Ty, komplikujesz wciąż Wszędzie widzisz problem, nie chcę Słuchać tego już!

Śnieżyca szalała od dobrej godziny i nikt o zdrowych zmysłach nie wychodził na zewnątrz w taką pogodę. To czyste samobójstwo. Lepiej obserwować szalejący żywioł przez okno w ciepłym pokoju z filiżanką gorącej herbaty. Nikt więc nie widział pojedynku rozgrywającego się na wzgórzach za miastem.
Vivian zwarła się z demonem w bloku. Oddychała ciężko mimo lodowatego powietrza wdzierającego się w płuca. Śnieg przyklejał się do włosów, ubrania i twarzy, ale dziewczyna nie czuła zimna. Wyłączyła się na wszystkie czynniki, które nie miały bezpośredniego związku z walką. Nie słyszała nawet nawoływań Arianne, która w tej śnieżycy nie widziała praktycznie nic odkąd uczennica zniknęła w kłębach padającego śniegu. Mogła tylko mieć się na baczności przed niespodziewanym atakiem i spróbować przywołać uczennicę, choć szczerze wątpiła, że to ma jakiś sens. Vivian w wirze walki zapominała o wszystkim dookoła i nic jej nie obchodziło dopóki nie skończy. To był największy problem, który teraz odwrócił się przeciwko niej.
Przeciwnik nie odpuszczał. Brązowowłosa szybko przyznała mistrzyni rację – gdy raz się z nim zetrze, już nie odpuszczał. Nie była w stanie się cofnąć, za każdym razem atakował jeszcze zajadlej, nie pozwalając jej nawet na krótki odpoczynek. W bezpośredniej walce nie miała z nim zbyt wiele szans, powoli traciła kontrolę, a różnica stawała się coraz większa. Musiała koniecznie coś wymyśleć zanim sytuacja stanie się naprawdę groźna.
– Czyżbyś nie dawała rady, panienko? – zakpił przeciwnik, uśmiechając się złośliwie.
Dopiero teraz można było odróżnić go od przeciętnego człowieka, gdy pokazał kły – niby wampirze, ale nic bardziej mylnego. Z gracją poprawił długie, ciemne włosy, które w ogóle nie były mokre, po czym ruszył do kolejnego ataku. Vivian ledwo go odparła, ale nie dał jej czasu na kontrę, mogła się jedynie bronić.
Brązowowłosa odskoczyła, choć wiedziała, że to za wiele nie pomoże. Odcięta na własne życzenie od wsparcia Arianne musiała poradzić sobie sama. Nie pozwoliła zdławić się panice, bo to by ją zgubiło.
– Wiesz, wy ludzie jesteście jednak interesujący – odezwał się demon. – Niektórzy z was mają dość przyjemną powłokę cielesną, którą tak łatwo zranić i zniewolić.
– Wolę nie wiedzieć, co masz na myśli – odparła Vivian.
– Łatwo was skruszyć. Ten śnieg stał się dla ciebie pułapką bez wyjścia.
– Wybacz, ale czekają na mnie.
Błyskawicznie podjęła decyzję, nie dopuszczając do siebie myśli o konsekwencjach. Odskoczyła na kilka kroków, przybierając postać Noah, płynnym ruchem schowała innocence do cholewki i skierowała wiązkę ciemnej materii prosto w demona. Nie mógł tego uniknąć, więc oberwał. Dziewczyna parła dalej. Jeszcze nie odkryła w pełni własnych możliwości, ale ten nieskoordynowany atak w zupełności wystarczył.
– Nie rozumiem nic z twojej przemowy – odezwała się całkiem spokojnie. – Może dlatego, że nie jestem człowiekiem a bestią.
Po chwili demon zamienił się w kupkę szarego proszku, a atmosfera oczyściła się. Nawet śnieżyca trochę osłabła, sprawiając, że widoczność się znacznie polepszyła.
– A więc to też twoja sprawka – szepnęła, opadając na kolana.
Wstrząsnęły nią gwałtowne torsje, których nie mogła powstrzymać. Na szczęście nie pluła jeszcze krwią, co było pocieszające, zawsze mogło być gorzej. Po tak wyczerpującej walce potrzebowała odpoczynku.
– Vivian!
Arianne podbiegła do uczennicy, którą w końcu dostrzegła wśród białych płatków. Brązowowłosa otarła usta i podniosła głowę ze zmęczonym uśmiechem.
– Misja wykonana, mistrzyni – powiedziała.
– To było niebezpieczne.
