Everything you say, you say to annoy me Watching every move I make whenever I’m around Everything you do, you do it to destroy me

Vivian weszła do największej sali treningowej, gdzie czekał przeciwnik. Paru Cieni również się pojawiło, chcąc zobaczyć ten pojedynek. Wiedzieli, że może się skończyć w różny sposób, a doświadczenie jako Cień schodziło na dalszy plan.
Arsen siedział na środku w ćwiczebnym stroju. Czekał spokojnie. Przed nim leżały cztery krótkie miecze. Spojrzał na przeciwniczkę, która nadal była w codziennym stroju, co wcale jej nie przeszkadzało poruszać się z gracją dzikiego kota.
– Sprawdź. Wszystkie wakizashi są ostre – powiedział.
– Chyba nie muszę. Ufam, że nie kantujesz przy świadkach.
– Nimi się nie przejmuj.
– Ani myślę.
Dobrała dwa miecze i sprawdziła, jak leżą w dłoniach oraz sferę ataku. Do treningu zwykle używała katan, które są dłuższe i cięższe. Wakizashi pamiętała jeszcze z treningów w Szkole Ninja, większość jej członków preferowała właśnie tę broń.
– Może być – poinformowała przeciwnika.
– Czarny Zakon chyba nauczył cię zasad pojedynku – zakpił.
– Nie musiał. Ja wybrałam miejsce jako wyzywająca, ty broń. Teraz czas. Bez ograniczeń.
– Wygra ten, kto będzie się w stanie jeszcze poruszać – odparł.
– Vivian, Arsen, lepiej nie używajcie swoich indywidualnych zdolności – odezwał się Ling.
Dziewczyna spojrzała na przeciwnika zza ramienia.
– Dla mnie może być – stwierdziła.
– Dobra. Bez indywidualnych zdolności. Tylko stal i to, co masz jako zwykły człowiek. Zaczynajmy.
Początkowo okrążali się, obserwując przeciwnika. O możliwościach tego drugiego jedynie słyszeli, więc podchodzili bardzo ostrożnie. Pierwsze zadane ciosy były sondą, sprawdzali swoje umiejętności i czas reakcji, równocześnie starając się nie zdradzić swoich własnych słabych i mocnych punktów. Atmosfera stężała, obserwatorzy stali w napięciu w przeciwieństwie do walczących – ci wydawali się zupełnie odprężeni.
– Długo zamierzasz mnie tak zwodzić? – zapytała Vivian z nutą kpiny w głosie.
Zachowywała się całkiem inaczej niż jeszcze godzinę temu w jadalni, gdzie musiała się powstrzymywać przed rzuceniem się na Arsena ze złości. Teraz była rozluźniona, spokojna i bardzo pewna siebie. Brunet musiał przyznać, że pogłoski są prawdziwe – dziewczyna naprawdę zachowuje się jak prawdziwy wojownik gotowy do zadania ciosu w każdej chwili, urodzony by zabijać. A gdzieś tam w środku czaiła się bestia, która tylko czeka, by wyskoczyć z ukrycia.
– Może testuję twoją wytrzymałość – odparł.
– Wybacz, ale tego raczej nie doczekasz przy tak niewinnym treningu.
– Niewinnym?
Uśmiechnęła się kpiąco w odpowiedzi. Dla niej to była zabawa, choć miało się to za chwilę zmienić.
– Cóż, to i tak nie ma znaczenia – dodał. – Zaraz zobaczysz różnicę poziomów.
Zaatakował z maksymalną siłą, kończąc podchody. Uchyliła się z gracją i wyprowadziła kontratak. Ten jednak nie dosięgnął przeciwnika, który cofnął się w odpowiednim momencie. Mógł udawać wielce spokojnego, ale prawda jest taka, że poczuł adrenalinę w żyłach i chciał pokonać przeciwniczkę bez względu na wszystko. Irytował go jej kpiący uśmieszek i postawa pełna wyższości. Szczerze nie znosił tej dziewczyny, o którą wszyscy się tak bardzo troszczyli. Od dawna słyszał pogłoski o próbie zwerbowania egzorcystki o niesamowitym potencjale, krążyły różne plotki na jej temat, ale jedno było pewne – rzeczywiście mogła stanowić zagrożenie dla swoich wrogów i stać się najsilniejszym Cieniem. Zobaczył to, gdy spostrzegł ją po raz pierwszy, ale dostrzegał też coś, co go wkurzyło – zamiast emanować tą mocą z dumą, była jedynie przerażoną, małą dziewczynką, którą wszyscy dookoła niańczyli. Mimo jej słabości wzbudzała zainteresowanie Cieni, a to doprowadzało go do furii.
