Na co komu dziś wczorajsza miłość Na co komu dziś wczorajszy sen Po co dalej pić to samo piwo Kiedy czujesz, że uleciał gaz

Vivian kolejny raz uderzyła o lodową taflę. Czuła już chyba każdy mięsień, a trening nie dobiegał końca. Podniosła się pod spojrzeniem Arianne, która na zamarzniętym stawie chodziła niczym po ziemi. Brązowowłosa nie widziała w tym sensu, ale od trzech dni walczyły poza budynkiem na obrzeżach Berlina w dość odludnej okolicy.
– To ma w ogóle jakiś sens? – zapytała zirytowana.
Wciąż się przewracała albo przynajmniej ślizgała po powierzchni stawu w przeciwieństwie do Arianne. Do tego nie mogła używać ani innocence ani mocy Noah.
– Oczywiście, że ma. Sądzisz, że trenowałabym z tobą bez pożytku?
– Nie, mistrzyni. Po prostu tego nie rozumiem.
– Jeśli jesteś w stanie poruszać się w zimowej aurze, Lodowe Demony tracą nad tobą przewagę. Chyba tego nie chcesz, co?
Dziewczyna przypomniała sobie o wydarzeniach z Finlandii, co sprawiło, że po raz kolejny straciła równowagę i wylądowała na twardym lodzie.
– Nie pozwól się rozpraszać wspomnieniom – usłyszała.
– Z jednym już miałam do czynienia. To był zwykły gwałt, ale doprawiony obawami. Prawie uwierzyłam, że zabił moich towarzyszy.
– Właśnie dlatego teraz trenujemy na lodzie. Przecież nie chcesz znów do tego doprowadzić. Poza tym opanowując lód, nie będziesz miała problemów na żadnym gruncie.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wciąż słyszała, że trening jest w jej interesie, żeby głupio nie zginąć już w czasie pierwszego zadania. Rozumiała to, ale czasem brakowało jej determinacji. Wszystko komplikowała niepewność o własną tożsamość. Nie mogła sobie jednak pozwolić na odpuszczenie choć na moment. Wiedziała, co do niej należy.
W czasie walki obserwowała ruchy Arianne: sposób, w jaki rozkłada ciężar ciała i ułożenie stóp. W końcu odkryła sekret chodzenia po lodzie. Coś jednak nadal nie wychodziło. Ze złości po kolejnym upadku uderzyła pięścią o powierzchnię stawu.
– Nie potrafię – warknęła.
– Oczywiście, że potrafisz. Już to złapałaś. Ostatnie ograniczenie jest w twoim umyśle.
Tego dnia jednak nic z tego nie wyszło w czasie walki. Nie zauważyła, że całkiem swobodnie zeszła z lodu. Arianne tylko się uśmiechnęła, ale jej nie powiedziała. Nigdy nie chwaliła jej za cząstkowe sukcesy. Wręcz przeciwnie – wymagała jeszcze więcej, więc chwilami Vivian mruczała pod nosem dość nieprzyjemne rzeczy na jej temat. Kobieta jednak nie reagowała na tę formę buntu, wiedziała, że prędzej czy później uczennica zrozumie. Zwykle w najgorszych przypadkach taką granicą była pierwsza misja, gdy wychodziły braki, błędy i nieprawdziwe przekonania podopiecznej.
To nie tak, że nie widziała żadnych efektów pracy Vivian, bo te były widoczne na pierwszy rzut oka. Odkąd zaczęły trening, brązowowłosa zrobiła naprawdę spore postępy. Była inteligentna, dostrzegała własne błędy i sposoby ich naprawy, szybko się uczyła i wkładała w to maksimum wysiłku. Często zasypiała dość późno nad jakimś tomiszczem, a wstawała przed świtem i cały dzień podporządkowywała tylko treningowi. Nie narzekała na ból, zmęczenie czy brak podróży, jej największą wadą, a jednocześnie problemem była niecierpliwość. Wszystko chciała robić od razu, a niestety się nie dało. Aby osiągnąć zamierzony efekt, musiała włożyć w to mnóstwo swojej ciężkiej pracy. Czasami początkowo zmiany były niewidoczne, ale nic się nie marnowało. Pewnego dnia pojawi się rezultat i satysfakcja, że się nie odpuściło. To w końcu dopiero początki treningu.
W milczeniu wróciły do kryjówki Ligi. Roger przygotował im ciepły obiad i gorącą herbatę, żeby się rozgrzały. Na zewnątrz temperatura była dość niska, a one przebywały na mrozie przez kilka godzin.
