Twoją klatką jest twój strach Nie uciekaj, nie bój się Zamiast krzyczeć w miejscu stań Pokonaj ból i strach Drugą szansę sobie daj

Dźwięki walki rozniosły się po korytarzu mimo zamkniętych drzwi sali treningowej, w której urzędowali Vivian i Arte. Wampir uśmiechał się kpiąco za każdym razem, gdy dziewczynie nie udało się go dosięgnąć. Wkurzał ją tym niezmiernie, przez co jej Noah rozwijał się bardziej.
Brązowowłosa cofnęła się o kilka kroków, krzywiąc się. Arte roześmiał się.
– Rozpraszasz się – powiedział.
– Zamknij się – warknęła.
– To ty rządzisz, nie bestia.
– Wiem o tym. Walcz.
Wampir wykonał zapraszający gest i starli się ponownie. Walczyli od kilku godzin bez jakiegoś specjalnego rezultatu – chodziło przede wszystkim o to, aby dziewczyna zaczęła panować nad własnym Noah. Póki co łatwo wpadała w złość, która szybko zamieniała się w nieposkromioną furię. Kontrola nad sobą była bardzo trudna, ale Vivian musiała się tego nauczyć.
Sparingi trwały już od kilku dni. Kilkugodzinne sesje dawały na tę chwilę niewielkie efekty – przede wszystkim zaczęła kontrolować siłę własnych ciosów i stała się bardziej świadoma nowej mocy. Taki trening nie był zbyt bezpieczny dla przeciętnego człowieka, więc zadania podjął się Arte. Jako wampir był silniejszy i groźniejszy, mógł używać własnych umiejętności bez obawy, że zrobi dziewczynę krzywdę.
Wykręcił przyjaciółce rękę, nie obyło się bez bolesnego syku. Wampir pchnął ją aż do ściany i przytrzymał w tym miejscu.
– Nie szarp się – powiedział.
– Przedtem byłeś słabszy.
– Stwierdziłem, że muszę trochę spoważnieć, bo mi przyłożysz.
Drzwi sali otworzyły się, wpuszczając do środka Arianne. Spojrzała na podopieczną uwięzioną pomiędzy ścianą a ciałem wampira.
– Arte, puść ją. Koniec na dzisiaj – zadecydowała. – Jak idzie?
– Ciężko. Lada chwila będę mógł pogadać z Zemstą zamiast z Vivian. Jedynie wzrasta jej siła.
Dziewczyna roztarła nadgarstek, obserwując oba Cienie. Wiedziała, że niewiele się zmienia, trening stał w miejscu, co doprowadzało ją do szału. Przez to reszta nauki też jej nie szła.
– Vivian, za pół godziny spotkamy się w bibliotece.
– Oczywiście, mistrzyni.
Brązowowłosa zabrała ze swojego pokoju świeże ubranie i zeszła do łaźni. Pozdrowiła te parę osób, które tam zastała, ale odsunęła się od nich. Musiała sama ze sobą rozwiązać parę spraw dotyczących treningu. Wiedziała, że jest zbyt niecierpliwa, ale chciała ruszyć dalej. Za to siedziała w księgach, powtarzała języki i mierzyła się z Arte na sali treningowej. To ostatnie do niczego nie prowadziło, jedynie pozbywała się dodatkowej energii, co robiła już wcześniej w Czarnym Zakonie z Kandą. To wspomnienie ostatnio coraz bardziej ją irytowało. Nie chciała przyznać się przed sobą, że częściej łapie się na porównywaniu obu mężczyzn, na tym, że Arte stał się zastępstwem za Japończyka.
Do biblioteki weszła jeszcze z mokrymi włosami, wręcz ściekała z nich woda. Arianne nie skomentowała tego, choć po jej zmarszczonych brwiach można zauważyć, że nie spodobało jej się to.
– Jesteś niespokojna. Co cię trapi, Vivian?
– Ta stagnacja – przyznała szczerze. – Wciąż stoję w miejscu.
– Jesteś niecierpliwa. To nie przystoi Cieniowi. Musisz dojść do ładu z samą sobą. Coś cię rozprasza, a może ktoś.
– Nieprawda – odpowiedziała.
– Vivian, nie oszukuj samej siebie. Mnie nie musisz mówić. Masz być szczera ze sobą.
– Możemy zająć się lekcją?
Arianne przez chwilę nie odpowiedziała. Jej uczennica nadal powtarzała stare błędy. Nie naciskała na nią, żeby przedwcześnie jej nie stracić. W tym przypadku trzeba było wielkiej ostrożności. Vivian jeszcze im nie ufała.
