Patrzyłeś, jak wolno staczam się i spadam w otchłań bezdenną Widziałeś, jak mieszam z winem krew, by obłaskawić codzienność

(Vivian)
Gdy ocknęłam się ze wspomnień, Mikko już tu była. Z pewnością słyszała moje wrzaski, ale nic nie powiedziała. Zabrałam się za jedzenie, dziś nie rozmawiałyśmy. Wystarczała sama obecność blondynki, żeby przypomnieć sobie, że świat poza samotnią nadal istnieje. To dawało poczucie rzeczywistości i jakiegoś sensu.
Pod prysznicem zaczęłam analizować zmiany, które we mnie zaszły. Widziałam je. Byłam spokojniejsza, do tego, co było, podchodziłam z pewnym dystansem, ale też ze zrozumieniem. Wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałam, lecz nie śpieszyłam się z poszukiwaniem odpowiedzi. Najpierw trzeba zamknąć przeszłość.
Wróciłam do pokoju. Mikko zapaliła kadzidło, zabrała ubranie, które nadal pachniało morzem i wyszła. Wciągnęłam w płuca powietrze. Ten zapach też był znajomy. Tylko jedna osoba tak pachniała. Kanda.

„Odskoczyłam przed ciosem. Przede mną stał młody Japończyk z kataną w dłoni. Mierzył mnie groźnym spojrzeniem.
– Lepiej schowaj ten nożyk, bo się skaleczysz – rzuciłam.
– Jesteś pyskata. Nawet jak na akumę.
– Nie jestem akumą.
– Uwierzę, jak zobaczę twoje wnętrzności.
– Ładnie mnie witacie.
W międzyczasie zasypywaliśmy się ciosami. Nie przeczę, był mocny i bardzo chciał mnie zabić. Nie wiedziałam tylko dlaczego. Ale to ja mogłam zrobić mu wielką krzywdę. Tego byłam pewna. Robiłam to nieraz.”

Od początku pomiędzy nami była jakaś chemia. Chyba nawet intensywniejsza niż w przypadku Squalo. Początkowo była to czysta nienawiść i niechęć. Intuicyjnie wyczuwaliśmy, że z tym drugim jest coś nie tak. Oboje mieliśmy sekrety przed innymi, których nie chcieliśmy zdradzać. Może to nas tak do siebie zbliżyło, bo choć doświadczenia mieliśmy inne, to uczucia wobec tego były takie same. Dopiero teraz to rozumiem. To on był tym, który wyciągał do mnie rękę, choć najbardziej upierdliwie jak się dało, a ja ją przyjmowałam mimo wszystko. Jemu zdradzałam sekrety, jemu pierwszemu zaufałam.

„Poczułam rękę akumy na złamanym skrzydle. Krzyknęłam z bólu. Wtedy pojawił się on. Zniszczył akumę i pochylił się nade mną.
– Tu jesteś, Noah – powiedział.
– Zabij mnie albo tu zostaw.
– Tak bardzo chcesz zginąć?
– A ty nie pragniesz mojej śmierci? Mam dość walki. Nikogo nie obchodzę.
– Gdybyś nikogo nie obchodziła, nie szukalibyśmy cię po całej okolicy. Dość tych głupot. Jest zimno. Wracamy.
– Po prostu mnie tu zostaw. Nie mów im, że mnie widziałeś. Odwróć się i idź.
– Przestań – jego był niczym lód.
– Zostaw mnie.
– Dobrze wiesz, że mi nie wolno. Miałem cię znaleźć i przyprowadzić z powrotem do Kwatery Głównej. Nie wolno ci się poddać. Rozumiesz?
– Niby dlaczego? To nie ma sensu. Jestem dla was zbyt niebezpieczna. Sam się o tym przekonałeś. Chciałam cię zabić.
– Gdybyś chciała mnie zabić, to nawet Kiełek by cię nie powstrzymał. W Zakonie wszyscy wiedzą, że bałaś się kogoś skrzywdzić.
– Zostaw mnie.
– Przestań się powtarzać. Długo tu tak nie wytrzymasz. Jesteś zmarznięta i ranna.
– Kanda, przestań.
Drżałam z zimna, ale wciąż oponowałam. Nie rozumiałam, dlaczego tak nagle się uparł, żeby mnie ratować. Przecież wystarczyło się odwrócić i odejść, zostawiając mnie na śmierć. Co go przed tym powstrzymało? Bezwzględny rozkaz Komuiego? Oskarżenie, że to jego wina? Wyrzuty sumienia? Jeszcze większy mętlik miałam po jego kolejnych słowach:
– Nie mógłbym im później spojrzeć w oczy. Nie utrudniaj, Noah.
Pomógł mi usiąść. Nie skarżąc się na dotkliwe zimno, ściągnął płaszcz i zarzucił mi go na ramiona. Nie czułam mroźnego powietrza. Skrzywiłam się lekko, czując ból złamanego skrzydła, więc dezaktywowałam je. Otuliłam się w płaszcz Kandy. Był ciepły, pachniał nim. Dziwnie mnie to uspokajało. Japończyk zawiadomił resztę o moim odnalezieniu. Śnieg przestał padać, noc zaczęła być spokojna. Chłopak wziął mnie na ręce i skierował się prosto do Kwatery Głównej.”

