I don’t want to say goodbye I can see the fear inside your eyes It’s so hard to walk away

Sycylijska zima przypominała raczej londyńską jesień, ale bardziej pogodną i słoneczną. Była o wiele urokliwsza, bo kolorowa, nastrojowa i ciepła. Zimne wiatry tu nie docierały, a śnieg padał okazyjnie. Całkiem inaczej niż obecnie w Berlinie pokrytym półmetrowymi zaspani i skutym mrozem, od którego szczypały zaczerwienione policzki.
To jednak miało zniknąć z pamięci Vivian, która właśnie toczyła pojedynek. Nie o wygraną, lecz o własne życie. Wiedziała, gdzie popełniła błąd – zlekceważyła przeciwnika i teraz srodze za to płaciła. W myślach przeklinała samą siebie, starając się odciążyć krwawiące prawe przedramię. Problem w tym, że demon właśnie tę stronę obrał sobie za cel.
Wszystko szło dobrze tylko na początku. Z łatwością uwolniła trzy porwane dziewczyny. Były, co prawda, śmiertelnie przerażone i pocięte, ale żywe i po kilku chwilach przekonywania wyszły z Vivian z opuszczonej, „nawiedzonej” chaty. Jak się okazało, był to błąd. Należało najpierw pokonać przeciwnika, a dopiero potem zająć się jeńcami, ale to brązowowłosa zadecydowała o przebiegu misji. Dziewczynom kazała uciekać do skraju lasu, gdzie miała je odebrać Arianne, a sama stanęła do walki. Demon jednak nie był taki głupi i zabił zakładniczki zanim Vivian zdążyła zareagować, a ją zranił.
Odskoczyła, próbując skupić się na obserwacji przeciwnika, choć obraz się jej rozmazywał. Cały czas miała wrażenie, że o czymś zapomniała, co teraz mogłoby jej uratować życie. Nie sądziła, że przeżyje, ale zamierzała przy okazji pozbyć się demona. Nie wiedziała tylko, jak złapać go w „sieć”, gdyż był zbyt ruchliwy. Rany, które jej zadawał, były płytkie i miały ją osłabić, bawił się z nią, uśmiechając się drapieżnie.
Potknęła się i uderzyła łokciem o ziemię. Drugą ręką zasłoniła się przed ciosem, po chwili ból rozlał się ponownie po jej ciele. Odczołgała się o kilka centymetrów, co nie dawało żadnej ucieczki, było raczej żałosne.
– Wydawałaś się mądrzejsza.
Głos demona był przesadnie miły, jak i jego wygląd: jasne, długie włosy, jasna cera i lśniące, niebieskie oczy. Coś egzotycznego w tym miejscu. Już od dawna przecież nie było tajemnicą, że piękno jest atrakcyjne i wiele istot traktowało je jak wabik. Jak widać skutecznie.
Dziewczyna sama nie wiedziała, kiedy jej skóra nabrała szarego odcieniu, a na czole pojawiły się jeszcze ciemniejsze stygmaty. Uśmiechnęła się szeroko jak szaleniec, co demon obserwował z zainteresowaniem, ale nie strachem. Gdy się spostrzegł, było już za późno i teraz to on obrywał. Zemsta raniła go w ten sam sposób, w jaki on ją, nie dając przeciwnikowi ani minuty wytchnienia. Po chwili z niezwykłą siłą rozczłonkowała ciało jeszcze żywego demona, który wrzeszczał w przedśmiertnej agonii, nie zważając na własne rany.
Taki rozwój sytuacji zobaczyła Arianne, gdy dotarła na miejsce. Miała złe przeczucia i teraz tylko utwierdziła się w tym przekonaniu. Zakrwawiona dziewczyna spojrzała na nią, uśmiechając się w szaleństwie. Przez chwilę stały w bezruchu, obserwując się wzajemnie. Francuzka obawiała się, że Zemsta ruszy na nią bez wahania, ale tak się nie stało. Ciało brązowowłosej po prostu opadło na ziemię bez przytomności, tracąc cechy Noah. Było po wszystkim.
