I’m still trying to figure out how to tell you I was wrong I can’t fill the emptiness inside since you’ve been gone

Dzień zaczął się jak zwykle. Był tak samo szary i zimny, a śnieg nadal się nie pokazywał. Brzydka zima coraz bardziej rozsiadała się w Londynie, przypominając o upływającym czasie.
Miał nadzieję na jakąś misję, ale Komui pochylony nad swoim wynalazkiem oznajmił, że nie ma nic dla niego. Tak jakby ostatnio akumy wzięły urlop i przestały uprzykrzać im życie. To wcale nie pomagało. Przy pracy nie myślał, teraz musiał sobie jakoś zaplanować dzień.
Gwar stołówki był irytujący, choć starał się udawać, że nie zwraca na to uwagi. Ostatnio egzorcyści trochę się uspokoili i nie przeszkadzali przy stole jak zwykle, na co zapewne wpłynęły wydarzenia ostatnich tygodni, ale cała reszta była wkurzająca jak zwykle. Starał się zignorować oczywistość tych faktów – nie chciał pamiętać.
Obserwował, jak Lenalee biega niespokojnie po stołówce. O czymś szeptała z Jerrym, potem zaczepiła jeszcze kilku członków sekcji naukowej. Miał nieodparte wrażenie, że Komui znowu coś przeskrobał i trzeba będzie sprzątać bałagan.
Zielonowłosa podeszła do nich, ale zanim się odezwała, do stołówki weszło dziecko. Dziewczynka. Miała długie, ciemnobrązowe włosy niedbale związane błękitną wstążką, ubrana była w jasnoniebieską sukienkę. Za nią wpadł zziajany Komui. Zrezygnował z tego, co chciał powiedzieć i tylko obserwował małą, która nie czuła się skrępowana obcym otoczeniem.
– Prosiłam, żebyś poczekała z Komuim – zwróciła się do małej Lenalee.
– On jest nudny – odparła brązowowłosa.
– Lenalee, kto to jest? – zapytał Lavi. – Te oczy kogoś mi przypominają.
Wszyscy egzorcyści to zauważyli. Także Kanda, którego dość mocno to zirytowało. Wstał gwałtowniej niż zamierzał, czym zwrócił uwagę małej. Spojrzała na niego i zapytała:
– Kto ty?
Chłopak ją zignorował, chcąc się jak najszybciej stąd wydostać. Bez tego ten dzień był zły.
– To nieuprzejme tak ignorować ludzi – usłyszał.
Nie wytrzymał. Taca z naczyniami z hukiem wylądowała na najbliższym stole, a brunet odwrócił się do niej z niebezpiecznym błyskiem w oku. Mała nawet nie drgnęła, choć większość dzieci w jej wieku zaczęłoby właśnie krzyczeć wniebogłosy z przerażenia.
– Nie będziesz uczyć mnie kultury, Noah – warknął.
– Nie jestem Noah – odparła twardo dziewczynka.
– Jesteś.
– A ty jesteś gburem – odpyskowała. – I nie myśl, że się ciebie przestraszę.
– Wianka, wystarczy – zainterweniowała Lenalee. – Daj spokój Kandzie.
Brunet odwrócił się i odszedł. Komuiemu rzucił mordercze spojrzenie, ale nie wypowiedział głośno ani słowa. To jest ich problem, nie jego.
Zamknął się na sali treningowej, walcząc z niechcianymi myślami. Ten dzień zaczął się źle, a miał być jeszcze gorszy. Nie chciał wiedzieć, skąd mała znalazła się w Zakonie. Przypominała, a on pragnął zapomnieć. Rozdrapywała rany, które jeszcze się nie zabliźniły. Cieszył się, że Abba nie wróciła dotąd ze swojej misji, nie będzie musiała przez to przechodzić.
