I lost all control and I need you now And I don’t know how I can do without I just need you now

Pociąg mknął po torach, wydając charakterystyczne dźwięki. Większość wagonów była gwarnych i pełnych podróżnych spieszących do swoich spraw: pracy, rodziny w kolejnych miejscowościach wzdłuż torów lub po prostu jadących przed siebie. Jednak w pierwszej klasie panował względny spokój – przedziały świeciły pustkami, większość z nich była zarezerwowana dla kolejnych majętnych podróżnych.
W jednym z nich siedziały dwie kobiety w czerni, obsługa pociągu wpadła w lekki popłoch, gdy je zobaczyli, ale odnosili się do podróżnych z wielkim szacunkiem. Dla nich były to przedstawicielki jeszcze bardziej tajemniczej i przy tym niebezpieczniejszej niż sławny Czarny Zakon organizacji bez imienia i twarzy. Wprowadziły jakiś nieokreślony niepokój w serca ludzi, gdy nawet przez chwilę nie ściągnęły kapturów, więc nie niepokojono ich bez absolutnej potrzeby.
Vivian spojrzała na swoje odbicie w szybie. Jeszcze parę godzin temu towarzyszyło jej to szczególne podniecenie związane z pierwszym zadaniem wyznaczonym przez Ligę. Teraz nie czuła nawet niepokoju, podświadomie traktowała to na równi z misjami egzorcystów, choć miała świadomość, że Cienie mierzą się z dużo niebezpieczniejszymi istotami niż akumy. Zresztą nie dałoby się nie zauważyć zmiany, choćby mundur, który miała obecnie na sobie był nieskazitelnie czarny z wytrzymałego, wysokojakościowego materiału, który dostosowywał się do warunków, w których przyszło przebywać Cieniom w danym momencie. Żadnych zdobień, żadnego godła – tak jakby w ogóle nie istnieli. O ich dokonaniach czasem można było usłyszeć lub nawet przeczytać w prasie, o nich samych nie.
– Denerwujesz się? – zapytała Arianne.
– Nie. Jest tak samo jak kiedyś. Zmienił się tylko przeciwnik – odparła cicho Vivian.
– Nie lekceważ demonów. Są bardziej inteligentne niż akumy.
– Skąd w ogóle podejrzenie demona?
– Ze względu na dusze zamknięte w tym kościółku. Demony niższego rzędu potrzebują pożywienia przez cały czas, a dusze zmarłych mają jeszcze sporo energii, którą demon może sobie przywłaszczyć.
– Ale w kościele?
– Z naszych informacji wynika, że jest on opuszczony od jakiegoś czasu. Takie budowle przestają być chronione, a wręcz czasami stają się pułapką. To zależy od siły demona, ale nie sądzę, żeby ten nasz zdołał zrobić tam sobie stałą siedzibę. Szczerze mówiąc, Vivian, nie jestem pewna, czy jesteś na tyle gotowa, żeby stanąć do walki, ale wiem, że to zadanie wiele cię nauczy, więc proszę, nie szarżuj.
– Dobrze, mistrzyni.
Rozmowa urwała się. Vivian starała się wyciszyć, ale jej myśli wciąż gdzieś uciekały. W końcu przestała z nimi walczyć i zajęła się obserwacją krajobrazu za oknem. Miała świadomość, że na ten moment szkolenia nie jest przygotowana jak powinna. Ostatnio większość czasu pochłaniała próba zapanowania nad mocami Noah Zemsty, co przynosiło odwrotny skutek od zamierzonego i dodatkową frustrację.
Ledwo zauważała, że Arianne cały czas przygląda jej się. Kobieta obawiała się przebiegu wydarzeń tej nocy. Wiedziała, że Vivian może sobie nie poradzić, nadal w pełni nie zamykała własnego umysłu przed obcymi, moce Noah i innocence nie współpracowały ze sobą tak jak powinny, a pieczęcie wymykały jej się spod kontroli. Brązowowłosa umiała jeszcze zbyt mało, aby walczyć jak pełnoprawny Cień. Może Arianne martwiła się na wyrost, ale nie chciała, aby sprawa stała się niebezpieczna i zagrażała życiu ich dwójki lub pobliskim mieszkańcom.