– Wiem, ale nic mi nie jest. Nie martw się, mistrzyni.
– Chodź. Wracamy do miasta. Musisz się rozgrzać i odpocząć.
Pomogła jej wstać. Vivian nadal czuła się trochę niepewnie na własnych nogach, więc skorzystała z pomocy. Zarzuciła kaptur na mokre włosy, ukrywając twarz przed przypadkowym spojrzeniem. Odkąd odeszła z Zakonu, nie lubiła pokazywać obcym oblicza w obawie, że ktoś ją rozpozna i doniesie egzorcystom. Wieczna ucieczka przed Krukami tylko by wszystko utrudniła, poza tym miała świadomość, że taka sytuacja zaszkodziłaby Lidze, którą już uważała za swój dom. Drugi dom, gdzie znalazła zrozumienie i wytchnienie, choć często musiała ryzykować własnym życiem.
Śnieg znacznie utrudnił im zejście ze wzgórza. Droga była zasypana, brnęły w białym puchu aż po kolana, więc tak naprawdę wlekły się centymetr za centymetrem. Zanim dotarły do gospody, śnieżyca całkiem ustała. Wokół trwała niczym niezmącona cisza, mieszkańcy miasteczka spali, nawet stali bywalcy gospody dziś nie dopisali, więc minęła dłuższa chwila nim ktoś im otworzył.
– Podróżowaliście w taką pogodę? – zapytał gospodarz, krępy mężczyzna o rzadkich, brązowych włosach z łysiną na czubku oraz szarych oczach.
– Pogoda czasem zaskakuje na szlaku – odparła spokojnie Arianne. – Znajdzie się dla nas chociaż jeden pokój?
– Tak, wchodźcie.
Po chwili jego żona przygotowywała już ciepły posiłek, herbatę i gorącą wodę do mycia, zaś gospodarz zaprowadził je do pokoju na piętrze. Była to ładnie urządzona sypialnia z dwoma łóżkami, za ażurową ścianą urządzona została łazienka z blaszaną balią do mycia.
– Mam nadzieję, że będzie wam tu wygodnie, drodzy goście. Tylko tyle mogę zaoferować.
Mimowolnie czuł respekt przed tymi dwiema zakapturzonymi kobietami, więc darzył je szacunkiem, który podyktowany był także strachem.
– Wystarczy. Nie potrzebujemy wiele. Dziękujemy.
– Alicja powinna niedługo przynieść kolację. Woda także się grzeje.
– Dziękujemy.
Po wyjściu mężczyzny Vivian zrzuciła z siebie wszystko, pozostając jedynie w koszuli, która była sucha. Rozłożyła ubranie do wyschnięcia i wzięła się za czyszczenie sai. To ją zawsze uspokajało. Arianne tymczasem wzięła jeden z ręczników i zaczęła nim wycierać mokre włosy uczennicy.
– Nie musisz tego robić, mistrzyni.
– Mistrz powinien dbać o swojego ucznia. Wyglądasz na wykończoną.
– To przez tą moc. Jeszcze jej nie kontroluję w wystarczającym stopniu.
– Odpocznij.
Brązowowłosa nie miała ochoty na jedzenie czy kąpiel, wypiła jedynie herbatę, ulegając naleganiom Arianne. Tak jak była, położyła się na łóżku twarzą do ściany, próbując uspokoić się i zasnąć. Nie potrafiła. Wszystko w niej buzowało, domagało się uwagi, przeszkadzało. Najchętniej wyszłaby na spacer, ale na to nie miała siły, tym bardziej na kolejną walkę, którą podsunął jej umysł. Chyba nie umiała odpoczywać w ten sposób, wolała się ruszać nawet, kiedy brakowało jej energii.