Nie wiedział, dlaczego to się wciąż dzieje. Życie bez niej miało być łatwiejsze, wrócić do swojego porządku, a było tylko gorzej. Każdy dzień stał się katuszą, wysłuchiwał ich płaczy, jęków, musiał zajmować się Abbą, noce wypełniły się koszmarami, których nie rozumiał. W każdym była ona. Udawał, że nic go to nie obchodzi, brał tyle misji, ile tylko mógł, żeby uciec od tej rzeczywistości, wydawał się ze skały, a był słaby. Przeklinał się za tę słabość, ale nie potrafił zapomnieć, zaleczyć ran i stać się tamtym człowiekiem. Bolało, choć nie miało prawa. O tym nie wiedział nikt. Nikt nie mógł się dowiedzieć, to już nie miało znaczenia, więc dlaczego?
Zatrzymał się w pół ciosu i spojrzał na dziewczynkę, która stała dwa kroki od niego. Gdyby nie refleks, zraniłby ją. Nie wydawała się przestraszona. Rozejrzał się. Nikt za nią nie przyszedł.
– Co tu robisz? – zapytał. – Nie wiesz, że to niebezpieczne?
– Spacerowałam i cię usłyszałam.
– Sama?
– Tak.
Przekręciła głowę, przyglądając się brunetowi. Coś przykuło jej uwagę. Nie rozumiał, o co chodzi tej małej. Przecież na stołówce jasno dał jej do zrozumienia, że nie ma ochoty na jej towarzystwo. Czemu ją do niego ciągnęło?
– Wracaj do Lenalee – polecił.
– Nie chcę. Umiem o sobie zadbać.
– Zapominasz się. Ile masz lat? Dwa? – zakpił.
– Trzy i umiem o siebie zadbać – odparła z dumą.
– Tch. Trzyletnia czy dorosła jesteś taka sama. Jak chcesz obserwować, siądź tam.
Wykonała polecenie. Kanda wrócił do treningu, zastanawiając się, dlaczego w ogóle pozwolił jej zostać. Dlatego, że to ona? Tak bardzo zmiękł przez te dwa lata? Powinien złapać ją za fraki i zanieść któremuś z pozostałych egzorcystów, niech oni bawią się w niańkę.
Dziewczynka obserwowała go z uwagą przez jakiś czas, po którym zaczęła się nudzić, bo wstała i zaczęła spacerować wzdłuż ściany. To przykuło jego uwagę.
– Co jest?
– Pobaw się ze mną – powiedziała.
– Nie mam czasu.
– Bo wywijasz mieczem. To nudne.
– Noah, my tu się nie bawimy.
– Nie nazywaj mnie „Noah”. Mam imię.
– Nie obchodzi mnie to. Idź poszukać innego frajera.
Podbiegła do niego i lekko go popchnęła.
– Gonisz! – krzyknęła, nie przejmując się niechęcią chłopaka.
Odbiegła kawałek, ale brunet się nie ruszył. Zirytowana tupnęła nogą.
– Gonisz – powtórzyła. – No już.
– Yuu nie umie się bawić. Ja gonię – powiedział Lavi, wchodząc do sali.
Pobiegł za nią, okrążając Japończyka tak, aby mogła wybiec na korytarz. Po chwili brunet został sam, mając nadzieję na trochę spokoju. Grubo się mylił, gdy usłyszał krzyk dziewczynki i głuchy łoskot. Zamiast to zignorować, wyszedł. Oboje leżeli na półpiętrze z tą jednak różnicą, że rudzielec osłonił małą przed upadkiem.
– Idioci, nie wiecie, że po schodach się nie biega? – mruknął.
– Wianka, nic ci nie jest? – zapytał Lavi, podnosząc się do siadu.
– Nie – odpowiedziała drżącym głosem.
– Brawo, durny zającu. Lada chwila się rozryczy – skomentował Kanda.
– Nie będę płakać! – krzyknęła dziewczynka. – Sam płacz!
– Przecież widzę, Noah.
– Nie jestem „Noah”!
– Yuu, przestań już tak do niej mówić – skarcił go Lavi.
Brązowowłosa ruszyła na dół, utykając na jedną nogę. Z rozbitego kolana spływała jej cienka strużka krwi.
– Durny królik – mruknął brunet i ruszył za dziewczynką.
Złapał ją w pasie i podniósł. Zaczęła go bić drobnymi piąstkami, żądając, żeby ją puścił.
– Puszczę cię, ale później. Teraz idziemy opatrzyć twoje kolano zanim durny królik jeszcze coś ci zrobi, więc przestań.
– Nie lubię cię.
– I vice versa.