Na miejsce dotarły przed północą. Zresztą w tym miejscu wysiadały tylko one, chyba ku uldze obsługi pociągu. Pod głębokimi kapturami i tak nikt nie widział obojętności wobec takiego traktowania. Cienie w tym momencie miały inny problem na głowie. Ruszyły w kierunku opuszczonego kościółka według wskazówek z dokumentów, ale nawet bez nich nie byłoby to takie trudne – Arianne wyraźnie poczuła przeciwnika. Vivian także, choć jeszcze nie potrafiła tak dokładnie określić siły wroga i jego pozycji, teraz jednak już wiedziała, na co musi zwrócić uwagę przy wyczuwaniu demonów.
Wokół trwała niczym niezmącona cisza, nawet nocne zwierzęta schowały się przed złem, które czaiło się w pobliżu. Ludzie także o tej porze nie wychodzili, opowieści o nawiedzonym kościółku skutecznie ich odstraszały od tego miejsca, więc nie było obawy, że ktoś postronny zostanie wciągnięty do walki. Byłby to tylko dodatkowy problem dla Arianne, która martwiła się uczennicą. Odsunęła te myśli, kiedy zbliżyły się do kościółka. Był niewielki, drewniany z dziurawym dachem i wybitymi kilkoma witrażami. Zapach demona był bardzo intensywny i świeży, zatrzymała się i dłonią wskazała podopiecznej by zrobiła to samo.
– Nie daj się dostrzec ani opętać – przestrzegła brązowowłosą. – Cokolwiek powie, nie pozwól, aby cię sprowokował.
– Pamiętam, mistrzyni. Nie denerwuj się – uśmiechnęła się dziewczyna.
Arianne dostrzegła zmianę w jej postawie. Dotąd wciąż było widać, że dręczy się różnymi sprawami, teraz stała się nocnym łowcą. Przed oczami miała jedynie swój cel, we krwi płynęła adrenalina, która wyostrzała zmysły i dodawała sił. Ostrożnie stawiała kroki, gdy przekroczyła próg kościółka, ukrywała ruch w szeleście powietrza na zewnątrz i wewnątrz, trzymała się cieni i było to dla niej tak naturalne jak oddychanie.
Początkowo nikogo nie dostrzegła, choć z łatwością wyczuwała obecność przeciwnika. Z drugiej strony szła Arianne, ale dała uczennicy wolną rękę, chcąc zobaczyć jej rozwój i efekty pracy. Już przed wyjazdem poinformowała ją o swojej decyzji, tak zresztą przebiegał trening nowicjuszy – doświadczenie w walce było dużo cenniejsze niż pozorowany pojedynek na sali treningowej.
Vivian oblizała wargi, stawiając kolejny krok. Dopiero teraz zobaczyła stworka siedzącego na ołtarzu z wyszczerzonymi zębami. Miał chude nogi, szeroki korpus i głowę dzikiego zwierzęcia, którego dziewczyna nie rozpoznała. Z ksiąg wiedziała, że wiele pomniejszych demonów nie potrafi utrzymać ludzkiej postaci bez ogromnych nakładów energetycznych, co wiązało się z ich rangą. Dzięki temu jednak nie posiadały też wielu niebezpiecznych umiejętności demonów o ludzkiej postaci, co nie znaczyło, że było łatwiej je zabić.
Przymknęła odruchowo powieki, gdy wyczuła pierwszy atak. Duchy zmarłych nie robiły na niej wrażenia, mogły jedynie spróbować ją wystraszyć bądź też z pomocą mocy demona odebrać energię życiową. Na taki kontakt jednak nie pozwoliła, osłaniając się jedną z pieczęci.
– Teraz moja kolej – mruknęła.
Korzystała jedynie z pieczęci, obawiając się użycia mocy Noah. Demon to wyczuł i zaatakował bezpośrednio. Nie przewidział jednak, że dziewczyna sięgnie po sai ukryte w cholewce buta. Aktywowała innocence, czując jakiś dyskomfort na plecach. Broń jednak zadziałała poprawnie. Demon odskoczył z głębokim rozcięciem na ramieniu. Na posadzkę opadły krople czarnej krwi.
To była jedyna chwila odpoczynku, bo przeciwnik rzucił się do walki z brązowowłosą, używając przeciwko niej wszystkich jej słabości. Duchy wyły przeraźliwie, ogłuszając dziewczynę, która zmrużyła rozdrażniona oczy. Nie miała nawet możliwości zamknięcia kręgu i użycia pieczęci odwołania.