Jako jedyny rozumiał mnie w pełni, choć zwykle zachowywał się jak zwykły sukinsyn. Był wredny i nic tego nie zmieni. Potrafił jednak postawić mnie na nogi w niemal każdej sytuacji, czasem jego metody były okrutne i źle dobrane, ale działały. Zwykle małomówny umiał ze mną rozmawiać. Wyciągał ze mnie różne sprawy, które mnie dręczyły. Wiedział, że unikanie problemu do niczego nie prowadzi. Walczył o mnie ze mną samą nawet, gdy ja już się poddałam. Potrafił mnie pocieszyć, chociaż czasami jego metody były dziwne.

„- Wiedziałeś?
– O czym?
– Że się przemieniam.
– Wszyscy wiedzą – odpowiedział, jakby to było oczywiste. – Ty też zawsze wiedziałaś, więc nie wiem, po co robisz z siebie wielce nieszczęśliwą.
– Ale…
– Zawsze to wiedziałaś. Wszyscy wiedzieliśmy, widzieliśmy, widzimy i będziemy widzieć. Nic nowego, więc przestań.
– Więc czemu nie reagujecie?
Wzruszył ramionami. Słowa Kandy wzbudziły we mnie dodatkowe wątpliwości tym razem dotyczące tylko mojej psychiki. Czy rzeczywiście od początku wiedziałam o przemianie? Oszukiwałam się? Po co? Żeby poczuć się lepiej? Żeby potem czuć rozgoryczenie i większe rozczarowanie?
– Zawsze wydawało mi się, że to przyjdzie nagle, niespodziewanie i intensywniej – odezwałam się po chwili ciszy.
– Nie zapominaj, że jesteś inna.
– Co masz na myśli?
– A ilu znasz Noah zsynchronizowanych z innocence?
– Żadnego. Dlaczego więc moja synchronizacja nie spada?
Nie odpowiedział. Westchnęłam, czując, że to pytanie było głupie.
– No tak, bo jestem inna – powiedziałam cicho. – Nie ma krótszej drogi do tego miejsca?
– Nie pokażę ci jej.
– Więc po co mnie tu przyprowadziłeś?
– Na pewno nie po to, żebyś zadawała głupie pytania.
– Przepraszam – szepnęłam, odwracając wzrok.
Kanda wcale mi nie pomagał w tej plątaninie myśli. Nie sądzę, że potrafi odpowiedzieć na wszystkie dręczące mnie pytania, nawet, jeśli wie więcej o mnie samej niż ja. Mimo to czułam się tu lepiej, wszystko jakby zbladło, choć nie zniknęło. To miejsce miało w sobie silną harmonię łagodzącą burze, i te małe, i te wielkie.
– Przedtem zapytałaś, jakbym się czuł na twoim miejscu. Pewnie skołowany i oszukany, ale pamiętaj, że masz przyjaciół. Ja bym ich nie martwił takim beznadziejnym zachowaniem.
– To było pytanie retoryczne – powiedziałam chłodno. – Nie chcę od ciebie rad ani litości. Nie możesz mi dać także odpowiedzi na pytania, które mnie nurtują. Może oprócz jednego, ale to i tak nie będzie szczere z twojej strony, więc nawet nie próbuję.
– Rok temu byłaś bardziej zadziorna.
– Rok temu nie czułam się tak osaczona i samotna. Pozwoliłam sobie zapomnieć, że odmieniec nie ma prawa żyć wśród ludzi.
– Sama chcesz być inna i cierpieć. Robisz ku temu wszystko, co jest możliwe.
– Nie dobijaj mnie – mruknęłam. – Choć raz daj spokój. Poza tym co ci to przeszkadza, że się nad sobą użalam? To moje życie. Mogę marnować je jak chcę.
– Przyznaj, że lubisz balansować pomiędzy życiem i śmiercią.
– Można się przyzwyczaić. Dobry tego przykład siedzi obok mnie i prawi mi morały, jakby był mądrzejszy ode mnie, co mu w ogóle nie wychodzi.