Akurat trafiły na praktycznie pustą jadalnię – było jeszcze przed porą obiadową, więc miały spokój i ciszę. Vivian odprężyła się, takie chwile zdecydowanie poprawiały jej nastrój po niezbyt udanej sesji treningowej. Nie śpieszyła się z jedzeniem, chcąc trochę skorzystać z przerwy.
– Arte pojechał na misję, więc dzisiaj potrenujesz sama – odezwała się Arianne. – Nie będziesz jednak walczyć, ale skupisz się na kontroli. Nadal ci się wymyka i trzeba nad tym popracować.
– Dobrze, mistrzyni. Nie wiesz, kiedy Arte wróci?
– Do tygodnia czasu. Ostatnio bierze mniej zadań niż zwykle. Chce mieć więcej czasu, żeby ci pomóc.
– To dobrze czy źle?
– Myślę, że dobrze. Przynajmniej nie grozi mu przepracowanie.
Vivian uśmiechnęła się pod nosem. Wampir był irytujący, ale szybko polubiła jego towarzystwo. Przy nim mogła być sobą, nie ograniczać się i odetchnąć w ciągu dnia wypełnionego ciężką pracą. Sprawiał, że nie chciała być samotnikiem i odludkiem, który tylko warczy na wszystkich dookoła. Pod jego wpływem trochę się uspokoiła. Często też pomagał jej, gdy uczyła się starych języków. Doskonale potrafił pokazać jej brzmienie słów, czego księgi nie odwzrorywały w żadnej mierze. Wprowadzał ją także w arkana języka Cieni, którym posługiwali się pomiędzy sobą. Czasem nieźle ją tym bawił i musiała sprawdzać u Arianne, gdy nie była pewna, czy wampir przypadkiem sobie z niej nie kpi.
– Nie martw się. Nie pozwolę ci się nudzić – uśmiechnęła się kobieta.
– Przynajmniej nikt mnie nie będzie rozpraszać – stwierdziła brązowowłosa.
– Uciekaj już na salę. Później do ciebie przyjdę.
– Dobrze.
Tym razem Vivian zajęła mniejszą salę – na samą próbę kontroli była akurat. Sama walka nie dawała takich efektów, zwykle po prostu zwiększała się jej siła, która często wyrywała się spod władzy dziewczyny. Wtedy zaczynało być niebezpiecznie, choć Arte świetnie sobie radził. Pod jego nieobecność Vivian musiała poćwiczyć nad kontrolą, aby nigdy nikomu nie zrobić krzywdy.
Kiedy Arianne przyszła do sali, początkowo dziewczyna jej nie zauważyła. Dzięki temu kobieta mogła ją spokojnie obserwować. Dostrzegała próby podopiecznej zapanowania nad własnym demonem, ale też jej własne opory, których nadal nie mogła się pozbyć. Zastanawiała się, jak je usunąć, żeby brązowowłosa mogła ruszyć z treningiem do przodu. Na razie stały w miejscu. Nie mogła uczyć jej skomplikowanych formuł Cieni w obawie, że zrobi krzywdę sobie bądź innym.
– Wyglądasz na niezadowoloną, mistrzyni – odezwała się dziewczyna.
– Bo nie widzę postępów.
– Wiem. Muszę sobie sama z tym poradzić.
– Dobrze, że już rozumiesz.
– To zbyt mało, prawda?
– Byłabym zdziwiona, gdybyś w ciągu kilkunastu dni zmieniła nastawienie do samej siebie. Faktem jednak jest, że stoimy w miejscu.
– Przepraszam.
– Nie przepraszaj, bo nie masz za co. Starasz się i to cenię, ale wydaje mi się, że źle do tego podchodzisz.
– Nie rozumiem.
– Tu ci niestety nie mogę pomóc. Tę ścieżkę musisz poznać sama.
Dziewczyna kiwnęła głową, choć nadal nie widziała właściwego rozwiązania. Nie skarżyła się jednak, bo sama musiała sobie z tym poradzić.
Kolejne dni wyglądały bardzo podobnie z tą różnicą, że Arianne zaczęła wymagać od uczennicy coraz więcej. Dziewczyna nie skarżyła się, choć czasami już nie nadążała za wymaganiami.
– Zawiąż na oczach – kobieta podała Vivian czarną szarfę.
– Przecież jeszcze nie opanowałam walki na lodzie – sprzeciwiła się.
