When you’re sad and no one knows it I’ll send you black roses When your heart’s dark and frozen I’ll send you black roses Ten black roses

Gwar jadalni przyjemnie szumiał w uszach Vivian. Nie uczestniczyła w tym, siedziała przy pustym stole i obserwowała otoczenie. Chcąc nie chcąc, wciąż tęskniła do Londynu, nie przyzwyczaiła się jeszcze do końca do tych ludzi, wielu z nich ledwo kojarzyła z wyglądu. Cienie nie były osobami, które koniecznie chcą się przedstawić nowym, to głównie Arte opowiadał jej, kto jest kim. Każdy tu pilnował własnych spraw.
– Ranny z ciebie ptaszek – usłyszała.
Przy stole rozsiadł się Arte bez żadnego zaproszenia. Udawał, że nie zauważył jej skrzywionej miny, dla niego nie istniało coś takiego jak „nie mam ochoty na twoje towarzystwo”.
– Zaaklimatyzowałam się już – mruknęła.
– To dobrze. Gdybyś miała się tu źle czuć, byłby problem.
Nie odpowiedziała, poświęcając większość uwagi śniadaniu. Sama nie wiedziała, co zepsuło jej już od rana humor, mógł to być efekt uboczny mocy przebudzonego Noah. Nadal nad nim nie panowała, więc było to dość problematyczne. To też doprowadzało ją do irytacji, minęło już tyle czasu, że powinna dostrzec jakieś zmiany, a tu nadal nic. Zaczęła już wątpić, czy opanowanie demonicznej strony jest w ogóle możliwe pomimo słów Arianne i Arte.
Z czasem dosiedli się do nich też inni. Vivian znała ich słabo, dystansowała się w stosunku do innych, a Cienie to akceptowały. Potrzebowała czasu na to, aby naprawdę stać się jedną z nich. Każdy to przechodził.
– Jeśli pani Arianne się zgodzi, moglibyśmy cię dziś ze sobą zabrać – głos Isabel przywrócił Vivian do rzeczywistości.
– Dokąd?
– Arte ci nie mówił? – zdziwiła się blondynka.
– Nie było okazji – odparł wampir. – Poza tym chyba nie zasłużyła – spojrzał sugestywnie na brązowowłosą.
– Weź się odczep. Dokąd chcecie mnie zabrać?
– Niech to będzie niespodzianka – uśmiechnęła się Isabel.
– Nie przepadam za niespodziankami.
– Ta będzie dobra. Nie obawiaj się.
– Więc to jest ten potwór, o którego było tyle krzyku – usłyszeli.
Przy ich stole przystanął wysoki, patykowaty mężczyzna z bordowymi pasemkami na długich, czarnych włosach związanych w kucyka. Jego prawie czarne oczy patrzyły prosto na Vivian, która podniosła na niego spojrzenie.
– Uważaj na słowa, Arsen.
– Dlaczego? Przecież wszyscy wiedzą, czym jest ten cały wielki Czarny Zakon. Jedną wielką pomyłką, która tylko przysparza innym kłopotów. Bezużyteczne śmieci, które się tylko wywyższają.
Vivian zacisnęła pięści, czując, jak Arte łapie ją za łokieć.
– Przestań – odezwał się wampir.
– Bo co? Nie są od nas w ogóle lepsi, a to my musimy się kryć w ciemnościach. Mają dużo lżejsze życie.
Dziewczyna nie wytrzymała i zaatakowała. Ruch był tak szybki, że nikt nie zdążył zareagować. Brunet wylądował na ścianie z jej dłońmi na gardle. Oczy brązowowłosej skrzyły się złotem i furią.
– Nic o nas nie wiesz – syknęła.
– Vivian, puść go – powiedział Arte.
Nie zareagowała, więc wampir wziął sprawy we własne ręce. Oderwał ją od chłopaka, który był już siny na twarzy. Szarpnęła się.
– Puść mnie – warknęła.
– Nie. Zrobisz komuś krzywdę.
– Zasłużył sobie. Nic nie wie o egzorcystach.
Arte nie miał wyjścia, więc wyprowadził ją siłą z jadalni. Szarpała się przez całą drogę wypełniona furią i żądzą śmierci człowieka, który ją rozjuszył. Wampir nie zwracał uwagi na nic innego niż oni. Doprowadził dziewczynę do jej sypialni i dopiero tam ją puścił. Uderzyła go w odpowiedzi.
