I hate what I´ve become The nightmare´s just begun I must confess that I feel like a monster

1672 r.
Noc była pogodna. Gwiazdy świeciły mocno, a połówka księżyca powoli przesuwała się po niebie. W liściach szeleścił wiatr, ukrywając dźwięk ostrożnych kroków. Nikt nie miał ochoty wychodzić z bezpiecznych czterech ścian, w których paliły się światła. Złowróżbny cień padł na miasteczko, odkąd na dworze doszło do tragedii. Nie do końca było wiadomo, co się wydarzyło naprawdę, krążyły różne historie, w tym ta najbardziej nieprawdopodobna – o wampirach.
Mimo groźby gospoda była pełna ludzi. Gwar rozmów mieszał się z zapachem alkoholu, a rozświetlona sala dawała poczucie bezpieczeństwa. Nic to, że na zewnątrz grasuje nocna bestia pragnąca krwi.
Wszystkiemu przysłuchiwał się mężczyzna przy barze. Długi, jasny kucyk opadał mu na lewe ramię, kontrastując z czarnym, długim płaszczem, który wyróżniał go wśród kolorowych strojów pozostałych gości. Jasnozielone oczy obserwowały barmankę – młodą, zgrabną brunetkę ze zbyt dużym dekoltem. Uśmiechnął się do niej, kiedy na niego spojrzała.
– Coś jeszcze podać, panie? – zapytała, trzepocząc rzęsami.
Nie ukrywała, że przybysz jej się podobał. Biła od niego aura tajemniczości i siły, był inny niż mieszkańcy miasteczka, którzy tylko czekali aż się zbliży, żeby klepnąć ją w pośladki albo złożyć jakąś sprośną propozycję.
– Nie trzeba. Dziękuję – odpowiedział głębokim głosem.
Jego uszy wychwytywały każdy dźwięk w tej sali. Większość opowiadało o wampirze, który zabił ich umiłowaną dziedziczkę. Te historie były tak nieprawdopodobne, że nikt o zdrowych zmysłach nigdy by w to nie uwierzył. Ktoś jednak zabijał ludzi, pozbawiając ich krwi. Podejrzenia padły na narzeczonego dziedziczki, który zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego dom został zdemolowany, a wszyscy domownicy zabici.
Drzwi gospody otworzyły się. Przez chwilę wszyscy zamilkli, obserwując lękliwie postać w czarnym płaszczu. Kaptur opadł, by ukazać kobiece oblicze okalane czarnymi lokami. Wtedy wszyscy odetchnęli z ulgą i wrócili do własnym spraw. Przybyszka zamknęła za sobą drzwi i podeszła do blondyna siedzącego przy barze.
– Jak się sprawy mają, Isabel? – zapytał cicho, nie patrząc na nią.
– Błąka się po lesie. Z łatwością go wyczujesz. Liga też już wysłała swoich ludzi.
– Więc musimy się pośpieszyć. A tamten?
– Ukrywa się, ale z pewnością nadal jest w pobliżu. Co robimy, Chris?
– Ty wracaj do Pragi. Tam się spotkamy. A ja ukarzę tych, których ukarać należy, zaś tego biedaka zabiorę ze sobą. Inaczej umrze.
Kobieta skłoniła głowę i zawróciła. Przy drzwiach zarzuciła głęboki kaptur na włosy i zniknęła w ciemnościach nocy. Blondyn spojrzał w pusty kieliszek po winie. Sprawa zaczęła się komplikować, ale nie mógł jej narażać. Odpowiedzialność ciążyła jedynie na nim.
Z sakiewki wyciągnął kilka drobnych monet i położył je obok szkła. Barmanka zbliżyła się, widząc, że przybysz zamierza wyjść.
– Noce tutaj nie są ostatnio bezpieczne – powiedziała. – Lepiej poczekać do świtu.
– Nie boję się nocy, panienko.
– Szkoda by było, aby tak przystojny mężczyzna padł ofiarą tej bestii.
– Dziękuję za troskę, panienko. Na mnie jednak już pora. Uważaj na siebie, panienko.
