Spotkanie

Gdy trójka egzorcystów przeszła przez wrota Arki, słońce świeciło już wysoko na niebie. Jeszcze kilka minut temu mieli możliwość przechadzania się po gęstym śniegu pokrywającym tereny wokół europejskiej siedziby Czarnego Zakonu. Teraz jednak mogli cieszyli się bezchmurnym niebem w niemal letnim klimacie tureckiej prowincji. No prawie, nie wszyscy wyglądali bowiem na zadowolonych. Lavi i Vesper nie robili sobie jednak nic z ponurej miny Japończyka. Każdy, kto go znał, wiedział, że Kanda już taki jest. Złośliwi twierdzili nawet, że brunet urodził się już z takim wyrazem twarzy.
Szli w milczeniu, kierując się w stronę wioski, w której zanotowano ostatnio kilkanaście przypadków dziwnych zaginięć. Zakon przysłał ich tu w celu sprawdzenia, czy nie ma to przypadkiem czegoś wspólnego z innocence lub co gorsza akumami. Vesper jednak ku swojemu rozczarowania nie wyczuwała w pobliżu bliskości odłamka, co oznaczało, że cokolwiek się tu dzieje, nie jest to nic dobrego. Cieszyło ją jednak, że Lavi zgodził się na ochotnika, aby towarzyszyć jej i Kandzie. Komui nie miał ku temu zastrzeżeń, mimo że wcześniej przeznaczył to zadanie tylko dla dwójki egzorcystów. Była mu za to wdzięczna, nie miała ochoty na jakiekolwiek sam na sam ze znienawidzonym Japończykiem. Tym bardziej, że pod groźbą Mugena była zmuszona zostawić w kwaterze Yuki, której ciemnowłosy egzorcysta szczerze nie lubił. Gdyby nie interwencja rudzielca, prawdopodobnie skończyłoby się to krwawą jatką, ten jednak w ramach rekompensaty za nieobecność wilczycy zaproponował swoje towarzystwo, co nieco ją udobruchało. Nie znaczyło to jednak, że wybaczyła Kandzie jego wcześniejsze groźby pod adresem przyjaciółki. Teraz jednak ważniejsze jest to, aby doprowadzić wyznaczone im zadanie do końca. Niezależnie od tego na czymkolwiek miało ono polegać.
– Zamierzasz udawać, że nic się nie stało? – zapytał rudzielec szeptem idącego obok przyjaciela.
Od samego rana egzorcystów coś gnębiło, a awantura pomiędzy Kandą a Vesper tego dnia była jeszcze bardziej gwałtowna, co tylko potwierdzało domysły rudzielca dotyczące nastroju Azjaty.
– Zajmij się lepiej swoimi sprawami – burknął pod nosem brunet.
– A ty się z tym pogódź. Jej już nie ma. Nie musisz wyżywać się na innych, a tym bardziej na Vesper. Jest nowa, nie jest niczemu winna. Nie znała Vivian – ostatnie zdanie wymówił prawie niedosłyszalnie.
– Nie wiem, o czym mówisz.
Rudowłosy wkurzał go niemiłosiernie swoją dociekliwością. Zaczynał żałować, że nie jest na tej misji sam z blondynką, może i jej nie znosił, ale nie zajmowałaby się głupotami.
– O tym, że dziś mija rok, odkąd zginęła – sprecyzował kronikarz. – Mi też jest jej brak, ale nie zachowuję się przez to jak rozjuszone zwierzę – upomniał bruneta.
– Jeszcze słowo, a poczęstuję cię Mugenem – warknął Kanda, stalowy blask jego oczu przeszywał groźnie idącego obok rudzielca.
– Jak chcesz – mruknął pod nosem Lavi. – Chciałem tylko pomóc – dodał.
Resztę drogi przeszli w całkowitej ciszy. Vesper nie dała niczego po sobie poznać, ale słyszała całą wymianę zdań pomiędzy nimi. Vivian była niemal legendą wśród egzorcystów. Jednak nigdy nie podejrzewała, że Japończyka mogło coś łączyć z tragicznie zmarłą siostrą Allena. Z drugiej strony brunet był wyjątkowo skryty, a ona sama nigdy nie podejrzewałaby go o jakiekolwiek uczucia względem innej osoby. Cokolwiek jednak było pomiędzy tą dwójką, nie tłumaczyło to karygodnego zachowania Kandy wobec niej samej.
Jej rozmyślania zostały przerwane przez młodego kronikarza, który po dotarciu do miasteczka zaproponował, aby się rozdzielili i rozpytali okoliczną ludność o dziwne zaginięcia, które miały miejsce od kilku miesięcy. Gdziekolwiek jednak nie poszli, traktowani byli z rezerwą. Tylko nieliczni zdawali się cokolwiek wiedzieć, ale i oni nie byli w pewni, w jakich okolicznościach dochodziło do zniknięć mieszkańców. Wszyscy jednak, praktycznie bez wyjątku, odsyłali ich po informacje do okolicznej uzdrowicielki – zielarki, która miała mieszkać na skraju lasu w niedalekiej odległości od osady.
Gdy spotkali się w umówionym miejscu, wspólnie zarządzili, że najlepiej będzie, aby poszli porozmawiać ze wskazaną im kobietą. To znaczy Lavi z Vesper, bo Kanda nie wyraził swojej opinii na ten temat.
Nie zajęło im dużo czasu dotarcie na miejsce. Zaledwie po dwóch kilometrach marszu znaleźli się u celu. Uzdrowicielka tak jak im powiedziano, mieszkała w małym domku otoczonym ogrodem pełnym wonnych ziół. Sama kobieta przywitała ich niezwykle gościnnie, chociaż ewidentnie zbywała ich pytania, zasłaniając się nieznajomością tematu. Nie zaprzeczała jednak, że słyszała o zaginięciach i nawet znała większość z tych ludzi, co nie było dziwne, biorąc pod uwagę niewielką liczbę mieszkańców wioski, jednak nie powiedziała im niczego istotnego. Oznajmiła wręcz, że nie słyszała, aby komukolwiek znane były okoliczności tajemniczych zniknięć. Na koniec zaproponowała im coś do picia, ale młodzi egzorcyści podziękowali uprzejmie, wymawiając się brakiem czasu.
Starsza kobieta obserwowała dyskretnie oddalających się egzorcystów. Nie mogła pozwolić na to, aby pokrzyżowali jej plany. Milenijny Earl nie byłby zachwycony, gdyby nie dotrzymała warunków umowy. Dopóki dostarczała mu materiał na akumy, była hojnie wynagradzana, wiedziała jednak, że w przypadku porażki nie będzie miał dla niej żadnej litości. A ona nie chciała umierać. Dlatego też musi pozbyć się wścibskich nastolatków zanim dojdą do tego, czym się zajmuje. W tym celu podeszła do kredensu, na którym stała pusta, niczym niewyróżniająca się butelka po winie. Gdy wyciągnęła korek, na jej twarzy zagościł okrutny uśmiech. Po chwili obok niej w kłębach dymu zmaterializował się potężny półnagi mężczyzna, którego całe ciało pokryte było tatuażami. Starożytne znaki zdawały się błyszczeć srebrzystą poświatą. Poczuła dreszcz podniecenia. Działo się tak zawsze, gdy demon znajdował się na wolności. Czerpała chorą satysfakcję z tego, że udało jej się zakląć tak potężną istotę, rzucając na nią klątwę dżina. Wymusiła w ten sposób posłuszeństwo na tej ciemnej istocie, która pod wpływem uroku stała się jej niewolnikiem.