– Vivian, wycofaj się! – usłyszała.
Odskoczyła, opierając się na wolnej ręce. Z jakiegoś powodu czuła ból pleców, dopiero po chwili zrozumiała – innocence. Rzuciła spojrzenie Arianne, która także się wycofała.
– Zrobimy to razem – powiedziała cicho Francuzka. – Dasz radę zamknąć wewnętrzny krąg?
– Myślę, że tak.
– Nie szarżuj i osłoń osłabienie. Wycofaj się od razu.
– Tak jest.
Na razie nie roztrząsały problemu dziewczyny z innocence. Vivian dezaktywowała je, żeby niepotrzebnie nie tracić energii. Ruszyła pierwsza. Zamknięcie pierwszego kręgu było trudne, bo jednocześnie musiała utrzymać w jednym miejscu dość ruchliwego przecież demona. Przy okazji nie mogła zostać w żadnym z kręgów, bo to zwykle kończy się tragicznie dla ludzi.
Arianne nie miała problemu z zewnętrzną pętlą, mogła ją zamknąć w każdej chwili. Obserwowała walkę uczennicy, która radziła sobie całkiem nieźle. Była urodzonym łowcą, a ruch pozwalał jej wyrazić siebie, gdy słowa zostały stłamszone. Dostrzegła radość na jej obliczu, bo było odrobinę niepokojące. Dopóki jednak Zemsta nie wymykała się spod kontroli, nie było potrzeby alarmować Rady.
Vivian rozorała korpus demona, ochlapując się jego krwią. Potwór zawył boleśnie i spiął się do skoku. Ten moment brązowowłosa wykorzystała do zamknięcia wewnętrznego kręgu i wycofała się, powtarzając wiążącą inkantację. Cały czas obserwowała przeciwnika, który wił się po posadzce, zalewając ją krwią. Potknęła się i poleciała na plecy, ale była już poza zewnętrzną pętlą. Arianne wykończyła pieczęć i po chwili demon zniknął, a jego aura rozpłynęła się w powietrzu. Dopiero teraz Vivian poczuła, że oddycha się lepiej.
– Co z duszami? – zapytała.
– Więzy zostały rozcięte, więc zapewne wrócą do swojego miejsca, gdziekolwiek by ono nie było. Poczekamy aż powietrze przestanie drżeć. Nie chcę, żeby któraś z dusz zamieniła się w kolejnego demona.
– Rozumiem.
Dziewczyna podniosła się, opierając się o jedną ze starych ławek. Nadal była czujna, ale rozejrzała się z ciekawością. Nad ołtarzem wisiał zniszczony krzyż, ale oprócz tego nie było żadnych obrazów czy innych symboli kultu. Zastanawiała się, jaka jest historia tego miejsca i dlaczego zostało opuszczone.
Powietrze oczyściło się z obecności nadprzyrodzonych bytów, poza budynkiem życie wróciło do normy, Vivian usłyszała nawet huki sowy. Odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się do siebie, poprawiając kaptur.
– Zadanie wykonane, mistrzyni – powiedziała.
– Owszem. Wrócimy do miasta i zajmiemy się twoimi plecami. Pociąg powrotny mamy dopiero jutro.
– Tak jest.
Zanim wyszły, Arianne przyklęknęła i skłoniła głowę przed krzyżem. Vivian obserwowała ją z ciekawością. Powstrzymała się jednak z pytaniem aż wyjdą na zewnątrz.
– Jesteś religijna, mistrzyni?
– Nie tak bardzo jak powinnam – uśmiechnęła się kobieta. – Zostałam wychowana w katolickiej rodzinie, więc szanuję te symbole. Ty pewnie masz inne zdanie na temat wiary.
– Większość egzorcystów to ateiści, choć paradoksalnie pracujemy dla kościoła.
– Jakoś mnie to nie dziwi. Widzicie codziennie tyle zła, więc opowieść o miłości Stwórcy jest dla was dość naciągana.
– Jeśli jest, mnie szczególnie nie lubi. Inaczej nie zrzucałby na mnie tego wszystkiego.
– Wiesz, ja to widzę trochę inaczej. Ludzie mają wolny wybór, a ty nie wychowywałaś się z dala od nich. Oddziaływali na ciebie, więc obwinianie jednej osoby o wszystko nie jest fair.