W końcu dostrzegł schemat jej ataków i wyszczerzył zęby w ponurym uśmiechu. Miał ochotę się roześmiać z własnych obaw. Zamiast tego poprowadził ostrza tak, że odsłoniła ramię, które rozciął. Odskoczyła, rzucając krótkie spojrzenie na ranę. Kpiący uśmieszek zniknął z jej twarzy.
– To różnica poziomów – powiedział Arsen. – Możesz być sobie wytrzymała i pełna mocy, ale nadal jesteś tylko marną egzorcystką. Twoje ruchy łatwo przewidzieć i tracisz mnóstwo energii w walce. Szybko zginiesz.
Dziewczyna prychnęła w odpowiedzi. Zaatakowała z taką zajadłością, że Arsena przytkało z wrażenia. Instynktownie jednak wyprowadził kontrę, która jej nie dosięgła. Zrobiła niepełne salto w powietrzu i wyglądało na to, że będzie musiała puścić jeden z mieczy, żeby odbić się w powietrzu, ale jakoś odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i wylądowała na nogach, popierając się kolanem. Wtedy też Arsen zauważył, że jej cios go dosięgnął. Jego strój na torsie został przecięty tak jak poprowadziła ostrze. Gdyby zrobiła to głębiej, miałby poważne kłopoty.
– Jak? – wyszeptał zaskoczony.
– Może i wiele brakuje mojemu stylowi walki – odezwała się – ale nie masz prawa mi tego wytykać, bo, jak widzisz, jest skuteczny. Przymknij się i walcz, skoro masz tyle energii.
Od tego momentu nie zrobili ani jednej przerwy, a pojedynek nabrał prędkości. Oboje przestali się uśmiechać, skupiając się jedynie na tym drugim. Chwilami szale przechylały się to w jedną, to w drugą stronę, ale zwycięstwo nie było takie pewne. Oboje dyszeli z wysiłku, ale nie odpuszczali ani na moment, wymieniając się prawie śmiercionośnymi ciosami, jakby próbowali się pozabijać. Nie było to takie dalekie od prawdy, już na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo się nienawidzą. W tej walce było to wyraźnie czuć, brakowało pozytywnej chemii pomiędzy przeciwnikami, która gwarantowałaby pewne bezpieczeństwo.
Drzwi sali otworzyły się, wpuszczając jakiegoś młodego Cienia. Przeszedł do krawędzi pola bitwy i powiedział:
– Vivian, pani Arianne czeka na ciebie w bibliotece.
Brązowowłosa odskoczyła od przeciwnika, który także przerwał sekwencję. Obserwowali się uważnie niezadowoleni, że ktoś im przerywa. W tej sytuacji jednak nie mieli zbyt dużo do gadania.
– Cóż, w takim razie będziemy musieli rozstrzygnąć to przy innej okazji – westchnęła dziewczyna.
– Mam to uznać za walkower? – zapytał Arsen.
– Chyba kpisz – prychnęła zdegustowana. – Nie jestem kimś, kto by uciekał przed walką. Siła wyższa. No chyba, że to z twojej strony dowód tchórzostwa przed kolejnym pojedynkiem, w którym na pewno cię pokonam.
– Chyba śnisz, egzorcystko. Tym razem ci się upiekło, ale nie licz na litość.
– Nie będę.
Odłożyła oba miecze i ruszyła na spotkanie z mistrzynią. Zostawiła jej wiadomość, że przyjdzie trochę później, więc nie wiedziała, o co właściwie chodzi. Kobieta siedziała na swoim miejscu, ale tym razem książka jedynie leżała na jej kolanach. Zmarszczyła brwi na widok uczennicy.
– Jak ty wyglądasz? – zrugała ją.
– To płytka rana. Całkowicie niegroźna.
– Oczywiście – sarknęła Arianne. – Powiedz mi, Vivian, ile razy trzeba ci mówić, żebyś w końcu zrozumiała? Po co ci ten zatarg z Arsenem?
– To on zaczął.
– Nieważne.
– Poza tym według zasad nie wolno prowadzić walk w jadalni, a to był pojedynek na określonych zasadach w sali treningowej.
– Vivian, ty nie rozumiesz, co ja do ciebie mówię. Przedkładasz nic nieznaczący zatarg nad trening i przychodzisz tu jakby nigdy nic. Nie jest ci wstyd?
– Nie, bo nie zrobiłam niczego złego – odparła twardo brązowowłosa. – Mam ciągle chować się pod siebie ogon, bo Arsen się na mnie uwziął? Chować się za innymi? Na mój temat może sobie mówić, co chce, ale nie pozwolę, żeby obrażał moich bliskich! Nie ma prawa ich osądzać!