Blondyn wyszedł z jasnej gospody i ukrył głowę pod czarnym kapturem płaszcza. Dla przeciętnego obserwatora zniknął, rozpłynął się w powietrzu, a żaden jego krok nie stał się dosłyszalny. Ruszył w kierunku lasu, wyczuwając obu: napastnika i ofiarę. Ten drugi był łatwiejszy do znalezienia, wciąż jeszcze nie opanował swojego nowego życia, a jego myśli kłębiły się chaotycznie, więc nie było to takie trudne.
Las ucichł. Nawet nocne zwierzęta uciekły w obawie przed stworzeniami, które były wyżej od nich w łańcuchu pokarmowym. Dzięki temu jeszcze łatwiej było znaleźć miejsce, które najbardziej interesowało blondyna.
– Proszę, proszę, hrabia znowu na posterunku – usłyszał.
Głos dochodził ze wszystkich stron, co było jedną z umiejętności wampirów.
– Chyba nigdy nie znudzą ci się te gierki – odparł blondyn.
– Przecież lubisz się ze mną bawić, hrabio – kpił głos. – Inaczej dałbyś już sobie spokój.
– Znowu kogoś skrzywdziłeś.
– Oj, hrabio. Nie bądź taki zasadniczy.
– Nigdy się nie zmienisz.
– Ty także, hrabio.
Blondyn zamierzał rzucić się do walki z wrogiem, gdy wyczuł obecność trzeciego mężczyzny. Odwrócił się w jego stronę i powstrzymał go przed atakiem. Zanim młody wampir odskoczył, błysnęły oczy pełne szaleństwa i kły. Patrzyli na siebie, każdy inaczej.
– Arturze, nie przyszedłem cię krzywdzić – odezwał się nieznajomy, odsłaniając twarz.
– Jesteś wampirem – syknął z nienawiścią.
– Owszem. Tak samo jak ty i ten, który cię przemienił.
– Odejdź.
– Nie mogę.
Obaj usłyszeli zbliżające się dwie postacie. Blondyn skrzywił się krótko. Wiedział, że sprawca całego zamieszania już ucieka, a on nie mógł pozostawić młodego wampira bez pomocy.
Odepchnął brązowowłosego, gdy w ich stronę poleciał srebrny sztylet. Młody zasyczał wściekle i najeżył się jak dzikie zwierzę. Strzepnął dłoń blondyna ze swojego ramienia, ale nie ruszył na dwie postacie, które właśnie się zbliżały.
– Z nimi dziś nie wygrasz. Nie atakuj.
– Są pełni krwi.
– Powstrzymaj się na chwilę. Pozwól mi z nimi porozmawiać, Arturze.
– Artur Westerne nie żyje.
Postacie zatrzymały się w odległości kilku metrów od wampirów.
– Arturze Westerne, z rozkazu Ligi Cieni zostajesz skazany na śmierć za swoje zbrodnie. Nie pozwolimy ci więcej grasować, wampirze.
– Poczekajcie – blondyn uniósł spokojnie dłonie. – Liga nie musi go zabijać.
– Kim jesteś, że chcesz zmieniać nasze rozkazy?
– Hrabia Chris von Haleim. Rada Starszych mnie zna. Zabiorę tego wampira i się nim zaopiekuję.
– Wiesz, ile krwi przelał?
– Wiem. Wiem także, że nie prosił o swoją zmianę. Od lat ścigam wampira, który przemienił także Artura. Biorę za niego odpowiedzialność.
– Nie wiem, dlaczego mielibyśmy ci zaufać?
– Zawrzyjmy umowę. Niedaleko stąd jest opuszczona chata. Zabiorę tam Artura i przeczekamy do świtu. Wy za to skontaktujecie się ze swoimi przełożonymi. Sprawdzicie moją tożsamość i proszę, abyście w moim imieniu poprosili o zmianę decyzji.
Członkowie Ligi spojrzeli na siebie, rozważając propozycję wampira. Nie dawał im znaku, że kłamie lub zamierza zaatakować. Za to ich cel ledwo stał w miejscu. Chyba tylko obecność tego starszego wampira powstrzymywała go przed atakiem.
– Dobrze. O świcie przyjdziemy do chaty z wiadomościami od Ligi. Jeśli was tam nie będzie, możesz się spodziewać, że Liga cię dorwie.
– Nie łamię danego słowa, zaś Liga od dawna jest moją przyjaciółką.