– Zabij – tylko to jedno słowo wypowiedziane z dziką satysfakcją padło z ust kobiety.
To wystarczyło. Wyrok został wydany, pozostało tylko czekać.
W tym samym czasie do miasteczka dotarł jeździec odziany w czarny płaszcz z głębokim kapturem, pod którym skrywał swoje oblicze. Nikt jakoś nie zwracał na to większej uwagi, podróżni często mieli dziwne przyzwyczajenia, ważne, że nieźle płacili za możliwość noclegu i dobrego posiłku. Ze względu na brak połączenia kolejowego postać musiała dostać się tu w inny sposób, więc prawie cały dzień spędziła w siodle karego ogiera, klnąc w myślach na zadupie, na które została wysłana. Na szczęście nie było żadnych problemów z noclegiem – zakwaterowała się w jednej z dwóch gospód, płacąc z góry, zamówiła obiad i poszła do wynajętego pokoju. Dopiero za drzwiami ściągnęła kaptur z głowy, ukazując jasne oblicze okolone odrastającymi już, ciemnobrązowymi włosami, których na razie nie wiązała.
Vivian rzuciła torbę na łóżko i spojrzała przez okno. Była to jej druga samodzielna misja w ramach treningu, choć nadal Arianne sprawowała nad nią kontrolę. W obecnej chwili mistrzyni czekała na nią w Istambule, zajmując się jakimiś własnymi sprawami. Dziewczyna pamiętała, jak skończył się jej ostatni popis umiejętności, więc tym razem obiecała sobie, że nie zawali. Nie może sobie na to pozwolić.
Pukanie wyrwało ją z zamyślenia.
– Proszę – powiedziała nieco chrapliwie, przeklinając suche powietrze.
Do środka weszła córka gospodarza, chuda dziewczyna o czarnym warkoczu sięgającym ud. Tacę z jedzeniem postawiła na stole i ukłoniła się.
– Przygotować kąpiel? – zapytała cicho, nie patrząc na brązowowłosą.
– Jeśli to nie problem.
– Dobrze.
Vivian praktycznie rzuciła się na jedzenie, jakby nie jadła od tygodnia. Ostatnio zachowywała się prawie jak Allen. Ta myśl przykuła jej uwagę. Doskonale wiedziała, jaki dziś dzień – rok temu sfingowała własną śmierć w płomieniach i obserwowała ich rozpacz. Prawie rok spędziła w Lidze Cieni, stając się kimś innym, a jednocześnie pozostając sobą. Zdobyła nowe umiejętności, poznała nowych przyjaciół i wrogów, choć akurat o Arsenie nie miała ochoty myśleć, nazwała Berlin swoim domem, choć ten prawdziwy został tam, w Londynie. Może w wirze zajęć nie czuła tego, ale tęskniła za nimi. Czy tego chciała czy nie, stali się ważną częścią jej życia, której bardzo jej brakowało. Za każdym razem, gdy ich widziała, a przecież już parę razy się to zdarzyło, coś rozrywało jej serce. Chciała zrzucić kaptur, wykrzyczeć im, że żyje, pocieszyć i przeprosić za cierpienie, które im przysporzyła, ale wiedziała, że nie może. Tamten czas odszedł bezpowrotnie i nie ma się, co oszukiwać i łudzić, że będzie inaczej. Teraz ma nowe obowiązki i nie może zawieść zaufania, którym została obdarzona. Przecież robiła to też dla nich, żeby mogli chociaż nie martwić się o całą resztę zła, które tylko czyhało na ich potknięcie, w ten sposób ich chroniła. Pogodziła się już z tym, że nigdy nie poznają prawdy.
Sama nie wiedziała, kiedy po jej policzku spłynęła samotna łza. Starła ją czym prędzej, uspokajając się. Są rany, których nie należy rozdrapywać i ta należała właśnie do takich.
Spokojnie wzięła odświeżającą kąpiel. Miała jeszcze trochę czasu do wyjścia. Zwykle demon nie atakował za dnia, w tym momencie nawet go nie wyczuwała, a do zapadnięcia wieczoru zostały jeszcze co najmniej dwie godziny. Mogła sobie wszystko przygotować i jeszcze raz przejrzeć papiery. W pamięci miała ostrzeżenie mistrzyni, sama widziała, że jest trochę niejasności, które będzie musiała rozwikłać samodzielnie. Najważniejsze, że mają pewność, że nie jest to działanie zwykłego człowieka, ale demona. Najwyraźniej uznał, że to miejsce jest dobre na darmową jadłodajnię i zaczął atakować. Do niedawna udawało mu się ukryć swoją obecność, ale zawsze w końcu musiała wyjść prawda. Do Vivian należało zakończenie sprawy.
W samej koszuli usiadła w oknie i przyglądała się otoczeniu. Czekała na zapadnięcie nocy bądź znak, że demon zaczął działać. Prócz tego gdzieś w kącie podświadomości czuła jeszcze coś, ale to odsunęła od siebie. Nie mogła pozwolić się rozpraszać tuż przed walką, inaczej przegra. O tym pamiętała doskonale.
Obserwując mieszkańców osady przemieszczających się w nieokreślonym celu po wąskiej uliczce, przy której znajdowała się gospoda, przeszło jej przez myśl, że chciałaby czasami żyć w tak błogiej nieświadomości jak ci ludzie. Większość z nich nigdy nie słyszało nawet słowa „akuma”, a nawet jeżeli tak, to traktowali to jak bajki, którymi straszy się niesforne dzieci.
Nagle jej uwagę przykuła znajoma postać idąca swobodnym krokiem wzdłuż drogi. Od razu go poznała, to był Lavi. Nie wiedziała, czy ma się cieszyć czy martwić. Pojawienie się tu egzorcystów komplikowało sprawę. Jednego jednak była pewna, serce zabiło jej żywo na widok przyjaciela. Niby widziała go jakiś czas temu, ale odetchnęła z wyraźną ulgą, gdy zobaczyła, że nadal jest cały i zdrowy.
Chłopak przystanął przy okolicznym sklepiku, krzycząc coś do znajdującej się w środku osoby. Mimo że natychmiast uchyliła okno, nie udało jej się rozróżnić poszczególnych słów. Po chwili wyszła z niego młoda dziewczyna o jasnych włosach ubrana w stój egzorcystki. Nie znała jej, co oznaczało, że pojawiła się w szeregach Czarnego Zakonu już po jej odejściu.