– Nie podnoś głosu. Jesteśmy w bibliotece – odpowiedziała chłodno Arianne. – Idź na górę, niech cię opatrzą. Może wtedy się uspokoisz i przemyślisz swoje zachowanie.
– Tak jest – mruknęła dziewczyna i odwróciła się do wyjścia.
Nie miała najmniejszej ochoty na wizytę w szpitalu, ale doskonale wiedziała, że Francuzka sprawdzi, czy rzeczywiście tam była, więc nie mogła zignorować rozkazu.
Na górze byli już poinformowani o całym zajściu, prawdopodobnie wiedzieli wszyscy. Takie wieści zawsze szybko się rozchodzą.
– Zrobię to sama. Nie przeszkadzajcie sobie.
– To należy do naszych obowiązków. Usiądź.
Rana nie wymagała szycia, praktycznie się już zaleczyła, ale mimo to założono opatrunek. Potem dziewczyna mogła wrócić na trening, który przebiegał w dość ciężkiej atmosferze. Vivian nadal była naburmuszona i nie przeprosiła za swoje wcześniejsze zachowanie, Arianne zaś nie zaczynała ponownie tego tematu, wiedząc, że to nic nie da. Nie miała ochoty wysłuchiwać pretensji uczennicy. Znowu dała się sprowokować Arsenowi, wystarczyło, że przypuścił atak, gdy nie było Arte. To wampir zawsze go stopował, więc dziewczyna nie konfrontowała się z brunetem. Poza tym chodziło też o priorytety – przedkładanie prywatnej vendetty nad trening nie sprzyjało rozwojowi. Owszem, pojedynki nie są zakazane, ale nie powinna organizować ich w czasie, gdy powinna trenować. To tylko przedłuży i utrudni szkolenie. Pozostawienie wiadomości nie rozwiązywało problemu. Nie dostała na to zgody. Przez taką postawę może łatwo zginąć na polu walki.
Vivian nie chciała zrozumieć roszczeń mistrzyni. Za bardzo zaślepiały ją gniew i uraza wobec Arsena. Nie miał prawa obrażać kogoś, kogo nie zna. Tego nie mogła mu przepuścić, więc zawzięcie ruszyła przeciw niemu z bronią w ręce. Chciała mu wbić do głowy, że ma przestać, choć z pewnością to nie było takie proste. Jednak upokorzenie go przegraną walką na oczach innych Cieni było już pewnym osiągnięciem, które uspokajało jej Zemstę.
Przy okazji zobaczyła zmiany, jakie w niej zaszły. Treningi z Arte owocowały, zwiększyła szybkość, moc i panowała nad siłą ciosu, dostosowując ją do oczekiwanego efektu. To nie była już tylko bezmyślna walka z jej strony, choć wciąż brakowało wielu elementów, nad którymi musiała popracować. Miała problem z dużo mniej potężnymi, ale szkolonymi od lat przeciwnikami. Gdyby wcześniej ktoś porządnie nauczyłby ją walczyć, teraz zadanie byłoby łatwiejsze, choć improwizacja dotąd jakoś się sprawdzała. Nadal żyła.
Było już po kolacji, na którą Vivian nie poszła. Miała zbyt zepsuty humor, żeby obcować z innymi. Leżała na łóżku, patrząc bezmyślnie w sufit. Powoli pojawiały się wyrzuty sumienia, choć usilnie starała się je odrzucić. Nie chciała przyznać się do błędu, który popełniła. To godziło w jej dumę.
Nie odpowiedziała na pukanie, które powtórzyło się dwukrotnie. Przesunęła się jedynie na łóżku tak, aby głowa zwisała z jego krawędzi. Kątem oka dostrzegła wchodzącą postać.
– Nie miałeś być na misji? – zapytała.
– Już wróciłem. To niedaleko.
– To wiele wyjaśnia.
Arte usiadł na podłodze tuż obok niej i oparł się o łóżko. Nie było po nim widać, że walczył z jakimś demonem. Zazdrościła mu tego – dawno był już po treningu i miał swobodę ruchu, nie musiał być uzależniony od czyiś decyzji.
– Widziałem się z Arianne – powiedział. – O co poszło?
– Trochę mnie poniosło. Będę musiała ją przeprosić – odparła automatycznie.
– A tak szczerze?
– Olałam trening, żeby nakopać Arsenowi. Pewnie słyszałeś. Wiem, że nie powinnam, ale mam dość chowania się za twoimi plecami i słuchania, w jakim tonie się wypowiada na tematy, o których nie ma pojęcia. Wiem, że jestem potworem, mordercą i nie wiadomo, kim jeszcze, spływa to po mnie, ale nie pozwolę mu obrażać ludzi, których kocham. Mistrzyni wolałaby, żebym w ogóle na to nie zważała.