– Reszty nauczysz się, używając jedynie pozostałych zmysłów. Bez dyskusji, Vivian.
– Dobrze.
Wykonała polecenie, ale bez przekonania. Była pewna, że tym razem Francuzka trochę przesadziła ze swoimi wymaganiami. Postawiła dwa kroki na stawie i instynktownie uchyliła się przed ciosem. Ciało samo przypominało sobie taki sposób walki. Przestała zwracać uwagę na podłoże, świetnie koordynowała własne ruchy, gdy zaczęła się ślizgać. Teraz mogła mierzyć się z Arianne na prawie tym samym poziomie.
– Wystarczy – usłyszała.
Ściągnęła opaskę z oczu, które praktycznie automatycznie przestawiły się na nowe warunki. Zeszła z tafli stawu, poruszając się swobodnie. Była zmęczona, ale czuła satysfakcję z dobrego treningu. Arianne zauważyła to bez problemów.
– Dzisiejszy wieczór masz wolny. Odpocznij.
– Dziękuję, mistrzyni.
Po obiedzie dziewczyna próbowała nadal przejąć kontrolę nad własnymi zdolnościami. Na razie nie ruszała mocy przekleństwa – wszystko po kolei. Z tym nie miała mieć problemów, więc Arianne póki co odsunęła od uczennicy tę kwestię. W tej chwili dziewczyna musiała zająć się swoim Noah, który wciąż wyrywał się spod kontroli. Było to widać, gdy brązowowłosa traciła nad sobą panowanie, nagle zmieniał się jej nastrój i złościła się bez powodu. Nie pomagały żadne dodatkowe ćwiczenia umysłu. W tym momencie była łatwym celem dla każdego demona wyższej klasy, nie mówiąc o tych najwyższych i najbardziej niebezpiecznych. Przez to też Arianne ociągała się z pozwoleniem na pierwsze zadanie dla dziewczyny, choć zdawała sobie sprawę, że to nie może trwać w nieskończoność. Jeszcze najwyżej kilkanaście dni i przyjdzie czas na pierwszy sprawdzian dla brązowowłosej.
Vivian wykąpała się i wróciła do siebie, zanim w łaźni zrobił się tłok. Mimo udanego treningu nie miała najszczęśliwszej miny. Zamierzała zająć się kolejną księgą o demonach, ale zrezygnowała z tego na rzecz spaceru. Ubrała się i poszła najpierw do biblioteki, gdzie zastała Arianne.
– Mistrzyni, idę na spacer – powiedziała.
– Nie musisz mi tego zgłaszać – uśmiechnęła się kobieta. – W wolnym czasie możesz robić, co chcesz.
– Po prostu chciałam, żebyś wiedziała.
– W porządku. Baw się dobrze.
– Dziękuję.
Dziewczyna skłoniła się i wyszła. Parę chwil później poczuła mroźne powietrze wieczoru. Włóczyła się bez celu po uliczkach, nie zwracając uwagi na padający śnieg. Dopiero po jakimś czasie wspięła się na jeden z budynków i usiadła na ośnieżonym dachu. Brakowało jej tego. Kwatera Główna znajdowała się pod ziemią, więc siłą rzeczy nie mogła sobie na to pozwolić.
Nie zwracała na nic uwagi, choć słyszała i czuła, co działo się wokół. W ten sposób nawet się nie poruszyła, gdy jej samotność została naruszona. Początkowo nie reagowała na to, że intruz rozsiada się wygodnie obok niej.
– Nie przywitasz się? – usłyszała.
– Witaj, Arte. Jak było? – zapytała mechanicznie.
– Fajnie. Co jest? Wyglądasz, jakby się coś stało.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Ta noc przypomniała jej inny mroźny, zimowy wieczór. Wtedy też czuła się podobnie i również pojawił się niespodziewanie ktoś, żeby wypełnić pustkę.
– Wtedy też padał śnieg – odezwała się cicho. – I chyba czułam się podobnie.
– Gdzieś ty uciekła? Znowu jakieś cierpiętnicze wspomnienia?
– Odwal się.
– Opowiedz.
– Od tamtego dnia wszystko szło ku gorszemu, a wszystko przez to, że straciłam nad sobą kontrolę. Do tej pory nie wiem, dlaczego Kanda nie pozwolił mi się poddać.
Arte pokręcił głową, gdy zrozumiał, o co jej chodzi. Nie przeszłość ją gryzła, a teraźniejszość, choć ostatnio wydawało się być lepiej.
