Opętani

Jest w ciągu roku noc, której Cienie powinny się wystrzegać. Noc, w czasie której pojawiają się moce, które przerastają znacznie możliwości większości z nich. Ta noc to dzisiaj znana jako Halloween. Dla większości ludzi to czas zabawy, dzieciarnia w przebraniach biega po domach, domagając się słodyczy bądź przygotowując drobne dowcipy tym, którzy odsyłają ich z kwitkiem. Zwyczaj ten jest najbardziej zakorzeniony w Królestwie Brytyjskim i za oceanem w kraju znanym jako Ameryka, lecz w pozostałej części Europy można znaleźć ludzi kultywujących tę tradycję. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że tej nocy granice pomiędzy światami są najcieńsze w ciągu roku, co wiąże się z prawdziwym zagrożeniem.
Vivian zastanawiała się, jak to się stało, że znalazła się w samym sercu Londynu wraz z Arte, którego wielce bawiła tradycja kolorowego tłumu, zamieniającego się tej nocy w upiory. Przecież nie powinna się nawet zbliżać do wybrzeży Anglii, nie mówiąc o „zwiedzaniu” stolicy.
Wszystko zaczęło się od przepowiedni Zwierciadła dotyczącej miejsca i czasu pojawienia się potężnego demona, Siirussa, który może być wywołany tylko w odpowiednich warunkach. Do zadania bezpośredniego polowania lub bardziej pożądanego zapobiegnięcia wywołania przeciwnika zgłosił się Arte i dobrał Vivian jako towarzysza. Inna grupa Cieni miała stać się ich wsparciem i ustawić barierę wokół miasta, aby konsekwencje nie rozprzestrzeniły się dalej.
– Czas na nas – odezwał się Arte. – Mamy trzy godziny zanim Siiruss rozerwie łańcuchy.
– Mam złe przeczucia – mruknęła dziewczyna.
– Tylko dlatego, że jesteśmy w Londynie? – zasugerował.
– Nie, nie tylko. Chodźmy już.
Nie miała ochoty ciągnąć tego tematu, więc zarzuciła kaptur na włosy i wyszła z pokoju. Wampir dogonił ją w drzwiach gospody. Nie rozmawiali dłużej, przemykając pomiędzy kolorowymi ludźmi. Nikt nie zwracał na nich uwagi, uznając, że są kolejnymi przebierańcami, którzy spieszą na jedno z organizowanych przyjęć. Prawda niestety była inna.
Do celu dotarli dość szybko. Stara rezydencja, które najlepsze czasy miała już za sobą, otoczona zarośniętym ogrodem powinna być opuszczona. Cienie wyczuwały jednak ustawioną barierę, choć dla nich nie stanowiła żadnego problemu. Weszli od frontu, doskonale zdając sobie sprawę, że dopiero w środku zaczną się kłopoty.
Hol pogrążony był w ciemnościach, dostrzegli jego ogrom i kryształowy żyrandol na suficie. Wokół czuli aurę demona, dom przesiąknął nią już na tyle, że utrudniało to trochę wyczucie ich celu. To jednak nie był największy problem, o czym przekonali się kilka minut później. Na razie jednak szli ostrożnie, nie wydając głośniejszego dźwięku. Nie musieli ze sobą rozmawiać, żeby wiedzieć, co robić dalej.
Vivian zatrzymała się, słysząc ruch. Odwróciła się w momencie, gdy została zaatakowana. Upadła na drewnianą posadzkę z łoskotem, który poniósł się po pomieszczeniu, zdezorientowana i zaskoczona postacią, która stała nad nią. Wyglądała jak prawdziwa mumia owinięta w stare bandaże i błysnęła pojedynczym, zielonym okiem. Poznała je bez trudu, nie zdążyła jednak zareagować, gdy jej towarzysz ruszył na przeciwnika i zadał pierwszy cios.
– Arte, nie rób mu krzywdy! – krzyknęła cicho.
