarz, że jestem egzorcystą. Dał mi czas do namysłu, wypowiedział głośno moje obawy, że w Zakonie będę żyła w strachu. Jednak wśród egzorcystów mogłam ukryć się na jakiś czas, rozwinąć się i zyskać więcej mocy, by móc ich pokonać i pomścić mamę. Nie przypuszczałam jednak, że to wszystko będzie takie trudne. Allen i informacja o śmierci Many, życie w ciągłym strachu i podejrzenia, w końcu wyjście prawdy na jaw. Wtedy nie mogłam już uciec. Wybrałam Zakon, choć nienawidzili mnie, krzywdzili, gnębili. Byli jednak ludzie, którzy wyciągnęli do mnie rękę. Zbyt późno to zrozumiałam. Nie potrafiłam ufać, pokazać zaufania, bałam się. Wieczny strach o wszystko. Nawet gdy byłam pyskata, jednocześnie wszystko wokół mnie przerażało.

(narrator)
Mikko weszła cicho do samotni Vivian. Kadzidło już się wypaliło, jego zapach ulotnił się, więc czas na parę minut przerwy i zmianę. Spojrzała na brązowowłosą, która powoli wracała do rzeczywistości. Było widać, że płakała. Wiele Cieni miało ciężkie życie przed Ligą, ale na twarzy tej dziewczyny widoczne było prawdziwe cierpienie, zbyt wielkie dla tak młodej osoby. To brzmię Anioła Lucyfera?
– Mikko – zauważyła blondynkę. – Minęła już doba?
– Tak. Lepiej?
– Nie wiem. Próbuję to wszystko poukładać, ale wciąż brakuje kilku elementów.
– Spokojnie. Nie musisz się śpieszyć. Przyniosłam ci obiad i ubranie na zmianę. To jest przesiąknięte kadzidłem.
– Każdą dobę zaczynamy od zera? – uśmiechnęła się lekko.
– Tak.
– Posiedzisz ze mną?
– Taki jest mój obowiązek jako twojego opiekuna.
Na widok jedzenia odezwał się żołądek Vivian. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest głodna, mogłaby zjeść konia z kopytami. Mimo to ryż z warzywami nasycił ją.
Nie odzywały się. Mikko nie chciała rozpraszać Vivian, która nadal myślami była gdzieś poza pomieszczeniem. Poczekała aż brązowowłosa weźmie prysznic i przebierze się. Wtedy też zapaliła kadzidło i wyszła.
Vivian zatrzymała się gwałtownie w pół ruchu.
– Ten zapach… – szepnęła. – Morze w deszczowy dzień.
Z jej gardła wydobył się rozpaczliwy wrzask. Wszystko wróciło. Blizna została rozdarta i wspomnienia o śmierci Squalo dopadły ją ze zwielokrotnioną siłą. Chciała się przed nimi bronić, ale wiedziała, że nie może. Musi pozwolić im odejść, ma się z nich oczyścić, pogodzić się z tym, co się stało.

„Ponad chmurami zachodziło słońce, czerwone błyski przebijały się przez szarą pokrywę. Czułam, że nie jestem sama. Nie myliłam się. Zza fontanny wyszedł białowłosy mężczyzna, który przedtem mnie obserwował. Mimo ciemności rozświetlonych tylko światłem latarni mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Był odrobinę wyższy ode mnie, dobrze zbudowany, choć szczupły, białe włosy sięgały mu do bioder, a grzywka zachodziła lekko na oczy, co wcale nie przeszkadzało, a dodawało mu pewnego uroku. Szare oczy obserwowały mnie z uwagą i lekko kpiną, uśmiechał się cwaniacko.
– To ty – stwierdziłam.
– Voi! Rozpoznałaś mnie!
– Nie musisz krzyczeć. To oczywiste, skoro obserwowałeś mnie i moich towarzyszy przed dwa dni. Radzę ci stąd odejść. Może być niebezpiecznie.
Roześmiał się paskudnie.
– Wiesz, do kogo mówisz?! Vooi! Jestem najlepszym szermierzem we Włoszech i zapewne na świecie! Squalo Superbi!”