– Ty nadal swoje, co? – powiedział. – Jesteś Aniołem Lucyfera i wciąż myślisz, że możesz się przed tym uchronić? Nie uciekniesz przed samą sobą.
– Przecież wiem – warknęła. – Nie pouczaj mnie.
– Dlaczego nie? Inaczej w ogóle nie ruszysz do przodu. Zrozum wreszcie, że w ten sposób niczego nie osiągniesz. Tylko siebie okłamujesz.
– A co ty o tym wiesz? – mruknęła.
Wampir uśmiechnął się z politowaniem, co rozdrażniło ją jeszcze bardziej. Nie dość, że przyłazi i jej przeszkadza, to teraz zaczyna z niej kpić.
– Drażnisz mnie – dodała.
– Jak Kanda? – zasugerował.
– A co on ma z tym wspólnego?
– Ty mi powiedz.
– Nie rozumiem cię, wampirze.
– Znowu oszukujesz. On ciągle zajmuje twoje myśli.
– Coś sobie ubzdurałeś.
– Nic sobie nie ubzdurałem. Po prostu widzę, że jest jeszcze coś, do czego się nie przyznałaś nawet przed samą sobą.
– Niby do czego?
– Do miłości.
Dziewczyna spojrzała na niego jak na kogoś niespełna rozumu. Wiedziała już, o co mu chodzi, ale nie miała ochoty z nim o tym rozmawiać.
– Gadasz głupoty.
– Nie. Widzę i chyba wyraźniej niż ty. Powiedz to wreszcie głośno.
– Zamknij się, głupku. Co ty wiesz o moim sercu?
– Wiem, że doskonale sama siebie oszukujesz. Może wcześniej nie zdawałaś sobie z tego sprawy, ale teraz wiesz, bo niby dlaczego częściej myślisz o Kandzie niż o Squalo? Zrobiłaś sobie z kochanka tarczę?
– Milcz, wampirze, bo pieprzysz! – wrzasnęła.
W odpowiedzi uśmiechnął się jedynie, jeszcze bardziej ją drażniąc. Wiedział, że dziewczyna właśnie patrzy na swoje serce, ale jeszcze brakowało czegoś, żeby powiedziała głośno to, do czego próbował ją zmusić.
Vivian starała się zamknąć na te myśli. Do tej pory odsuwała to od siebie, skupiając się na treningu. Arte ją tym zdenerwował, zwrócił uwagę na wątpliwości, które miała w swoim sercu i rozdrażnił. Nie chciała się przyznać do tego, że mogło być inaczej niż w rzeczywistości, którą widzieli wszyscy dookoła.
– Nie uśmiechaj się głupio – warknęła.
– Dlaczego?
– Bo to nie jest zabawne.
– Ależ jest, moja droga Vivian.
– Jesteś idiotą. Jak nie masz, co ze sobą zrobić, to idź i potrenuj.
– Mam, co robić, ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego to dla ciebie taki problem, żeby powiedzieć głośno o swoich uczuciach.
– Daj spokój. Znalazł się psychoterapeuta.
– Nie prychaj.
– A ty się odwal. Nie będę z tobą o tym rozmawiać.
– Dlaczego? Przecież kochasz Kandę. Oboje o tym wiemy. Nie możesz o nim zapomnieć.
– To nie byłoby fair wobec Squalo – mruknęła.
– Oszukiwałaś wszystkich dookoła włącznie z samą sobą. Jesteś oszustką, ale skończ z tym wreszcie. Jeśli nie będziesz ze sobą szczera, nigdy się to nie skończy. Powiedz to głośno. To nie boli.
Dziewczyna nachmurzyła się. Przyciągnęła do siebie kolano i oparła o nie policzek. Słowa Arte zabolały ją mocniej niż wampir mógł to sobie wyobrazić. Czuła się z tym źle, godziło to w jej dumę, ale brązowowłosy miał rację. Oszukiwała siebie, Squalo, Kandę i pozostałych. Znała jednak powody tego zachowania.
– Vivian – pogonił ją.
– Wydaje ci się, że to było takie proste – mruknęła. – Mylisz się, nie zrobiłam ze Squalo tarczy. Ja go naprawdę kochałam.
– Vivian.
– Tak, zakochałam się w Kandzie – warknęła. – Zadowolony?
– Nie. Nadal widzisz w tym coś złego.