Na jego twarzy zobaczyłam cień uśmiechu. Czyżby zaczynał pokazywać przy mnie swoją prawdziwą twarz? Dlaczego?
– Ten przykład jest dużo mądrzejszy od ciebie – powiedział dobitnie. – Przynajmniej nie robi z siebie ofiary.
Miałam ochotę go uderzyć. Zaczyna mnie wkurzać.
– Koniecznie chcesz się kłócić? – zapytałam ze złością. – Myślałam, że mam do czynienia z dorosłym człowiekiem i rozmawiam z nim poważnie. Dobrze wiedzieć, że moje problemy są na tyle błahe, że nikogo prócz mnie nie obchodzą.
Wstałam i ruszyłam w kierunku, z którego przyszliśmy.
– Zgubisz się – usłyszałam.
– Przynajmniej nie będę musiała znosić twojego towarzystwa – warknęłam.
– Będę musiał cię szukać.
– Nie mój problem. Nie trzeba było mnie tu przyprowadzać.
– Noah, stój.
Na przekór niemu szłam dalej. Tylko po to, żeby zrobić mu na złość za kpiny pod moim adresem. Może to dziecinne zachowanie, ale ja byłam szczera, a on robił sobie ze mnie żarty. Nie tego się spodziewałam.
Poczułam szarpnięcie za ramię, ale nie zamierzałam się zatrzymać. Dopiero ból osadził mnie na miejscu. Nie spojrzałam jednak na niego.
– Znowu uciekasz zamiast walczyć – usłyszałam.
– Bo tylko to potrafię! – krzyknęłam mu prosto w twarz.
W jego oczach była obojętność, której tak bardzo u niego nienawidziłam. Wciąż to samo. Kiedy oczekiwałam od niego choćby kpiny, dostawałam obojętność. Raczył mnie nią jak trucizną, która miała mnie uleczyć albo zabić.
– Więc czemu nie uciekniesz z Zakonu? – zapytał.
– Bo nie chcę wracać na ulicę, a tylko to mnie czeka. Pytania pozostaną bez odpowiedzi.
Spuściłam głowę ze zrezygnowaniem. Znowu z nim przegrałam. Jestem beznadziejna. Za każdym razem udaje mu się mnie podpuścić i zrobić idiotkę. Mam nadzieję, że się dobrze bawi. W końcu może się na kimś bezkarnie powyżywać, bo przecież, kto się będzie mną przejmować. Jestem wrogiem. Tyle w tym temacie.
– Zamiast użalać się nad sobą i marnować czas na roztrząsanie rzeczy, na które nie masz wpływu, weź się w garść i zacznij w końcu żyć – powiedział chłodno.
– Nie potrafię – odpowiedziałam cicho.
– Więc je skończ.
Milczałam, wywołując u niego dodatkową wściekłość.
– Tego też nie potrafisz? – syknął gniewnie. – No dalej! Weź sztylet do ręki i zrób to!
Wydarł mi broń zza paska, wsadził do ręki i skierował w serce. Spojrzałam na niego.
– Przecież potrafisz – zadrwił. – Już nie pamiętasz?
– Mogłeś mnie wtedy nie powstrzymywać – warknęłam.
Roześmiał się drwiąco.
– Przecież cię nie powstrzymałem. Równie dobrze mogłaś to zrobić po moim wyjściu, ale najwyraźniej nie potrafiłaś. Dobrze ci balansować na granicy. Niczego innego nie umiesz. Mam ci pomóc?
– Nie masz prawa – warknęłam.
Miałam zaatakować, kiedy dostałam w twarz. Uderzenie było na tyle silne, że zwaliło mnie z nóg.
– Co ty sobie w ogóle myślisz, Noah?
– Wynoś się!
Zanim się podniosłam, kopnął mnie w brzuch. Na jego twarzy widniała złość.
– Niczego nie potrafisz prócz użalania się nad sobą – powiedział chłodno. – Nawet zabić się jest dla ciebie zbyt trudne. Jesteś żałosna. Nie zasługujesz nawet na litość.”