– Nie. Twoja znajomość języków może poczekać. Idź się wysuszyć do końca. Wyjdziemy na zewnątrz, a jest zimno.
Brązowowłosa nie wiedziała, co myśleć o tej zmianie, ale cieszyła się, że mistrzyni nie naciskała na nią w sprawie sparingów z Arte. Wykonała polecenie.
Berlin był dość mocno ośnieżony, ale nie bardzo zimny. Vivian odetchnęła chłodnym powietrzem z niewielką przyjemnością. Przez moment próbowała policzyć, jak dawno była na zewnątrz – ostatni raz chyba, gdy tutaj przybyła. Od tamtego czasu wiele się zmieniło: wybudzenie, początki treningu, nowi ludzie wokół. Ona jednak pozostawała taka sama: niepewna, zahukana i wystraszona.
Nie rozmawiały, spacerując po ulicach Berlina. Po pewnym czasie Vivian zaczęła obserwować ludzi dookoła, wracając do starego przyzwyczajenia. Tym razem nie robiła tego z podejrzliwością, ale z samej ciekawości i dla zabawy. Dzięki temu opuściły ją gorzkie myśli. Odprężyła się i nawet zaczęła nucić pod nosem.
Arianne uśmiechnęła się, widząc zmianę w zachowaniu uczennicy. Słusznie domyśliła się, że spacer pomoże. Gdyby zostawiła ją w tym momencie samą, dziewczyna nawet nie zauważyłaby tego.
– Co powiesz na gorącą czekoladę? – zapytała.
– Dobry pomysł.
– Niedaleko jest przytulna kawiarnia.
Prowadziła tak pewnie, że Vivian miała pewność, że potrafiłaby dotrzeć do celu z zamkniętymi oczami. Kawiarnia była niewielka i przytulna, sala utrzymana była w tonacjach beżu i brązów. Przy kilku stolikach siedzieli goście: jakaś para, dostojne panie plotkujące na jakiś temat, postacie pochłonięte popołudniowym wydaniem gazety czy lekturą książki.
Arianne usiadła przy stoliku w kącie, skąd doskonale mogła obserwować całą salę i wejście. Było to jej ulubione miejsce i gdy tylko czas na to pozwalał, spędzała tutaj wolne popołudnia. Wskazała krzesło naprzeciw siebie uczennicy, która rozglądała się ukradkiem. Po chwili podeszła do nich kelnerka w długiej, ciemnej sukni i białym fartuchu.
– Co podać? – zapytała uprzejmie.
– Dwie gorące czekolady z bitą śmietaną.
– Oczywiście.
Francuzka nie odezwała się dopóki dziewczyna nie wróciła i nie ustawiła przed nimi filiżanek ze słodkim napojem. Skinęła jej głową i spojrzała na uczennicę, która zajęła się kontemplacją porcelany stojącej przed nią.
– Vivian, wiem, że ciężko ci mi zaufać po tak krótkim czasie. Nie chcę jednak, żebyś trzymała wszystko w sobie i się z tym męczyła.
– Nie chcę o tym rozmawiać, mistrzyni.
– Wiem. Widzę, ale pamiętaj, że nawet jeśli mnie zbyjesz, Arte na to nie pozwoli. Jest zbyt uparty, a do tego stał się twoim przyjacielem.
– Czasami mam ochotę wypchnąć go ze swojego życia – powiedziała cicho, przesuwając palcem po krawędzi filiżanki.
– Dlaczego?
– Bo zachowuje się jak… – zawahała się. – Przypomina mi kogoś.
– Twojego przyjaciela z Czarnego Zakonu? Tego Japończyka?
Brązowowłosa spojrzała na filiżankę. To było potwierdzeniem dla Arianne.
– To nic złego.
– Mam wrażenie, że Arte zajmuje to samo miejsce.
– Wydaje ci się. Może stali ci się podobnie bliscy, ale nie zajmują tego samego miejsca. O przyjaciołach się nie zapomina, nawet jeśli są daleko i możemy ich już nigdy nie spotkać. Nie bój się tego.
– To bolesne.
– Wiem.
– Nie wiesz. Nie siedzisz w mojej głowie, mistrzyni.
– Masz rację. Mogę się mylić co do twojej relacji z tamtym chłopakiem, ale mam pewność co do Arte. Leczycie własne rany z pomocą tego drugiego, choć na razie tego nie dostrzegasz.