Coś ją tknęło. Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale nie mogła oprzeć się pokusie, która nagle zagościła w jej sercu. Przecież teraz nikt jej nie pilnował, nie mógł powstrzymać. Może będzie tego później żałować, ale teraz musi za nimi pójść. Mogła udawać, że nie, ale pragnęła ich obecności obok siebie. Oczywiście nie miała zamiaru się ujawniać, byłaby to nierozwaga i głupota z jej strony. Chciała tylko poobserwować rudzielca, tak bardzo jej go brakowało. Zawsze mogła na niego liczyć, sprawdzał się niezawodnie jako przyjaciel, więc tęskniła. Była też ciekawa nowego nabytku Zakonu, co jeszcze wzmagało jej pragnienie, aby zabawić się w szpiega. Po szkoleniu Cieni szansa, że zostanie przyuważona, były bliskie zeru, a zawsze w razie spostrzeżenia przez któregoś z egzorcystów, zniknęłaby wśród gęstych cieni rzucanych przez okoliczne budynki.
Nie zastanawiając się dłużej, ubrała się w ekspresowym tempie, nakładając na wierzch czarny płaszcz i zasłaniając oblicze obszernym kapturem. Wyjrzała przez okno, aby sprawdzić, czy ta dwójka jest jeszcze w zasięgu wzroku. Wypatrzyła ich natychmiast, co przyjęła z lekką ulgą. Nie chciała ich teraz zgubić, gdy już postanowiła zachować się jak szczeniak. Serce przez chwilę zagórowało nad rozsądkiem.
Niemal biegiem wyszła z pokoju, zamykając go na klucz, chwilę później była już na zewnątrz. Od razu wypatrzyła niewielki zaułek, z którego mogła swobodnie prowadzić obserwacje. Przemknęła niczym cień pomiędzy przechodniami. Gdy dotarła na miejsce, przekonała się, że miała rację. Z tego miejsca mogła swobodnie podglądać przyjaciela, nie będąc jednocześnie przez niego widzianą. Wsłuchała się w ich głosy.
– Ile mamy na niego czekać? Przyrzekam, że jeżeli nie zjawi się w ciągu pięciu minut, to po powrocie poszczuje go Yuki – usłyszała złowieszczy ton ewidentnie zniecierpliwionej blondynki.
– Spokojnie, przyjdzie. Tylko błagam, nie próbuj straszyć go tym swoim zwierzaczkiem, wiesz, jak Kanda jest przewrażliwiony na punkcie twojej pupilki.
Vivian, słysząc imię Japończyka, na chwilę zamarła. Nie spodziewała się, że on też z nimi będzie. Nie chciała go tu, bo nie była pewna, czy da sobie z tym radę. Co innego, gdy była z kimś innym i ta obecność chroniła ją przed głupotami, które teraz ewidentnie robiła. Powinna być bardziej rozsądna. Odetchnęła głęboko, starając się zapanować nad budzącymi się emocjami. Pomogło.
– I vice versa. Yuki ostatnio warczy nawet na sam dźwięk jego imienia. Nie wspominając już o tym, że wielokrotnie musiałam ją powstrzymywać, żeby nie rzuciła się na niego. Nie, żeby mi specjalnie na tym zależało, ale nie chciałabym, aby pobrudziła sobie futro krwią tego gbura – oznajmiła stanowczo dziewczyna.
– Idzie. Bądź grzeczną dziewczynką, Vesper, a obiecuję, że po powrocie sprezentuję tej twojej wilczycy najbardziej krwisty befsztyk, jaki uda mi się znaleźć – obiecał rudzielec, wskazując na zmierzającego w ich stronę bruneta.
– Niech ci będzie, ale nie myśl sobie, że zawsze będę ci ustępować – burknęła egzorcystka.
Vivian odruchowo cofnęła się w głąb zaułka, na tyle jednak, aby nadal móc obserwować tę dwójkę. Właściwie już trójkę, bo chwilę potem dołączył do nich Kanda. Na jego obliczu gościł wyraz twarzy jeszcze bardziej ponury niż zapamiętała.
Przymknęła na moment oczy, czekając aż wzburzone emocje trochę opadną. Wiedziała, że to zły pomysł, ale mimo to poszła za nimi. Arte by ją wyśmiał, a potem przypominał przez następny rok, jak bardzo jest niezdecydowana. Przecież sama mu powtarzała, że to już nie ma znaczenia, że nic ją nie obchodzi, a teraz ukrywała się jak ostatnia idiotka i obserwowała go, mając ochotę się ujawnić. Wiedziała, że jedyne, co by usłyszała, to bluzg przekleństw i parę kpin, a jednak tak bardzo chciała się do nich zbliżyć i zaprzeczyć temu, co wydarzyło się dokładnie rok temu. Arte rozbudził w niej świadomość prawdziwego obrazu jej serca, przez co teraz zachowywała się nieodpowiedzialnie i nierozsądnie. Szybko zdusiła w sobie to uczucie, odsunęła od siebie myśli kłębiące się w głowie i zwróciła uwagę na trójkę egzorcystów.
– I co? Udało ci się dowiedzieć czegoś więcej? – spytał Lavi w chwili, gdy podszedł do nich Japończyk.
– Nie – oznajmił zdawkowo Kanda.
– To czemu kazałeś na siebie tak długo czekać? – spytała z pretensją w głosie Vesper.
– Nie twoja sprawa – warknął na dziewczynę, obrzucając ją przy tym lodowatym spojrzeniem.
– A właśnie, że mo…
– Możecie przestać?! Siedźcie już lepiej oboje cicho, mam dość wysłuchania tych waszych żałosnych konwersacji – oznajmił stanowczo Lavi, przerywając w połowie wypowiedź Vesper.
W odpowiedzi usłyszała tylko niezadowolone pomruki dziewczyny i parsknięcie Japończyka. Uśmiechnęła się. Nie zmienili się tak bardzo przez ostatni rok, może Kanda był jeszcze bardziej niezadowolony z życia niż dawniej, skoro nie miał już kogo gnębić, a blondynka nieźle wpasowała się w towarzystwo. No i miała wyraźnie na pieńku z Japończykiem. Ten to ciągle ma problemy z nowymi. Mógłby się opanować czasami, a nie ciągle zniechęca do siebie innych. Może sobie być samotnikiem, ale nie musi wciąż traktować innych, jakby byli szczęśliwsi od niego i bardzo go to wkurzało. Nie wpadła nawet na myśl, że brunet może wyrzucać swoją frustrację na nową egzorcystkę tylko dlatego, że mimo usilnych prób nie może zapomnieć o kolejnym kawałku przeszłości.
Najwyraźniej Lavi miał nieszczęście stać się mediatorem pomiędzy nimi i dzisiaj stracił w końcu cierpliwość, bo ile można. Zresztą także on miał z pewnością za uszami świadomość tego, co stracili. Wielokrotnie zastanawiała się, czy nie obwinia się o tamto wydarzenie nieświadomy, że wszystko zostało wcześniej zaplanowane. Oprócz tego, że trzeba było go ratować. Zwykły przypadek, a przez chwilę bała się, że oni także zostaną pożarci przez ogień, który sama podłożyła. Miało ich tam nie być i choć skończyło się dobrze, to rudzielec mógł mieć pretensje do siebie o brak siły, który doprowadził do takiego rozwiązania.