„Przez kolejne godziny na sali były tylko urywane oddechy, nierówne bicie serc, trzask drewna uderzającego o siebie, kamień i ludzkie ciała, ból, pot, wzrastające zmęczenie. Przestałam myśleć o czymkolwiek innym niż o kolejnym ciosie. Kanda miał nade mną przewagę na wszystkich frontach. Moje ciało miało już dość, a ja zmuszałam je do maksymalnego wysiłku. Nie chciałam się poddać, przerywać, kończyć. Tu byłam bezpieczna przed całym światem, nie musiałam się martwić, co mam powiedzieć innym, słuchać ich mądrych słów.
W końcu upadłam na podłogę, z trudem łapałam oddech, ledwo trzymałam kij w zdrętwiałych palcach.
– Wystarczy – stwierdził Kanda.
– Jeszcze nie.
Podniosłam się, krzywiąc z wysiłku, ale nie zamierzałam się tak łatwo poddać. Mogę jeszcze walczyć.
– Noah, czy ty chcesz się wykończyć?
– Nie gadaj tylko walcz – warknęłam.
– Jak chcesz, ale to nie zmieni rzeczywistości.
Zaatakował z furią. Ledwo uniknęłam ciosu, ale skontrowałam. Chłopak jednak miał więcej sił w zapasie i w ciągu kolejnych paru minut rozbroił mnie, po czym kopniakiem posłał pod ścianę.
– Naprawdę żałujesz tej decyzji? – zapytał. – Im życia nie zwrócisz. Stało się.
– Myślisz, że dobrze zrobiłam? – odezwałam się cicho.
– A potrafiłabyś w dowód wierności Earlowi zabić któregoś z nas albo obu? Potrafiłabyś zabijać egzorcystów?
– Nie, nie wyobrażam tego sobie.
– Próbowałaś ratować sytuację. Wiedziałaś, co się stanie, jeśli nie dasz sobie rady, znałaś konsekwencje. Nic już z tym nie zrobisz.
– Nie wiem, czy dobrze postąpiłam. Boję się popełnić kolejny błąd. Nie chcę, żeby ginęli przeze mnie niewinni.
– Będą ginąć, bo to wojna. Przestań użalać się nad sobą i gadać jak Kiełek. Znasz świat lepiej niż on, więc bądź mądrzejsza. Koniec na dziś. Idź spać, bo ledwo żyjesz.”

„- Ty naprawdę pragniesz kłopotów.
– Jedyne, czego teraz pragnę, to zagłuszyć ból. Rozumiesz? Kanda, ja oszaleję. To mnie pożera od środka.
– Nigdzie cię nie puszczę.
Przyciągnął mnie do siebie delikatnie i z czułością, odwróciłam się w jego ramionach i przytuliłam do jego torsu. Po chwili siedzieliśmy na podłodze, oparł się plecami o drzwi, obejmując mnie w milczeniu. Wbrew rozsądkowi uspokoiłam się, a irracjonalna potrzeba wyjścia z pokoju zniknęła.
Siedzieliśmy tak aż do świtu, kiedy zmęczenie wygrało i pchnęło mnie w sny. Jednak wspomnienia nie dały mi spokoju i bombardowały moją podświadomość tak intensywnie, że obudziłam się z płaczem.
Kanda nawet się nie poruszył z miejsca od naszej kłótni. Pogłaskał mnie uspokajająco po włosach, ale palący ból w okolicach serca nie zniknął.
– Muszę się napić – powiedziałam.
Przytrzymał mnie, gdy się poruszyłam. Jakoś żadnemu z nas nie przeszkadzała aż taka bliskość fizyczna.
– Lepiej, żebyśmy wrócili do Kwatery Głównej i Superbi się tobą zajmie – odparł spokojnie.
– To nie pomoże – wymamrotałam.
– A upicie się pomoże?
– Na chwilę zapomnę.
– To nie rozwiązanie. Ból w końcu minie.
– Kłamiesz. Ta rana nigdy się nie zagoi.
– Ale nauczysz się z nią żyć.
Spojrzałam na niego zaintrygowana jego tonem. Co on znowu ukrywał? Przełożył mi niesforne pasemko za ucho delikatnym, czułym gestem.”