– Najbardziej winny jest Czternasty, bo to on mnie spłodził – odparła dziewczyna. – A potem zostawił, żeby sobie sama radziła. Jego mogę obwiniać, bo istniał namacalnie. Gdybym obwiniła Boga, oznaczałoby to, że w niego wierzę, a co do tego mam wątpliwości. Nie przeszkadzała mi jednak twoja wiara, mistrzyni. To sprawa prywatna.
– Ja też nie będę ci mówić, w co masz wierzyć. O to się nie martw.
Dalszą drogę przebyły w milczeniu każda zajęta własnymi myślami. O tej porze tylko gospoda funkcjonowała, po zakamarkach biegali ulicznicy i okoliczne damy lekkich obyczajów. Arianne nie zwróciła uwagi na poruszenie, jakie spowodowały wśród gości, od razu podeszła do baru.
– Potrzebujemy pokoju z dwoma łóżkami – powiedziała właścicielowi.
– Zajęte. Mam jeszcze jeden pokój, ale z jednym łóżkiem.
– Niech będzie.
– Coś jeszcze podać?
– Ciepłą wodę do mycia.
– Oczywiście. Sara, nagotuj wody i zaprowadź gości do pokoju.
– Dobrze, tato.
Po chwili w drzwiach na zaplecze pojawiła się drobna brunetka o dużych, brązowych oczach w szarej sukni ze zbyt dużym dekoltem. Zabrała klucz i zaprowadziła przybyszki na górę.
– Za chwilę przyniosę wodę – powiedziała cicho.
– Dziękujemy.
Pokój był niewielki, ale schludny. Cienie zrzuciły wierzchnie ubrania, Vivian nadal miała na rękach i twarzy krew demona, co teraz było widać. Obejrzała płaszcz.
– Na czarnym nie widać posoki – stwierdziła.
– Kiedy przeschnie, będzie nie do wyczyszczenia. Miej to na uwadze, Vivian.
– Dobrze, mistrzyni.
Kiedy córka karczmarza przyniosła im ciepłą wodę, mogły doprowadzić się do porządku. Miały na to czas, skoro pociąg powrotny wyjeżdżał dopiero następnego dnia.
Arianne poczekała aż Vivian powiesi płaszcz do przeschnięcia i dopiero wtedy przywołała ją gestem. Wcześniej obserwowała ruchy uczennicy, ale nic nie wskazywało na to, żeby innocence utrudniało jej życie.
– Ściągnij koszulę – poleciła.
Ostrożnie przełożyła jej włosy przez ramię i obejrzała plecy w miejscu, gdzie było ulokowane innocence. Dotknęła delikatnie znaków.
– Boli? – zapytała.
– Teraz nie. Po aktywacji zaczęło się odzywać jakby próbowało uciekać. Są jakieś zmiany?
– Lekka opuchlizna. Najwyraźniej równowaga w twoim organizmie została zachwiana przez wybudzenie Zemsty.
– Wcześniej pieczęć przekleństwa to normowała – westchnęła dziewczyna. – Co powinnam zrobić?
– Gdy wrócimy, musi obejrzeć cię lekarz. Chyba nie obejdzie się bez pomocy sekcji naukowej. Na razie nie powinno być to uciążliwe, ale ostre zmiany mogą być niemiłe.
– Rozumiem. Muszę uważać.
– Nie martw się. Unormujesz się z czasem.
– Wiem.
– Ubierz się. Kopiesz w nocy?
– Nie.
– Wybierz sobie część łóżka.
– Bliżej okna – odpowiedziała bez wahania.
Arianne uśmiechnęła się. Vivian podświadomie wybiera takie rozwiązania, aby być wolną i mieć możliwość ucieczki. Była typowo nocną istotą, chyba najbardziej ze wszystkich Cieni, nie licząc Arte. W nocy czuła się najlepiej, to jej naturalna pora dnia, choć świetnie dostosowywała się do ogólnie przyjętych norm.
– Zanim pójdziesz spać, zanalizuj dzisiejszą misję. Jutro chcę usłyszeć twoje wnioski.
– Tak jest.