– To nie jest tak. Kanda to człowiek, którego ciężko zrozumieć. Robił jedno, a za chwilę całkiem coś innego. Wtedy nie wiedziałam, co o nim sądzić. Że jest moim przyjacielem. Ubzdurałam sobie, że jest wrogiem, we wszystkim szukałam drugiego dna i chciałam go nienawidzić. Bałam się, że mnie skrzywdzi, bo nie rozumiałam jego zachowania, jego gry. Squalo miał być tarczą, odwrócić moją uwagę od Kandy, ale pokochałam go. Naprawdę i bezsprzecznie. Jego śmierć zraniła mnie mocniej niż przypuszczałam. Chyba kochałam ich obu. Można tak?
– Myślę, że można. Miłość nie jest niczym złym.
Pogłaskał ją po włosach. Widział smutek i rozgoryczenie. Dziewczyna żyła w oszustwie tak długo, że zaczęła wierzyć we własne kłamstwa. Nie miał wątpliwości, że uczucia do Squalo były prawdziwe i rzeczywiste, białowłosy stał się do niej namiastką tego, czym powinien stać się Kanda, choć świat wokół na to nie pozwolił. Byli zbyt naciskani przez otoczenie, żeby być wobec siebie szczerzy, może nawet nie byli świadomi własnych uczuć.
– To już nieważne – odezwała się cicho. – Za późno na takie wnioski. Dla niego jestem trupem i tak jest lepiej dla wszystkich.
– Jesteś pewna?
– Tak. Miłość z poprzedniego życia jest niepotrzebna. Zresztą mam na głowie inne sprawy. Na przykład trening.
– Lepiej?
– Trochę. Nie musiałeś być wredny.
– Inaczej nadal byś się tym zadręczała. Szczerość nie jest śmiertelna.
– Daj spokój – mruknęła. – Nie chce mi się z tobą o tym gadać.
Uśmiechnął się. Zawsze rozbawiała go, gdy zaczynała się boczyć. Była przy tym słodka i rozkoszna. Lubił ją drażnić. Był to też sposób, aby coś z niej wyciągnąć. Zastanawiał się, jak Japończyk z nią wytrzymywał, gdy upierała się, żeby nic nikomu nie mówić. To dość ciężkie i trzeba mieć odpowiedni charakter, żeby wytrzymać z taką dziewczyną. Albo znać podobne życie i zrozumieć.
W jego oczach zabłysły wesołe iskierki, gdy wpadł na pewny pomysł. Spojrzał na dziewczynę, która nie zauważyła jeszcze, co się szykuje.
– Chodź. Nie będziemy tu marznąć całą noc.
– Nie chcę jeszcze wracać.
– Nie wracamy jeszcze – uśmiechnął się tajemniczo.
– Co ci chodzi po głowie, głupi wampirze?
– Zobaczysz. Chodź, nie daj się prosić sto razy.
Przez chwilę przyglądała mu się z uwagą, ale nie była w stanie odkryć, co Arte szykuje. Wstała, ześlizgnęła się łagodnie po dachu i zeskoczyła na ziemię, wspomagając się innocence. Wampir był pod wrażeniem, z jaką naturalnością to zrobiła. On musiał bardzo uważać, żeby nie uszkodzić żadnej kości. Nawet ze swoimi zdolnościami musiałby być składany i na kilka dni wycofany z życia Ligi.
– Tędy proszę.
Poprowadził ją pustymi uliczkami do dość sporego, dwupiętrowego budynku, który okazał się być barem. Dziewczynę bardzo to zdziwiło. Spojrzała na Arte pytająco.
– Co jest? – zapytał wampir.
– To bar.
– Tak. My też lubimy się czasem napić. To nasz bar. Znajdziesz tu przede wszystkim Cienie.
– Upijacie się?
– Vivian, Vivian. Jesteśmy ludźmi, którzy mają ze sobą dość ciężkie życie. Do tego widzimy na co dzień samą czerń. Szukamy ukojenia w alkoholu. Tylko nie mów, że jesteś niepijąca.
– Po prostu mnie zaskoczyłeś.
– No to się pobawimy – uśmiechnął się szeroko. – Nalej nam czegoś dobrego, Hans.
Właściciel baru spojrzał ciekawie na Vivian. Był to mężczyzna po czterdziestce, przysadzisty o jasnej skórze, która rzadko widywała słońce, rzadkich, siwiejących włosach i bladoniebieskich oczach.
– Ty jesteś nowym członkiem Ligi? – zapytał przyjemnym głosem.