To ja przekroczyłam pewną granicę. Nie zrobiłam tego, bo chciałam się nim zabawić czy miałam po prostu na to ochotę. To nie wchodziło w grę, gdyż wtedy jeszcze Kanda był wrogiem. Nie rozumiałam wielu rzeczy, widziałam w nim tylko kogoś, z kim muszę jeździć praktycznie na każdą misję. Jakby to teraz wyglądało, gdyby nie ten pocałunek? Chyba sama go do tego sprowokowałam, pozwoliłam na to, żeby się zbliżył. Nie powinnam, skoro uważałam go za wroga. Wrogów się nie całuje. Co ja sobie wtedy myślałam? Wielokrotnie miał rację, że nie myślę o konsekwencjach swoich czynów. Tego też nie przemyślałam i zrobiłam coś, czego pewnie oboje powinniśmy żałować. Bez tego wspólne spędzanie czasu zbliżyło nas do siebie. Nie chodzi o to, jak potem wykorzystywał moje słabości wobec mnie, bo pewnie któregoś dnia i tak by do tego doszło. A może nie? Po tamtej sytuacji jakoś nie śpieszyło mu się do tego. To ja na to pozwoliłam.
Był blisko, zdecydowanie za blisko. Znał moje sekrety i lęki, wykorzystywał okazje, aby się zbliżyć. Nigdy jednak nie zrobił mi krzywdy. To ja zawsze się szarpałam, atakowałam go i wyzywałam. Czasami aż za bardzo wydawało mi się, że czerpie z tych zbliżeń przyjemność. Tak jakby walczyły w nim dwie strony. Wiedział, że nie powinien, był szpiegiem, a jednocześnie próba zmuszenia mnie do tego zniweczyłaby wszelkie plany i mogła stać się ostatnim krokiem do katastrofy, ale z drugiej strony chciał być tak blisko. Nie pozwalałam na to, więc nigdy do niczego nie doszło. Zresztą zawsze mnie puszczał, gdy się poddawałam i uciekałam za mur własnego bólu.

„Dłoń Kandy wsunęła się w moje włosy, zwracając na niego uwagę. Zanim zdążyłam zaprotestować, pocałował mnie delikatnie, ale stanowczo. Nie ruszyłam się z miejsca, pozwalając mu na więcej, poczułam jego język na podniebieniu, badał nim wnętrze moich ust. Gdy zakończył pocałunek, usłyszałam:
– Jak lalka.
Spojrzałam mu w oczy, nie rozumiejąc, o co chodzi. Pchnął mnie na drzwi, wpijając dłonie w moje ramiona.
– Puść – syknęłam.
– Wynoś się.
To było jeszcze większym zaskoczeniem. Jeszcze przed chwilą jego zamiary były niejasne, a teraz odwrócił się i podszedł do okna. Nie rozumiałam, dawał sprzeczne sygnały. Pytanie, czy świadomie?
– Nie wyjaśnisz mi tego? – zapytałam.
– Jeszcze tu jesteś? – warknął. – Mam powtórzyć?
– Dziwnie się zachowujesz.
– Wynoś się chyba, że mam ci to inaczej wytłumaczyć.”