– Uspokój się – warknął Arte. – Zostań tutaj zanim zrobisz komuś krzywdę.
– Mam mu tak popuścić?
– Tak. Arsen jest nienormalny i wredny. Chciał cię sprowokować, zranić i doskonale mu się to udało. Chcesz oberwać od Rady? To nic miłego. Masz tu zostać dopóki się nie uspokoisz.
Patrzyła na niego w milczeniu. Na jej czole nie było już znaków przynależności do klanu Noah. Powoli wracała do siebie, choć gniew nie osłabł. Arsen uderzył ją w najczulszy punkt, zranił miejsce, które nadal się nie zabliźniło. Egzorcyści wcale nie mieli lżej. Chłopak się mylił.
– Vivian?
– Możesz iść. Nie narobię głupot.
Odwróciła się od przyjaciela i ułożyła na łóżku. Wampir widział, że znów cierpi, przypominając sobie o Czarnym Zakonie. Domyślał się, że chodzi przede wszystkim o jedną osobę, zauważył to już jakiś czas temu, ale na razie nie zaczynał tego tematu. To nie był dobry moment.
Wyszedł i ruszył w drogę powrotną. Dopiero teraz pozwolił sobie na gniew. Był tak intensywny, że niektóre Cienie wzdrygnęły się, gdy wampir pojawił się w drzwiach jadalni. Nie zwrócił na to uwagi. Dotarł do stołu, gdzie siedział Arsen. Złapał go za koszulę i podniósł z miejsca.
– Zostaw ją w spokoju – warknął. – Ostrzegam cię po raz pierwszy i ostatni. Jeśli ją skrzywdzisz, przestanę patrzeć na reguły i cię zabiję.
– No proszę. Potwór znalazł sobie drugiego potwora do pary – zakpił Arsen.
– Arte, puść go. Nie jest tego wart – Isabel próbowała odciągnąć wampira. – Arte, proszę cię.
– Uważaj sobie, Arsen. Drugiego ostrzeżenia nie będzie.
Brązowowłosy puścił Cienia ku uldze świadków. Arte był na tyle niebezpieczny, że w szale trudno go powstrzymać. Woleliby tego nie robić, rozumieli, że miał prawo do gniewu. Zaprzyjaźnił się z Vivian, czuł się za nią odpowiedzialny i roztoczył nad nią opiekę w najtrudniejszym okresie jej obecnego życia. Nic dziwnego, że groził Arsenowi, który nie zaskarbił sobie tym atakiem na dziewczynę sympatii współpracowników.
Brunet miał odpowiedzieć, kiedy w drzwiach pojawił się jeden z przybocznych Rady.
– Arsenie, Rada pragnie się z tobą teraz zobaczyć.
– Tak jest.
Chłopak wyszedł za mężczyzną, doskonale zdając sobie sprawę, o co chodzi. Nie żałował jednak, wiedząc, że usłyszy parę słów na temat swojego zachowania. Rada bardzo szybko zareagowała i surowo karała tego typu wybryki. To jednak nie on zaatakował. Dziewczyna powinna oberwać, żeby znała swoje miejsce w hierarchii.
Vivian tymczasem próbowała zagłuszyć gniew. Arsen ich nie znał, a jednak oceniał. Egzorcyści wcale nie mieli lepiej, nie wywyższali się nad innymi. Byli zbyt młodzi na to, co ich czekało, wielu z nich ledwo weszło w dorosłość, jeszcze wielu rzeczy nie widzieli, nie wiedzieli, a tyle zła już doświadczyli. Każdego dnia mogli zginąć, narażali się, choć rzadko kiedy ktoś im podziękował.
Pukanie wyrwało ją z letargu. Podniosła się na łokciu, żeby spojrzeć na gościa. Była to Arianne.
– Coś się stało, mistrzyni? – zapytała dziewczyna.
– Słyszałam, co wydarzyło się w czasie śniadania.
– Wiem, nie popisałam się – wtuliła twarz w poduszkę.