– Tak. Vivian Walker.
– Hans Werner. Czuj się jak u siebie.
– Dziękuję.
– To co pijecie?
– Whisky – odpowiedziała dziewczyna.
– Dobry wybór.
Para Cieni usiadła przy barze i oddała się pijaństwu. Arte sądził, że szybko doprowadzi towarzyszkę do stanu nietrzeźwości, ale grubo się pomylił. Brązowowłosa dotrzymywała mu kroku, choć stała się bardziej rozrywkowa niż zwykle. Odprężyła się i pozwoliła sobie zapomnieć na razie o tym, co zaszło pomiędzy nią a Arte na dachu. Teraz chciała po prostu odpocząć.
Wampir szykował jeszcze jedną niespodziankę. Poczekał jednak do momentu, gdy w jego opinii Vivian przestanie boczyć się o Kandę. Nie zamierzał pozwolić jej tak po prostu zapomnieć. Nie wymagał, aby pielęgnowała to uczucie, nie chciał jej do niczego zmuszać, ale musiała to w końcu zaakceptować. To miało pomóc w treningu. Najpierw uznanie w sobie rzeczy małych, potem własnej natury, aby w końcu mogli ruszyć dalej. Może to trochę okrutne z jego strony, że tak wykorzystuje jej słabości, lecz chciał dla niej jak najlepiej i się nie wahał. Jeśli go za to znienawidzi, będzie musiał to jakoś przeżyć, choć wątpił, że tak się stanie. Prędzej czy później dziewczyna zrozumie jego motywację. Taką miał przynajmniej nadzieję.
– Masz jeszcze siłę? – zapytał.
– Nie jestem jeszcze aż tak pijana, jeśli o to pytasz.
– Rzeczywiście masz twardą głowę. Gotowa na kolejne atrakcje?
– Ty podobno z misji wróciłeś, a może mi się wydawało?
– Ja tak odpoczywam. Poza tym noc jest moją naturalną porą. Zdążę się wyspać i skopać ci tyłek w treningu.
Dziewczyna przewróciła wymownie oczami. W sumie myślała już o powrocie do Kwatery Głównej, ale wiedziała, że wampir tak łatwo nie odpuści. Zdążyła go już trochę poznać.
– Więc prowadź – powiedziała.
– Idziemy na górę.
Na piętrze wprowadził ją do ogromnego salonu, w którym siedzieli ludzie w dość jednoznacznych ubraniach. Brązowowłosa rozpoznała je od razu i spojrzała na Arte.
– Dwa pytania – odezwała się.
– Wiem, o co chcesz zapytać. Pierwsze: to jest nasz sposób na nasze potrzeby seksualne, drugie: oni są tu dobrowolnie. To miejsce jest nasze, Cienie od zawsze tutaj przychodziły i nikt nas za to nie krytykuje. Jedynie zmieniają się ludzie.
– Liga to opłaca?
– Tak. Całego „Szalonego Kruka”. Dlatego nie musisz myśleć o tym, ile będzie cię to kosztować. My ich naprawdę szanujemy. Nie odmówisz mi dzisiaj.
Patrzył na nią poważnie, widząc jej wahanie. Sama kiedyś utrzymywała się z własnego ciała, więc podchodziła do takich miejsc z rezerwą. Tutaj jednak nikt nikogo nie zmuszał do czegokolwiek. Może Vivian była zaskoczona, ale wkrótce się przyzwyczai. Z pewnością podejście Ligi różniło się mocno od Czarnego Zakonu. Gdyby egzorcyści zaczęli zachowywać się w ten sposób, byłoby to wielce niestosowne i źle widziane – w końcu reprezentowali sobą część Kościoła. Cienie natomiast pracowały w całkowitych ciemnościach, nikt postronny nie wiedział o ich istnieniu, więc mogli sobie na to pozwolić.
Arte rozejrzał się wśród obecnych. Wskazał na młodego Azjatę o ciemnych, krótkich włosach.
– Jak masz na imię? – zapytał.
– Akira.
– Akira, zajmiesz się dzisiaj Vivian.
– Dobrze, panie Arte – skłonił się chłopak.
Wampir wskazał jeszcze dwie dziewczyny, z którymi zamierzał spędzić resztę nocy. Zostali zaprowadzeni do przygotowanych do tego celu pokoi.
– Baw się dobrze, Vivian – wyszczerzył się Arte i zniknął za drzwiami.