Vivian ocknęła się na trawie. Podniosła się do siadu i rozejrzała. Sad pełny kwitnących jabłoni. Znała go. Czuła pewną niezrozumiałą nostalgię i tęsknotę za tym, co kryło się w tym miejscu. Wstała i ruszyła w stronę drzew. Wydawało się, że jest tu sama, ale usłyszała szept. Głos był znajomy, ale nie miała całkowitej pewności. Obrała więc właśnie tę drogę, aby rozwikłać zagadkę. Kilka chwil później zobaczyła znaną już sobie parę: Joido i Nia. Młodzi, uśmiechnięci i szczęśliwi. Noah Przyjemności szeptał towarzyszce do ucha o perwersyjnych fantazjach na jej temat, a brązowowłosa tylko chichotała, pozwalając na to. Vivian doskonale wiedziała, że to gra pomiędzy tym dwojgiem złożona ze słów, chichotów, ale bez gestów. Chcieli po prostu udowodnić sobie jakieś wydumane wartości, których mieli trzymać się przez najbliższe dziesięciolecia. W przeciwieństwie do marnych ludzi mieli sporo lat do przeżycia, więc nigdzie się nie śpieszyli. Życie było dla nich zabawą.
– Takie rzeczy możesz mówić Lust – zaśmiała się brązowowłosa dziewczyna.
– To nie ona jest w mojej głowie – odparł Noah Przyjemności.
– Jesteś niepoprawny, Joido.
– Ty również, Nia. Słuchasz mnie, choć udajesz grzeczną dziewczynkę.
Czternasta wstała i obeszła drzewo, pod którym siedzieli. Pochyliła się nad towarzyszem z zagadkowym uśmiechem na ustach.
– Naprawdę sądzisz, że jestem niegrzeczna? – zapytała.
– A nie jesteś? – przekomarzał się.
– Jestem Aniołem Lucyfera, więc tego się ode mnie oczekuje.
– Tak, Anioł Lucyfera, którą się rozpieszcza. Tylko ty dostałaś skrzydła.
– Bo jestem wyjątkowa i za to mnie kochasz.
Wyciągnął do niej rękę i przyciągnął do siebie, gdy ją ujęła. Nia usiadła na jego kolanach i złożyła delikatny pocałunek na ustach partnera.
– Kocham cię, Joido – wyszeptała. – Chciałabym z tobą zostać na zawsze.
– To nie będzie takie trudne – odparł żartobliwie.
– Głupek – wstała. – Potrafisz zniszczyć każdą chwilę.
Sad zamienił się w komnatę o prostym wystroju. Przy łóżku stał wazon wypełniony czarnymi różami. Vivian domyśliła się, do kogo należy ta sypialnia.
Drzwi rozsunęły się cicho, wpuszczają Nię w towarzystwie Road. Obie były ubrane w czarne sukienki, w tym ta należąca do Noah Snu była dużo krótsza i bardziej falbaniasta.
– Nie rozumiem – powiedziała Road. – Skąd ten durny pomysł? Tak bardzo ci tu źle?
– Nie o to chodzi.
– Więc o co?
– Jestem po prostu ciekawa. Chyba nie ma w tym nic niestosownego.
– To po prostu głupie. Powiedziałaś Joido?
– Tak.
– I co on na to?
– Powiedział, że mi nie zabroni.
– A to idiota. Na za dużo ci pozwala. Stanowczo.
– Dlaczego nie chcesz, żebym tam szła?
– Bo to nie jest miejsce dla nas. Ludzie to gorszy gatunek, który gardzi naszą pomocą. Mają to, na co sobie zasłużyli.
– Chcę się przekonać na własne oczy.
– Jak sobie chcesz. Pamiętaj, że cię ostrzegałam, Ni. A z Joido to sobie poważnie porozmawiam.
Vivian usłyszała krzątaninę. Powoli otworzyła oczy i ostrożnie uniosła się na obolałych łokciach. Była w jakimś pokoju pomalowanym na wyblakłą żółć, przy stole kręciła się Arianne, sprzątając zioła, gotowe specyfiki i naczynia. Na razie nie zwracała uwagi na uczennicę, więc nie zauważyła, że ta odzyskała już przytomność.
Brązowowłosa usiadła. Nie wiedziała, ile czasu minęło, odkąd straciła świadomość i co się wydarzyło później. Wiedziała, że przeżyła, ale reszta wciąż stanowiła białą plamę.
– Obudziłaś się – usłyszała głos brunetki.
– Tak, mistrzyni.
– Jak się czujesz?
– Bywało lepiej. Demon został…?