(Vivian)
Już wtedy coś do niego poczułam. Jakąś miętę. Pomiędzy nami była chemia, która mogła doprowadzić do czegoś wielkiego. Wkurzał mnie, fakt. Nigdy nie przepuścił okazji, żeby mi dopiec, a ja nie byłam mu dłużna. Każda taka „walka” wprawiała mnie w euforię, chciałam, żeby to trwało. Chyba po to go prowokowałam.
Jego oczy były tym, czego chciałam najbardziej. Czarowały mnie każdego dnia. Gdy był tak blisko, mogłam patrzeć w nie godzinami. To w nich się zakochałam. Były piękne i pokazywały jego prawdziwą naturę.

„Uśmiechnęłam się lekko, patrząc mu w oczy. Dopiero teraz zorientował się, że jestem tak blisko i nie bardzo mu się to podobało, sądząc po jego minie. Ta władza uderzała mi powoli do głowy, rzadko zdarzał się facet, nad którym miałabym taką przewagę.
Pocałowałam go, zabierając sztylet z jego gardła. Usta miał przyjemnie chłodne i gładkie. Tylko przez chwilę był bierny, ale pozwolił mi rządzić. Wszystko trwało tylko parę sekund, ale poczułam, że pomiędzy nami przeskoczyła jakaś iskra. Spojrzałam na niego i zapytałam cicho:
– Podobało się? – w jego oczach widziałam zadowolenie, choć minę miał obojętną. – To dobrze to zapamiętaj, bo więcej nie będzie.
Puściłam go i odwróciłam się do pozostałych. Byli mocno zszokowani moim postępkiem.
– Wygrałam, Kiri – zwróciłam się do egzorcystki.
– Vooi! To był zakład?! – usłyszałam wściekły wrzask za plecami.
Wiedziałam, że się wkurzy. Od zawsze podchodził do takich rzeczy nerwowo. Jego problem.
– A ty co myślałeś? – zapytałam chłodno, spoglądając na niego. – No chyba nie sądzisz, że mi się podobasz?
– Vooi! Zabiję cię!”

„- Jesteś silna. Inaczej tamten świat zniszczyłby cię całkowicie.
Zaskoczył mnie takimi słowami. Nie spodziewałam się ich w ustach Squalo, nie sądziłam, że stać go na coś takiego.
– I bez tego jestem wrakiem – odparłam.
– Zbyt surowo się oceniasz. Ktoś ci powinien to udowodnić.
– Może ty to zrobisz? – zakpiłam, gdy wchodziliśmy do budynku.
– Mam ci dać pomyśleć, że wygrałaś zakład? Nic z tego. Znajdź innego frajera.
– Ty się do tego najlepiej nadajesz – stwierdziłam złośliwie.
– Vooi! To akt kapitulacji?!
– Ani mi się śni, rybko złota.
Ruszyłam biegiem do stołówki ścigana jego wrzaskami. Naprawdę myśli, że pozwolę mu wygrać? Ani mi się śni w nim zakochiwać.
– Jerry! – krzyknęłam w drzwiach. – Masz przepis na jakieś danie z rekina?!
– Voooii!! Ja ci zaraz dam danie! – wrzasnął białowłosy, wpadając do środka.
Gonił za mną po całej stołówce, wykrzykując groźby pod moim adresem. Nie zważaliśmy na ostrzeżenia pozostałych, śmiałam się jak głupia do sera. Nie byli w stanie mnie powstrzymać. Uwielbiałam drażnić Squalo, było z nim dużo więcej zabawy niż z Kandą, którego albo nie można było sprowokować albo nie dał się wodzić za nos. Z białowłosym było inaczej – zbyt impulsywny chciał mnie po prostu dorwać i poszatkować jak kapustę. Nic innego się nie liczyło.
Prawie zapędził mnie w kozi róg, gdy aktywowałam innocence i wzbiłam się w powietrze poza zasięg jego miecza. Ulokowałam się wygodnie na parapecie okna 10 metrów nad podłogą i uśmiechałam się słodko do wściekającego się białowłosego.
– Złaź tu natychmiast! – zażądał.
– Nie.
– Złaź!
– Nie, bo chcesz mnie poszatkować – zaczęłam machać nogami jakby nie groziła mi śmierć z jego ręki.
– Złaź, tchórzu!
– Nie.
– Moglibyście już przestań – powiedział Jerry.
– Nie chcę być pokarmem dla rybek – odparłam.
– Voooii!! Złaź stamtąd natychmiast!
– Nie jestem samobójcą, Squalo.
Mogłam siedzieć na górze do końca świata, a on nie jest w stanie tu wejść. Zwykle się nie wycofywałam, ale byłam głodna, więc słabsza. W tym stanie Squalo mógł mnie pociąć przypadkiem, jeśli nie będę uważać.
– Złaź. Nie poszatkuję cię. Odkładam miecz.
Ostrze wylądowało w pochwie. Odczekałam chwilę i dopiero wtedy zeszłam. Nie minęła minuta, gdy rzucił się w moją stronę, gonitwa rozpoczęła się na nowo i pewnie trwałaby w nieskończoność, gdybym nie wykręciła nogi po przeskoczeniu jednego ze stołów. Dopadł mnie w tym momencie i chwycił za szyję.
– Miałeś tego nie robić – sprzeciwiłam się póki jeszcze mogłam.
– Mówiłem o mieczu – uśmiechnął się perfidnie.”