Zaniósł ją do Sanatorium i posadził na jednym z łóżek. Z apteczki wyciągnął potrzebne rzeczy, zdezynfekował rankę i opatrzył. Był pod wrażeniem tego, że nawet nie próbowała się skarżyć. Zawsze taka była, starała się nadrabiać miną. Trącił ją poufale w nos.
– Teraz możesz ganiać dalej – powiedział. – Byle nie po schodach, bo rozbijesz łepetynę i będzie problem.
– Jakby cię to obchodziło – mruknęła.
– Nic mnie to nie obchodzi, ale trzeba cię ostrzec, boś jeszcze głupia.
– Sam jesteś głupi.
– Może masz rację – westchnął. – Zmykaj.
Zostawił dziewczynkę w Sanatorium i poszedł powłóczyć się po lesie. Sam nie wiedział, co się z nim dzisiaj dzieje. Kiedy zobaczył, że spadli ze schodów, poczuł obawę, że coś sobie zrobiła. Czuł się za nią odpowiedzialny, choć przecież była kimś innym. Na pewno?
Gdy wrócił, odnalazł Lenalee. Małej przy niej nie było. Pewnie znowu latała gdzieś sama. Jeszcze sobie coś zrobi.
– Skąd ta niedojda wytrzasnął tą małą? – zapytał.
– To Vivian z przeszłości. Nie wiedziałam, że była taka słodka.
– Tak samo denerwująca jak jej starsza wersja.
– Czyli się polubicie – uśmiechnęła się dziewczyna.
– Zapomnij.
Przewrócił oczami i poszedł na obiad. Dziewczynka siedziała przy ich stole w towarzystwie Allena i wcinała ryż z warzywami i kurczakiem. Kanda odebrał tacę i usiadł na swoim miejscu.
Obiad trwał w najlepsze, gdy na stołówce pojawił się Leverrier. Został już poinformowany o niezwykłym gościu. Podszedł do dziewczynki, która właśnie odniosła puste naczynia i miała wrócić do stołu. Spojrzała nieufnie na mężczyznę.
– Więc to ty jesteś mała Vivian – odezwał się.
Brązowowłosa wycofała się za Kandę, zatrzymując go w połowie drogi. Złapała za jego nogawkę.
– Nie musisz się bać. Krzywdy ci nie zrobię.
– Wątpię – odparła dziewczynka.
– Nie bądź niemądra. Nie masz ochoty na jakieś ciastko?
– Niech ją pan zostawi – odezwał się Lavi. – Nie widzi pan, że się pana boi?
– Nie ma czego, Junior.
– Komui ją odeśle, więc pana obecność jest tu zbędna.
– Nie sądzę, że jest potrzeba odsyłania małej do jej czasu.
– Puść – powiedział do brązowowłosej Kanda. – Chcę odnieść naczynia.
Dziewczynce zadrżała warga, ale wykonała polecenie. Trzymała się jednak blisko niego. Niespodziewanie Kanda po pozbyciu się tacy wziął ją na ręce. Objęła go za szyję, teraz poczuł, jak lekko drży. Bała się Leverriera.
– Dzieci to inna liga – powiedział i wyszedł z dziewczynką na rękach.
Wiedział, co szef Centrali miał na myśli. Chciał ją wykorzystać w wojnie z Milenijnym, skoro ta rzeczywista Vivian zginęła. Teraz miałby okazję zrobić z niej posłuszną maszynę, która nie buntowałaby się i nie miałaby własnego zdania. Nie zamierzał na to pozwolić. Jeśli brązowowłosa ma z nimi zostać, powinna mieć w miarę normalne dzieciństwo.
– Co teraz? – zapytał.
– Poczytasz mi? – spytała niepewnie.
Straciła cały swój rezon, ale stała się przy tym urocza. W tym momencie nikt nie podejrzewałby, że wyrośnie na złośliwą i buntowniczą jędzę. Na pewno nie Kanda.
Brunet zabrał małą do biblioteki w poszukiwaniu jakiejś odpowiedniej dla niej książki, co nie było takie proste. Zgromadzone tu pozycje nie były przeznaczone dla dzieci, więc miał problem. W końcu po prostu poszli do pokoju Abby i stamtąd zabrali książkę z bajkami.