– Zabiłaś go, a raczej zrobiła to Zemsta, bo ty straciłaś kontrolę – poinformowała spokojnie.
– A te dziewczyny?
– Nie udało się ich uratować. Mamy tylko cząstkowy sukces. Musisz się z tym pogodzić.
– Rozumiem.
– Odpocznij.
Vivian ułożyła się na boku i spróbowała zasnąć. Szybko jednak porzuciła ten pomysł, mając świadomość, że to i tak na nic. Czuła gorzki smak porażki na języku. Wciąż błądziła po omacku i nawet nie pocieszała jej poznana historia swojego Noah. Odzyskała już wszystkie wspomnienia, poukładała je i traktowała jak swoje własne. Były częścią jej historii oraz powodem, dla którego stała się celem Milenijnego i jego świty. Zastanawiała się, ile oni już odzyskali ze straconej pamięci, bo była bardziej niż pewna, że u pozostałych Noah ten proces również się zaczął. Wiedzieli, że żyje – tak przynajmniej myślała, więc tym bardziej będą chcieli użyć jej mocy. Musiała nauczyć się bronić przed tym wszystkim, bo od niej wiele zależało.
Droga powrotna dłużyła jej się niemiłosiernie. Pożegnała ciepło Sycylii z gorzkim uśmiechem na ustach i wracała do zimnego królestwa Mroźnej Pani. Czuła też niepokój Arianne, choć ta nic nie powiedziała. Nawet nie zaczęły zwyczajowej rozmowy o błędach, jakby kobieta myślami była gdzieś indziej. Nie pytała o to, bo sama miała złe przeczucia. Czyżby miało to coś wspólnego ze słowami przekazanymi przez Arte?
Berlin powitał je śnieżycą, przez którą nie było nic widać, a droga ze stacji do Czerwonego Ratusza stała się istną mordęgą nawet dla Cieni. Przede wszystkim zajęła dużo więcej czasu niż powinna. Gdy wreszcie dotarły do Kwatery Głównej, były przemoczone i zmarznięte aż do kości.
– Nienawidzę takiej pogody – mruknęła Vivian, czując jak ścieka z niej woda na posadzkę sali wejściowej.
– To będzie naprawdę ciężka zima – westchnęła Arianne. – Idź się rozgrzej.
– Nie powinnyśmy iść złożyć raportu?
– Sama się tym zajmę.
– Dobrze.
Vivian ruszyła do siebie, żeby zabrać świeże ubranie do łaźni. I tak planowała kąpiel, więc może się przy okazji rozgrzać. Już w szatni poczuła przyjemne ciepło, czego efektem był uśmiech na jej twarzy.
Szybko się rozluźniła. Oparła głowę o skraj basenu i przymknęła oczy. Powoli wchodziła w stan bliski medytacji, nawet nie zwracając na to uwagi. Czuła się po prostu dobrze we własnej skórze.
– Można się dosiąść? – usłyszała.
Podniosła głowę i spojrzała na intruza. Był to chłopak około szesnastoletni o krótkich, jasnych włosach, które w mdłym świetle łaźni i wszechobecnej parze wodnej wyglądały wręcz na platynowe i brązowych, dużych oczach wpatrzonych w nią z uwagą. Brązowowłosa jakoś nie potrafiła go skojarzyć z żadną poznaną wcześniej osobą.
– Tak, proszę.
Chude, cherlawe wręcz ciało wsunęło się trochę niezdarnie do wody w pewnym oddaleniu od dziewczyny, ale cały czas na nią patrzył.
– Chyba cię nie kojarzę – odezwała się, zastanawiając się, czego ów Cień od niej chce.
Nie wierzyła, że tak po prostu się do niej przysiadł, bo nie wyglądał na osobę, która zaczepia wszystkich dookoła.
– Dixon. Jestem tu od trzech miesięcy.
– Vivian Walker. Mam trochę krótszy staż, więc jeszcze nie wszystkich znam.
– Łowcy Wampirów raczej stronią od pozostałych, a ty przyjaźnisz się z tym Arte – wyjaśnił.
– Jedno nie wyklucza drugiego – wzruszyła ramionami. – Miło mi cię poznać – uśmiechnęła się.