– Wiesz, że ma rację. Trening jest dla ciebie bardzo istotny i nie powinnaś go zawalać. Poza tym dałaś się sprowokować. Co byś zrobiła, gdyby to nie był Arsen, ale demon grożący ludziom, których kochasz? Też rzuciłabyś się rozeźlona do walki? Zginęłabyś wtedy. Dla nas, Cieni, zachowanie zimnej krwi jest bardzo ważne, a Arianne daje z siebie wszystko, co ma, żeby twój trening przyniósł rezultaty. Jej poprzedni uczniowie nie żyją, nie chce, żebyś podzieliła ich los, ale jej starania na nic się nie przydadzą, jeśli ty będziesz ciągle się na nie wypinać.
– Wiem. Teraz mi głupio. Pójdę ją przeprosić – podniosła się do siadu.
– Czekaj. Nie idź.
– Dlaczego?
– Prześpij się z tym i daj emocjom opaść całkowicie. Tak jest lepiej, aniżeli dając sobie szansę, że zrobisz kolejną awanturę.
– Ale…
– Zaufaj mi. Jutro obie spojrzycie na to w innym świetle.
Dziewczyna opadła na swoje miejsce, głośno wypuszczając powietrze. Może Arte miał rację. Tego nie była pewna, ale postanowiła to zostawić.
– Chodź się napić – odezwał się po chwili wampir.
– Nie mam ochoty na wyprawę do „Szalonego Kruka”. Musiałabym udawać, że wszystko jest w porządku albo zaszyć się w jakimś cichym kącie.
– To przyniosę dobre wino i posiedzimy u mnie.
– Tak można?
– Żadna z zasad tego nie zabrania. Pogadamy, powygłupiamy się i poczujesz się lepiej.
– No dobra.
– To chodź do Rogera po wino. Czerwone czy białe?
– Czerwone.
Wstali i ruszyli do kuchni. Roger był jeszcze na swoim stanowisku, więc nie stanowiło to problemu. Arte wiedział, jak drażliwy jest kucharz na punkcie swojego królestwa, a Vivian nie musiała się o tym przekonywać. Nie było to zbyt miłe doświadczenie dla nikogo, kto bez rangi członka sekcji kuchennej zagłębił się na ten teren.
Uzbrojeni w butelkę czerwonego, bardzo drogiego wina ruszyli do pokoju Arte. Vivian była trochę ciekawa, jak wygląda. Dotąd nie była na kwaterze żadnego Cienia, z Arianne zwykle spotykała się w bibliotece, a wampir miał zwyczaj przesiadywania u niej lub wyciągania jej do „Szalonego Kruka”.
– Zapraszam – otworzył drzwi.
Weszła do środka i srodze się zawiodła. Ten pokój wyglądał prawie identycznie jak jej, jedynie na drzwiach szafy nie wisiało żadne ubranie.
– Zawiedziona? – usłyszała.
– Wydaje się bezosobowy – przyznała.
– Jak każdy należący do Cieni. Nie przywiązujemy się do rzeczy zwłaszcza, że większość pojawia się tu rzadko. Nie ma kiedy i po co nadawać osobowość własnej kwaterze. Egzorcyści mają inaczej, co?
– Tak – usiadła na łóżku. – Kiedy wchodzisz do pokoju egzorcysty, od razu wiesz, kim jest jego mieszkaniec. Allen strasznie bałagani, choć ma niewiele rzeczy, do tego nawet nie wiesz kiedy staniesz się ofiarą jakiś okruszków. U Laviego wszędzie walają się księgi, u Kiri jest pełno sukni z falbanami i kosmetyków, Abba z każdym misji przywozi jakieś pamiątki, ma też sporo pluszaków i książek z bajkami. U Kandy jest wręcz ascetyczny porządek, jest zupełnym przeciwieństwem pozostałych chłopaków, którzy są bałagarzaniami. Na ścianie wiszą katany, a przy łóżku stoi klepsydra z lotosem.
– A jak wyglądał twój pokój?
– Ciuchy na drzwiach szafy, zasuszona róża nad łóżkiem, książki na biurku. Kiedy coś się nie układało, zaczynał się robić bałagan, ale czuło się, że to mój kąt. Najbardziej brakuje mi okna.
– Ty jesteś takim typem – uśmiechnął się i podał jej kieliszek. – Jak kot uwielbiasz przesiadywać na parapecie lub dachu.
– Wtedy mogę poczuć się wolna od tego wszystkiego, co mnie otacza i przytłacza. Mieliśmy z Kandą takie miejsce na dachu, na które dostać się można było tylko przez jedno okno na najwyższym piętrze. Tylko my tam przesiadywaliśmy. Tam ostatni raz z nim rozmawiałam.