Jej głos i tak poniósł się po pomieszczeniu. Wampir nie wiedział, dlaczego usłyszał od przyjaciółki taką prośbę, ale zamiast ugodzić mumię sztyletem, który miał już w ręce, ogłuszył ją. Prawdziwy ożywieniec nie dałby się tak szybko załatwić, co tylko potwierdzało domysł, że mają do czynienia z przebierańcem.
Vivian wstała i podeszła do przeciwnika. Z łatwością usunęła bandaże z twarzy, na czoło opadł niesforny kosmyk rudych włosów. Oboje poznali chłopaka.
– To Lavi – szepnęła.
– Czujesz aurę Siirussa? – zapytał Arte. – Obawiam się, że będziemy mieć więcej kłopotów niż przypuszczaliśmy. Jeśli opętał jego, mógł też dorwać innych ludzi.
Nie chciał używać słowa „egzorcyści”, ale oboje wiedzieli, że to o nich mu chodzi.
– Musimy im pomóc – zdecydowała Vivian.
– Wiesz, że to trudne. Zrobimy tak: jeśli zostaniemy zaatakowani, ogłuszymy przeciwników i zostawimy ich na miejscu.
– Ale… – próbowała zaoponować.
– Cicho. Zapobiegniemy uwolnieniu się Siirussa, wyrwiemy ich spod jego kontroli, co zaoszczędzi nam teraz czas. Wystarczy ich unieszkodliwić, a później im pomożemy, dobra?
Dziewczyna kiwnęła głową. Plan wydawał się rozsądny, bo nie wiedzieli, z iloma przeciwnikami przyjdzie im się jeszcze zmierzyć, a oni nie mieli czasu na rozmienianie się na drobne.
Arte wyciągnął z kieszeni płaszcza niewielką fiolkę z czerwonym płynem i wlał parę kropli do ust „mumii”. Miało to im zagwarantować, że chłopak się nie obudzi przed upływem kilku kolejnych godzin i nie sprawi kłopotów. Teraz mogli pójść dalej.
Porzucili pomysł sprawdzania górnych pięter rezydencji, ponieważ nie miało to żadnego sensu. Laboratorium znajdowało się w piwnicach, stamtąd na pewno dochodziła ich aura celu i przyszłego zagrożenia, jeśli się nie pośpieszą.
Znalezienie schodów prowadzących na dół było trudniejsze niż się wydawało. Najpierw trafili na ślepy zaułek – za drzwiami był mur. Nie mogli poprawnie określić kierunku ze względu na obecność opętanych, którzy wciąż się poruszali i zafałszowywali im obraz sytuacji. Musieli przyznać, że szaleniec był dobry w tym, co robił, przygotował się na niespodziewaną wizytę Nocnych Łowców jak ich czasem nazywano.
– Vivian, tędy – Arte wskazał kierunek.
Po chwili znaleźli się na wąskich, stromych schodach, z których łatwo było spaść. Schodzili ostrożnie, opierając się dłońmi o chropowatą ścianę. Vivian już kiedyś znalazła się w takiej sytuacji i nie wspominała jej dobrze, ale nie zamierzała ponownie dać się tak załatwić. Teraz była silniejsza.
– Ktoś jest na dole – szepnął prawie niesłyszalnie Arte.
Dziewczyna kiwnęła głową, ale nie dobyła broni. Jeszcze nie wiedzieli, z kim lub czym mają do czynienia, więc woleli być ostrożni. Nie chcieli skrzywdzić kogoś niewinnego.
Zanim jeszcze postawiła krok w obszernej sali, która była jednocześnie korytarzem, coś się na nią rzuciło. Miało długie, czarne włosy, lśniące, czarne oczy i długie kły. Odparowała uderzenie potężnym ciosem.
– Wampir? – zwróciła się do towarzysza.
– Wykluczone. Jest o tym przekonany, ale to człowiek. Nie czujesz?
– Lotos – szepnęła.
Nie miała wątpliwości, kto został ich kolejnym przeciwnikiem. Chłopak poruszał się jak prawdziwy wampir głęboko przekonany o własnej tożsamości.