– Kto tu mieszka? – zapytała mała, rozglądając się ciekawie.
– Abba.
– Ile ma lat?
– Dziewięć.
– Czytasz jej bajki?
– Czasami. Umie sobie sama radzić. Nie tak jak ty.
Mała naburmuszyła się, co go lekko rozbawiło. Usiedli w pustej świetlicy i zajęli się bajkami. Kanda czuł się dobrze w jej obecności, cierpliwie zaspokajał jej ciekawość i nie wahał się z nią drażnić. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Dziewczynka zapomniała o przykrej wizycie Leverriera, poświęcając swoją uwagę jedynie Kandzie.
– Jak chcesz, umiesz być fajny – powiedziała, przecierając oczy.
– Śpiąca?
– Nie.
– Przecież widzę.
– Nie chcę spać. Jerry obiecał mi placek z truskawkami.
– Zostawi ci, o ile Kiełek nie wyczai, że jest – uśmiechnął się pod nosem. – Chodź, musisz się położyć.
Wziął ją na ręce i zaniósł do swojego pokoju. Nawet nie wiedział, gdzie indziej miałby ją położyć, to było dla niego naturalne. Mała zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki mimo wcześniejszych oporów.
Kanda uśmiechnął się, patrząc na nią. Zastanawiał się, czy zostanie z nimi czy zniknie pewnego dnia bez pożegnania. W sumie nie chciał jej znowu stracić, a jako trzylatka była naprawdę słodka i rozkoszna, choć odrobinę irytująca. To najwyraźniej wrodzona cecha jej charakteru, a nie nabyta w czasie trudnego życia. Jaka byłaby, gdyby nie przeżyła tego wszystkiego? Czy stałaby się mu tak bliska czy jej losy potoczyłyby się całkiem inaczej? Czy on zwróciłby na nią taką uwagę? Wiedział, że nigdy nie pozna odpowiedzi na te pytania. Czas minął bezpowrotnie i trzeba się z tym pogodzić.
Przykrył małą kołdrą i wymknął się na kolację. Nie chciał jej niepotrzebnie budzić, dlatego po powrocie zachowywał się cicho, a wcześniej ostrzegł pozostałych egzorcystów, żeby nawet nie próbowali wpadać bez zaproszenia, bo źle się to dla nich skończy. Zwłaszcza dla pewnego durnego rudzielca.
Dzień skończył się bez niespodzianek. Kanda rozłożył sobie koc na podłodze, pozostawiając łóżko małej. W końcu to nie pierwsza taka noc, korona mu z głowy nie spadnie. Zasypiał z obawą, czy rano ją tu zobaczy czy zastanie puste łóżko.
Kiedy się obudził, było grubo przed świtem. Spał we własnym posłaniu, ale małej nie zastał. Przez chwilę rozglądał się w poszukiwaniu trzylatki aż zrozumiał, że był to tylko sen. Bardzo realistyczny i przekonywujący, ale nieprawdziwy. Dał się omamić własnej podświadomości. Przez moment miał ochotę roześmiać się z własnej głupoty, ale nie było w tym nic śmiesznego. To go raczej niepokoiło. Zwykle nie miewał snów, a jeśli już, to nie tak realistyczne i zapadające w pamięć. Ewentualnie śnił ten sam koszmar – tamten dzień, gdy stracił pierwszą i ostatnią osobę, którą przez moment nazywał przyjacielem. Od jakiegoś czasu było inaczej. Dręczyły go koszmary, których nie potrafił zrozumieć. W kilku widział ją – odrobinę młodszą i bez blizn, ale nie miał wątpliwości co do tożsamości dziewczyny. Zaczął się obawiać, że zaczyna wariować. W sumie nie powinien się dziwić, przy takim trybie życia nie trudno stać się szaleńcem.
Wiedział, że ponownie nie zaśnie, więc nawet nie próbował. Kilka minut później jeszcze z wilgotnymi włosami zszedł do kuchni, gdzie pracę zaczynał Jerry.
– O, Kanda. Nawet jak na ciebie to wczesna pora.