Uwielbiałam go drażnić. Te nasze gierki sprawiały, że życie stawało się na moment ciekawsze. Początkowo nie znosił, gdy mówiłam na niego „rybka”. Wściekał się, wrzeszczał, co jeszcze bardziej mnie prowokowało. Taki po prostu był: żywiołowy, narwany, typowy furiat. Z daleka było go słychać. Z czasem te nasze zagrywki stały się ważną częścią naszego życia. Tylko w ten sposób mogliśmy być blisko przy innych, nie zdradzając się z uczuciem.
To było jednocześnie zwycięstwo i porażka. Kiedyś obiecałam sobie, że już nigdy się nie zakocham, bo faceci widzą we mnie tylko obiekt seksualny. Squalo też tak traktowałam, chociaż nie dawał mi tego typu sygnałów. Zakład miał upokorzyć jedną ze stron, ale zamienił nienawiść w miłość. Może po prostu musiałam ukierunkować uczucia z uwagą na kogoś. Nie wiem. Bałam się tego, wszystko mogło się nie udać, mógł mnie znowu skrzywdzić, konsekwencje mogły być różne. Było ze mną coraz gorzej, a Squalo też nie należał do ludzi potulnych. Niby małe spięcie mogło doprowadzić do wielkiej burzy i poważnych kłopotów. Nikt nam nigdy nie mówił, że związki i romanse pomiędzy egzorcystami są zakazane. Chyba po prostu nie było na to czasu albo większość z nas była zbyt młoda, żeby myśleć o takich sprawach. Mimo to obawiałam się, że Komui się wkurzy i skończy się na przeniesieniu jednego z nas do innego oddziału. Tak się nie stało, ale przez większość czasu pozostawaliśmy w ukryciu. Też przez zakład.
To pokazało inną stronę Squalo. Potrafił zachowywać się cicho, rozumiał moje obawy i do niczego mnie nie zmuszał. Był ciepły, troskliwy i dobry. Przy nim czułam się lepiej. Odbierał ode mnie całe zło i wszystkie złe myśli, zapominałam, że jestem coraz bardziej szalona i bliższa stania się prawdziwym Noah Zemsty. Łagodził moje wybuchy i humorki, choć czasem nie wytrzymywał. Trzaskał drzwiami i wracał do siebie, żeby się uspokoić. Raniłam go tym, potem przychodziły wyrzuty sumienia i starałam się mu to wynagrodzić. Czasem się udawało, a czasem musiałam się bardziej postarać. Wybaczał mi to, ale pamiętał. W jego oczach długo gościł smutek. Takie chwile były najgorsze i wiedziałam, że jestem za to odpowiedzialna. Nigdy jednak ze mnie nie zrezygnował. Powstrzymywał mnie, gdy próbowałam robić głupoty. To mnie też złościło, nie lubiłam, kiedy ktoś uniemożliwiał mi dotarcie do celu, nieważne, czy było to dla mnie niebezpieczne czy nie. Postępowałam głupio, złościłam się na niego, ale mi wybaczał i starał się, żebym o tym zapomniała.