– Trochę. Rozmawiałam z Radą. Arsen zostanie ukarany, ale tobie to też nie może ujść płazem. Złamałaś zasady.
– Przepraszam. Nie mogłam tego słuchać. On nic o nas nie wie.
– Vivian, nie winię cię, że poczułaś się zraniona. W pewnym stopniu cię rozumiem. Broniłaś tych, których kochasz. Nie powinnaś jednak dać się ponosić emocjom. To najpoważniejszy błąd, który możesz popełnić w czasie swoich zadań. Tutaj możesz co najwyżej zostać pokiereszowana i ukarana, ale w terenie to może kosztować cię życie. Nie mam ochoty cię karać, ale nie mogę złamać zasad. Dałabym ci zły przykład.
– Rozumiem. Nie będę się przed tym buntować. Jesteś bardzo zła?
– Nie, Vivian. Nie jestem zła.
– Nawet nie wiem, dlaczego on mnie zaatakował. Do tej pory Cienie traktowały mnie co najmniej z chłodną uprzejmością. Nie chcę, żeby wokół mnie skakali, ale jego zachowania nie rozumiem.
Arianne usiadła na skraju łóżka i pogłaskała uczennicę, która przyglądała jej się uważnie, po włosach.
– Arsen jest bardzo ambitny. Od początku chciał być najlepszy i najsilniejszy wśród Cieni. Tak było do niedawna. Do momentu, gdy ty się pojawiłaś. Arsen wie, że jesteś dużo silniejsza i bardzo zdolna. Zazdrości ci uwagi Ligi i obawia się o swoją pozycję.
– Nie chcę zajmować niczyjego miejsca.
– Wiem, Vivian. Arsen jednak widzi to inaczej. Dodatkowo jego wewnętrzna bestia coraz bardziej go podjudza.
– On też jest inny?
– Każdy z nas ma w sobie bestię – uśmiechnęła się Arianne. – Arsen zdobył Technikę Czarnego Krzewu. Jest to umiejętność praktycznie demoniczna i przeżera jego serce. Trzeba być naprawdę wyjątkowym, żeby zachować własną osobowość niezmienioną i jednocześnie używać Czarny Krzew. To go jednak nie usprawiedliwia. Nie powinien cię atakować.
Brązowowłosa uśmiechnęła się, łapiąc się na myśli, że Arianne bezwarunkowo stanęła po jej stronie. Owszem, ukarać ją musiała, ale robiła to trochę wbrew sobie. Poczuła przypływ sympatii dla własnej mistrzyni, teraz wiedziała, że naprawdę mogła jej zaufać.
– Więc jaką dostanę karę? – zapytała.
– Ten wieczór miałaś mieć wolny, ale pomożesz sprzątać w bibliotece.
Dziewczyna ugryzła się w język zanim zapytała, co to za kara. Nie postrzegała tak tego polecenia, ale wolała się nie odzywać w obawie zmiany zdania przez kobietę. Dopiero wieczorem domyśliła się, że przecież kara została wymuszona, więc Arianne zrobiła to tak, aby wszystkie strony były zadowolone.
– Isabel nie będzie zadowolona. Chciała mnie gdzieś zabrać.
– Jeszcze zdążą cię zdemoralizować. Nie martw się o to. Czujesz się na siłach na trening?
– Tak.
– Więc chodź.
Cała sytuacja poszła w niepamięć. Cienie nie dyskutowały o tym, każdy zajął się własnymi sprawami. Arsen był bardzo niezadowolony z decyzji Rady i z kary, która go dosięgła. Nie chciał zaakceptować obecności dziewczyny w Lidze nie ze względu na Anioła Lucyfera, ale ze względu na powiązania z Czarnym Zakonem. Nie zamierzał zmieniać swojego nastawienia tylko dlatego, że Rada tak chce. Nie zbliżał się jednak tego dnia do Vivian zajęty własnymi sprawami.
Trening brązowowłosej trwał dość intensywnie, więc dziewczyna nie miała czasu na myśli o Arsenie. W innym wypadku zaczęłaby pałać do niego nienawiścią, która mogłaby się dla niego źle skończyć. Zemsta nadal była zbuntowana i gwałtowna, niebezpieczna dla innych i dla samej siebie. Póki co treningi nie dawały tak widocznych rezultatów, jakie wszyscy dookoła by chcieli. Najbardziej niezadowolona była Vivian, wykazując się niecierpliwością i gwałtownymi wybuchami złości. Dostrzegała już swoje błędy, ale nadal była niepewna swoich decyzji. Wciąż miała problem z własną osobą, czego Arianne nie mogła w niej zmienić. Naciskanie na dziewczynę też niczego nie dawało.