Arianne obserwowała ją nieznacznie zanim sama poszła na spoczynek. Przygasiła światła, gdy uczennica ułożyła się do snu. Zanim zasnęła, długo słyszała, jak dziewczyna wierci się na swoim posłaniu. Nie zwracała jej na to uwagi, bo nie mogła pomóc, a poza tym z pewnymi rzeczami Vivian musiała poradzić sobie sama. Nie można jej ciągle prowadzić za rączkę, nie pozwoliłaby na to. Zawsze była osobą samodzielną, co często doprowadzało ją do sytuacji, w których jej życie było poważnie zagrożone. Nadal to robiła, weszło jej to w krew i trudno będzie ją tego oduczyć. Odgórnie kierowana mogłaby zacząć się buntować, jak to było w Czarnym Zakonie. Im bardziej na nią napierali, tym zacieklej walczyła o swoje prawo do wolności. Tak to jednak jest, gdy traktuje się ludzi jak narzędzia, które nie powinny mieć uczuć, a jednak je posiadają z niewiadomych przyczyn. Liga nie mogła popełnić tego błędu, inaczej wszystko skończone. Może dziewczyna nie zdawała sobie z tego sprawy, ale obie strony stąpają po bardzo cienkim lodzie i w razie niepowodzenia trzeba będzie ją usunąć, skoro jest zapalnikiem apokalipsy. Wszystko na razie szło ku lepszemu, zresztą Arianne miała pewność co do uczuć uczennicy. Może nienawidziła tego świata, który ją tak bardzo skrzywdził, ale miała na nim kilka osób, które chciała chronić za wszelką cenę i zamierzała tego dokonać. Czystość tego postanowienia utwierdzała Ligę w słuszności zaproszenia Vivian do współpracy. Dla obu stron było to korzystne rozwiązanie.
Ranek dla Vivian był dość ciężki. Zachwiana równowaga w jej organizmie znowu mocno oddziaływała na dziewczynę, która wyglądała jak cień samej siebie. Ciągle przecierała oczy, marząc o odrobinie snu. Na to jednak na razie nie mogła liczyć. Ledwo przełknęła trochę jedzenia, ale więcej jeść nie chciała, wciąż czuła żołądek tuż pod gardłem.
Podróż powrotna minęła w spokojnej aczkolwiek niemiłej atmosferze. Arianne spisała raport na podstawie uzyskanych od uczennicy informacji, ale wnioski zostawiła dla siebie. To, co działo się z Vivian, dość mocno ją niepokoiło. Cóż z tego, że dziewczyna z łatwością przyswajała wiedzę, skoro jej użycie nadal stanowiło problem? I to dość poważny. Jeśli nie będzie kontrolować tego, co robi, może łatwo zginąć. Sytuacja naprawdę zaczynała być niewesoła. Teoretycznie wszyscy wiedzieli, z czym wiąże się opieka nad Aniołem Lucyfera. Nigdy wcześniej nikt jej naprawdę nie trenował, nie licząc krótkiego pobytu w Szkole Ninja w Monachium, do wszystkiego dochodziła sama, więc jej umiejętności wykorzystywały niewielki procent potencjału. Nawet Czarny Zakon nie zajął się tym poważnie, starając się jedynie zdusić ją i zmusić do posłuszeństwa, więc cała praca została zrzucona na Ligę. To do nich należało wyszkolenie jej w takim stopniu, aby mogła stanąć kiedyś przeciwko klanowi Noah. Wciąż jednak pojawiały się trudności.
Vivian starała się zasnąć, ale jedynie kręciła się na siedzeniu. Irytował ją nawet turkot kół pociągu. Dawno nie miała takiego problemu z zaśnięciem, zupełnie jakby coś się miało wydarzyć, przez co powinna być czujna, a przecież nie czuła wrogiem obecności. W końcu wstała i poszła przejść się po pociągu. Gdy tylko wyszła z pierwszej klasy, jej uszy zaatakował gwar. Ludzie tłoczyli się na siedzeniach, dyskutowali, przekrzykując jeden drugiego albo kulili się na swoich miejscach i czytali bądź próbowali spać. Ta ludzka mozaika zawsze była taka sama, choć jej części bywały różne.
W pewnym momencie w Vivian wbiegł chłopczyk. Miał nie więcej niż siedem lat, dawno niestrzyżone, ciemne włosy niedbale ukryte pod startą czapką i wystraszone, niebieskie oczy. Spojrzał na nią, oczekując kary, ale dziewczyna tylko przyglądała mu się w milczeniu. Gdy usłyszała podniesione głosy, zrozumiała. Malec próbował uciec, ale dziewczyna złapała go za ramię i pchnęła za siebie tak, aby nikt go nie zauważył.
– Bądź cicho – mruknęła.
Nie trzeba było długo czekać aż w przejściu pomiędzy wagonami pojawił się konduktor w towarzystwie okradzionej damy, która żywo poruszała rękoma we wzburzeniu.
– Przepraszam, nie widziała panienka małego obdartusa?
– Nie. Przykro mi.
Mężczyzna zmiął w ustach przekleństwo i wraz z pokrzywdzoną minęli Vivian, nie przyglądając się jej zbyt dobrze. Poszli dalej na poszukiwanie małego złodzieja, który chował się za brązowowłosą.
– Chodź – poleciła.