Chłopak nie odpowiedział. Kucharz nie komentował tego faktu bardziej, ale zaprosił egzorcystę do stołu. O tej porze zwykle urzędował tu sam, przygotowując kuchnię do śniadania. Dbał o to, aby nikt nie chodził głodny, wstawał pierwszy, szedł spać ostatni. Bardzo poważnie traktował swoje obowiązki szefa kuchni, a przy tym zawsze pałał entuzjazmem. Dzięki temu atmosfera była bardziej domowa, a egzorcyści rozluźniali się, nie myśląc tyle o swojej pracy.
– Nie mam jeszcze nic przygotowanego – powiedział przepraszająco.
– Mogę poczekać.
Kanda obserwował kucharza raczej mechanicznie niż świadomie, więc nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu i zdziwionych spojrzeń pracowników kuchni, którzy przychodzili na swoje stanowiska pracy. Nikt się jednak nie odezwał na ten temat. Bez tego Kanda był drażliwy, a ostatnio jeszcze łatwiej go sprowokować.
Myślami był gdzie indziej. Zastanawiał się, dlaczego akurat taki sen. Dlaczego ona jako mała dziewczynka? Przecież to nie ma sensu. Chociaż gdyby Leverrier miał okazję ściągnąć ją z przeszłości, pewnie by się nie zawahał. Wychowana jako posłuszna broń nie buntowałaby się. Miałby swój upragniony Klucz do wygrania wojny, o ile wcześniej by jej nie zabił za to, że jest też ostatnim elementem do wywołania Trzech Dni Ciemności.
Jego uwagę przykuł jedna część tego snu – placek z truskawkami. Bardzo rzadko widział ją jedzącą słodycze, zwykle na święta męczyła Jerry’ego o piernik i od czasu do czasu z pozostałymi wychodzili do cukierni w tajemnicy przed kucharzem. Była raczej amatorką jabłek, czasami nie było dnia, żeby nie chodziła z owocem w dłoni czy rozrzucała dookoła ogryzki. Przed jej pojawieniem się jabłka były raczej rzadkim składnikiem kuchni Jerry’ego. Nieprzetworzonych nikt nie jadł. Dopiero dla niej kucharz dbał o to, aby jednak coś zawsze było. Zwłaszcza, że czasem tylko tyle było można w nią wmusić.
– Zostały ci jakieś truskawki? – zapytał.
– Truskawki? – powtórzył z zaskoczeniem Jerry. – W połowie grudnia nie jestem w stanie zapewnić wam truskawek. Przykro mi.
Kanda wzruszył ramionami, dając sobie spokój z tą myślą. Przesiadł się w kąt, gdy pracownicy kuchni zbyt często kręcili się wokół niego. Jerry postawił przed nim śniadanie i wrócił do swoich obowiązków. Widział, że chłopaka coś dręczy. Zwykle nie wstawał aż tak szybko. Odpowiedź była tylko jedna – Vivian. Wszyscy w większym lub mniejszym stopniu odczuli jej śmierć. Od tego czasu Kanda stał się pochmurniejszy, bardziej wyobcowany i łatwiej było go sprowokować. Nigdy by się jednak nie przyznał, że za nią tęskni, to nie było w jego stylu. Kucharz widział ich wzajemną relację, często musiał ich uspokajać, żeby nie zdemolowali mu stołówki, zdarzały się też dni, kiedy sam wymierzał im karę w postaci sprzątania. Teraz tęsknił za tymi ich stołówkowymi przepychankami, za wizytami Vivian w kuchni, gdy miała już dość. Czasami pomagała przy obowiązkach, czasem tylko przesiadywała kilka godzin, żeby wymigać się od uczestnictwa w życiu.
– Szefie, znalazłem mrożone truskawki – powiedział jedne z kuchcików, wróciwszy z chłodni. – Ale nie nadają się do jedzenia na surowo.
Jerry spojrzał na podwładnego z zastanowieniem. Po chwili uśmiechnął się.
– Egzorcyści na pewno nie pogardzą plackiem z truskawkami – odparł. – Bierzcie się do roboty.