Po kolacji Vivian została oddelegowana do biblioteki. Polecenie było dość przyjemne, ale po całym dniu ciężkiego treningu organizm domagał się odpoczynku, a nie skakania po drabinie obciążony grubymi tomiskami.
– Nie znudziło ci się jeszcze? – usłyszała, gdy układała kolejne księgi po sprawdzeniu na odpowiednią półkę.
Spojrzała na Arte, który oparł się o regał. Po chwili odwróciła oczy na własną pracę.
– To ma być kara, więc chyba nie powinnam narzekać – odparła.
– Jest już późno, a od jutra zaczynasz kolejną część treningu. Powinnaś wypocząć.
– Jeszcze nie skończyłam. Zamiast marudzić, pomógłbyś.
– Wiesz, Cienie raczej tu bałaganią niż sprzątają. Nie mamy czasu na zabawę z księgami i kilogramami kurzu. Od tego są wyznaczeni ludzie.
– Jesteście po prostu leniwi.
– Leniwi? Leniwi? Ty sobie nie zdajesz jeszcze sprawy, ile Cień ma codziennie do roboty, moja panno.
– Nie jestem twoją panną – odparła wyniośle. – Odejdź, jeśli chcesz mnie tylko zdenerwować.
Zachwiała się niebezpiecznie, stawiając krok na niższym szczeblu. Opadła i uderzyłaby o stół stojący niedaleko, gdyby Arte jej nie złapał. Uśmiechnął się.
– Nadal mam sobie iść? Gdyby mnie tu nie było, zrobiłabyś sobie krzywdę.
– Gdybyś nie przyszedł, nie doszłoby do tej sytuacji – mruknęła. – Postaw mnie.
– Oczywiście, moja droga. Proszę bardzo.
Wykonał polecenie, ale wciąż miał ochotę się wygłupiać. Złapał ją za rękę i okręcił dziewczyną wokół jej osi zanim zdążyła zaprotestować. Dopiero po chwili wyrwała się i oparła o drabinę.
– Przestań, Arte. Oszalałeś?
– Dawno temu – odparł.
Znowu nie wiedziała, czy mówi poważnie czy tylko się wygłupia. Czasami trudno było go rozgryźć, podświadomie ograniczał niektóre fakty ze swojego życia przed innymi, nawet przed Vivian, której ufał najbardziej.
– Dużo ci zostało? – zapytał po chwili.
– Ten regał. Dwie najwyższe półki są już gotowe.
– Pomogę ci. Znaj moje dobre serce – zażartował.
– Obejdzie się – mruknęła.
– Nie dąsaj się, Vivian. Przecież wiesz, że ja nie mówię tego ze złośliwości.
– Tak, z miłości – zironizowała.
– Jak już to z przyjaźni – odparł. – Na co mam zwrócić uwagę?
– Na stan księgi. Zwykle nie trzeba ich układać alfabetycznie, ale introligator będzie miał roboty na najbliższe kilka lat.
– O to się nie martw. Bierzmy się do pracy.
Nie przeszkadzali sobie wzajemnie. Gdy jedno układało książki na regalu, drugie pracowało przy stole. Żarty odeszły na bok. Vivian złapała się na tym, że do tej pory jeszcze ani razu nie milczeli tak długo w swoim towarzystwie. Zwykle Arte zaczynał rozmowę albo wygłupy i zawsze schodziło na jej temat. Oprócz tamtego pierwszego dnia nigdy później nie mówili o nim. Wiedziała, że wspomnienia, które jej pokazał, to tylko skrót najważniejszych wydarzeń z jego życia, odkąd został wampirem. Tak naprawdę niewiele o nim wiedziała: o jego pracy, marzeniach, ulubionych i znienawidzonych rzeczach. Nie, żeby Arte to w szczególności ukrywał, ale jakoś nie pałał entuzjazmem do odkrycia kolejnych aspektów swojej osoby.