Ruszyła za nimi, chcąc im się jeszcze trochę poprzyglądać. W końcu miała jeszcze trochę czasu zanim zacznie polowanie. Teraz jednak wiedziała, że musi być ostrożna, nie chciała wciągać ich do tej walki, przez co byłoby bardzo łatwe zdemaskowanie. Nie po to była cała ta farsa ze śmiercią. Dla nich była zwęglonym trupem i miało tak pozostać. Nieważne, jak to bardzo boli.
Ostrożnie przemykała, okrywając się cieniami rzucanymi przez budynki w późno popołudniowym słońcu. Zachowała trochę większy dystans, żeby się nie zorientowali, że są śledzeni, nowa mogłaby się nie domyśleć, ale tych dwóch jest bardziej doświadczonych. Niepotrzebny jej problem z egzorcystami.
Najpierw wyczuła akumy, więc postanowiła się wycofać – to nie jej robota. Z pomocą własnego innocence niezauważenie wspięła się na dach pobliskiego budynku na skraju miasteczka i postanowiła obserwować. W końcu żadne raporty nie wspominały o ich obecności. Wolała jednak przyjrzeć się sytuacji, żeby móc ją opanować zanim wymknie się spod kontroli.
Egzorcyści zostali zaatakowani z zaskoczenia. Automatycznie sięgnęli po broń i ruszyli przeciwko wrogowi. Kanda wziął na siebie dwie trójki, które kierowały atakiem, zostawiając Laviemu i blondynce całą resztę. Ci też zostali szybko rozdzieleni, rozchodzili się w różne strony tak jakby tak zakładał plan. Chłopcy zostali wciągnięci pomiędzy uliczki, zaś blondynka nazwana przez rudzielca Vesper w stronę pobliskiego lasu.
Z akumami radziła sobie nieźle. Vivian z rozbawieniem zauważyła, że także używa sai – japońskiego sztyletu w kształcie widełek. Ciekawa była, jak pozostali na to patrzą i czy mocno im przypomina. Obserwowała dziewczynę, chcąc poznać jej siłę. Egzorcystów było niewielu, każda pomoc się przydawała, a nie wiedziała, czy od czasu jej odejścia dostali kogoś jeszcze prócz blondynki.
Dostrzegła ją jedna z akum i rzuciła się na nią, odwracając uwagę Vivian od Vesper, dzięki czemu dziewczyna oddaliła się znacznie. Wróg nie stanowił problemu dla Cienia i szybko został zniszczony bez aktywacji jakiejkolwiek broni. Wtedy poczuła zapach demona i zaklęła szpetnie. Szybko zlokalizowała przeciwnika i ze strachem stwierdziła, że kreatura kieruje się w stronę nieświadomej zagrożenia Vesper, której stąd już nie widziała. Ruszyła w pościg.
Vesper przystanęła zdyszana. Gdzieś tu powinna być dwójka, którą goniła aż od miasteczka, jednak w tej chwili straciła ją z oczu. Zaklęła w myślach. Prawdopodobnie akuma wleciała w las, co oznaczało, że ona też będzie musiała. Obejrzała się za siebie i zauważyła ze złością, iż dała się odciągnąć jak ostatnia kretynka od pozostałych egzorcystów. Nie byłaby jednak sobą, gdyby w tej chwili się cofnęła. Dlatego mimo złych przeczuć weszła pomiędzy drzewa. I to był jej błąd.
Nawet nie zauważyła, kiedy coś zbliżyło się do niej i chwyciło za gardło, unosząc do góry. Jęknęła z bólu, brakowało jej tchu. Czyjaś dłoń miażdżyła jej krtań, resztką sił starała się wbić sztylet w ciało przeciwnika, które pokryte było dziwnymi tatuażami. Nie udało się, mężczyzna bez żadnego wysiłku wytrącił go z dłoni dziewczyny. Ostatnie, co ujrzała przed utratą świadomość, były całkowicie czarne oczy oprawcy i krwiożerczy wyraz jego twarzy.
Czuła jego smród tak wyraźnie, że aż się skrzywiła. Wpadła na małą polankę, gdzie dżin miażdżył właśnie gardło młodej egzorcystki. Ta była już nieprzytomna i lekko zielona z braku powietrza. Ze wściekłością wysyczała zaklęcie, które uderzyło niespodziewającego się niczego demona. Zaskowyczał i puścił bezwładne ciało blondynki. Odwrócił się do postaci odzianej w czarny płaszcz.
– Nie wiesz, że nieładnie atakować kobiety? – warknęła dziewczyna.
Demon ruszył na nią z pewnością siebie, której i jej nie brakowało. Szybko oceniła, z jakim przeciwnikiem ma do czynienia. Pierwotnie był to potężny demon kontraktowy, ale jakaś siła zmieniła go w dżina wypuszczanego jedynie, gdy jego pan miał taki kaprys. Dzięki temu człowiek miał gwarancję, że jego dusza nie zostanie pożarta. Najpierw musiała zająć się spętanym interesantem, jak mówiły Cienie na ten tym demona, a potem odnaleźć osobę, która używa w tym miasteczku czarnej magii. To nie będzie takie trudne, zwykle kontrahenci nie mają zbyt wielkich barier, więc łatwo ich wyśledzić – zawsze zasłaniają się demonem, a bez niego są praktycznie bezbronni.
Vivian odciągnęła go od dziewczyny, żeby nie wyrządzić jej krzywdy. Nie miała pewności, czy nie przyszła zbyt późno, ale teraz całą swoją uwagę poświęciła przeciwnikowi, który aż kipiał żądzą krwi. Uśmiechnęła się pod nosem, najwyraźniej dawno nie jadł i był wściekły, a więzy skutecznie uniemożliwiały mu atak na maga.
Unikała kontaktu fizycznego, starając się określić jego faktyczną moc. Czuła jego nacisk na bariery ochronne swojego umysłu, ale w ten sposób nie mógł wyrządzić jej szkody. W głowie miała jedynie kolejne formuły, które miały jej pomóc odesłać go tam, gdzie jego miejsce.
Chwila nieuwagi poskutkowała rozcięciem na ramieniu. Był potężny i szybki, co zirytowało dziewczynę.
– Że też na takie ścierwo muszę używać tej mocy – mruknęła. – Koniec zabawy, śmieciu.
Odskoczyła i odchyliła lekko głowę. Kaptur z jej włosów opadł do tyłu, ukazując twarz, która na moment zrobiła się szara, zaś jej tęczówki złote. Pomiędzy pasmami grzywki można było dostrzec stygmaty w kształcie krzyży. Uśmiechnęła się szeroko i użyła niedawno nabytej umiejętności – dłonie położyła na własnych przedramionach i prześlizgnęła po materiale płaszcza. W efekcie na torsie demona powstała rana od lewego ramienia do prawego boku jak od miecza. Polała się czarna krew, a przeciwnik ryknął z bólu. Kolejne takie cięcie zadała mu przez środek brzucha i dwa następne przecinające ścięgna Achillesa, więc demon runął na ściółkę. Wtedy dziewczyna użyła prostego runu do stworzenia pentagramu wobec dżina, mogła sobie na to pozwolić, skoro ten ledwo się ruszał. Najwyraźniej spętano jego umiejętności zadawania ciosów na odległość, ale na korzyść Cienia. Kiedy pentagram był gotowy, brązowowłosa skupiła się i użyła odpowiedniego egzorcyzmu, po którym wrzeszczący demon zniknął w czarnej chmurze. Po chwili nie było czuć nawet jego smrodu.