– Arte pokazał mi swoją przeszłość. Ja tak nie potrafię.
– Arte widzi cię jak młodszą siostrę, która popełnia jego własne błędy. On też był taki zbuntowany i nieufny, nadal taki jest, a znam go już dość długo.
– Jesteście przyjaciółmi?
– To dość luźna relacja. Wy jesteście dużo bliżej. Od ciebie zależy, jak to się dalej potoczy.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Zajęła się swoją czekoladą, pozwalając myślom płynąć i uspokoić się. Uwolniła się wreszcie od wspomnienia, które było zadrą. Nie miała ochoty myśleć o Kandzie, bo to wprawiało ją w jeszcze większy chaos. Tamto się skończyło, nie wróci i nie trzeba nad tym dłużej dywagować.
Po powrocie Vivian starała się medytować, ale co rusz coś ją rozpraszało. Wreszcie po dwóch godzinach bezsensownej walki z samą sobą i użyciu przekleństw we wszystkich znanych jej językach wróciła do siebie z grubą księgą o demonach.
Kolejne dni wyglądały podobnie, ale Vivian jakoś nie narzekała na stagnację zwłaszcza, że powoli zaczęła uczyć się inkantacji. Na razie były to tylko słowa bez żadnej mocy sprawczej, parę razy moc zaklęcia wymknęła się Vivian spod kontroli, demolując kilka rzeczy w bibliotece. Właśnie dlatego Arianne tak bardzo nalegała na trening umysłu i kontroli nad mocami dziewczyny.
Arte robił, co mógł, żeby pomóc przyjaciółce. Marne efekty nie zniechęcały go w ogóle, miał jedynie obawy, czy nie potrwa to zbyt długo. Vivian była zbyt niecierpliwa, a to mogłoby ją pchnąć do spuszczenia wszelkich hamulców i pozwolenia ogarnąć się szaleństwu Zemsty, a to doprowadziłoby do zagłady.
– Nadal tracisz zbyt wiele energii – powiedział, uchylając się ciosem. – Kontroluj to, co robisz.
– A myślisz, że nie próbuję? – warknęła.
– Nie starasz się. Jak ty przeżyłaś tyle lat z tak słabym stylem walki?
– Nie drażnij mnie.
– Taka prawda. W ogóle się nie starasz. Robisz wszystko, żeby wygrać, choćby miało cię to zabić. Nie szanujesz własnego życia.
Przed tym ciosem nie zdołał się uchylić i Vivian trafiła w jego szczękę. Uśmiechnęła się z satysfakcją, widząc, jak ociera krew. Obróciła w dłoni sztylet.
– Kiedy po niego sięgnęłaś? – zapytał.
– Kiedy zacząłeś się wymądrzać. To tylko rękojeść. Sam powiedziałeś, że nie walczymy stalą.
Wampir uśmiechnął się i odskoczył.
– Szkoła monachijska? – zapytał.
– Nie ukończyłam szkolenia. Nie było czasu.
– Efekty widać. Jesteś podstępna jak Noah i atakujesz niespodziewanie jak ninja, ale i tak tracisz mnóstwo energii na niepotrzebne ruchy. Jeśli się nie zmienisz, zabije cię pierwszy demon, którego spotkasz.
– Znowu się mądrzysz.
– Nie zauważyłem – wyszczerzył się w niewinnym uśmiechu.
Specjalnie ją prowokował, żeby pokazać jej błędy, które popełnia. Nic tak nie prostuje stylu walki jak pojedynek. Arte kontrolował przebieg wydarzeń, pozwolił sobie na ograniczenie sił, które wkłada w walkę. Był w stanie powstrzymać ją, gdyby straciła nad sobą kontrolę. Przynajmniej taką miał nadzieję.
Vivian łatwo dała się znowu sprowokować. Dopiero po dłuższej chwili zaczęła myśleć o tym, co robi. Nie dało się tego nie zauważyć, jej ruchy stały się bardziej płynne i mniej energochłonne, przemyślane. Powoli zaczynała kontrolować własną moc, poznawała ją i uczyła się z niej korzystać. Była bardziej świadoma tego, co i jak robi, przez co Arte musiał co jakiś czas poważnieć, żeby dotrzymać jej kroku. Kiedy trening się zakończy, wampir nie będzie miał z nią szans w poważnej walce. Do tego jednak jeszcze pozostało trochę czasu.