– Czemu tak mi się przyglądasz? – zapytał wampir, wytrącając ją z zamyślenia.
Odwróciła się gwałtownie do ksiąg, które leżały na stole. Czuła, że się zaczerwieniła. Sama nie wiedziała, kiedy zaczęła się na niego gapić. Nic dziwnego, że zauważył.
– Nie, skąd?
– Vivian, to kłamstwo było mało przekonywujące. Coś nie tak?
– Nie.
– A może miałaś jakieś nieczyste myśli ze mną w roli głównej? – zapytał żartobliwie. – Nieładnie.
– Przestań się wydurniać, zboczony wampirze – warknęła na niego. – Tylko jedno ci w głowie.
– Przecież żartuję. Czemu się złościsz?
Zeskoczył lekko z drabiny i objął ją po przyjacielsku. Odepchnęła go niedelikatnie.
– Jakim cudem w ogóle z tobą wytrzymuję? – warknęła.
Arte odwrócił jej głowę do siebie, łapiąc dziewczynę za podbródek. Nie widział jednak żadnych znaków nagłej przemiany, więc to tylko gwałtowna zmiana nastroju.
– Też się zastanawiam – próbował odwrócić sytuację w żart. – I wiesz do jakich wniosków doszedłem? Że mnie lubisz.
– Ciekawe za co.
– Za to, że wyciągnąłem do ciebie rękę i przekonałem cię do wyboru życia. Za to, że się ze mną nie nudzisz. Za to, że ma kto poskramiać twoje humorki, gdy popadasz w skrajności. Za to, że masz się na kogo zdenerwować bez wyraźnego powodu. I w końcu za to, że po prostu jestem obok ciebie przez cały czas jako twój przyjaciel.
– Daj spokój. Co ty o mnie wiesz?
– Więcej niż ci się wydaje.
– Bo Rada ci powiedziała. Tak naprawdę mnie nie znasz, a ja nie znam ciebie.
– Człowieka nie można poznać w ciągu kilku tygodni. Masz rację, ale można go obdarzyć przyjaźnią. Vivian, ja naprawdę postrzegam cię jak przyjaciela. Dla mnie to też jest dziwne, bo do tej pory Cienie zachowywały się wobec mnie z rezerwą, a ja się do nich dystansowałem. Ty się wyróżniasz spośród nich. Dla ciebie mogą być to wady, ale ja widzę w tym zalety. Jeśli coś cię we mnie niepokoi, powiedz. Przecież nie gryzę.
Brązowowłosa odwróciła spojrzenie. Czuła, że Arte poczuł się dotknięty jej słowami, ale odpowiedział na nie ze szczerością, której brakuje zwykłym ludziom. Sama nie wiedziała, co robi. Znów gubiła się wśród własnych myśli i uczuć.
– Przepraszam. Chyba rzeczywiście jestem zmęczona i wygaduję głupoty. Możesz to za mnie skończyć? Pójdę się położyć.
– Vivian?
– Chcę zostać sama.
Zanim odpowiedział, zniknęła pomiędzy regałami. Westchnął ciężko, czując, że tym razem chyba przeholował. Wolał być jednak wobec niej szczery, dość kłamstw nasłuchała się w swoim krótkim życiu, chwilami cała jej egzystencja była jednym, wielkim kłamstwem, którego jakoś nie potrafiła rozpoznać. Tylko, że dziś to odwróciło się przeciwko niemu i nie wiedział, jak miałby to naprawić. Musiał mieć po prostu nadzieję, że jutro dziewczyna poczuje się lepiej.
Zły na siebie wrócił do przerwanej pracy, przeklinając pod nosem. Wiedział, że Arianne dowie się o jego udziale w karze uczennicy, ale zamierzał wziąć odpowiedzialność na siebie. Nie chciał, żeby znów jej się oberwało. I tak czekają ją ciężkie dni.
Vivian wróciła do siebie i w ubraniu położyła się do łóżka. Zasnęła od razu, więc nie dręczyły jej ani wyrzuty sumienia wobec Arte ani własne, niespokojne myśli, które ostatnio pojawiały się coraz częściej. Nic nie pomagało: ani zignorowanie ich i próba skupienia się na treningu ani żadna z technik umysłowych, które do tej pory poznała. Znów wracała do starych schematów i nie potrafiła sobie z tym poradzić.