Vivian odetchnęła i opadła na kolana. Tak skomplikowane formuły wymagały sporo energii, więc musiała ochłonąć. Dopiero po chwili przypomniała sobie o nieprzytomnej dziewczynie i ruszyła w jej stronę, pozbywając się swojej ciemnej strony.
Zapadła już noc, gdy odnalazła blondynkę. Nieświadomie oddaliła się dalej niż zamierzała, ale przynajmniej Vesper nie odczuła żadnego z jej działań. Egzorcyści były wrażliwsi na niektóre sprawy, więc należało uważać zwłaszcza w sytuacji, gdy dziewczyna była nieświadoma otoczenia. Całkiem przypadkowo mogłaby zrobić jej krzywdę.
Brązowowłosa kucnęła przy blondynce i sprawdziła jej puls – żyła. Miała co prawda kilka drobnych ran po walce z akumami i lekko opuchnięte gardło, ale to nic groźnego. Vivian jednak nie mogła zostawić jej tu na pastwę losu, choć instynkt podpowiadał, aby zakończyć sprawę. Zanim Lavi wpadnie na to, że jego nowa towarzyszka może być w lesie, minie trochę czasu, a o Kandzie już nie warto przecież wspominać. Jego nikt nie obchodził, a z blondynką najwyraźniej wykopał topór wojenny, więc tym bardziej nie będzie jej szukać. Za grosz przyzwoitości i profesjonalizmu.
Vivian poprawiła kaptur w razie, gdyby jednak spotkała któregoś z egzorcystów i podniosła dziewczynę – nie była taka ciężka. Ułożyła ją sobie na plecach i ruszyła w powrotną drogę. Jako że nie miała pewności, gdzie się zatrzymali czy gdziekolwiek, zabrała ją do siebie. Przemknęła niezauważona przez źle oświetlone uliczki i wsunęła się do gospody tylnymi drzwiami. Przez wrodzoną ostrożność. Dzięki temu nikt nie widział jej z nieprzytomną egzorcystką na plecach.
Ułożyła dziewczynę na własnym łóżku, ściągnęła płaszcz i opatrzyła jej rany. Dopiero później zajęła się własnym ramieniem, które praktycznie już się zasklepiło.
Lavi dezaktywował swoje innocence chwilę po tym, jak pokonał ostatnią z akum. Zachowując jednak czujność, ruszył na poszukiwanie przyjaciół. Znalezienie Kandy zajęło mu niecałe pięć minut. Zastał Japończyka siedzącego po turecku na kamienistej ulicy, oczyszczającego nadzwyczajnie w świecie Mugen z krwi zabitych demonów. Jego stoicka poza rozzłościła zmęczonego rudzielca.
– Czy choć raz mógłbyś się zainteresować, co się dzieje z innymi zamiast dopieszczać swoją katanę? – spytał burkliwie bruneta.
– Przecież tu jesteś – stwierdził oczywisty fakt.
– A nie przyszło ci do głowy, aby nas znaleźć, gdy już zakończyłeś swoją walkę? – ironizował kronikarz.
– Martw się lepiej o swoją nową przyjaciółkę – oznajmił Japończyk, podnosząc się z ziemi, aby swobodnie umieścić Mugen w pochwie.
– Gdzie ona jest? – spytał podejrzliwie.
– Żółtodziób dał się wyciągnąć z miasteczka – stwierdził obojętnie, wzruszając przy tym ramionami w geście obojętności.
– I nie powstrzymałeś jej? – warknął rudzielec.
– Miałem swoją robotę. Nie będę uganiał się za kimś, kto ma tak mało rozumu, aby dać się oddzielić od swoich – oznajmił bezdusznie.
– Jak coś jej się stanie… – nie dokończył. Nie był w stanie, najchętniej zdzieliłby przyjaciela czymś ciężkim za dzisiejsze zachowanie, bo ostro przeginał. – Idziemy! Trzeba ją znaleźć zanim będzie za późno. O ile już nie jest – burknął.
Kanda nie zareagował w żaden sposób na słowa towarzysza jednak ruszył za nim, nie miał w tej chwili nic lepszego do roboty.
W tym samym czasie Vesper powoli odzyskiwała świadomość. Bolało ją całe ciało. Cichy jęk, który wydobył się z jej gardła, uświadomił jej, że obrażenia zadane przez akumy były niczym w porównaniu z palącym krtań ogniem. Czuła się tak słaba, że nawet uchylenie powiek sprawiło jej niemałą trudność. Gdy w końcu się udało, spojrzenie napotkało szarawy sufit świadczący o tym, że znajduje się w jakimś pomieszczeniu. Podświadomie wyczuła także, że nie przebywa w tym miejscu sama. Obolała szyja spowodowała, że z ledwością była w stanie obrócić głowę, aby rozejrzeć się wokół. W końcu udało jej się dostrzec siedzącą na parapecie okna postać dziewczyny, której ciemnobrązowe włosy spływały kaskadą na smukłą szyję, a ciemnozielone oczy patrzyły przenikliwie wprost na nią.
– Kim jesteś? – spytała ochryple.
– Przyjacielem, Vesper. Nie musisz się mnie obawiać – odparła cicho, zakładając niesforne pasemko za uchem.
Z gracją zeskoczyła z parapetu i podeszła do niej. Na stoliku obok łóżka stał kubek wypełniony czymś mętnym o zapachu gorzkich ziół. Brązowowłosa usiadła obok egzorcystki, pomogła jej usiąść i podstawiła naczynie pod usta blondynki.
– Wypij. Poczujesz się lepiej – poleciła.
– Co to jest? – spytała, patrząc podejrzliwie to na zawartość kubka, to na siedzącą obok dziewczynę.
– Zioła. Pomogą zregenerować twoje gardło – uśmiechnęła się kątem ust. – Nie mam powodu zabijać egzorcystów.
– To ty mi pomogłaś? – spytała, gdy już wypiła całą zawartość naczynia obrzydliwej substancji, którą uraczyła ją nieznajoma.
– Zostawienie cię w lesie na noc nie byłoby mądrym pomysłem – odparła Vivian. – To nie jest zbyt bezpieczne miejsce dla młodej dziewczyny.
– Jestem egzorcystką – burknęła blondynka nieco urażona pobłażliwym tonem nieznajomej.
Brązowowłosa roześmiała się.
– Tak, wiem, ale nadal młodą dziewczyną.
– Ty za to nie wyglądasz na wiele starszą – zauważyła. – W każdym razie dziękuję, nie musiałaś mi pomagać, a jednak to zrobiłaś. Gdyby nie ty, to nie byłoby mnie już na tym świecie.