To był chyba błąd, bo jasnowłosy zaczerwienił się i odwrócił spojrzenie. Vivian przyglądała mu się uważnie, zastanawiając się, o co tu chodzi. Nie tak wyobrażała sobie członka ostatniej kasty Ligi. Wampiryczni bardziej kojarzyli jej się z ludźmi ponurymi, ale o twardym charakterze, który jest widoczny z daleka, a chłopak był tego idealnym przeciwieństwem. Zanim jednak zdecydowała się go o cokolwiek zapytać, w łaźni pojawiła się Isabel.
– Widziałaś tę pogodę? – zapytała na wstępie.
– Tak, jest straszna.
– Będzie ciężko. Jeśli nie przestanie sypać, wszystkie drogi będą zablokowane, a my utkniemy. Zima to najgorsza pora roku na polowanie, ale paradoksalnie pojawia się najwięcej tego ścierwa. Doskonale wiedzą, że jesteśmy wtedy prawie bezsilni i sobie pozwalają.
W czasie, gdy Isabel mówiła, Dixon wymknął się po cichu. Vivian zauważyła to już po fakcie i nie mogła dojść, do czego to miało doprowadzić. Tymczasem blondynka kontynuowała swoją opowieść, pilnując, aby towarzyszka uczestniczyła w rozmowie. Razem poszły do jadalni, żeby napełnić żołądki. Tam zastały dość nietypową scenę jak na Ligę. Dwóch Cieni szarpało Dixona i przeklinało na niego w języku, który dla Vivian był jednak zbyt obcy, żeby mogła zrozumieć, o co chodzi. Isabel za to skrzywiła się wymownie i podeszła do trójki mężczyzn.
– Allan, Sebastian, dajcie już spokój – powiedziała stanowczo.
– Nie wtrącaj się, Wiedźmo. Nie twój rewir.
– Mój, nie mój, to podpada pod łamanie zasad.
– Nie strasz nas, bo sama też możesz oberwać.
– To także nie było miłe. Dajcie dzieciakowi spokój, bo to nic nie da. Zresztą jego charakter to coś, nad czym pracuje Elwira, więc się odwalcie.
Mężczyźni prychnęli pogardliwie i poszli. Isabel spojrzała na Dixona i uśmiechnęła się lekko. Teraz Vivian zauważyła, że jego włosy w rzeczywistości są lekko rude, ale wciąż podchodzące pod blond. Chłopak ukłonił się niezdarnie i wypadł z jadalni.
– Co z nim jest? – zapytała brązowowłosa.
– Jest chorobliwie nieśmiały i bojaźliwy, ale zdolny – odparła Isabel. – Ma zadatki na naprawdę potężnego Łowcę Wampirów.
– Zaczepił mnie dzisiaj zanim przyszłaś, ale zupełnie nie wiem, po co.
– Może chciał się schować. Mówiłam ci, że wampiryczni są specyficzni. Obecnie jest ich jakieś dwadzieścia sztuk, trzymają się razem, więc ten, kto odstaje, jest na celowniku. Nie przejmuj się tak tym. Dixon musi nabrać pewności siebie, to wszystko.
Odebrały obiad i usiadły przy ich stole. Isabel zmieniła temat na weselszy, żeby mogły się odprężyć. Sprawy innych Cieni nie powinny im odbierać wolności czasu odpoczynku, bo dla Vivian niedługo miał nadejść naprawdę ciężki okres. Jeszcze o tym nie wiedziała, nie miała pojęcia, jaki los szykuje jej Rada. Jednak wszystko dla jej dobra.
Arianne trochę ociągała się, gdy przyszedł czas złożenia raportu. Wiedziała, co usłyszy. Jej podopieczna była trudniejszym przypadkiem niż wszyscy sądzili, więc trzeba było podejść do sprawy inaczej.
– Wydajesz się zmartwiona, Arianne – usłyszała.
– Owszem. Wszystkie moje starania zawiodły i chyba ubodło to moją dumę.
– Vivian od początku była problematyczna, a wasza ostatnia misja jasno wskazuje, że jest zagrożeniem przede wszystkim dla samej siebie. Musimy zapobiec sytuacji, gdy zrobi sobie krzywdę.
– Rozumiem. Kiedy mamy wyruszyć?
– Poczekaj aż jej rany się zagoją, a pogoda ustabilizuje się.
– Oczywiście.