Obudził ją intensywny zapach róż. Otworzyła niepewnie oczy i podniosła się na łokciach. Jedno spojrzenie utwierdziło ją, że śni – sypialnia była ładnie urządzona, a przy tym dość bogato w porównaniu z jej kwaterą w Berlinie. Do tego to pomieszczenie miało okno. Na jego parapecie siedziała białowłosa postać. Vivian jednak bardziej zainteresował wazon przy łóżku, w którym stały róże. Czarne. Jej ulubione. Naliczyła dziesięć sztuk.
– Po co przyszedłeś? – zapytała, wciągając w płuca aromat kwiatów.
– A nie wzywałaś?
– Nie. Tylko mnie drażnisz. Ile razy mam ci kazać odejść, żebyś wreszcie zrozumiał?
– Wiesz, że to niemożliwe. Miałem przyjść, kiedy wszystkiego się dowiesz i to sobie poukładasz. Do tego potrzebujesz pocieszenia.
– Nie twojego. Odejdź.
– Aniele, dlaczego wszystko chcesz utrudnić?
– Utrudnić? Ja? Czy prosiłam o taki los? Wiem, kim jestem. Cholernym Aniołem Lucyfera, który ma moc zniszczenia tego beznadziejnego świata. Dokonałam wybudzenia, uratowałam swoje życie, a wcale nie czuję się lepiej.
– Bo siebie nie akceptujesz. Widzisz tylko te gorsze strony.
Zeskoczył z parapetu i usiadł obok niej na łóżku. W dłoń ujął jedną z róż z wazonu. Vivian obserwowała go z uwagą. Jego oczy przypominały o czymś, o czym pamiętać nie chciała. Odwróciła spojrzenie.
– Tu możesz zrobić wszystko, co chcesz – jakby odparł na jej myśl. – Przecież o tym wiesz.
– Znasz moją przyszłość? – zapytała.
– Nie. To ty zdecydujesz o własnym życiu.
– Nigdy nie mówisz nic konkretnego.
– Bo mi nie wolno. Nie mogę cię na siłę przeciągać na stronę tych dobrych. To wbrew zasadzie o wolności wyboru. Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie, a może nie będziesz musiała. Tego nie wiem. Pamiętaj, że nie wszystko było zapisane w szkatule. Są jeszcze rzeczy, o których nie wiecie.
– Zdradź mi je.
– Nie poczujesz się przez to lepiej, Aniele. Te róże są piękne. Wyjątkowe.
– Ale ludzie za nimi nie przepadają, bo są czarne.
– To jest w nich najpiękniejsze. Wyróżniają się wśród tłumu, pokazują swoją wyjątkowość, a tylko naprawdę godni potrafią dostrzec ich piękno.
Vivian dotknęła jego dłoni, po której spływała strużka krwi. Starła ją delikatnie opuszkami palców.
– Skaleczyłeś się.
– Czarne róże też mają kolce. Jeśli się nie uważa, zranią nawet kochane serce. Ty jesteś taką różą.
– Nie porównuj mnie do nich.
– Czemu? Wszyscy, którzy potrafią patrzeć, taką cię właśnie widzą. Ja zaś przynoszę ci bukiet dziesięciu czarnych róż, gdy twoje serce zaczyna być zimne i ciemne. Nie chcę, żeby tak się stało, bo jesteś dla mnie ważna. Nie tylko dla mnie. Są ludzie, którzy cię kochają. Nie pozwól im cię stracić.
– Myślą, że nie żyję.
– To chyba lepsze niż świadomość, że żyjesz i stałaś się ich wrogiem.
– A jeśli nie potrafię nad tym zapanować?
– Nia potrafiła, więc dla ciebie tym bardziej nie jest to niemożliwe. Musisz tylko w siebie uwierzyć.
– Żeby to było takie proste – westchnęła.
Białowłosy oderwał kwiat od łodygi i wsunął w jej włosy tuż nad uchem. Uśmiechnął się. Gest był bardzo naturalny i mimo pozorów pasował do tej twarzy.
– Co robisz? – zapytała, chcąc wyciągnąć różę z włosów.