Vivian wzruszyła ramionami i podeszła do okna, odwracając się tyłem do blondynki.
– Zdążyłaś już pewnie zauważyć, że egzorcystów jest mało. Świat nie może sobie pozwolić na luksus stracenia któregokolwiek z nich – powiedziała poważnie. – A zabijanie demonów to moja praca, więc nie musisz mi dziękować.
– Wiem, popełniłam błąd. Nie powinnam oddalać się od towarzyszy. Gdyby była ze mną moja wilczyca, poradziłabym sobie, sai nie jest moją mocną stroną. A ten typ, który mnie zaatakował, był naprawdę potężny – przyznała skruszona. – Tak właściwe to czym on był?
– Demonem kontraktowym zamienionym w dżina – odpowiedziała Vivian. – Ktoś tutaj używa bardzo potężnej czarnej magii albo otrzymał od kogoś pomoc. Skoro Zakon was tu przysłał, to mógł być to nawet Milenijny Earl.
– Sądząc po obecności akum, to raczej tak. Ale czarna magia? – zamyśliła się Vesper. – Wiesz może co z moimi towarzyszami? – zmieniła temat.
Uśmiechnęła się lekko i machnęła ręką, po czym ponownie usiadła na parapecie.
– Znając ich, to są bez jednego zadrapania. Obecność akum zniknęła, więc pewnie przynajmniej jeden cię szuka – pominęła fakt, że Kandzie jak zwykle z pewnością się nie śpieszy do szukania nowej towarzyszki.
– Ty ich znasz? – spytała zdziwiona dziewczyna. – Ehhhhhh… Lavi się pewnie martwi. Co do Kandy to nie mam wątpliwości, że chętnie widziałby mnie martwą. Wiesz, nie przepadamy za sobą – mruknęła.
– Kanda za nikim nie przepada – powiedziała z przekąsem. – A już na pewno nie za nowymi. Poznałam ich kiedyś, ale to już zamierzchła historia – westchnęła. – Nie ma po co do tego wracać.
– Jak masz na imię? Może coś o tobie słyszałam – spojrzała przenikliwym wzrokiem na brązowowłosą.
– Nie sądzę, że taka wiedza jest ci potrzebna, Vesper. Tamten rozdział został zakończony – odparła bez emocji, spoglądając na niebo za oknem.
Nie chciała rozdrapywać ran i dawać złudnej nadziei ludziom, którzy nigdy więcej jej nie zobaczą. Poza tym istniało ryzyko, że Leverrier każe ją ścigać, a to ściągnie kłopoty na Ligę.
– Jesteś bardzo tajemnicza – stwierdziła, podążając wzrokiem za pierwszymi promieniami słońca, które rozświetliły pomieszczenie, informując, że nastał już poranek. – Mój Boże… jak długo byłam nieprzytomna?
– Prawie przez całą noc. Nie bój się, Kandzie i Laviemu nic się nie stało. Najwyżej są trochę niewyspani, ale to ich nie zabije.
– I tak muszę już iść – oznajmiła podnosząc się z posłania. Przez chwilę zakręciło jej się w głowie, ale szybko odzyskała równowagę. – Nie chcę przysparzać Laviemu zmartwień. Tylko co z tą osobą która używa czarnej magii? Jak ją znajdziemy? Nie możemy tak po prostu zostawić tej sprawy, musimy coś z tym zrobić.
Vivian zeskoczyła z parapetu i ściągnęła z krzesła swój czarny płaszcz. Teraz to był jej mundur nawet, jeśli tęskniła za różanym krzyżem, który widniał na stroju blondynki.
– To zostawcie mnie – powiedziała poważnie. – Nie ma sensu, żeby egzorcyści narażali się w sprawie, o której nie mają najmniejszego pojęcia. Powinniście wracać do Londynu.
– W tej sprawie się z tobą zgodzę, ale czy na pewno nie potrzebujesz pomocy? – spytała dla pewności.
W tym momencie coś innego zwróciło jej uwagę. Uczucie, które do tej pory było dla niej niezrozumiałe, wyklarowało się.
– Jesteś użytkownikiem innocence – stwierdziła, sama dziwiąc się, że wcześniej tego nie wyczuła.
Vivian spojrzała na nią uważnie. Nie sądziła, że ktoś z egzorcystów mógłby wyczuwać innocence, co w tej chwili skomplikowało lekko sprawę. Wiedziała, że jeśli Lavi dowie się o tym „niewielkim” szczególe, zacznie jej szukać, bo przecież ktoś taki jak ona powinien znaleźć się w Zakonie. Tylko, że Vivian nie mogła wrócić do Londynu, bo to oznaczałoby śmierć.
– To jest akurat bez znaczenia – odpowiedziała spokojnie. – Nie potrzebuję waszej pomocy. Znam się na swojej pracy i nie mogę was narażać na dodatkowe niebezpieczeństwo.
– Wiesz, jestem w Zakonie od niedawna, ale wcześniej ukrywałam się przez tą organizacją. Nie chciałam być egzorcystką – wyznała. – Dlatego w ramach podziękowania zachowam nasze spotkanie w tajemnicy. Nie chcę przysparzać ci problemu – stwierdziła blondynka, domyślając się, że jej towarzyszka podobnie jak ona sama wcześniej nie chce, aby wyszło na jaw, że jest zsynchronizowana.
– Nikt nie pała chęcią do bycia egzorcystą – uśmiechnęła się. – Możesz ich zapytać. No, może poza Allenem, ale on jest w ogóle wyjątkiem od reguły – uśmiechnęła się na wspomnienie białowłosego. – Wystarczy, że nie powiesz im o synchronizacji. Mogliby źle zinterpretować fakt mojej obecności jako przyczyny tego zamieszania i uprzeć się, żeby mnie szukać – dodała, zarzucając kaptur płaszcza na włosy. – Czas, abyś wróciła do przyjaciół.
– Dziękuję – powiedziała jeszcze, nim otworzyła drzwi, aby ruszyć na poszukiwania towarzyszy. Zanim jednak wyszła, rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na zakapturzoną już postać. Miała przeczucie, że ich losy jeszcze się skrzyżują. – Żegnaj – pożegnała się i przestąpiła próg pokoju, znikając tym samym brązowowłosej z oczu.
Vivian uśmiechnęła się, mając nadzieję, że egzorcyści szybko się spotkają. Wyjście dziewczyny trochę jej ułatwiło, bo mogła spokojnie pozbierać swoje rzeczy i ruszyć na poszukiwania źródła całego zamieszania.
Pokój zostawiła w nienaruszonym stanie, jakby nigdy jej tu nie było. Klucz położyła na barze wraz z dodatkową gotówką za milczenie w razie, gdyby jednak egzorcyści chcieli ją znaleźć, zabrała swojego konia i ruszyła na łowy.