Spojrzał przelotnie na bruneta, który nie przejmował się nimi. Zachowywał się, jakby go tu nie było. Już wcześniej kucharz zauważył, że chłopak siedzi na miejscu Vivian. Zawsze wcisnęła się w ten kąt i stamtąd obserwowała życie kuchni. Ze stołówki nie było jej widać, więc mogła swobodnie się ukryć przed wścibstwem pozostałych egzorcystów czy Komuiego. Jerry zawsze zostawiał dla niej to miejsce nawet, gdy wiedział, że dziewczyny nie ma. Teraz również. Z przyzwyczajenia.
Życie w kuchni toczyło się pełną parą, pierwsi w stołówce zwykle stawiali się pracownicy Kwatery Głównej i poszukiwacze, którzy wyruszali na misje przed egzorcystami. Tym ostatnim pozwalało dłużej poleniuchować, choć w rzeczywistości nie marnowali czasu na sen. Trenowali, wyruszali na misje, leczyli swoje rany albo po prostu nie mogli spać, bo dręczyły ich koszmary.
Jerry osobiście zajął się wypiekiem. Uśmiechnął się pod nosem z zadowoleniem, że zrobi egzorcystom słodką niespodziankę. Chciał im jakoś poprawić humory, aby choć na chwilę przestali myśleć o Vivian. Wiedział, że po takim ciosie nic w Zakonie nie będzie takie samo. Dziewczyna stała im się bardzo bliska, tutaj wreszcie potrafiła czuć się szczęśliwa. Owszem, sprawiała wiele problemów nawet, gdy była ze Squalo. Czasami te sytuacje były po prostu zabawne, choć na świeżo tak się nie wydawało. Pamiętał, jak białowłosy podprowadził wino, które specjalnie przygotował do kolacji dla generałów. Dopiero rano zorientował się, że to ich sprawka. Dziewczyna bez skrupułów wkopała kochanka, ale oboje ponieśli karę. Jerry’emu zawsze się wydawało, że pomiędzy Vivian i Kandą coś zaiskrzy. Jednak było to chyba jednostronne. Kucharz widział, jak brunet na nią patrzy, ale jednocześnie zachowywał się wobec niej w taki sposób, który wykluczał jakąś bliższą relację. Zazdrość o Squalo też była łatwo dostrzegalna. To on wyciągnął do niej rękę po śmierci Superbiego i ją przyjęła. Nie zdecydował się jednak powiedzieć dziewczynie prawdy, a teraz było już zbyt późno i nic nie zmieniało. Pomylił się w ocenie. Wydawała się niezniszczalna, a jednak zdradzieckie płomienie pożarły życie, które było im tak bliskie.
Zapach ciasta rozszedł się po kuchni parę minut przed tym, jak blacha została wyciągnięta z pieca. Pracownicy kuchni nie uskarżali się, że nie zostanie dla nich nawet okruszek. To od Jerry’ego wiedzieli, że pracę mają traktować jak misję. On sam wiedział, jak ważne jest to, co robi. Nie pomoże egzorcystom na polu walki, ale może o nich zadbać, bo tylko oni są w stanie ochronić wszystkich zwykłych ludzi.
Szepty zwróciły uwagę kucharza. Okazało się, że Kanda właśnie wykroił sobie kawałek ciasta, które nie zdążyło jeszcze ostygnąć. Było to dość zaskakujące, bo wszyscy wiedzieli, że on nie znosi słodyczy.
– Wracać do pracy – uciął dyskusję na ten temat. – Jeszcze gorący – zwrócił się do Kandy.
Chłopak się tym nie przejął. Zjadł, posprzątał po sobie i wyszedł bez słowa. Jerry przez chwilę patrzył na drzwi, które się za nim zamknęły. Współczuł mu, choć wiedział, że to by tylko zdenerwowało bruneta. Uczucia chował przed innymi, ale przed samym sobą nie potrafił uciec. Głośno nie przyzna się do tęsknoty za dziewczyną. Był na to zbyt uparty.