– Zostaw. Pasuje ci.
Zrezygnowała z uporu, ale odsunęła się od niego. Po chwili wstała i podeszła do okna, za którym zobaczyła ogród pełny róż. Wśród nich jej oko dostrzegało przede wszystkim te czarne.
– Kiedy spotkałam cię po raz pierwszy, wzgórze, na którym stałeś, też pokryte było różami – powiedziała cicho.
– Bo to twój symbol. Piękno skażone złem. Myślę, że czarne róże to bardzo smutne kwiaty, a świat tak szybko się nie zmieni, żeby je zaakceptować w pełni.
– Czasami się zastanawiam, dlaczego walczymy o ten świat.
– Przecież znasz odpowiedź, Aniele. Każdy z was walczy o kawałek świata, na którym może żyć z tymi, których kochacie. Śmiać się, płakać, złościć się. Być sobą. Tak po prostu. Egzorcyści i Cienie to najwięksi obrońcy tego świata, ale też najwięksi egoiści. Wyższe pobudki ich nie interesują, to ci źli mają wielkie idee, które zamieniają w swoje czyny. Robicie to, co robicie tylko po to, by spełnić swoje egoistyczne pobudki.
Vivian roześmiała się. Odwróciła się do niego i spojrzała mu w oczy.
– Jesteś ostatnią osobą, którą podejrzewałabym o taką analizę.
– Dlaczego miałbym kłamać, że to wyższa idea? Znam twoje serce. Ratowanie świata, który cię skrzywdził, w ogóle cię nie obchodzi. Próżny byłby mój trud.
– Choć raz się zgadzamy.
Teraz on się zaśmiał. Dziewczyna patrzyła na niego, uśmiechając się pod nosem. Mimo wszystko poczuła się lepiej. Stała w miejscu, ale czy użalanie się nad sobą cokolwiek zmieni? Nie, trzeba się po prostu wziąć w garść. Czas zmian przecież nadal trwał w najlepsze. Nie powinna marnować ani minuty. Tylko czy jest w stanie przezwyciężyć powracającą niepewność?

***

Vivian: Macie jednocześnie Arsena i tego przeklętego Niszczyciela Czasu.
Arte: Co wygląda jak białowłosy Kanda.
Vivian: O tym przypominać nie musisz. Wszyscy wiedzą.
Arte: Chciałem być miły.
Laurie: Tak, tak. Elena-san, dobrze czujesz, że Arte nie jest taki święty na jakiego się kreuje, ale wszystko w swoim czasie.
Vivian: Jak widać powyżej, już sobie pogrywa. A będzie jeszcze gorzej, ale nie o tym miałam mówić. Opis Arsena za moment wyląduje w „Bohaterach”. Szukać pod hasłem „Łowcy Demonów”, tak?
Laurie: Tak. Na dA też trwa życie, więc zachęcam do zaglądania. Nie gwarantuję jednak tylko vivianowskich przygód.
Vivian: Tych to ostatnio chyba nie ma za dużo.
Laurie: Czepiasz się szczegółów.
Arte: Jeszcze jedna ważna wiadomość.
Laurie: Tak, tak. W przyszłym tygodniu notka będzie dzień wcześniej, czyli w CZWARTEK. Dlaczego? A to niech będzie na razie moją słodką tajemnicą. Wszystko okaże się w czwartek.
Vivian: Po prostu Laur jest geniuszem zła. Nie przejmujcie się nią. Jest zimno, a ona nie ma czekolady i stąd to zachowanie. Widzimy się w następny czwartek. Pozdrawiamy.

One thought on “When you’re sad and no one knows it I’ll send you black roses When your heart’s dark and frozen I’ll send you black roses Ten black roses

  1. Vesper pisze:

    Coś czuje, że Arsen i Vin nigdy się nie dogadają, ale to są tylko moje domysły. Z drugiej strony nasza mała Noah zawsze musi mieć na pieńku z kimś ze swojego otoczenia, więc czemu nie Arsen?
    Rozdział oczywiście jak zwykle świetny, ale ty już o tym wiesz…
    I oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się wszem i wobec nie pochwaliła, że znam tajemnicę związaną z przyszłym czwartkiem😀
    Ale to już inna historia…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s