Szukali jej przez całą noc – bezskutecznie. Cokolwiek stało się z dziewczyną, to z chwili na chwilę istniało coraz bardziej nikłe prawdopodobieństwo, że odnajdą ją żywą. Lavi obarczał winą za zaistniałą sytuację swojego towarzysza. I miał ku temu solidne podstawy. To przez Japończyka dziewczyna zostawiła w kwaterze Zakonu swoją wilczycę, która w razie zagrożenia obroniłaby swoją właścicielkę przed każdym niebezpieczeństwem. Dodatkowo nie powstrzymał jej, kiedy spostrzegł, że oddala się od nich. Mimo tego, że wiedział, iż dziewczyna jest niemal bezbronna bez swojego głównego innocence, jakim była Yuki. Sztylet i owszem był przydatny, ale w przypadku słabszych akum. Nie było szans, aby poradziła sobie z jego pomocą z trójką. Jej słaba synchronizacja z sai nie pozwalała na to, co nie znaczyło, że wątpił w jej umiejętności walki, ale nawet to nie uchroniłoby jej przed śmiercią w przypadku napotkania silnego przeciwnika.
Po raz pierwszy w życiu chłopak miał ochotę zamordować swojego przyjaciela. Nie potrafił zrozumieć, jak Kanda mógł być tak nieczuły, aby pozwolić niedoświadczonej egzorcystce wpaść wprost w pułapkę. I pomyśleć, że niedawno to ona uratowała jego, kiedy ten wpakował się w tarapaty. Co prawda zrobiła to tylko dlatego, że dostała taki rozkaz oraz dla niego samego – Laviego, ale uważał, że Japończyk i tak powinien być jej wdzięczny. Dlatego nie potrafił zrozumieć, dlaczego postąpił w ten sposób. Było to dziwne nawet jak na niego. Owszem, miał nią zatarg od pierwszej chwili, ale przecież działają w jednej drużynie, powinni więc sobie pomagać. Okazało się jednak, że dla Kandy nie jest to tak oczywiste jak dla niego. Co było zadziwiające, biorąc po uwagę fakt, że egzorcystów była zaledwie garstka w porównaniu do przeważającej liczby wroga. Tym bardziej powinien zadbać o jej bezpieczeństwo. Nie wspominając już o przydatnych umiejętnościach dziewczyny, jakim było wyczuwanie odłamków innocence, a które mogły zmotywować Japończyka do ocalenia jej przed niechybną śmiercią.
Pod swoim gniewem jednak trochę go rozumiał. W końcu widział, co się z nim dzieje w ciągu tego ostatniego roku. Mógł się do tego nie przyznawać głośno, ale rudzielec dostrzegał, jak bardzo wpłynęła na niego śmierć Vivian. Stał się przez to bardziej rozdrażniony, skory do gniewu i łatwo było go sprowokować, a wspólne misje stały się istną katorgą. Z brunetem naprawdę było ostatnio ciężko wytrzymać, a do tego z niewiadomego powodu wyżywał się na Vesper. Dlaczego? Bo była najmłodsza stażem w zespole? Bo się z nim wykłócała jak Vivian na początku? Bo nie potrafiła odpuścić i przyznać mu racji? Rudzielec już nie nadążał za przyjacielem. Wszyscy ciężko przeżyli odejście brązowowłosej, ale starali się żyć dalej w miarę normalnie. Opłakali ją już i należało wrócić do rzeczywistości. Przecież tego by chciała.
Z zamyślenia wyrwał go widok zmierzającej w ich kierunku blondynki. Jej widok wywołał u niego westchnienie ulgi. Czym prędzej podbiegł do dziewczyny i chwycił ją w ramiona. Tak bardzo się cieszył, że żyje.
– Udusisz mnie – poskarżyła się dziewczyna ochrypłym szeptem.
– Gdzieś ty była? Szukaliśmy cię całą noc – powiedział, odsuwając się na odległość wyciągniętej ręki.
– Wybacz, ale wpadłam w pułapkę dżina – oznajmiła. – Gdyby nie pomoc twojej znajomej, to krucho by ze mną było. A tak straciłam tylko przytomność, ocknęłam się niedawno – wyjaśniła.
– Naszej znajomej? – chłopak uniósł pytająco brwi.
– Takiej drobnej brązowowłosej dziewczyny. W każdym bądź razie znała wasze imiona. Nie przedstawiła się, a ja nie nalegałam.
– Yuu, wiesz może o kogo może chodzić? – spytał rudzielec stojącego obok bruneta.
– Nieważne. I nie nazywaj mnie tak, durny króliku – warknął.
Obaj jakoś nie potrafili udzielić Vesper poprawnej i pewnej odpowiedzi na to pytanie. A może raczej nie chcieli do siebie dopuścić wątpliwości, które dopadłyby ich, gdyby wypytali przyjaciółkę bardziej o tajemniczą dziewczynę. O pewnym rzeczach lepiej nie myśleć zbyt wiele.
– No nic, ważne, że ty jesteś cała – oznajmił Lavi, nie robiąc sobie nic z groźby Japończyka.
– Wracamy? – spytała z nadzieją w głosie.
– Tak. Akumy pokonane, więc możemy uznać, że zadanie wykonane – przytaknął kronikarz.
Bez chwili zwłoki zawiadomili Kwaterę Główną Zakonu, że misja została wykona, uznając, że za tym wszystkim stały akumy, i mogą wracać. Pozostało im tylko dojść do miejsca, gdzie zostaną otworzone wrota Arki. Całą drogę przeszli w milczeniu, byli zmęczeni, a Vesper i tak miała trudności z mówieniem. Poza tym blondynka czuła lekkie wyrzuty sumienia, że zostawiła swoją wybawczynię, aby ta sama rozwiązała sprawę z osobą, która używała czarnej magii. Gdyby powiedziała o tym towarzyszom, to z pewnością chcieliby sami załatwić tę sprawę, ale przeczuwała, że mogłoby się to okazać ponad ich siły. Pozostało jej mieć tylko nadzieję, że brązowowłosa sobie poradzi.
W tym samym czasie Vivian dotarła do chatki zielarki znajdującej się poza miasteczkiem. Wyraźnie czuła obecność demona, choć obecnie trochę już zwietrzałą. Przywiązała konia do pobliskiego drzewa, a sama zakradła się bliżej. Jej kroki były niesłyszalne, oddech niezauważalny jak delikatny powiew wiatru, więc żaden człowiek nie był w stanie dostrzec jej obecności. W tym momencie mogłaby podejść nawet Kandę i nie zorientowałby się dopóki by na to nie pozwoliła. Na tę myśl uśmiechnęła się złośliwie, bo przecież lubiła się z nim drażnić, pomijając całą resztę tego, co pomiędzy nimi było.
Ostrożnie weszła do chaty pachnącej ziołami. Staruszka nie była świadoma obecności Cienia i kroiła jakąś roślinę, zapewne na truciznę, sądząc po tym, co miała na stole.
– Konszachty z diabłem są jak igranie z ogniem – odezwała się chłodno dziewczyna.
Zielarka odwróciła się gwałtownie i rozszerzonymi oczami spojrzała na postać w czarnym płaszczu.
– Kim jesteś? – zapytała strachliwie.