Cienie zawróciły do miasteczka. Chris czekał aż oddalą się na bezpieczną odległość. Wtedy odwrócił się do brązowowłosego. W świetle gwiazd dostrzegł szaleństwo i rozpacz w błękitnych oczach, brudne ubranie i zaschniętą krew w różnych miejscach.
– Chodź. Teraz my musimy spełnić swoją część umowy.
Młody wampir podążył za nim w milczeniu. Czuł siłę bijącą od Chrisa, wręcz jej się bał, ale dzięki temu nawet nie próbował atakować.
Chata została opuszczona wiele lat temu, ale trzymała się dobrze. W środku panował mrok, pachniał kurz i pajęczyny oblekające wszystkie pozostałe meble. Była to idealna kryjówka dla dwóch wampirów – daleko od siedzib ludzi, więc nikomu nie zrobią krzywdy. Chris sięgnął umysłem do dwóch królików, które jeszcze przed chwilą spały. Zabił je jednym ciosem, żeby nie cierpiały. Dopiero wtedy podał je drugiemu wampirowi.
– Trochę cię uspokoi – powiedział.
Brązowowłosy skrzywił się wymownie. Smak zwierzęcej krwi sprawił, że pogłębił minę. Chris uśmiechnął się.
– Rarytasy to nie są, ale powinieneś się przyzwyczaić, bo drugi raz Liga ci nie podaruje.
– Kim jesteś i czemu mnie ratujesz?
– Bo wiem, że nie jesteś zły. Możesz żyć prawie normalnie jak dotychczas. Zabiorę cię do Pałacu, gdzie nauczysz się panować nad swoimi instynktami i mocami. Potem zdecydujesz, czy chcesz wrócić do świata ludzi czy zostać w Pałacu.
– Zachowujesz się całkiem inaczej niż tamten.
– Sigurd jest szalony. Przemienianie ludzi stanowi dla niego rozrywkę. Potem obserwuje, jak cierpią aż mu się znudzą i pójdzie dalej. Ścigam go od jakiegoś czasu.
– Więc czemu za nim nie pójdziesz?
– Najpierw muszę zająć się tobą, Arturze.
– Artura już nie ma – syknął brązowowłosy. – Umarł razem z Elizabeth. Zabiłem ją.
Ryknął w bezsilności i rozpaczy. Chris obserwował go ze współczuciem, gdy wrzask zamienił się w bolesny jęk, który drażnił uszy. Wiedział, co się wydarzyło – chłopak w szale zabił swoją ukochaną.
– Dlaczego ona się mnie nie bała? Dlaczego nie uciekła?
– Bo cię kochała. Zaakceptowała cię takiego, jakim się stałeś.
– Zabiłem ją.
– Wiem. Tego nie da się odwrócić.
– Więc dlaczego mnie ratujesz?
– Bo nie zasługujesz na śmierć. To, że popełniamy błędy, nie oznacza, że jesteśmy potępieni na wieki. Los można jeszcze odwrócić.
– Znowu będę człowiekiem?
– Na wampiryzm nie ma leku. Chodziło mi raczej o poczucie własnej tożsamości.
– Jestem potworem.
– Ja też, ale to nie oznacza, że żyję tylko po to, aby mordować. Każda rasa ma swoje potwory, ale najwięcej z nich jest wśród ludzi. Żyję już tak długo, że tego możesz być pewny. Prześpij się. Sen ci dobrze zrobi.
– Nie jestem śpiący.
– Kiedy ostatni raz spałeś?
– Nie pamiętam.
– My też potrzebujemy snu. A ty potrzebujesz także nowego imienia. Hmm… Co powiesz na „Arte”?
– To dziwne imię.
– Moim zdaniem wyjątkowe. Nie mam daru jasnowidzenia, ale czuję, że masz do spełnienia wyjątkowe zadanie, więc trzeba ci i takiego imienia.
– Niech ci będzie.
– Więc, Arte, odpocznij. Do świtu zostało jeszcze trochę czasu.
– Wolałbym nie wystawiać się na słońce.
– Wiem. Tu cię nie dosięgnie. Jutro o zmroku wyruszymy do Pałacu. Teraz już śpij.
Arte wykonał polecenie. Kilka minut później spał już głęboko. Może tego nie czuł, ale jego organizm potrzebował snu. Teraz przynajmniej nie dręczył się swoją sytuacją i wyrzutami sumienia. Chris nie musiał sprawdzać jego wspomnień, bo wiedział, co go spotkało. Widział, jak chłopak się zachowuje, słyszał też opowieści z ostatnich tygodni. Reszty był w stanie się domyśleć.