– Dasz sobie z nim radę? – zapytał Arte.
– Tak. Zasłoń oczy.
Rozbiła jedną z kul ze sztucznym światłem, których zawsze miała kilka przy sobie. Tak jak przewidziała, chłopak próbował zasłonić oczy i wrzasnął boleśnie, choć faktycznie to go nie skrzywdziło. Wzrok Vivian przyzwyczaił się w ułamku sekundy, więc określiła pozycję przeciwnika i zaatakowała. Uderzała w punkty witalne na tyle jednak słabo, żeby nie zrobić mu krzywdy. Złapała bezwładne ciało i ułożyła je pod ścianą.
– Możesz sprawdzić, czy nie ma żadnych wampirycznych zmian? – zwróciła się do Arte.
– Jasne. Nie trzeba nam biegającego po Londynie młodego wampira.
Brązowowłosy mimo lekkiego tonu traktował zadanie poważnie. Wiedział, jak ważny dla przyjaciółki jest ten japoński egzorcysta, więc zajął się nim odpowiednio.
– W porządku – zdecydował kilka chwil później, wlewając domniemanemu wampirowi do ust tę samą miksturę co Laviemu. – Kły sztuczne i tylko przekonany był, że jest krwiopijcą. Możemy iść dalej.
Do tej pory poprzebierani egzorcyści nie stanowili dla nich problemów, ale mieli świadomość, że nie będzie tak łatwo przez cały czas. Na razie szli ostrożnie ciemnymi korytarzami wyczuleni na każdy dźwięk i ruch.
Usłyszeli kapanie wody. Miarowe, spokojne: „kap, kap, kap” rozchodziło się naokoło. Szli dalej nieprzestraszeni. Wysoki chichot już ich zaniepokoił. Powtórzył się jeszcze dwa razy, po czym ucichł. Kapanie także ustało.
Arte położył dłoń na ramieniu towarzyszki i zatrzymał się. Stali pogrążeni w kompletnej ciszy i czuli obecność trzech innych istot w pomieszczeniu. Vivian zagryzła wargę w oczekiwaniu.
Coś rzuciło się na nich z upiornym skowytem. Dziewczyna uderzyła o kamienną podłogę, czując ciężar bestii na sobie. Arte nie mógł jej pomóc, bo także został zaatakowany i miotał się w bezsilnej wściekłości. Vivian wyczuła charakterystyczną aurę należącą tylko do jednej osoby. Jednocześnie musiała poradzić sobie z futrzastą bestią, która próbowała rozedrzeć jej gardło. Złapała potwora za włosy na głowie i odciągnęła. Drugą ręką odpychała go, łapiąc za pysk.
– Blizny? – szepnęła.
Domyśliła się, z kim ma do czynienia, po czym zrzuciła z siebie białego wilkołaka. Złapała go za lewą rękę, czując bliskość innocence, i nacisnęła jeden z charakterystycznych punktów. Jęk wydarł się z gardła „bestii”, ale przestał się szamotać. Dzięki temu ogłuszyła go prawie bezboleśnie.
Arte miał gorszy problem. Ostre mentalne igły wbijały się w całe jego ciało i umysł, skutecznie blokując dotarcie do jakiejkolwiek inkantacji. Nie mógł się też ruszyć wśród chichotu dwóch egzorcystek przebranych za czarownice. Słyszał dźwięk upadającego ciała, ale nie wiedział, czy należy do przyjaciółki czy przeciwnika.
Wyrwanie się wyciągnęło z niego więcej sił niż się spodziewał. Usłyszał bolesny wrzask w odpowiedzi i zobaczył leżącą przed sobą drobną postać w falbaniastej sukni i o czerwonych włosach. Powstrzymał ją przed podniesieniem się i pozbawił przytomności. Drugą z wiedźm przed atakiem powstrzymała Vivian.
– To chyba wszyscy – powiedziała. – Link leży tam, w kącie. Chyba nie wytrzymał nacisku demona.
– Nie sądziłem, że egzorcyści mają taką władzę.