Nikt nie zwrócił na nich uwagi, gdy przeszli na koniec pociągu. Ostatni wagon był pusty, wypełniony jedynie bagażami. Vivian otworzyła drzwi i usiadła w progu.
– Wpuszczasz zimno – zauważył malec.
– Zabronisz mi? – zapytała.
– Ktoś może przyjść na skargę.
– Mnie nic nie zrobią. To, co tam zdobyłeś?
Chłopiec wyciągnął skradzioną kanapkę, przyglądając się swojej wybawicielce. Nie bardzo rozumiał jej zachowanie, ale był wdzięczny, że go nie wydała. Z trudem ułamał połowę i podał dziewczynie.
– Nie chcę, jedz.
– Ale…
– Ja się najem w domu. Nie martw się o mnie.
– Dziękuję.
– Nie ma sprawy.
Zwróciła spojrzenie na uciekający krajobraz. Myśli wciąż orbitowały wokół problemów z utrzymaniem równowagi. Odkąd przebudziła Noah, miała problemy z innocence, nie były one tak kłopotliwe jak dawniej, ale nie mogła już do końca polegać na tych atakach i skrzydłach. Samodzielnie nie potrafiła określić, czy są jakieś zmiany w synchronizacji, co trochę ją niepokoiło. Za każdym razem jednak, gdy używała innocence, czuła napór świadomości Noah, tą mocą nie potrafiła się posłużyć we właściwy sposób. Nadal nie wiedziała, co jest jej specjalnością jako członka klanu Noah, a samo wspomnienie Zemsty nie dawało odpowiedzi. To było coś, co musiała dopiero odkryć, choć nie wiedziała jak. Koniecznie potrzebowała czyjejś pomocy, ale chyba nikt nie był w stanie przewidzieć, jak powinna to zrobić. Może prócz samych Noah, ale do tego nigdy by się nie posunęła. Nie po to się przed nimi ukrywała, żeby ujawnić się i prosić ich o pomoc. To byłaby jawna zdrada samej siebie.
– Wszystko w porządku? – zapytał chłopiec.
Dziewczyna spojrzała na niego i uśmiechnęła się smutno. Na więcej nie miała siły.
– Tak, nie martw się.
– Ale jesteś smutna.
– Cóż… są rzeczy, z którymi trudno się pogodzić. Zbliżamy się do kolejnej stacji. Lepiej na niej wysiądź, żeby kierownik pociągu cię nie złapał.
Chłopiec posłuchał, więc została sama. Nie przeszkadzało jej to. Oddychała zimnym powietrzem bez żadnych problemów, nawet nie czuła chłodu. Było jej to całkiem obojętne. Poruszyła się dopiero, gdy docierali do stacji docelowej.
– Wyglądasz trochę lepiej – zauważyła Arianne, gdy podopieczna zarzucała kaptur na głowę.
– Ale jestem wykończona.
– Na szczęście to już dom.
– Tak.
Arianne odprowadziła ją do pokoju, po czym wróciła do siebie. Vivian zrzuciła tylko wierzchnie odzienie i położyła się do łóżka. Zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki.
Arianne zajrzała do niej, gdy szła do łaźni. Uśmiechnęła się, widząc, że w końcu zasnęła. Poprawiła kołdrę zsuwającą się z ramienia uczennicy i wyszła bezszelestnie. W łaźni ominęła plotkującą grupę, żeby spokojnie pomyśleć. To nadal nie dawało jej spokoju, musiała na ten temat porozmawiać z Radą, gdy zda już raport.
– Jak tam twoja podopieczna? – usłyszała.
– Obejdzie się bez twojej troski, drogi Arte.
– Mówisz tak, jakby się coś stało.
– To, mój drogi, muszę załatwić sama, więc wybacz.
– Jasne.
Wampir obserwował ją przez chwilę, widząc, że coś bardzo gryzie Francuzkę. Chyba podjęte zadanie sprawiało więcej problemów niż się spodziewała.
– Jak ona się czuje?
– Nieźle. Nie idź tam na razie, bo śpi.
– Potem się wyśpi.
– Arte, zostaw ją na razie. Miała problemy z zaśnięciem i musi wypocząć.
– W porządku. Zrozumiałem.
Arianne nie skorzystała z jego towarzystwa zbyt długo i ruszyła na spotkanie z Radą. Raport powinien zamknąć sprawę misji. O to się nie martwiła. Zresztą dobierała dla Vivian takie zadania, aby mogła sobie z nimi spokojnie poradzić, a jednocześnie czegoś się nauczyć. Nie chciała rzucać jej od razu na najgłębszą wodę, bo to żadne rozwiązanie.