Wszystko zaczynało się od początku. Znów zgubi ślad Sigurda, choć był tak blisko. Nie mógł jednak zostawić młodego wampira na pastwę jego własnych instynktów. Tym razem zrobiło się na tyle poważnie, że do gry wkroczyła Liga Cieni. Nie będą zadowoleni, gdy usłyszą, że to znów sprawka Sigurda, ale Chris nie chciał, żeby się w to mieszali. To zbyt niebezpieczne dla ludzi, nawet tak dobrze wyszkolonych. Wampir był zbyt szalony i groźny, poza tym to Chris brał za niego odpowiedzialność i to on musi to wreszcie skończyć. Zrobi to, gdy tylko odstawi bezpiecznie Arte do Pałacu. Wtedy kontynuuje pościg.
Świt zastał go, gdy przechadzał się wokół chaty. Gdy wyszło słońce, schował twarz pod kapturem i sprawdził miejsce, gdzie zostawił Arte. Tak jak się spodziewał, chłopak był bezpieczny. Dla młodych wampirów światło słoneczne było szczególnie niebezpieczne, więc Chris zadbał w szczególności o to, aby jego nowy podopieczny nie zrobił sobie krzywdy.
Wyszedł na zewnątrz akurat, gdy Cienie wróciły. Nie zsunęli kapturów z głów, ale Chris się tym nie przejął. Wiedział, że w Lidze łowcy wampirów są najbardziej upierdliwi, bo zwykle to fanatycy, którzy uważają, że jego gatunek powinno wybić się co do nogi. Właśnie dlatego brama do Pałacu była tak dobrze ukryta. Nie potrzeba mu kłopotów.
– Gdzie ten drugi? – zapytał jeden z nich.
– W środku. Odpoczywa. Wasza obecność może go rozdrażnić, więc nie zaproszę was do środka.
– Rada Starszych potwierdziła, że istnieje ktoś taki jak Chris von Haleim i jeśli się tak przedstawia, mówi prawdę.
– Miło mi to słyszeć.
– Artur Westerne należy do ciebie. Znasz zasady.
– Owszem. Gdy tylko zapadnie zmierzch, zabiorę go do Pałacu. Nie będzie sprawiał problemów. Możecie wracać. Rada na pewno was ostrzegała, abyście za mną nie szli. Mam pozwolenie was wtedy nawet zabić.
– Nie sprzeciwimy się Radzie. O to się nie martw, wampirze.
– Cieszę się. I dziękuję.
Mimo cieni rzucanych przez kaptury, dostrzegł na ich twarzach grymas niezadowolenia. Odwrócili się i odeszli. Woleli nie mieć z nim dłużej do czynienia.
Chris wrócił do Arte, który nadal spokojnie spał. Najważniejsze, że nie dręczyły go koszmary. Szybciej dojdzie do siebie, gdy nie będzie wciąż wracał do wspomnień. Ta rana nigdy się nie zagoi, ale przy odrobinie chęci nauczy się z nią żyć. Potem podejmie decyzję, co dalej.
Czuwał przy nim do zmierzchu. Lekko potrząsnął ramieniem brązowowłosego, żeby się ocknął. Tyle wystarczyło. Arte spojrzał na niego dość przytomnie.
– Słońce zaszło. Możemy ruszać.
– Czuję głód krwi.
– To tylko zachcianka twojego organizmu. Żeby dobrze funkcjonował, nie musisz pożywiać się codziennie. Od dziś jesteś na diecie – uśmiechnął się lekko.
– A jeśli kogoś zaatakuję? – dla Arte to nie było zabawne.
– Nie pozwolę ci na to. W tej chwili naszych celem jest Praga. Stamtąd podążymy do Pałacu.
– Po co Praga?
– Obiecałem, że się tam z kimś spotkam. Ruszajmy. Szkoda takiej pięknej nocy na gadanie.
Nocne zwierzęta nawet nie zwróciły uwagi na dwa ciemne kształty, które przemykały niezauważenie przez las. Młody wampir nie emanował już wrogością i żądzą krwi, czuł jedynie niepewność o kolejne dni.