– Rozwijają się. Nie czuję więcej rozproszonej energii, więc to wszyscy. Teraz pozostał nam demon.
– Jasne.
Wampir szybko powtórzył rytuał, którego użył na dwóch poprzednich ofiarach ich celu, po czym ruszyli dalej. Teraz mieli już czystą drogę. Kilka minut później dotarli do drzwi pracowni.
– To tutaj.
Arte pchnął dębowe wrota i już wiedzieli, że przybyli w ostatniej chwili. Wampir rzucił się na wymawiającego ostatnie słowa inkantacji czarnowłosego mężczyznę w okularach, a Vivian użyła pieczęci, która miała przynajmniej chwilowo nie pozwolić Siirussowi opuścić pomieszczenia.
Demon miał prawie trzy metry, dolną część ciała kozła z gadzim ogonem, szeroki tors i przystojną twarz młodzieńca. Odrzucił długie, krwistoczerwone włosy do tyłu i uśmiechnął się upiornie. Vivian dostrzegła sześć cienkich, białych „linek”, które wchodziły do kręgu. Przerażona tym, że jej przyjaciele zostali ofiarami, przecięła „linki” i wypowiedziała wiążące zaklęcie.
– Arte! – zawołała.
Mieli prawdziwy kłopot. Wampir przyszpilił cel do ściany i spojrzał na towarzyszkę, która szykowała się do zniszczenia portalu.
– Nie przerywaj kręgu. Musisz go na nowo spętać – polecił.
Sam nie byłby w stanie tego zrobić, ale znał możliwości przyjaciółki. Poza tym jednego demona już spętała. Zupełnie sama i ranna.
– Ty mnie wzywałaś? – zapytał demon.
– Nie, ja cię na nowo spętam – odparła twardo.
Od niej zależało życie jej bliskich i całego miasta. Nie pozwoliła Siirussowi wyjść z kręgu, w którym stał.
– Innocence, aktywacja drugiego poziomu – wyszeptała.
Jednocześnie odchyliła lekko głowę, przywołując moce Noah. Jej strój się zmienił – zamiast munduru Ligi Cieni miała na sobie długą, czarną suknię, jej włosy pociemniały o kilka tonów, a na plecach pojawiły się anielskie skrzydła. Na czole dziewczyny można było dostrzec stygmaty, a oczy błysnęły złotem.
– Anioł Lucyfera – odezwał się Siiruss. – To zaszczyt.
– Jak dla kogo. Spętam się ponownie łańcuchami, których użył Pierwszy Archanioł i spoczniesz na wieki w najniższym kręgu piekła – powiedziała twardo.
Arte wzdrygnął się, gdy usłyszał słowa swojej towarzyszki wypowiedziane w języku, którego nie miał ochoty słyszeć. Nie rozumiał, co znaczą te niskie syki, ale wiedział, że to język spoza tego świata.
Siiruss przez chwilę się uśmiechał, słysząc groźbę Vivian. Zamierzał wyjść z kręgu, ale ten go nie wypuścił – od razu powstała potężna bariera, za którą nie miał prawa się wydostać. Próbował walczyć, lecz łańcuchy, które się pokazały, nie pozwoliły mu na to. Owinęły się wokół jego kończyn, pokryły tors i zaczęły wciągać z powrotem do piekieł.
– Bądź przeklęty, Aniele Lucyfera – syknął demona zanim zniknął.
Po chwili słychać było jedynie burzę gdzieś nad nimi, na którą wcześniej nie zwracali uwagi. Powietrze oczyściło się z aury i zaklęć demona, a opętanym egzorcystom nie groziło już żadne zagrożenie tej nocy. Vivian opadła na kolana, dezaktywując swoją moc. Potrzebowała chwili odpoczynku.
– W porządku? – usłyszała.
– Tak, Siiruss nie jest już zagrożeniem dla naszego świata – odpowiedziała cichym, acz twardym głosem.
Arte odwrócił się do swojego celu, który nadal tkwił przyszpilony do ściany. Teraz, gdy prawdziwe zagrożenie minęło, mógł wypełnić swój obowiązek.