„Uważał, żebym się nie przewróciła. Wygłupiał się, nie zważając na to, że jestem na niego zła. Durna rybka, która myśli, że wszystko pójdzie mu płazem.
Zatrzymaliśmy się i odsłonił mi oczy. Byliśmy na małej polance, na której rozłożył koc i kolację.
– Mam nadzieję, że jesteś głodna.
– Jest pora kolacji.
Usiadłam. Otworzył wino i rozlał je do kieliszków. Przyjrzałam się etykiecie. Gdzieś już widziałam tę butelkę. Upiłam łyk. Było doskonałe i pewnie cholernie drogie.
– Squalo, czy to nie jest wino, które Jerry miał dla generałów? – zapytałam.
– A jeśli nawet? – wyszczerzył zęby.
– Jerry nas zabije.
– Nie musi się dowiedzieć.
– Wariat.
– Nie smakuje ci? Jest podobne do tego, które piliśmy w Salzburgu.
Uśmiechnął się w specyficzny sposób. Wiedziałam już, co mu chodzi po głowie. Jest niepoprawny. Najpierw należą mi się przeprosiny za wczoraj.
Zajęłam się jedzeniem, ale nie na długo pozwolił mi nadal się na niego boczyć. W pocałunku przekazał mi, jak bardzo tęskni, choć przecież jestem obok. Długo nie mogłam być obojętna i w końcu mu uległam. Całowaliśmy się w promieniach zachodzącego słońca.
– Nie jest na to za zimno? – zapytałam pomiędzy pocałunkami.
– Ogrzeję cię – odparł.
Ułożył mnie na kocu, ustami pieszcząc moją szyję. Skupił uwagę na tych najbardziej wrażliwych punktach, więc nie mogłam mu się oprzeć. Całkiem mnie rozbroił.
– Nadal jesteś na mnie zła? – zapytał.
– Jesteś podły. Mam się teraz na ciebie gniewać? – odparłam na wydechu.
– Po prostu o ciebie dbam.
– Nic więcej nie mów.
– Jeszcze tylko jedno: tęskniłem.
Zaczęłam się śmiać i przejęłam inicjatywę. Zapomnieliśmy całkowicie o głodzie i winie dla generałów. Ważna była ta chwila. Kochaliśmy się mimo nadchodzącego chłodu jesieni, nic więcej się nie liczyło. Ubrania leżały gdzieś obok, nasiąkały rosą i zimnem. Za to nasze ciała były rozgrzane, próbując stopić się w jedno.
– Kocham cię – szepnęłam mu do ucha tuż przed szczytem.
– Ja ciebie też, Vivian.”

2 thoughts on “Wounds so deep they never show they never go away Like moving pictures in my head for years and years they’ve played

  1. yuukikurama pisze:

    Smutnawy rozdział, ale dobrze, że Vivian w końcu odreagowuje. Czas w końcu wziąć się w garści i skopać tyłki Noah, czyż nie? (Gdy pisałam ten komentarz za pierwszym razem, użyłam bardziej poetycki słów i troszkę się nad tym rozpisałam, niestety wszystko skasowało…)
    Ta cała Mikko wydaje się miła, na razie ją lubię zobaczymy co będzie później. Rany, to dopiero drugi rozdział, a już się nad tym rozpływam, strach pomyśleć co będzie dalej^^’
    Życzę wszystkim udanego drugiego miesiąca wakacji i czekam z niecierpliwością na rozdział. Bye!

  2. Elena pisze:

    Przeczytałam wszystko co było (fakt, dwa rozdziały plus prolog, ale jednak🙂 ) jednym tchem, a gdy byłam już przy końcu, zaczęło się takie dziwne, może nawet powinnam powiedzieć nieznośne czy smutne uczucie, że przecież zaraz to się skończy i trzeba będzie czekać do następnego. Długo…
    WIĘC DAWAJ NAM TU NASTĘPNY🙂
    Co ja teraz będę robić ze swoim życiem? Będę chodzić na „głodzie” i zastanawiać się, dlaczego tak, a nie inaczej i przede wszystkim „Co dalej?”
    Pozdrawiam i jak już mówiłam, z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s