Nikt nie zauważył ciemnej sylwetki siedzącej na jednym z dachów tuż przy rynku, gdzie trwała zacięta walka pomiędzy egzorcystami a akumami. Arte więc mógł sięgnąć wspomnieniami do tamtej nocy, gdy spotkał Chrisa. Wtedy też było zimno, ale zbliżało się lato. Tamta noc zmieniła wszystko w jego życiu. Czy już wtedy Chris wiedział, kogo spotka na swojej drodze? Nigdy nie zapytał go o to przeczucie. Potem już nie było czasu, zapomniał. Nie pamiętał aż do dnia, gdy po raz pierwszy spotkał Vivian. Wtedy jeszcze nieosobiście, ale wyczuł, że dziewczyna jest kimś wyjątkowym. Tamtego dnia widział, jak ostatkiem sił ratuje siebie i tego drugiego egzorcystę z łap Lodowego Demona, którego potem odesłał do piekieł. Patrzył, jak dziewczyna traci przytomność, a jej towarzysz bierze ją na ręce i niesie do wioski. Wydawała się taka krucha i delikatna. Zastanawiał się wtedy, jak w tak nietrwałym ciele może mieszkać tak potężna moc. Anioł Lucyfera. Dopiero teraz to rozumiał. Poznał ją, wiedział, jak myśli i czego się boi. Co chce chronić.
Spojrzał na dwóch egzorcystów, który właśnie dobijali ostatnie akumy. Dla nich ta misja zapewne też była zbyt prosta. Tak jak dla niego. Nienawidził takich nudnych zadań – chowańce nie stanowiły dla niego żadnego wyzwania, a odkrycie mocy samozwańczego czarodzieja sprowadziło mu na kark akumy i egzorcystów – niepozorny kawałek Kostki. Innocence. Arte usunął wszystkie przeszkody, więc egzorcyści musieli zająć się jedynie własną robotą. Nigdy nie mieli się dowiedzieć, że ktoś im pomógł.
Brązowowłosy przyglądał im się z nutą ciekawości. Wiedział, że Vivian jest dla nich ważna. Myśleli, że dziewczyna zginęła, a to ich przybiło. Rudzielec wyglądał na smutnego, smętnie szurał butami po bruku. Ten drugi, brunet, wydawał się spokojniejszy. Arte uśmiechnął się pod nosem.
– Yuu Kanda. Nieźle się trzymasz. Przynajmniej na zewnątrz. Ciekawe, jak długo jeszcze – mruknął.
Japończyk odwrócił się gwałtownie, ale po chwili ruszył dalej za towarzyszem, który na niego spojrzał.
– Coś nie tak, Yuu? – zapytał.
– Nie nazywaj mnie „Yuu” – odwarknął brunet.
– Co się stało?
– Nic. To tylko wrażenie.
Wydawało mu się, że usłyszał swoje imię, co było przecież niemożliwe. Byli tu tylko we dwóch, więc nie mógł słyszeć czyiś słów. Poszedł za Lavim, żeby w końcu znaleźć innocence i pozbyć się irytującego rudzielca.
Arte obserwował ich jeszcze przez jakiś czas. Byli ciekawi. Zwłaszcza Japończyk. Wiedział, kim jest nawet lepiej niż Vivian, ale nie zamierzał jej o tym opowiadać. To nie była jego sprawa, choć znał dobrze Lean. To jednak nie miało nic do rzeczy. Teraz obserwował go pod całkiem innym kątem. Wnioski zostawił dla siebie.
Było późne popołudnie, gdy wrócił do Berlina. Wyspał się w pociągu, raport też zdążył napisać, więc wziął szybką kąpiel i zaniósł papiery, po czym postanowił zajrzeć do przyjaciółki. Zapukał.
– Proszę.
Pokój trochę się zmienił od jego wyjazdu. Miska zniknęła, natomiast pojawiły się dwa obszerne stosy grubych ksiąg. Wampir uśmiechnął się pod nosem.
– Arianne cię nie oszczędza – powiedział zamiast powitania.
– Cześć, Arte. Jak misja?
– Nudna jak flaki z olejem, ale czego można się spodziewać po łajzie?
– Po czym? – zapytała dziewczyna.
– Po łajzie. W naszym języku to chowaniec.
– Tego nie ma w księgach – zauważyła.
– Bo to nasz język Cieni. Wdrożysz się, więc się nie przejmuj. Jak się czujesz?
Postanowił nie wspominać jej o egzorcystach. Nie chciał odrywać dziewczyny od nauki i wzbudzać wspomnień, które z pewnością kłuły w sercu. Tęskniła za nimi, a każda wzmianka sprawiałaby, że zaczęłaby się zastanawiać, co robią i jak się czują, a to tylko jej przeszkodzi.
Wysłuchał relacji z kilku ostatnich dni. Potem pomógł jej rozszyfrować kolejne zasady wymowy jednego z języków, którego właśnie się uczyła. Przy okazji wygłupiali się co nie miara. Vivian czuła się dość swobodnie w jego towarzystwie, a to było najważniejsze. Gorsze chwile jeszcze przed nią. Jeszcze chwila i zacznie się prawdziwy trening. Do tego musi zapanować nad swoją demoniczną stroną, a to trochę potrwa.