Uważając na wino, rozłożyła się na posłaniu i odwróciła na brzuch. Kieliszek postawiła na podłodze. Było coś, co ją trapiło.
– Arte – odezwała się po chwili.
– Tak?
– Jest sposób, żeby sprawdzić, co u kogoś, kto jest daleko, będąc tutaj?
– Astarel z pomocą Zwierciadła może to sprawdzić. Martwisz się o niego?
– To, co rano powiedział Arsen… Wiem, to mogło być kłamstwo, ale chciałabym rozwiać wątpliwości.
– Chcesz teraz pójść?
– Nie – stwierdziła po chwili. – Jest silny i da sobie radę.
– Oboje jesteście silny i radzicie sobie pomimo przeciwności losu. Arsen to dupek i nie należy się nim przejmować. Cokolwiek by mówił, nie ma to żadnego znaczenia. To tylko puste słowa człowieka, który ma za dużo wolnego czasu.
Zmienili temat na przyjemniejszy. Butelka szybko się skończyła, ale to im nie przeszkadzało. Pustkę po alkoholu zapełniali własnym towarzystwem dopóki nie zmorzył ich sen. Żadne z nich nie miało problemu z tym, że śpi obok tego drugiego. Nie robili przecież nic niezgodnego z zasadami, Cienie przyzwyczaiły się do ciągłego widoku tej dwójki razem. O ile wcześniej mogło się wydawać, że coś się pomiędzy nimi dzieje, to teraz nikt nie widział chemii, która mogłaby zaniepokoić dowództwo. Arte żył tu już szóstą dekadę, więc jedynie naginał zasady, ale ich nie łamał, Vivian zaś po ostatnim związku wydawała się na razie mieć dosyć bliższych kontaktów z mężczyznami. Może całkiem stłumiła w sobie tę potrzebę. Faktem jednak było, że zachowywali się raczej jak zwariowane rodzeństwo, a ich nietypowa przyjaźń została zaakceptowana. Pomagała obojgu nawet, jeśli tego nie dostrzegali.
Tego ranka wyjście na trening było trochę trudniejsze niż dotychczas. Mimo że Vivian wyszła z jadalni szybciej, to nie śpieszyła się z dotarciem do biblioteki. Kilkukrotnie próbowała zebrać myśli w sensowne przeprosiny, ale nic jej nie satysfakcjonowało.
Arianne siedziała nad jakąś księgą, którą kartkowała w poszukiwaniu czegoś. Kątem oka dostrzegła uczennicę, więc zatrzasnęła tomiszcze i gestem wskazała, aby usiadła. Dziewczyna jednak skłoniła się głęboko, choć trochę niezgrabnie nieprzyzwyczajona do takich gestów.
– Przepraszam za swoje wczorajsze zachowanie, mistrzyni. Popełniłam błąd, dając się ponieść emocjom i zignorowałam twoje słowa. Jest mi wstyd.
– Ja też mogłam być wczoraj odrobinę zbyt ostra.
– Nie, wina leży tylko po mojej stronie.
– To do ciebie niepodobne, Vivian – uśmiechnęła się Arianne. – Jesteś tu tylko kilka tygodni, a potrafisz przyznać się do błędu. Cieszę się, że rozumiesz, co miałam na myśli. Lepiej, żeby to się więcej nie powtórzyło, a teraz siadaj i zaczynajmy. Przez ten wczorajszy pojedynek trochę rzeczy nam umknęło.
Vivian wykonała polecenie. Sama się zdziwiła, że tak szybko spokorniała, ale tutaj nie mogła sobie pozwolić na lekceważenie przełożonych. To wiązało się z karą, poza tym od początku mieli większy autorytet niż Komuim, któremu dziewczyna często wchodziła na głowę bez specjalnego wysiłku.
Zanim zaczęły lekcję, w przejściu pomiędzy regałami pojawił się Arte, niosąc dwie teczki. Jedną z nich położył na stole przed Arianne.
– Zadanie dla was. Rada oczekuje odpowiednich wyników, choć nie wiem, co to znaczy – przekazał.
– Ja wiem – odparła brunetka z cichym westchnieniem. – Dziękuję, Arte.
Wampir spojrzał na Vivian i uśmiechnął się.
– Wszystko w porządku – powiedział. – Nie musisz się o nic martwić.
– Dzięki.
– Następnym razem ty stawiasz – zażartował. – Idę przygotować się do swojej misji. Powodzenia, dziewczyny.
– Do zobaczenia.
– Uważaj na siebie, głupi wampirze.
– Ty też, moja panno – zaśmiał się i poszedł.