„Nie pozwolił mi dokończyć. Zbliżył się jeszcze bardziej, był zdecydowanie za blisko. Zanim jednak pomyślałam o wzbranianiu się, musnął moje usta swoimi by po chwili pocałować mnie namiętnie. Tylko on tak potrafi. Wszystko we mnie zamarło, świat się zatrzymał i skurczył do tej chwili. Tym razem pozostałam bierna, świadomie nie pozwoliłam sobie na reakcję, jakiej oczekiwał, jednocześnie nie broniąc się. Dla Kandy było to jasne przyzwolenie na jego zachowanie. Zaspokajał swoje potrzeby, całując mnie coraz bardziej zachłannie. Balustrada boleśnie wbijała mi się w plecy, kiedy zgodnie z rozsądkiem odsuwałam się od chłopaka. Coś jednak pchało mnie w ramiona znienawidzonego egzorcysty. Tego nie chciałam, walczyłam z tym i własną, sprzeczną naturą. Jego dłonie przysunęły się do mojego ciała i zaczęły wędrować po mojej talii, kierując się ku górze. Gdyby ktoś nas teraz zobaczył, byłaby awantura. Kanda raczej o tym nie myślał, zaspokajał swoje potrzeby moją osobą. Zaczęło mnie to męczyć, nie potrafiłam nad sobą zapanować, uczucia chwili brały nade mną górę. Wiedziałam, że w końcu poddam mu się zamiast stać biernie. Jego pocałunki sprawiały, że nie mogłam być obojętna. Całował mnie namiętnie i zachłannie, ale nie robił krzywdy. W końcu odpowiedziałam równie namiętnie jak on. Odczytał to jako przyzwolenie na więcej.
– Przestań – szepnęłam, odsuwając go od siebie.
Usłuchał. Patrzył na mnie, jego oczy wyglądały nierzeczywiście w ciemnościach nocy. Płonęło w nich pożądanie. Dłonie ponownie położył na balustradzie po obu moich stronach. Dzieliło nas tylko kilka centymetrów i żadnej drogi ucieczki.
– Nie podoba ci się? – zapytał drwiąco.
– Nie – skłamałam.
Podobało i to był największy problem. On jednak nie musiał wiedzieć, że w mojej głowie powstał właśnie bunt przeciwko mnie samej.
– Więc czemu mnie pocałowałaś? – zadrwił.
– Nie zadowoliło cię to? Nie tego chciałeś?
– Może niepotrzebnie mi przerwałaś.
Już nie wiedziałam, czy mówi poważnie czy tylko drwi i mnie sprawdza. Zresztą to nieważne. Czas zakończyć ten cyrk.
– Wolę tego nie ciągnąć. Ktoś mógłby nas zobaczyć.
– Boisz się tego?
Próbowałam się odsunąć, kiedy jego twarz niebezpiecznie zbliżała się do mojej. Lewą rękę położył na moim karku, jednocześnie powstrzymując mnie przed ucieczką.
– Kanda, przestań – szepnęłam.
Na nic się to zdało, bo znowu zaczął mnie całować. Czułam, jak jego serce przyśpiesza, przynajmniej wiedziałam, że to nie zachcianka pustej góry lodowej. Dłonie chłopaka pojawiły się przy guzikach mojej koszuli. Tego było za wiele. Złapałam go za nadgarstki, starając się powstrzymać przed działaniem. Lekko odepchnęłam chłopaka, ale wrócił na to samo miejsce jak bumerang. Ani na chwilę nie przestał mnie całować.
– Przestań – warknęłam pomiędzy pocałunkami.
Jego usta powędrowały do mojej szyi. To było przyjemne, w końcu nie robił mi krzywdy, ale tego nie chciałam. Po co on to robi? Dlaczego teraz? Przecież wyraźnie powiedziałam, że mnie nie obchodzą, nic nie znaczą, a ten zamiast zostawić to tak jak jest, dobiera się do mnie.
– Przestań. Ja nie chcę.
Udawał, że nie słyszy. Bardziej interesowała go moja szyja i bluzka, wciąż nie pozwalałam mu dalej rozpiąć guzików. Pociągnął mnie na podłogę.
– To przestało być zabawne. Puść mnie.
– Nie – powiedział w moją szyję.
Mało się w nią nie wgryzł jak jakiś tandetny wampir. Nie robił tego złośliwie, raczej pożądliwie. W końcu odepchnął moje dłonie i rozpiął mi bluzkę do połowy.
– Znajdź sobie jakąś dziwkę – warknęłam.
– Mam już jedną. Więcej mi nie trzeba.
Chciałam go uderzyć, ale przewidział ten ruch i złapał za mój nadgarstek. Spojrzał mi w oczy, przerywając pocałunki.
– Dość tego, Kanda. Wystarczy.
– Bo ty tak mówisz? – zakpił.
– Traktujesz mnie jak zabawkę. Ja tak nie chcę, rozumiesz? Nie pozwolę ci na to.
Pocałował mnie delikatnie jakby muskał płatki kwiatów. Nie było w tym już namiętności czy pożądania tak jakby chciał mnie przeprosić za swoje zachowanie. W pierwszym odruchu miałam go odepchnąć, w drugim odpowiedzieć, ale powstrzymałam się przed jakąkolwiek reakcją.
– Gdybyś była tylko zabawką, potraktowałbym cię gorzej – powiedział.
– Więc przestań.
Zlustrował mnie z góry na dół przez co poczułam, że się rumienię. Wolną dłonią zebrałam bluzkę na wysokości biustu. Kanda roześmiał się cicho. Cały czas ze mną grał.
– A gdyby nie to, że w środku są pozostali? – zapytał.
– Zaspokajaj swoje potrzeby gdzie indziej – odpowiedziałam szorstko.
Nie zamierzałam mu na to pozwolić. Nigdy. Nawet gdyby traktował mnie jak księżniczkę. Yuu Kanda nie będzie mnie miał.”