***

Vivian: Też Was wszystkich kocham, ale to nie ja demotywuję Laur, że nie pisze.
Laurie: Nie narzekaj. Coś tak piszę.
Vivian: Chyba nie to, co trzeba. Złamałaś wczoraj słowo.
Laurie: Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Cicho być. Przez to wszystko w tamtym tygodniu zapomniałam wspomnieć, że na dA są nowe teksty. Kto ich jeszcze nie widział, może poczytać. Może uda mi się coś jeszcze dzisiaj wrzucić. Zobaczymy.
Arte: Tak swoją drogą, to był Kanda w tym rozdziale. Tak jakby ktoś chciał narzekać, że się za nim stęsknił.
Vivian: Chyba wiem, o kim mówisz.
Laurie: Nie obmawiać mi tu czytelników. Za tydzień jeszcze nadal spokój i relaksik.
Vivian: Ciekawe, dla kogo.
Laurie: Pozdrawiamy i do następnego.
Vivian: Pod warunkiem, że ktoś tu jeszcze zagląda.
Laurie: Cicho.
Arte: Do zobaczenia.

4 thoughts on “I hate what I´ve become The nightmare´s just begun I must confess that I feel like a monster

  1. Vesper pisze:

    Czy ja narzekam? Ekhm…Nie wydaje mi się😀 Przypominam, że w moim najnowszym rozdziale nie ma Yuu! Twój wpis za to jak zwykle na poziomie i oczywiście cieszę się niezmiernie z tego, że przewinął się przez niego Japończyk. Coś mi się wydaję, że jednak nie pozostał obojętny na „śmierć” Vivi. No i przywołaj do porządku Noah. Nie ładnie obgadywać czytelników😉 Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejny wpis. Vesper

  2. yuukikurama pisze:

    Notka o Arte bardzo ciekawa. Jestem zadowolona z tego, że przewinęli się tam Yuu i Lavi. Chociaż ja osobiście bardziej stęskniłam się za Usagi’m niż za Marudą…
    Cóż, jestem ciekawa co się będzie dalej działo, więc czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział : D

  3. szaroket pisze:

    Po pierwsze – duży plus za tekst piosenki zespołu Skillet. Przez cały rozdział chodziła mi ona po głowie.
    Po drugie – tak, jak nie cierpię Kandy, tak polubiłam Artego (nie wiem, jak to odmienić, więc z góry przepraszam). Choć pojawienie się egzorcystów pasowało mi do tego rozdziału. Osobiście brakuje mi Allena.
    Po trzecie – czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały🙂

  4. Katsumi pisze:

    O egzorcyści, jak miło ich zobaczyć, choć tylko oczami Arte. Historia wampira jest naprawdę ciekawa. Biedna Vivian dalej przykuta do łóżka. Mam nadzieję, że szybko jej stan ulegnie poprawie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s