Vivian prawie wygrała, stosując sztuczki, których nauczyła się w Szkole Ninja w Monachium. Dawno ich nie używała, ale zaskakująco dobrze je pamiętała i potrafiła zastosować. Arte jednak przewidział ostatnie trzy ruchy i z łatwością je sparował, posyłając na koniec dziewczynę na podłogę. Brązowowłosa oddychała ciężko, wampir nie.
– I właśnie dlatego ty jesteś zmęczona, a ja nie – stwierdził.
– Tylko, że ty jedynie się bronisz – zarzuciła mu.
– Nie lubisz dominować?
– Bez podtekstów, Arte.
– Dlaczego? Jesteś tak bardzo zawstydzona? – zakpił.
– Arte, odwal się. Nie będę w ten sposób z tobą rozmawiać – mruknęła.
Wampir dopiero teraz pomyślał, że dziewczyna może mieć opory ze względu na swoją przeszłość, czemu nie przeszkadza jej ostatni związek. Odepchnął jednak tę myśl.
– Dlaczego nie? Przecież to dość ludzkie. I przyjemne.
– Jak dla kogo.
– Vivian, co jest? Nie byłaś nigdy szczęśliwa wtedy? Nie czerpałaś z tego przyjemności?
– Arte, nie będę z tobą o tym gadać.
– Przyjaciele rozmawiają ze sobą o wszystkim.
– Jesteś durny. Idę do łaźni.
Brązowowłosa zostawiła go w sali, nie chcąc ciągnąć dalej tego wątku. Nie czuła się dobrze na tym gruncie, nigdy nie lubiła rozmawiać na ten temat nawet, gdy myślała o dobrych wspomnieniach. Nie uczestniczyła w dyskusjach ulicznych dziewczyn na temat mężczyzn, zawsze zbywała je pustymi półsłówkami.
Arte dołączył do niej w łaźni. Już się do tego przyzwyczaiła, widząc, że tu jest to jak najbardziej normalne. Cienie chyba uwielbiały ten czas, gdy wszyscy siedzieli w obłokach pary wodnej i rozmawiali, a nawet wygłupiali się. Często wybuchali śmiechem z błahego powodu, co było całkiem innym zachowaniem niż poza łaźnią.
– Mam nadzieję, że nie jesteś zła – powiedział, opierając się o brzeg basenu.
– Możemy do tego nie wracać?
– Dzisiaj tak, ale kiedyś chętnie pogadam – uśmiechnął się szeroko.
– Tylko pogadam? – spojrzała na niego z powątpieniem.
– Cienie ze sobą nie sypiają i nie łączą się w pary – wyrecytował. – Mówiłem ci. Arianne pewnie też.
– Nie wierzę facetom w tym względzie – oświadczyła.
Arte nachylił się nad nią i szepnął do ucha:
– Umiem sobie radzić ze swoimi potrzebami, a ty nie jesteś w moim typie. Wolę kobiety, które zachowują się jak damy.
– Mówiłam ci, że cię nie znoszę?
– Kilka razy, ale nie wierzę ci. Lubisz mnie.
– Dowartościowałeś się już? To się kąp i przestań strzępić język na głupoty.
– Jesteś okrutna.
– Nie gadam z tobą.
Próbował sprowokować ją do wygłupów, ale nie udało mu się. Dziewczyna odwróciła się od niego i zajęła własnym ciałem. Wampir dał więc sobie spokój, ale towarzyszył brązowowłosej w dalszym ciągu.
– Czas na kolację – odezwał się, gdy wychodzili z łaźni. – Nie musisz odpowiadać, ale chodź do jadalni.
Pomieszczenie było gwarne, większość obecnych w Kwaterze Głównej Cieni już jadło, rozmawiając z innymi na różne tematy od najbardziej błahych do typowo zawodowych. Wolnych miejsc jednak było sporo, bo wielu rzadko wracało do Berlina częściej niż co najmniej co kilka miesięcy.
Roger przywitał ich zwyczajowym uśmiechem. Vivian bardzo przypominał Jerry’ego, choć nie łączyły ich tak bliskie stosunki. Nie szukała na siłę podobieństw, choć je widziała.
– Co dla was?
– To, co zwykle – rzuciła Vivian.
Ostatnio jadła ciągle to samo, nie mając ochoty na jakąś specjalną różnorodność. Arianne trochę na to narzekała, ale zmusić jej nie mogła do zmiany diety.
– Dla mnie to samo i moją czerwoną porcję.
– Masz szczęście, że jeszcze zostało, ale jutro będziesz musiał obyć się bez krwi – odpowiedział kucharz.