Zapukała i weszła po uzyskaniu pozwolenia. Zdanie raportu trwało tylko kilka minut. Zwykle na tym się kończyło.
– Coś cię martwi, Arianne – zauważyła przewodnicząca Rady.
– Owszem, pani Minerwo. Chodzi o Vivian. Wciąż nie mogę do niej do końca dotrzeć i jej pomóc.
– Chcesz powiedzieć, że rezygnujesz? – zabrzmiał głos byłego Łowcy Wampirów.
– Aschledzie, pozwól Arianne dokończyć.
– Vivian o siebie nie dba, a ja nie potrafię jej przekonać do zmiany podejścia. Czasem adrenalina zakrywa jej zdrowy rozsądek. Wiem, że to jest problem akceptacji samej siebie i równowagi, ale jest granica, za którą nie mogę jej pomóc. Boję się, że coś pójdzie źle.
– Od początku wiedzieliśmy, że z Vivian nie będzie łatwo. Myślę, że powinna otrzymać pomoc nawet tam, gdzie zwykli ludzie nie są w stanie dotrzeć.
– Co masz na myśli, pani Minerwo?
– Klasztor Tysiąca Mieczy.
– To ostateczność – sprzeciwiła się Arianne.
– Rozważ jednak tę propozycję. Może zmienić wiele w życiu Vivian i pozwolić jej się całkowicie rozwinąć.
– Obawiam się, czy zasady Klasztoru nie zaszkodzą Vivian.
– Vivian jest jedną z nas. Jeśli przejdzie Strażniczkę, ścieżka zostanie dla niej otwarta.
– Mam wątpliwości co do tego rozwiązania.
– Rozważ to, Arianne. W przypadku Vivian łatwo o błędy. Czasem trzeba pokornie poprosić o pomoc.
– Nie chodzi o brak pokory z mojej strony, ale chyba obawiam się za bardzo o swoją podopieczną. Wezmę pod uwagę Klasztor, ale moim zdaniem to jeszcze zbyt wcześnie.
– Pamiętaj jednak, że jeśli trening Vivian nie będzie nas zadowalać, sami ją tam skierujemy.
– Dobrze.
– To wszystko. Możesz odejść.
Vivian spała spokojnie do następnego poranka. Obudziła się wyspana i w znacznie lepszym humorze. Była co prawda trochę zesztywniała, ale ogólnie czuła się nieźle. Szybka kąpiel zmyła z niej pozostałości po ostatniej misji. Wiedziała, że raport jest już złożony, więc jej pozostanie jedynie trening. Na razie poszła na śniadanie.
Jadalnia była prawie pusta, co tutaj stało się już normą. Roger witał każdego z uśmiechem, lubił gotować, więc im więcej ludzi miał do wykarmienia, tym lepiej. Vivian roześmiała się na myśl, z jaką radością powitałby Allena. Chyba oszalałby ze szczęścia.
– Mogę się dosiąść? – zapytała samotnie siedzącego Linga.
– Oczywiście, siadaj.
– Dzięki.
Już miała to w zwyczaju, że rozglądała się za Arte, który zawsze pojawiał się niespodziewanie, żeby „zatruć jej trochę życia”. W łaźni go nie spotkała, tutaj też nie dostrzegała przyjaciela.
– Nie wiesz, gdzie się podziewa ten zwariowany wampir? – zapytała.
– O ile mi wiadomo, Arte wyruszył wczoraj wieczorem na misję. Isabel też jeszcze nie wróciła.
– A Mirabell nie pojawi się tu jeszcze przez dłuższy czas – westchnęła. – Zostaliśmy sami.
– Takie życie Cienia, zwłaszcza ucznia. Już zapomniałem, jak to jest. Po każdej misji wracasz do domu, analizujesz swoje dokonania i trenujesz dalej. Dla ciebie to pewnie męczące.
– Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.
– Dobrze, że humor ci dopisuje.
Uśmiechnęła się do towarzysza. Ten dzień zapowiadał się nieźle. Co prawda brakowało jej obecności Arte, który zawsze coś wymyślił, ale przynajmniej miała spokojny ranek. Czasem trzeba odpocząć od przyjaciół, zwłaszcza tych najbardziej denerwujących.
– No, proszę – usłyszała. – A ja myślałem, że bez swojej obstawy nie wychodzisz z pokoju.