„- Czego chcesz? – warknął.
– Pogadać.
– Nie mamy o czym. Spieprzaj.
– Skoro nie chcesz po dobroci – westchnęłam.
Złapałam za broń i ruszyłam do walki. Zamierzałam go zmusić do rozmowy i zapobiec bardzo możliwej przecież ucieczce. Nie rozumiałam, czemu to dla niego taki problem. No dobra, przy wszystkich też nie miałabym ochoty do zwierzeń, ale teraz jesteśmy sami. Czy naprawdę myśli, że za chwilę pobiegnę rozdmuchać całą sprawę?
Nie doceniłam go jednak i szybko odebrał mi broń. Nie zmusił mnie do zaprzestania walki, choć stałam przed nim dość spokojnie – teraz dochodziło do pojedynku słów, spojrzeń i siły woli.
– To powiesz o co chodzi czy nie? – zapytałam. – Znam cię. Nie robisz takich rzeczy bez powodu.
– Odwal się, Noah. Nie będę się przed tobą tłumaczyć. Nie mam z czego.
– Kanda, do cholery. O co chodzi?
Skrzywił się wymownie, ale nie powiedział słowa. Zbliżyłam się do niego, próbując przewiercić go spojrzeniem. Bezskutecznie. Chronił przede mną swoje myśli, czym tylko mnie rozdrażnił.
– No mów. Wykrzycz mi to w twarz i przestań się tak zachowywać – powiedziałam dobitnie.
– To nie twój interes – odparł.
– Kanda.
Złapałam za jego broń, chcąc go sprowokować. W oczach miał zniecierpliwienie moją postawą.
– Jak masz jęczeć, to stąd idź – powiedział.
– Nie, dopóki mi tego nie wyjaśnisz.
Pchnął mnie na najbliższą kolumnę, odrzucił broń i zablokował mi nadgarstki. Mierzyliśmy się spojrzeniami, oboje zniecierpliwieni i wkurzeni postawą tego drugiego. Dlaczego to taki problem? Skoro świat mu dzisiaj nie odpowiada, to po co wstał z łóżka? Mógł to przespać i miałby ze mną spokój.
– Słucham. O co chodzi, Kanda? Tylko nie udawaj głupka i nie powtarzaj, że nic.
Powstrzymał mnie przed kolejnymi słowami wydartym pocałunkiem. Zatkało mnie. Nie powiedziałam ani słowa, gdy się odsunął. On też się nie odzywał. Po chwili puścił mnie i ruszył do wyjścia, nie wyjaśniając swojego zachowania.”

Chyba oboje nie wiedzieliśmy, czego chcieliśmy. Mieliśmy o sobie błędne mniemanie przez kłamstwa i knowanie na górze, przez co staliśmy się pionkami w grze o wpływy. Wtedy, we Florencji chyba coś pękło w Kandzie. Nie był do końca szczery, grał, bo ja też nie chciałam dostrzec prawdy. W końcu nie robił mi krzywdy, to było nawet przyjemne i pewnie gdyby nie uprzedzenia, spędzilibyśmy tę noc razem.
Rozdzielały nas nasze stereotypy. Uparliśmy się, żeby patrzeć właśnie w ten sposób na to drugie. Kanda potem się zmienił. Myślałam, że to tylko dla wykonania zadania, ale on nie był aż tak perfidny. Gdyby tak było, od początku by tak grał. Zresztą nie wierzę, że Kanda byłby zdolny uwieść jakąkolwiek dziewczynę, zafascynować może i tak, ale nie uwieść. Może rzeczywiście Lavi miał co do niego rację, ale ja nie chciałam w to wierzyć. Bałam się, że znów zaufam i zostanę oszukana, wykorzystana. Widziałam w nim ten typ człowieka. Nie mogłam jednak przed nim uciec. Chyba właśnie po to chciałam użyć Squalo i tego zakładu. Potem nie, ale początkowo tak. Później moja uwaga przerzuciła się na białowłosego, a Kanda też przystopował. Zaakceptował moją decyzję, choć nie do końca się z nią zgadzał. Wkurzało go to, musiał nas znosić, co nie było dość przyjemne dla kogoś, kto spędza z jednym sporo czasu i może coś poczuć. Tego jednak pewna być nie mogę, tylko on wie, co siedzi w jego głowie. Podświadomie robiłam mu tym na złość, pokazywałam, że sobie radzę bez niego. Zasłoniłam się Squalo, żeby przestać się bać tego, co wiąże się z Kandą. Chciałam widzieć w nim potwora, bo się bałam. Czego? Zawodu? A może własnych uczuć? Czy ja go…? Nie wiem. Przecież był Squalo, ale to właśnie Kanda najlepiej mnie rozumiał. To jemu powierzałam swoje sekrety, lęki i wspomnienia. Kim on dla mnie był? Naprawdę tylko przyjacielem? Czy w takim razie broniłabym się tak przed nim? I jeszcze te uczucia, które we mnie wzbudzał, gdy mnie całował. Tylko on na mnie tak działał. Wybierał sobie złe momenty i czasem w pocałunki przelewał całą frustrację związaną z moją osobą, ale, prawdę mówiąc, lubiłam je. Przemawiał do mnie poprzez nie, chciał, żebym zrozumiała, skoro nie wierzę jego słowom. Czy naprawdę byłam taka ślepa, że nie zauważyłam prawdy? Że nie przejrzałam jego kłamstw?
To jednak nie ma już znaczenia. Ani jego intencje ani moje uczucia wobec niego. Dla Kandy jestem martwa i nigdy więcej się nie zobaczymy. To nie już nie ma znaczenia…