Vivian położyła się na boku i myślami wróciła do walki z demonem. Widziała wszystkie swoje błędy, a także nowe doświadczenia, które zdobyła. Jako egzorcystka nigdy nie robiła takich powtórek, nie miało to wielkiego znaczenia, bo kolejnego dnia wszystko się powtarzało, a ona nadal robiła swoje. W Lidze było inaczej, demony różniły się w znacznym stopniu od akum i trzeba było się do tego dostosować, żeby głupio nie zginąć. Nie, żeby Vivian zależało bardzo na własnym życiu, ale śmierć w nieodpowiedzialny sposób przyniesie tylko więcej problemów niż pożytku.
Zasnęła dopiero przed świtem, gdy ostatni bywalcy gospody usnęli nad kuflami piwa. Arianne nie budziła jej zbyt wcześnie, pozwalając się wyspać. Pierwsze zadanie było wyczerpujące nawet jeśli Vivian tego nie poczuła. W drodze powrotnej dyskutowały na temat misji, brązowowłosa przedstawiła swoje wnioski, które Francuzka uzupełniła o swoje obserwacje. Nie była wystarczająco zadowolona z efektów treningu, Vivian nadal musiała się wiele nauczyć, choć w teorii wiedziała dużo. Spory wpływ na opóźnienia miała niestała natura dziewczyny, dopóki tego nie opanuje, problemy wciąż będą się pojawiać. Nie mogły jednak rozdzielić obu spraw, nie było na to czasu. Zresztą Vivian najlepiej przyswajała umiejętności Cieni w walce, potrzebne jej było doświadczenie, a nie sucha wiedza. Wszystko musi potrwać.
Po powrocie Vivian skierowała się do skrzydła szpitalnego. Przyzwyczaiła się już do wielogodzinnych badań, więc nie narzekała. Spokojnie wypełniała polecenia, choć zdziwiła ją dokumentacja leżąca na stoliku. Sięgnęła po pierwszą z wierzchu kartkę i spojrzała na lekarza, postawnego rudzielca o szaroniebieskich oczach.
– Skąd to macie? – zapytała.
– Z Czarnego Zakonu.
– Macie tam szpiega, co? – uśmiechnęła się.
– To już nasza sprawa. To kopia całej twojej dokumentacji medycznej z Zakonu. Wcześniejsza też by się przydała, ale pewnie nie istnieje.
– Mój akt zgonu też macie?
– Nie jest nam potrzebny. Vivian, rozumiesz swoją sytuację, więc wiesz po co jest ten stos papierów.
– Wiem. Nie chcę się doprowadzić do takiego stanu jak rok temu.
– Nie pozwolimy na to. Odwróć się na brzuch.
Brązowowłosa uważnie słuchała rozmów lekarzy i członków sekcji naukowej, choć nie było to potrzebne. Niczego przed nią nie ukrywali, więc znała swój stan zdrowia. Wiedziała, że musi uważać, moc Noah nie była jeszcze stabilna, a przekroczenie punktu krytycznego innocence także było na razie poza zasięgiem. Nie zamierzała się jednak poddać i bezczynnie czekać.
Zeszła do jednej z sal treningowych, zahaczając wcześniej o zbrojownię, skąd zabrała dwie katany. Dawno nie trenowała w ten sposób, nie było kiedy na odwiedziny Oddziału Azjatyckiego, żeby powalczyć z Fou. Teraz ją sobie wyobraziła i zamknęła oczy. To ją uspokajało, mogła zobaczyć każdy ruch wyimaginowanego przeciwnika.
Zatrzymała się gwałtownie ze skrzyżowanymi przed sobą ostrzami i spojrzała na intruza.
– Chcesz zginąć, Arte? – zapytała.
– Wiedziałem, że mnie wyczułaś.
– A gdybym nie przerwała sekwencji?
– Zrobiłaś to – wyszczerzył zęby w parodii uśmiechu.
– Przeszkadzasz mi w treningu.
– Pozwolisz, że dołączę?
– Weź sobie broń.
Uśmiechnął się, tym razem naprawdę, i pokazał jej trzymane w dłoniach sai. Dziewczyna prychnęła kpiąco, zabrała ostrza z jego gardła i zaatakowała z zaciekłością. Arte odskoczył mimo, iż miał mniejszą sferę ataku. W tym momencie z łatwością mógł stracić głowę. Trening prawdziwą bronią nie był zakazany, ale tylko naprawdę doświadczeni wojownicy mogli go stosować, potrzebne tu było także zaufanie przeciwników względem siebie, żeby nie zrobić sobie wzajemnie krzywdy, a jednocześnie poczuć adrenalinę towarzyszącą zawsze prawdziwej walce.