– Arturze Milles w imieniu Ligi Cieni skazuję cię na śmierć za próbę zniszczenia porządku świata, uwolnienie demona z najniższego kręgu oraz spowodowanie uszczerbku na zdrowiu sześciu członków Mrocznej Organizacji Religijnej – wypowiedział formułkę, dodając odpowiedni zarzut.
Zanim mężczyzna się odezwał, wampir podciął mu gardło i pozwolił bezwładnemu ciału upaść na podłogę.
– Nie chcesz jego krwi? – zapytała Vivian.
– Jest zbyt brudna i pachnie Siirussem. Chodź, trzeba pozbierać twoich przyjaciół i opatrzyć im rany.
Trochę się natrudzili, żeby zebrać nieprzytomnych w salonie na górze. Vivian zajęła się ich ranami, które musieli otrzymać wcześniej. Nie stanowiło to dla niej żadnego problemu odkąd opanowała wszystkie swoje moce. Arte tymczasem przygotował rezydencję do pożaru – wpływ demona był zbyt duży, aby pozostawić to miejsce w spokoju. Ogień miał je oczyścić, kiedy wszyscy będą już bezpieczni.
– Skończyłem.
– Ja także. Stoczyli poważną bitwę zanim walczyli z nami. Teraz jednak wszystko w porządku.
– A ta noc już się kończy. Burza też ucichła. Niedługo powinni się obudzić.
– Poczekam na zewnątrz – zadecydowała.
Arte został sam. Zarzucił kaptur na głowę i czekał, wiedząc, jak bardzo przyjaciółka chciałaby przy nich czuwać bezpośrednio. Najadła się strachu, kiedy musiała z nimi walczyć, a także potem, gdy zobaczyła, że ich życia zostały złożone w ofierze demonowi. Na szczęście udało się zapobiec tragedii.
Sześć postaci zaczęło się budzić. Dostrzegli postać stojącą w progu pomieszczenia. Zdezorientowani sięgnęli po broń.
– Kim jesteś?
– Przyjacielem, który ma dla was radę: niedługo zrobi się tu gorąco.
– Jak to? – zapytał Allen. – Przecież tu ktoś może być.
– Nie ma tu nikogo żywego. Oprócz nas, oczywiście. Lepiej będzie, jeśli wrócicie już do siebie.
– Kim jesteś?
– Już mówiłem. Przyjacielem. Dopełniłem swoich obowiązków, więc żegnajcie, egzorcyści.
Ruszył do wyjścia. Gdy pobiegli za nim, nie dostrzegli go tak jakby nikogo tu nigdy nie było. W pamięci brakowało im kilku godzin, więc niechętnie uznali, że musieli zawieść, a ten tajemniczy nieznajomy ich uratował. Postanowili wracać. Nie dostrzegli dwójki Cieni siedzących na ogołoconych z liści gałęziach drzewa. Gdy tylko egzorcyści odeszli na odpowiednią odległość, rezydencja zapłonęła. Przez cały dzień nie było możliwości ugaszenia ognia, który spopielił całe to miejsce.
Vivian i Arte ruszyli w podróż powrotną. Noc Halloween nie była dla nich łaskawa. To jedyna noc w roku, której Cienie powinny się wystrzegać. Egzorcyści również. Dla własnego dobra.

***

Laurie: Horror z tego nie wyszedł, ale nawet w konwencji.
Arte: Przy okazji trochę późniejszych szczegółów pozdradzaliśmy.
Laurie: Do takiej kondycji Vivian jeszcze daleko, więc nie macie co się na razie przyzwyczajać.
Vivian: Na dA są nowe teksty, w tym zaraz znajdzie się tam halloweenowy z Corrie, nową bohaterką. Też horrorem nie jest.
Arte: Bawcie się dzisiaj dobrze, a jutro nie zapomnijcie o tych, których należy uczcić.
Laurie: Za tydzień wracamy w piątek jak zwykle. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s