***

Lavi: Yuu w pigułce.
Laurie: Przestań żartować.
Lavi: No wiesz? Teraz trzeba będzie czekać na Yuu przez kolejne tygodnie. Zdążą się za nim stęsknić.
Laurie: Dziwne, że o siebie się tak nie martwisz.
Lavi: Ja jestem jedynie obserwatorem wszystkich zdarzeń, który musi przeżyć i później dokładnie to opisać.
Laurie: Dobra, dobra, nie cytuj Vivian.
Vivian: Co z tym pytaniem pod „Autorką”?
Laurie: Cóż, jest dość ciekawe. Powiem tak, moja odpowiedź na pewno nie może być obiektywna i jednoznaczna, bo do Vivian mam trochę inny stosunek. W końcu jest moim „dzieckiem”, które znam lepiej niż kto inny i widzę, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Wiele cech jej charakteru mnie wkurza, fakt, co chyba czasami widać w tekstach czy nawet w rozmowach pod rozdziałami. Poza tym inaczej na nią patrzę, bo nie jest rzeczywistą osobą. Gdybym spotkała kogoś takiego jak ona w rzeczywistości, pewnie byłaby to dość szorstka znajomość, ale czy ja wiem, czy od razu można stwierdzić, że jej nie lubię.
Lavi: Poza tym chyba nie pisałaby drugiej historii, gdyby nie lubiła Vivian, nie?
Laurie: To akurat żaden argument. Kekoro-san, nie pytaj mnie o takie rzeczy, bo chyba nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Jest naprawdę mało moich autorskich postaci, których szczerze nienawidzę, do większości mam raczej pozytywny stosunek, co nie wyklucza tego, że czasem mnie wkurzają.
Vivian: A podobna ja w tym przoduję.
Laurie: Jakby było się czym chwalić. Przed kolejnym rozdziałem postaram się wrzucić opisy nowych bohaterów. Rozdziały też się produkują. O ile upał nie będzie mnie bardziej terroryzował, powinno być dobrze.
Lavi: Akurat AL jest większy zapas niż Córki, więc o to martwić się nie trzeba.
Laurie: Nie pocieszaj mnie. Za tydzień poznacie kilku członków Ligi Cieni. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Pozdrawiamy serdecznie.

5 thoughts on “Patrzyłeś, jak wolno staczam się i spadam w otchłań bezdenną Widziałeś, jak mieszam z winem krew, by obłaskawić codzienność

  1. Kekoro pisze:

    Dzięki za odpowiedź. Ok, czyli podsumowując lubisz Vivian ale potrafi być wkurzająca.

  2. Ayane pisze:

    Jak przeczytałam notkę na poprzednim blogu, to się przestraszyłam, że przestałaś pisać😀

  3. Katsumi pisze:

    Wspominania część dalsza. Miło mi spojrzeć w przeszłość razem z Viv, która no cóż dla niej nie była taka przyjemna. Wywołało to u mnie ochotę przeczytania CJzN jeszcze raz. Eh może jak będę miała więcej czasu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s