– Roger, nie możesz mi tego zrobić – jęknął teatralnie wampir. – Muszę mieć siłę, żeby wytrzymać z tą małą – wskazał na Vivian.
– Jaką małą? – obruszyła się.
– Wobec mnie jesteś podlotkiem.
– Rano nie licz na ani kroplę, potem może coś ci przygotuję.
– Jesteś wielki.
Parę minut później dostali swoje porcje i usiedli przy pustym stole. Chcieli mieć trochę spokoju, poza tym Vivian po treningu z Arte zwykle była dość niestabilna i jedno nieuważne słowo mogło ją rozjuszyć. Jeszcze nie panowała nad sobą tak jak powinna, wciąż nie zachowywała się jak pełnoprawny Cień. Woleli więc unikać nieprzyjemności, przez które dziewczyna mogłaby zostać ukarana.
Ten wieczór Vivian dostała wolny, Arianne nie wymagała od niej już żadnego treningu, choć zaznaczyła, że brązowowłosa mogłaby wykorzystać ten czas na doskonalenie siebie. Decyzja miała zapaść na ostatnią chwilę, choć dziewczyna skłaniała się ku temu, aby odpocząć.
– Masz ochotę się zabawić? – zapytał Arte, gdy wychodzili z jadalni.
– Zabawić? Co masz na myśli?
– Nie musimy mieć pozwolenia na wyjście na zewnątrz. Przejdziemy się po mieście, zobaczymy, co się dzieje. Pić nie pójdziemy, bo nie mam ochoty na alkohol. Poza tym jeszcze nie znamy się tak dobrze – uśmiechnął się krzywo.
Dziewczyna zrozumiała, że wampir nie miałby nic przeciwko popijawie, ale póki co wstrzymał się z taką propozycją.
– No, dobra. Może będzie fajnie.
– Wypoczniesz trochę psychicznie i fizycznie, a jutro dasz mi nieźle w kość.
– Jesteś masochistą?
– Czasami – roześmiał się, więc nie wiedziała, czy mówi poważnie. – Przygotuj się i widzimy się w sali wejściowej.
– W porządku.
Na koszulę zarzuciła ciepły sweter i płaszcz, sprawdziła, czy sztylet dobrze leży i jest niewidoczny, po czym zabrała rękawiczki i poszła. Arte już na nią czekał. Uśmiechnął się diabolicznie i ruszył do wyjścia.
Berlin oświetlony gazowymi latarniami wyglądał całkiem inaczej. Było jeszcze dość wcześnie, więc ludzie nadal zapełniali ulice, ale po słońcu nie było już żadnego śladu. Niebo pokryły gwiazdy, w niektórych miejscach trudno je dostrzec, ale nikt z mieszkańców nie podnosił głowy zaprzątnięci innymi, bardziej przyziemnymi sprawami.
Na placu przy Czerwonym Ratuszu stał tłum. Z ciekawością para Cieni zbliżyła się do zbiegowiska, żeby zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że przyjechał cyrk – grupa teatralna właśnie wystawiała swój spektakl, wzbudzając entuzjazm zarówno dorosłych, jak i dzieciarni, która tłumnie zebrała się wokół zaimprowizowanej sceny.
– Chodź – odezwał się Arte.
– Chcę zobaczyć.
– No dobra.
Obserwował dziewczynę, która z błyszczącymi oczyma patrzyła na przedstawienie, śmiała się i klaskała. Podobało jej się to, choć nie była to sztuka wysokich lotów.
Wymalowani klauni wygłupiali się i parodiowali scenę, która przed chwilą się skończyła. Rozdawali kobietom zmarznięte kwiaty, dzieciakom rozrzucali cukierki i zabawiali całą publikę. Po jakimś czasie dołączyli do nich pozostali artyści z instrumentami, na których grali i tańczyli do tej muzyki. Dzieciaki szybko wciągnęły się w zabawę.
Jeden z klaunów ukłonił się karykaturalnie przed Vivian i wyciągnął do niej dłoń, proponując taniec. Dziewczyna uśmiechnęła się i pozwoliła wciągnąć się na scenę.
Zeszła stamtąd roześmiana i zarumieniona, złapała Arte za rękę i ruszyli dalej uliczkami Berlina. Świetnie się bawili: jeździli na butach po lodowisku, gonili się wzajemnie, rzucali się śniegiem. Ten wieczór był jednym z lepszych w ostatnich tygodniach w życiu Vivian. Rzeczywiście psychicznie odpoczęła i zrelaksowała się. Wrócili dopiero po północy rozbawieni i zmęczeni długim dniem. Brązowowłosa zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, a na jej twarzy gościł uśmiech.