Dziewczyna tylko westchnęła. Wiedziała, że wampir znowu zrobił jej na złość, wybierając akurat tego chłopaka i przypomniał o wcześniejszej rozmowie. Powstrzymała jednak Azjatę, gdy się zbliżył.
– Nie będę z tobą spała – powiedziała.
– Mam coś przygotować? – zapytał. – Jestem do panienki dyspozycji przez resztę nocy.
Zrzuciła z siebie wierzchnie ubranie i rozłożyła się na łóżku. Po chwili odwróciła się na brzuch.
– Muszę pomyśleć. Pomasujesz mi plecy?
– Jak panienka sobie życzy.
Przestała zwracać uwagę na chłopaka. Dłużej nie mogła uciekać przed samą sobą i słowami Arte. Do tej pory ciężko było jej się przyznać do oszukiwania samej siebie, tak było łatwiej. Zresztą zawsze maleńka część niej znała prawdę, ale była zagłuszona. Z wielu powodów. Kanda nie był człowiekiem, który pozwalał się zrozumieć, zawsze okrywał się szczelnie murem i iluzjami, więc nie mogła być pewna co do niego. Kluczył, oszukiwał, grał na jej emocjach tylko po to, by zachować pozory. Przez to odbierała go jako wroga. Do tego jeszcze jego zadanie od Leverriera – tego była pewna. Nie miała tylko pojęcia, ile mu mówi. Była od niego zależna i to ją denerwowało. Dlatego łatwiej było nienawidzić i chronić się przed nim na różne sposoby. Stąd tarcza w postaci Squalo. Gdyby go nie pokochała, byłoby to krzywdzące dla białowłosego szermierza, stałby się jedynie pionkiem w ich wzajemnych rozgrywkach. Na szczęście jej serce potrafiło jeszcze kochać.
Kanda od początku ją do siebie przyciągał. Niby była to czysta niechęć, ale czuła, że brunet jest jedyną osobą, która potrafi ją w pełni zrozumieć. Kiedy zwierzała mu się z własnej przeszłości, nigdy jej nie wyśmiał. Owszem, docinał w dość brutalny sposób, ale nie odwrócił się od niej. Mimo wszystko potrafiła mu zaufać i powierzyć własny los. Nie było to proste, wciąż mieszał i nie pozwolił jej odkryć dokładnie, jakim człowiekiem jest naprawdę. Nie chciał, aby dziewczyna stała mu się zbyt bliska. W drugą stronę było całkiem inaczej, choć Vivian nigdy by się do tego nie przyznała, będąc jeszcze członkiem Czarnego Zakonu.
Teraz było inaczej. Starała się o nim nie myśleć i skupić na treningu, ale brakowało jej jego obecności. Spędzali ze sobą naprawdę sporo czasu, przyzwyczaiła się i tęskniła za tamtymi dniami. Jego wspomnienie pojawiało się w najmniej oczekiwanych momentach zawsze na bazie porównania. Dlatego miała wątpliwości, co do przyjaźni z Arte. Wampir szybko zauważył jej zachowanie i wyciągnął prawidłowe wnioski. Widział, że za nim tęskni, choć nie chciała powiedzieć tego głośno. Właśnie dlatego ją zmusić, narażając się na wybuch gniewu i obrażane pomruki. Miał rację. Oszukiwała siebie, nie potrafiła szczerze powiedzieć, co tak naprawdę myśli i przez to nadal stoi w miejscu. Jednak stare nawyki trudno wyplenić w ciągu kilku tygodni. Starała się, stawiając małe kroczki. Przynajmniej były już pewne efekty.
– Od dawna tu jesteś? – zapytała.
– Pół roku.
– Dlaczego taka praca?
– Lepsze to niż ulica. Tu mnie szanują. Sprzedawanie siebie nie jest tak uwłaczające.
Odwróciła się do chłopaka i uśmiechnęła pod nosem. Arte był złośliwy i nie znał umiaru. Wybrał jej Azjatę jako substytut Kandy. Vivian jednak miała pewne opory, nie czuła też takiej potrzeby. Wampir mógł się zabawiać, to jego sprawa. Ona nie zamierzała zmuszać się do niczego.
– Mogę tu zostać do rana?
– Tak, panienko.
Mimo krótkiej nocy zdążyła się wyspać. Akira obudził ją i przyniósł śniadanie przygotowane przez Hansa, po czym dziewczyna wróciła do Kwatery Ligi. Nie chciała spóźnić się na trening, Arianne byłaby zła za niekonsekwencję uczennicy. Zabrała z sypialni czyste ubranie i poszła do łaźni zmyć z siebie wszystkie oznaki poprzedniego wieczoru.