Pojedynek był gwałtowny, zaciekły, ale też bardzo płynny. Początkowo sprawdzali swoje reakcje i możliwości w szybkich sekwencjach przeplatanych z długimi obserwacjami i krążeniem wokół siebie. Dopiero wtedy zaczęli walczyć na poważnie, bez chwili oddechu czy zastanowienia.
Vivian poczuła euforię towarzyszącą jej w tylko kilku przypadkach. Uśmiechała się kpiąco do Arte za każdym razem, gdy go pokonała w bezpośrednim starciu. Tu nie liczyły się moc i siła, ale umiejętności i spryt, a tego dziewczynie nie brakowało. Prześlizgiwała się pomiędzy jego ostrzami z gracją motyla i atakowała z szybkością dzikiego kota.
– Lubisz tak tańczyć, co? – zapytał wampir.
– Uwielbiam.
– To jak seks.
– To lepsze niż seks – poprawiła go. – Trzeba mieć tylko odpowiedniego partnera.
– Fakt, komuś takiemu jak ty trudno dogodzić.
– A żebyś wiedział – wystawiła mu język.
Arte roześmiał się i zmienił kierunek ataku w ostatniej chwili, przez co Vivian nie mogła się obronić. Ostrzem przeciął powietrze tuż przy jej gardle, a jednocześnie poczuł uderzenie rękojeścią katany w plecy. Rozdzielili się, oddychając niespokojnie, ale nadal rozbawieni. Przez chwilę krążyli wokół siebie jak dwie dzikie bestie, którymi przecież byli. Mieli tego pełną świadomość, gdy ruszyli na siebie z impetem. Wymieniali się kolejnymi szybkimi atakami, które jednocześnie służyły jako obrona. Arte skrócił dzielący ich dystans tak, aby jak najbardziej utrudnić przyjaciółce walkę dwoma długimi ostrzami. Chciał jej udowodnić swoją wyższość i zakończyć pojedynek definitywnym zwycięstwem.
Vivian pocałowała go. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy i pchnął ją mocno na ścianę, puszczając broń. Katany również uderzyły o podłogę. Wampir złapał dziewczynę za nadgarstki, szczerząc kły. Wyraźnie poczuł jej strach, kiedy pomyślała, że zaatakuje.
– Nigdy więcej tak nie rób – warknął. – Ja nie jestem Kandą. Nie przelewaj na mnie swoich uczuć. Chcesz się pieprzyć, idź na górę.
Puścił ją i wyszedł, trzaskając drzwiami. Vivian opadła bezwładnie na kolana. Była cała roztrzęsiona, nadal czuła uścisk Arte na nadgarstkach, mimo że wampir już dawno wyszedł. Sama nie wiedziała, co ją podkusiło do takiego zachowania. Zareagował gwałtowniej niż mogła przypuszczać i teraz tego żałowała.
Po kilku minutach wstała i ruszyła na górę, do „Szalonego Kruka”, po drodze zabierając z pokoju płaszcz. Musiała czymś zagłuszyć myśli. Zresztą tylko to jej pozostało, zawsze była sama i tak już pozostanie.
Bar był pełny stałych bywalców, ale nikt jej nie przeszkadzał, widać było, że nie chce niczyjego towarzystwa. Doskonale wiedziała, że samą wódką się nie upije, ale mogła przynajmniej udawać pijaną i bezkarnie zrobić parę głupot. Na razie jednak poszła na górę. W ten sposób też można odreagować, nikomu nie zamierzała robić krzywdy.
Skinęła na drobną dziewczynę o kasztanowych, krótkich kosmykach i poszła za nią do pokoju. Nie było w tym żadnych emocji, jedynie chęć zagłuszenia negatywnych uczuć, zapomnienia o sytuacji z Arte, zbliżenia się do drugiego człowieka tak blisko jak tylko można.
– Jak ci na imię? – zapytała.
– Anna.
– Ładnie. Jak moja mama. Dobrze, że nie widzi mojego upadku.