***

Lavi: Jeden z tych rozdziałów, których na dobrą sprawę mogłoby nie być, bo nie ma w nich Vivian.
Arte: Ale jest dla kontrastu z poprzednim.
Laurie: Co do poprzedniego jeszcze, musicie się przyzwyczaić, że Cienie są bardziej liberalne od egzorcystów i jeszcze nieraz Was zaskoczą. Niekoniecznie pozytywnie, ale o tym w swoim czasie.
Vivian: Tak swoją drogą zbliża się Halloween. Zamierzasz coś z tym zrobić?
Laurie: Nie męcz mnie dzisiaj.
Vivian: Czyli znowu Corrie.
Laurie: Zajmę się tym, jak będę miała chwilę czasu na to. Przestań mnie już męczyć, bo będziesz miała makabrę.
Vivian: Co roku straszysz i nic ci z tego nie wychodzi.
Laurie: Odejdź.
Arte: Spokojnie. Do Halloween jeszcze trochę czasu, więc nie ma co panikować już dzisiaj. Ja tam ufam naszej Laurie, a ty, Vivian, to chyba próbujesz odwrócić uwagę od tematu dzisiejszego odcinka.
Vivian: Ckliwie było. Tyle powiem. Zresztą w to nie wierzę.
Laurie: Jak zwykle. Resztę dopowiedzą sobie czytelnicy samodzielnie. Mam nadzieję, że rozdział się podobał, a spragnionych obecności Laviego i Allena zapewniam, że także zostaną uwzględnieni w dalszej fabule jako główni bohaterowie pojedynczych historii. Tyle na dziś. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

5 thoughts on “I’m still trying to figure out how to tell you I was wrong I can’t fill the emptiness inside since you’ve been gone

  1. Vesper pisze:

    Ty to wiesz jak mnie uszczęśliwić😀 Calutki rozdział o Kandzie, w końcu się doczekałam. Abstrahując o tematu, tak sobie myślę, że jak na trzylatkę to Viv była już bardzo wyszczekana😀 Bardzo się cieszę, że Filip taki nie jest, bo bym musiała wziąć urlop zdrowotny od wychowywania go😀 A tak na marginesie to proszę o więcej rozdzialików z Kandą, w ramach możliwości oczywiście😀
    Ehhhhhhhhh….. najlepiej by było gdyby Viv przestała już sobie robić jaja i wróciła do Yuu, albo namówiła go do przyłączenia się do Cieni, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że to jedynie moje pobożne życzenia.
    No nic… Całuję, Vesper.

    P.S.
    Uruhara the best😀
    … czekam także na kolejny tekścik jednorazowy o Corrie😉

  2. yuukikurama pisze:

    Eh… Narobiłaś mi ochoty na ciasto truskawkowe! Rozdział słodziutki i troszkę smutny. Spodobało mi się, no i Yuu ze swej milszej strony… Ta, jest świetnie.
    No właśnie co na Hallowen? Szczerze mówiąc spodobała mi się koncepcja mini Vivian, tak samo słodka jak mini Yuu. ^^ Tylko mu nie mów, chce jeszcze pożyć ^.^’
    Bye!

  3. yuukikurama pisze:

    Oh i popieram Vesper. Też chce żeby Vivian była z Yuu i więcej rozdziałów o Kandzie!

  4. seitoshi pisze:

    Świetny rozdział, dużo Kandy… co tu dużo mówić? Ciut zmęczona jestem więc musisz mi wybaczyć.krótki komentarz.
    Po prostu podobało mi się i czkam na następny.😀

  5. Elena pisze:

    Chwalmy Pana! W końcu miałam czas nadrobić rozdziały. Niestety, pradawne moce nie zawsze pozwalają mi na czytanie, toteż robię co mogę.
    Akurat zagłębiając się w ten rozdział trafiła mi się jakaś smętna pioseneczka i tak troszku ścisnęło mnie za serducho. Serio, najpierw ten sen, a potem zachowanie w stylu „Jestem naleśnikiem. Leave me alone to die. Let me die, wy wszystkie inne istoty, które nie jesteście naleśnikami”. Szkoda chłopa😀
    Dziś to na tyle. Tak, bardzo twórczy komentarz z mojej strony, szeryfie.
    Pozdrawiam, Krzysztof Karwczyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s