Nie odwróciła się do Arsena, który obserwował ją z ironicznym uśmiechem na twarzy. To nie był pierwszy raz, gdy próbował wywołać kolejną bójkę. Niczego się nie nauczył. Zwykle jednak z Vivian był Arte, więc miał ją kto powstrzymać. Dziś samodzielnie go zignorowała. Zrozumiała po pierwszej potyczce, że to nie rozwiąże problemu, a tylko stworzy dodatkowe.
– Czyżby nasza egzorcystka ogłuchła? – kpił dalej. – Widziałem tego waszego mieszańca-mordercę. Aż dziw, że go jeszcze trzymają przy życiu.
– Jeśli masz za dużo czasu, to potrenuj – odparła spokojnie.
– O mój trening się nie martw. Ma się dobrze. Gorzej z tym mieszańcem. Nieźle oberwał.
– Nie wiem, o kim mówisz.
– Japończyk. Czarne włosy związane w kitkę. Mówi ci to coś? Mały morderca.
– Nie oceniaj kogoś, kogo nie znasz i odejdź.
Informacja Arsena, choć mogła być nieprawdziwa, sprawiła, że poczuła niepokój i chęć dokopania wrednemu Łowcy. Nie poruszyła się jednak.
– Czyżbyś nie znała prawdy?
– Dość – podniosła się i odwróciła do niego. – Jeśli chcesz walki, to o nią poproś na sali, bo tam jest na to miejsce.
– Nie będę cię o nic prosić – odparł wyniośle.
– Nie dam się sprowokować po raz drugi, ale zamknę ci gębę, skoro tak bardzo tego pragniesz. Za pół godziny na największej sali treningowej. Twoja sprawa, czy zaakceptujesz wyzwanie.

***

Vivian: Jak widać od dwóch tygodni bardzo Wam się podobają rozdziały. Aż nie potraficie słowa napisać.
Laurie: Wiedziałam, że to powiesz.
Vivian: Ci co są usprawiedliwieni, są usprawiedliwieni, dla reszty nie ma zmiłuj.
Arte: Zaczną się pojawiać, kiedy akcja pójdzie do przodu.
Lavi: A to się już niedługo stanie. W końcu ma się pojawić Klasztor Tysiąca Mieczy.
Laurie: A ty to po coś przyszedł? Opowiadać, co będzie w kolejnych rozdziałach?
Lavi: To trudne, skoro wszystko jest jeszcze w powijakach.
Laurie: Nie moja wina, że czas ucieka mi przez palce. Teraz odrobina prywaty z mojej strony. Mam do sprzedania dwie mangi: Soul Eater i Battle Royal. Wszystkich informacji udzielam na maila: laurie3@op.pl, więc jakbyście znali kogoś, kto byłby zainteresowany, byłabym wdzięczna.
Arte: Przyszły tydzień zaczniemy od pojedynku z Arsenem. Vivian już skacze z radości. Jak zresztą wszyscy dookoła.
Laurie: Jak już wcześniej Lavi wspomniał, powoli kończymy tą cząstkę opowiadania. Rozdziały piszą się, choć bardzo powoli, więc mam nadzieję, że nie będzie problemów z ukazywaniem się kolejnych rozdziałów. Pozdrawiamy ciepło i do następnego.

3 thoughts on “Ty, komplikujesz wciąż Wszędzie widzisz problem, nie chcę Słuchać tego już!

  1. Haruki pisze:

    Uwielbiam Historię Vivian ale najbardziej się wkręcam w te opowiadania gdy pojawiają się egzorcyści lecz to zależy od szanownej Laurie którą podziwiam za pisanie o to tego Bloga na temat D.Gray-Man
    Proszę pisz dalej!
    Aż nie mogę się doczekać następnego rozdziału.

  2. prz_ pisze:

    Spoko loko, czytamy i pamiętamy.

  3. Vesper pisze:

    No to już moja ciekawość rozbudzona jest na maxa po tym rozdziale… ehhhhhhh… znasz mnie, potrafię być upierdliwa😀 Tak więc po pierwsze ten cały Klasztor Tysiąca Mieczy, czy jakoś tam – jestem ciekawa po co Viv miałaby się tam udać, ale ok, poczekam cierpliwie. No i słowa Arsena – coś ty znowu zrobiła Kandzie? Co?
    A tak poza tym to wybacz, że czytam z takim opóźnieniem przez co dwa poprzednie rozdziały skomentowałam dość późno, ale sama wiedz, że mój komp odmówił posłuszeństwa😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s