Zaśmiała się gorzko. Pozwoliła się rozebrać i ułożyć na łóżku. Dziewczyna była przekonana, że ma się nią zająć, więc pisnęła, gdy została przewrócona na plecy.
– Cicho – uspokoiła ją Vivian. – To ja się tobą zajmę, a ty mi na to pozwolisz.
Anna kiwnęła głową. Cienie miały różne łóżkowe fanaberie, ale nikt nie robił im krzywdy, więc spełniali zachcianki członków Ligi. Kasztanowłosa jednak nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji, więc początkowo była dość spięta. Rozluźniła się pod wpływem delikatnych pocałunków Vivian, która mimo posmaku wódki nie zachowywała się jak pijana. Nie zostawiała na jej ciele żadnych znaków, całowała ją i dotykała, sycąc się jej ciepłem i podnieceniem. Przestała myśleć o całym świecie, skupiając się jedynie na kochance.
Gdy położyła się obok niej, dziewczyna podniosła się do siadu z zamiarem odpłacenia Vivian tym samym za rozkosz i spełnienie. Brązowowłosa jednak chwyciła ją za nadgarstek.
– Nie musisz. Ja nie chcę. Po prostu przy mnie zostań, bo nie chcę być już dzisiaj sama.
– Dobrze.
Vivian otuliła dziewczynę ramieniem i zasnęła. Ranek miał być trudny, ale jeszcze przez kilka godzin snu można przed tym uciec.

***

Vivian: Wracamy do głównego wątku. Poza tym, Vesper-san, ja sobie jaj nie robię, więc wypraszam sobie takie insynuacje. Zresztą to Liga wybiera sobie członków, ja tu nie mam nic do gadania.
Laurie: Ponarzekałaś?
Vivian: Zostawiłaś trudną sytuację na koniec.
Laurie: Cóż, masz odchyły. Pomijając twój konflikt z Arte, to dzisiaj rozdział wyszedł później. W przyszłym tygodniu też się spodziewajcie pory bliżej wieczornej w zależności, o której dotrę do domu.
Vivian: Jakoś nie widziałam, żeby komuś to bardzo przeszkadzało.
Laurie: Ty bądź cicho. Jestem zbyt zmęczona, żeby z tobą dyskutować. W ciągu następnego tygodnia uzupełnię bohaterów, bo trochę to zaniedbałam. Jeśli w tekście są jakieś błędy, to musicie wybaczyć, bo jestem niewyspana i mogłam coś przeoczyć. Także to tyle na dziś. Pozdrawiam i do następnego.

3 thoughts on “I lost all control and I need you now And I don’t know how I can do without I just need you now

  1. seitoshi pisze:

    Dobrze, że Viv przeżyła swoją pierwszą misje jako Cień xD
    Opisy walki są… niesamowite, czytałam je ze dwa razy.
    Poza tym.. no kurcze… Viv… po co to zrobiłaś? Biedny Arte… wybacz Laurie, ale jak się nie pogodzą to strzelę focha!
    Przepraszam, że tak krótko i do następnego😀

  2. elnalesniko (Elena) pisze:

    Ho ho ho, kowboju, to się ambaras zrobił. Aż mi gwiazda odpadła.
    Naprawdę mi się podobało, jak praktycznie zawsze. Tak, tak jest. Wszystko świetnie opisane. Tak, że czytając odcinek, mogłam wczuć się w klimat. Ajejej, pozdrawiam i wyczekuję kolejnego.

  3. Vesper pisze:

    To mnie zaskoczyłaś, trochę mnie tu nie było – z wiadomego powodu😉 Ale jak już trochę mój komp został ogarnięty ,to sobie pomyślałam, że trzeba nadrobić… wchodzę i co widzę? Pierwsza misja😀
    Czytam, czytam i nagle bum! Viv i Arte… mhmmmm… fakt trochę niezrozumiała dla mnie sytuacja, a w szczególności reakcja Arte, ale nie wnikam, widocznie już ten typ tak ma.
    No i niedługo później nowe zaskoczenie! Viv i dziewczyna… była pewna, że jednak weźmie sobie tego młodego Japończyka, którego poznała przy swojej pierwszej wizycie, a tu takie zaskoczenie xD
    Nie będę się jednak bulwersować, bo yuri jakoś mnie nie rusza, za to powiem, że ciekawy rozdział, nie ma co😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s