Tam zastał ją Arte. Wsunął się obok niej do wody z psotnym błyskiem w oku. Było widać, że noc miał udaną.
– I jak rozrywkowa część życia Cieni? – zapytała.
– Dobre odreagowanie przy odpowiednim towarzystwie – odparła wymijająco.
– A jak Akira?
– Miły chłopak.
– Oj, nie bądź taka tajemnicza.
– Zajmij się sobą, Arte. Za bardzo pchasz nos w nieswoje sprawy.
– Chcę po prostu wiedzieć, czy się sprawdził.
Przewróciła wymownie oczami na jego bezczelność. Zebrało mu się na takie dyskusje w naprawdę odpowiednim momencie. Dziewczyna nie zamierzała mu się ze wszystkiego tłumaczyć, wystarczy, że pozwoliła zdominować swój wieczór w taki sposób, w jaki chciał. Na tym jednak koniec.
– Spóźnię się na trening przez ciebie – powiedziała. – Mistrzyni będzie zła.
Zanim odpowiedział, wyszła z basenu. Wysuszyła się, ubrała i szybko opuściła łaźnię. Nie chciała, żeby Arianne na nią czekała. Fakty wypowiedziane głośno poprzedniej nocy zaakceptowała, ale już się nimi nie zajmowała. W tym momencie nie miało to już znaczenia.

***

Arte: Podobno za mną tęskniliście.
Vivian: Ciekawe kto, bo na pewno nie ja.
Arte: Dalej się boczysz?
Vivian: Jesteś wredny i mam ciebie dosyć. Odejdź.
Laurie: Przejdzie jej.
Vivian: Tak, teraz wszyscy wpadną w euforię. Zupełnie niepotrzebnie.
Laurie: Za kilka tygodni zapomną, bo ty też nie będziesz do tego ciągle wracać. Zresztą niedługo zacznie się wreszcie akcja, więc nikt nudzić się nie będzie.
Arte: A w przyszłym tygodniu zmienimy lokalizację.
Vivian: Nic na ten temat nie mów, bo będą oczekiwać nie wiadomo czego, a potem się zawiodą.
Laurie: Nie ubiegajcie faktów. Powoli zbliżamy się do pierwszych zadań Vivian i mam nadzieję, że będzie ciekawie. Nie przedłużamy niepotrzebnie. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

3 thoughts on “Na co komu dziś wczorajsza miłość Na co komu dziś wczorajszy sen Po co dalej pić to samo piwo Kiedy czujesz, że uleciał gaz

  1. seitoshi pisze:

    O… jak dobrze, że treningi dają rezultaty…
    Caroline: Dajesz Vivi, dajesz! Pokaż im! >,,< Arteee, Tobie wszystko chyba wybaczę!
    Tak w ogóle to Cienie znają ciekawe… miejsca, ale dobrze, że przynajmniej mogą się napić po misji. A tą scenkę, w której Arte bierze te dwie dziewczyny do pokoju… no wyobraziłam sobie Arte, jako takiego kozaka i wiesz… nad nim taki napis w stylu "Like a boss" xDDD
    Caroline: Raczej "Like a vampire boss", Dodaj mu jeszcze ciemne okularki i normalnie boski… xD
    Hehheh, Fan club Arte się powiększa xDD
    Pozdrawiam, i do następnego ;D

  2. seitoshi pisze:

    Ojej. wcięło… mi… cały środek komentarza….
    „Arteee, Tobie wszystko chyba wybaczę!” – chodziło mi o tą sytuację na dachu. W skrócie, Arte zrobił głupio, ale przynajmniej Viv przestała się oszukiwać. No i to oczywiste, że ja mu wszystko wybaczę, no nie? xD Na miejscu Vivian, walnęłabym raz, a porządnie, a potem wyściskała wampirka😄

  3. Vesper pisze:

    Hmmmmm… rozrywkowa część życia cieni😀 Ci to mają dobrze…😉 W sumie jednak zaskoczyłaś mnie tym rozdziałem. Nie spodziewałam się, że Viv kiedykolwiek przyzna się do swoich uczuć w stosunku do Japończyka. Taka tajemnica poliszynela, wszyscy o tym wiedzą, a nikt o tym nie mówi😀 Pozdrawiam, Vesper

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s