***

Vivian: Kolejny rozdział, w którym nic się nie dzieje.
Arte: Jak to nic? Rozwijamy swoją przyjaźń.
Vivian: Ja chyba podziękuję za takiego przyjaciela. Drugi Lavi.
Lavi: Chyba z domieszką Yuu.
Laurie: Ile razy będziecie wałkować jeszcze ten temat?
Vivian: Aż nam się znudzi?
Laurie: Bądź już cicho. Cieszę się, że poprzedni rozdział się podobał. Arte jest dość ważnym bohaterem, więc poświęcenie mu kilku rozdziałów jest jak najbardziej w planie.
Vivian: Za jakiś czas zobaczycie, jak głupi wampir zachowuje się, gdy mnie nie ma.
Lavi: Wypisz, wymaluj Yuu.
Vivian: Przestań już.
Laurie: Tak swoją drogą, Szaroket-san, poprzedni rozdział też miał w tytule motyw z „Moster” Skillet. Fajnie, że ktoś zwraca uwagę na tytuły.
Vivian: Ty masz hopla na punkcie tej piosenki.
Kanda: Jeszcze większego na punkcie „Hero”. Ciekawe, gdzie ją upchnie.
Laurie: Ja już wiem gdzie, o to się nie martw. Ważne, że pasuje. W przyszłym tygodniu poznacie Arsena, Cienia, który nie przepada za Czarnym Zakonem.
Vivian: Czymże byłoby opowiadanie bez nadwornego wroga nr 1?
Laurie: Przestań być złośliwa.
Vivian: Również go nie znoszę. A jak jeszcze pomyślę nad wizytą tego idioty, to jeszcze mniej mam ochotę na kolejny rozdział.
Laurie: Marudzisz. Powoli akcja idzie do przodu. Na razie innych szczegółów nie zdradzamy.
Lavi: Nie? Dlaczego?
Laurie: Bo nie. Milczeć mi tu. Także miłego tygodnia i do następnego. Pozdrawiamy.

2 thoughts on “Twoją klatką jest twój strach Nie uciekaj, nie bój się Zamiast krzyczeć w miejscu stań Pokonaj ból i strach Drugą szansę sobie daj

  1. Vesper pisze:

    Trzy słowa podsumowania: Arte jest boski!!
    Ok… napisałam co wiedziałam😉
    Pozostaje mi życzyć Viv, szybkiego uporania się wewnętrznie ze swoją nową naturą Noah.
    Pozdrawiam cieplutko i życzę mnóstwa weny🙂
    Vesper

  2. Elena pisze:

    Jeju, tak fajnie się to czytało po tygodniu rodem z dna gehenny. Nadrobiłam bodajże dwa czy trzy odcinki i, oł jea, skaczę z radości, albowiem w końcu miałam czas, gdyż jakieś przedziwne, pradawne moce dodały mi siły.
    Przechodząc do rozdziału, albo raczej rozdziałów:
    Cóż, wampirek póki co wydaje się taki „puci puci choć weź i do rany gościa przyłóż”, ale nadal coś mi z nim nie gra. Nie wiem dlaczego, po prostu mam takie dziwne odczucie co do tej postaci (Jeeezu, gadam jak potłuczona, ale mam „dziwna” wypisane na czole. No cóż., wybacz mi to). Po prostu za kolorowo się ta przyjaźń rozwija jak dla mnie. I koniec. Mam wrażenie, że Arte jeszcze zdąży kopnąć ją w tyłek, że tak się wyrażę.
    Mimo to podobało mi się przedstawienie jego przeszłości (ach, jakie to stwierdzenie twórcze z mojej strony, ojej).
    Jeszcze ten cały ambaras z Czarnym Zakonem… Aaaargh! No właśnie ciekawi mnie jak to się rozwinie, bo jak mniemam prędzej czy później do konfrontacji dojdzie.
    I cóż, proszę państwa, pan Arsen nie będzie przepadał za Zakonem. Tutaj pradawne moce podpowiadają mi, że za ciekawego życia dziewczę (przynajmniej na razie) wieść nie będzie. Gadam jak wróżbita Maciej, przepraszam.
    Mój komentarz, mimo że miał być krótki i treściwy… Cóż… Uzyskałam skutek zupełnie odwrotny. Jest długi, bez jakiegokolwiek sensu i nie wiadomo o co w nim chodzi. Ajej, cała ja.
    Pozdrawiam🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s