Przedyskutowali jeszcze kilka kwestii dotyczących samego wyjazdu. Arianne znała Klasztor nawet nieźle, ale to do Rady należał kontakt z kierownictwem tego miejsca. Francuzka zaś musiała załatwić tę sprawę najpierw z własnym sumieniem, a następnie z uczennicą.
Vivian była trochę zdziwiona brakiem wezwania przez mistrzynię tego dnia. Pozostawiła to jednak bez reakcji, nie wiedząc, jak interpretować tę sytuację. Czekała cierpliwie, wykorzystując wolny czas na regenerację i lekki trening. Wolała nie myśleć o tym, co wydarzyło się na Sycylii. Zawaliła i to był niezaprzeczalny fakt. Reszta nie miała takiego znaczenia.
Arianne zastała Vivian trenującą z Isabel na sali treningowej. Obie dziewczyny dorównywały sobie tempem i siłą ciosów, ale nie stylem. Ten u brązowowłosej nie został jeszcze dopracowany. Doświadczenia jej nie brakowało, chodziło raczej o podstawy, których dziewczyna musiała się nauczyć. Wydawało się jednak, że do tego jeszcze daleka droga.
Gdy Francuzka została dostrzeżona, pojedynek został przerwany. Obie dziewczyny ukłoniły się z wdziękiem przed kobietą i czekały na jej decyzję.
– Musimy porozmawiać, Vivian. Chodź ze mną.
Brązowowłosa bez słowa oddała kij treningowy koleżance i ruszyła za swoją mistrzynią. Ta zaprowadziła ją nie do biblioteki jak zwykle, ale do swojego pokoju. Dziewczyna rozejrzała się dyskretnie, bo była ciekawa tego wnętrza, które obalało tezę Arte, że pokoje Cieni są jednakowe i bezbarwne. Sypialnia Arianne była większa niż przeciętnego członka Ligi, na podłodze leżał puchaty, niebieski dywan ładnie komponujący się z morskim kolorem ścian obwieszonymi obrazami, które przedstawiały jakieś pejzaże. Zamiast biurka stał stół z czterema krzesłami, a obok kredens.
– Usiądź. Chcesz herbaty?
– Chętnie.
Dziewczyna poczekała aż mistrzyni zasiądzie naprzeciw niej. O poważnych rzeczach nie rozmawia się ot tak, tę podstawową rzecz zrozumiała już dawno. Miała tylko nadzieję, że mina brunetki nie oznacza egzekucji.
– Jesteś trudną uczennicą – zaczęła Arianne. – Masz wyuczone zachowania, których nie potrafię z ciebie wyplenić, choć pracujemy nad tym od początku. Chyba trochę źle do tego podeszłam. To oznacza, że twój trening będzie musiał przejść w inny sposób niż planowałam.
– Czy to znaczy, że zostanie mi przydzielony inny mistrz?
– Nie, aż tak radykalnych środków nie będziemy używać. Rada jednak zdecydowała o twoim pobycie w Klasztorze Tysiąca Mieczy. To miejsce zapanuje nad twoimi zdolnościami i pomoże ci zrozumieć samą siebie.
– Rozumiem, że to moja ostatnia deska ratunku.
– Nie chcemy, żebyś zrobiła sobie krzywdę, a sama widzisz, co się dzieje z twoim organizmem. Nie sądzę, abyśmy potrafili w pełni ci pomóc.
– Kiedy wyruszamy?
– Gdy pogoda się ustabilizuje. Na razie tak daleka podróż to szaleństwo. Musimy przeczekać najgorsze zawieruchy.
– Dobrze. Rozumiem.
– Możesz wracać do treningów.
– Tak jest.
Przez kilka kolejnych dni nadal padał śnieg, a Berlin powoli zamieniał się w białą twierdzę. Cienie narzekały na aurę i nie wychodziły niepotrzebnie nawet do „Szalonego Kruka”. Woleli spędzać czas w łaźni bądź świetlicy, która nagle stała się gwarna, zaś w kominku nieustannie płonął ogień. Vivian dawała wciągać się w ten gwar, ale nie zaniedbywała treningów i lekcji. W końcu zima nie zwalniała jej z obowiązków.