***

Lavi: I w sumie nikt nie dostał batów.
Laurie: Następnym razem.
Arte: Następnym razem to dla Arsena się źle skończy. Naprawdę.
Lavi: Może aż tak źle nie będzie.
Vivian: Niech się nie odzywa głupio, to nie straci głowy. A tak poza tym to późno już.
Laurie: Zajęcia dzisiaj miałam. Swoją drogą w tym roku akademickim mam naprawdę spore zaległości w pisaniu, ale nie planuję żadnych przerw.
Arte: W przyszłym tygodniu ostatnia misja z tej części.
Lavi: A potem my, czyli Czarny Zakon, bo już za nami tęsknią.
Vivian: Z pewnością za tobą.
Lavi: Nie musisz być złośliwa.
Vivian: Ależ nie jestem, mój drogi zającu. Stwierdzam tylko niepodważalny fakt.
Laurie: Dość tego dobrego. W przyszłym tygodniu będę miała krócej zajęcia, więc rozdział będzie wcześniej. Zapraszam też zainteresowany na dA, bo są nowe teksty.
Vivian: Przynajmniej jednopartówki ci dobrze idą.
Laurie: Nie narzekaj. Tobie też poświęcam sporo miejsca. Z naszej strony to tyle. Pozdrawiamy cieplutko, bo zimno i do następnego.

3 thoughts on “Everything you say, you say to annoy me Watching every move I make whenever I’m around Everything you do, you do it to destroy me

  1. Foxi pisze:

    „Lavi: A potem my, czyli Czarny Zakon, bo już za nami tęsknią.”
    No nareszcie, nie mogłam sie doczekać~!
    Czytam twojego bloga od dawna, ale jakoś nigdy nie mogę się zebrać, żeby coś napisać, wybacz ._.
    W kazdym razie, pozdrawiam i życzę weny🙂

  2. Vesper pisze:

    Ach ta nasz Viv, ona to zawsze da się ponieść..
    Ale dobrze, że po małych naciskach ze strony Artego trochę spokorniała i przyznała się do winy.
    Swoją drogą to ten jej gwałtowny charakterek pewnie jeszcze nie raz w przyszłości wpakuje ją w kłopoty, ale to już inną drogą.
    Mnie zaś zastanawia nadal sprawa Japończyka – wyjaśni się czy Arsen kłamał, co do niedyspozycji Kandy, a może mówił prawdę?
    Mam nadzieje, że jednak to wszystko po to, aby sprowokować Viv😦
    Swoją drogą ten cały gość też jest specyficzny, żeby nie powiedzieć iż dziwny. Ok… można kogoś nie lubić i w ogóle, ale on nienawidzi jej tylko dlatego, że co? Że może się okazać silniejsza od niego?
    Kurcze wiem, że istnieją takie typy, ale muszę przyznać iż nie rozumiem tego typu postępowania, no ale też nasza bohaterka nie może mieść w Lidze za różowo, co nie?

    Pozdrawiam, Vesper

    • laurie16 pisze:

      Trochę dziwny powód, ale jak przejrzysz kartę postaci Arsena, to dostrzeżesz w tym sens. Zresztą tak naprawdę Arsen to taki pies, co dużo szczeka, a rzadko gryzie. Przerost ambicji.
      Co do Kandy – to ja mu nic nie zrobiłam. Jest cały i zdrowy, więc nie musisz się martwić i mnie strofować. Zresztą Arte dał Vivian do zrozumienia, że jest wszystko w porządku pod koniec rozdziału.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s