– To nieważne. W imieniu Ligi Cieni skazuję cię na śmierć za używanie czarnej magii, wywoływanie demonów i współpracę z Milenijnym Earlem.
Kobieta rzuciła w nią nożem, ale Vivian bez wysiłku zrobiła unik. Proste zaklęcia spanikowanej postaci też nie robiły na niej wrażenia. Jednym płynnym ruchem wyciągnęła z cholewki wysokiego buta sai, doskoczyła do szamocącej się staruszki i wbiła ostrze prosto w serce. Nie miała cienia litości, teraz była po prostu egzekutorem wyroku. Odsunęła się dopiero, gdy ciało zesztywniało. Patrzyła na nie z odrazą.
– Wy, ludzie, jesteście tacy głupi – szepnęła. – Jak można bratać się z wrogiem, który chce was zniszczyć? Idiotyzm. Przecież Kreator i tak wszystkich zabije, jeśli wygra wojnę. Ludzie nigdy nie zmądrzeją. Gardzę wami.
Wytarła ostrze sztyletu o ubranie trupa i wsunęła go na miejsce. Po chwili wyszła z chaty, nie zwracając uwagi na jej zawartość. Powoli wróciła do swojego konia, wiedząc, że zadanie zostało wykonane. Mogła wracać.

Vivian: Autorki nam tu poszalały i stworzyły wspólny tekst.
Arte: Mówisz tak, jakby ci się nie podobał.
Vesper: Jak jej się nie podoba, to co ja mam powiedzieć? Zrobiły ze mnie żółtodzioba, jakby nie wystarczyło to, że jestem blondynką.
Kanda: Bo jesteś żółtodziobem.
Lavi: Ty też się nie popisałeś.
Laurie: Już zaczynacie kłótnie?
Lena: Laurie ma rację, nie ma co wypominać Vesper tego, że się nie popisała. Jest nowa, jeszcze się nauczy.
Kanda: Jasne.
Vivian: Przestałbyś się miotać. Ciągle ci coś nie pasuje.
Arte: Ja bym mu się tak nie dziwił. Tobie też tęskno.
Vivian: Zamknij się. Ciebie tu w ogóle nie powinno być, bo nie występujesz w opowiadaniu.
Lavi: Właśnie, Arte. Mógłbyś nie dogadywać.
Arte: Ty też ostatnio się nadwrażliwy zrobiłeś.
Vivian: Przymknij się, głupi wampirze.
Lena: Spokój mi tu!
Vesper: Arte ma racje.
Kanda i Vivian [jednocześnie]: Przymknij się!
Vesper: Uważajcie, bo was Yuki poszczuję.
Kanda: Phi… Mugen sobie z nią poradzi.
Vesper: Oż ty…!
Laurie [przykładając dłoń do czoła]: Ja was bardzo proszę. To będzie dłuższe niż samo opowiadanie.
Lavi: Nie trzeba było się nad nami znęcać.
Laurie: No, następny. Znęcamy się nad wami, tak? To ja zaraz poprawię tak, że wam w pięty pójdzie i nawet Vivian wam nie pomoże.
Lena [z szatańskim uśmiechem]: W gruncie rzeczy to całkiem dobry pomysł.
Vesper [jęk]: I ty przeciwko mnie?
Lena: Ja forów nie daję. Ma być spokój albo…
Vivian: Dwie demoniczne autorki nam się dobrały.
Laurie: Nie porównuj nas do siebie.
Vivian: Nawet nie próbuję. Wystarczy, że ciągle robisz jakieś insynuacje. Może trzeba było zmusić rudzielca, żeby wypytał Vesper bardziej o mnie i pogonić ich za mną, co?
Vesper: Proszę was! Obrzydzenie mnie chwyta na samą myśl, że Kanda mógłby się zacząć ślinić na samą wieść, że Vivian żyje.
Kanda: Przymknij się, ladacznico!
Lena: Dość. Jak się nie umiecie zachować to kończymy. Żegnam towarzystwo. Do następnego… Bye.
Vivian: Ta, na pewno. Zwyzywałby mnie od dziwek i na tym by się skończyło.
Laurie: Tak, tak. Jeszcze Leverriera by ci na kark ściągnął, biedactwo. Wystarczy tego dobrego. Tak przy okazji, postać Vesper pochodzi z bloga: http://siodmyplan.wordpress.com/, którego serdecznie polecam. Pozdrawiamy wszystkich i do następnego.

3 thoughts on “Spotkanie

  1. yuukikurama pisze:

    Ciekawy rozdział, bardzo mi się podoba. Według mnie powinnyście częściej pisać razem!
    Czekam na następną notkę. Bye, bye!

  2. seitoshi pisze:

    Popieram Yuuki, wyszło Wam to bardzo dobrze. Aż jestem w szoku, ż si tak zgrałyście.
    A teraz wypadałoby przeprosić…
    Caroline: No dalej, płaszcz się, chcę to zobaczyć.
    Oż ty wredna…. a ja ci nowy strój wymyśliłam…
    No nie ważne. Naprawdę Cię przepraszam Laurie. Nawet nie wiesz jak cierpiałam, gdyż nie miałam nawet czasu wejść na Twojego bloga. A jak już znalazłam dosłownie chwilkę by wejść, to mnie coś odciągało…
    Akemi: Cóż poradzić? Musisz się nauczyć organizować sobie czas na wszystko, a nie o 21.00 przypominać sobie o zaległych szkicach na rysunek i malarstwo.
    Ciiii. Nauczę się w swoim czasie.
    Allen: Albo nagle sobie przypominasz o pd z matmy…
    A. No… Matmy to się nigdy nie nauczę ^^ Ale jakoś to przeżyję.
    Natomiast tęskno mi było za Arte. On jest niesamowity. Ja też chcę takiego przyjaciela. Vivian powinna naprawdę go docenić (szczególnie teraz, kiedy tak wile przechodzi) ;D
    No ale tęskno mi jest nie tylko za wampirkiem, co chyba jest oczywiste.
    Och Yuu-san, móc o nim przeczytać chociaż przez chwilkę było naprawdę nostalgiczne. Naprawdę brakuje mi egzorcystów, domyślam się, że ostateczni nie tylko mi ich brak.
    Akemi: Dajże Aliena, mojego kochanego!
    Allen: Ekhm.. ty już chyba masz jednego…
    Akemi: Jeden Alien więcej – więcej szczęścia Aki!
    Allen:
    Akemi: No nie obrażaj się! Allen, żartuje tylko! Laurie, jednak nie naciskam, zobaczę twojego Allenka w swoim czasie (inaczej ten mój się obrazi).
    Ach te zakochańce… No, widzisz? Oni też za Tobą tęsknili ^^
    Caroline: Nie tylko oni, przez to, że ty Sei, się zajęłaś wszystkim innym to ludzie tęsknią, a ty tylko szkoła, jedzenie, nauka, rysowanie, spanie.
    Ok zrozumiałam, już nigdy nie zrobię sobie tak długiej przerwy.
    Jeszcze raz przepraszam i oczywiście do następnego rozdziału.
    Pozdrawiam. ;*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s