Isabel rozlała hojnie wino do kieliszków. Tego dnia nikt już nie miał nic do roboty, więc siedzieli w świetlicy. Vivian udało się zająć miejsca tuż przy kominku i grzała się do ognia, owinięta kocem. Nie znosiła skrajnych temperatur, więc mróz, który nie podnosił się ponad trzydzieści stopni, był dla niej zbyt nieznośny. Nadrabiała to towarzystwem i dobrym alkoholem.
Sama nie wiedziała, kiedy Arte wszedł do środka i usiadł obok, przytulając się i szczerząc zęby w rozbawionym uśmiechu. Odepchnęła go, mało nie rozlewając wina.
– Spadaj. Jesteś zimny i nie dostałeś pozwolenia – mruknęła.
– Nie ma to jak ciepłe powitanie.
– Zły adres, głupi wampirze.
– Oj, bo ciebie dotknąć nie można bez zaproszenia.
– No już, przestańcie – odezwała się rozjemczo Isabel. – Arte, chcesz wina?
– To dość głupie pytanie. Jasne, że chcę.
Kilka minut później trzymał głowę na kolanach Vivian, która już nie protestowała i nawet przeczesywała mu wilgotne włosy palcami. Śmiali się i żartowali, choć brązowowłosa myślami była coraz bliżej wyjazdu. Wiedziała, że to potrwa długo, a nie miała ochoty rozstawać się z przyjaciółmi, którzy stali się dla niej naprawdę ważni. Nie wiedziała, jak długo jej nie będzie, co dodatkowo przedłuży szkolenie. O tym jednak nie ma, co myśleć już teraz, bo nie jest to do przewidzenia.
Z biegiem czasu świetlica pustoszała, a Cienie szły już na spoczynek. Kilku z nich stanowczo przesadziło z alkoholem i ich krok był dość niepewny, ale nikt nie sprawiał problemów i nie zakłócał porządku. W końcu w pomieszczeniu zostali tylko Vivian i Arte. Wampir dołożył do kominka w absolutnej ciszy, w której czasami rozumieli się lepiej pomimo potoku słów, który często im towarzyszył.
– Słyszałem o Klasztorze – powiedział, nie patrząc na nią.
– Ty to zawsze wszystko wiesz.
– Pani Minerwa mi powiedziała. Chyba nie chciała, żebym dowiedział się już po fakcie.
– Nie chcę jechać. Nie wiem, dlaczego, ale ta podróż napawa mnie lękiem. Po powrocie nic nie będzie już takie samo.
– Ty pozostaniesz Vivian, ja pozostanę Arte. To się nie zmieni.
– Na pewno?
– Nawet jak wyrosną ci rogi i szczurzy ogon, będziesz Vivian – roześmiał się.
– To podziękuję – uśmiechnęła się krótko.
– Nie martw się. Szybko zleci.
– Po prostu ledwo zaakceptowałam to miejsce, a już muszę się z nim żegnać.
– Nie na zawsze. Tu jest twój dom i nikt cię z niego nie wyrzuci, bo nie ma prawa. Będziemy tu na ciebie czekać z wielką popijawą u Hansa, więc możesz skupić się na treningu. Przestań się zachowywać, jakby świat się zawalił.
– Przepraszam. Widocznie już się zmieniłam.
– Zmiany nie są złe. To znaczy, że się rozwijamy i udoskonalamy, choć nigdy nie będziemy idealni. Zresztą ja tam nie chcę być doskonały, bo to nudne.
Vivian roześmiała się. Arte zawsze poprawiał jej humor tymi swoimi pseudo narzekaniami. Z łatwością pokazywał, że szklanka nie jest do połowy pusta, ale pełna i to było w nim najlepsze.
– Wiesz, głupi wampirze, gdybyś nie był taki wkurzający i zasady by na to pozwalały, zakochałabym się w tobie – powiedziała.
– Wybacz, ale nie mam seksownych, japońskich korzeni ani ostrej katany – odparł.
– Głupek.
– I za to mnie lubisz.
– Będę tęsknić.
– Ja już tęsknię. Myślisz, że jestem taki nieczuły i będę tu balował bez ciebie? I się nie mylisz – zaśmiał się.
– Czymże zawiniłam, że zostałam tobą pokarana? – jęknęła teatralnie.
Po chwili oboje śmiali się jak opętani i tylko oni wiedzieli, z czego tak naprawdę. Rozumieli się bez słów, co miało duże znaczenie przede wszystkim dla wspólnych wygłupów. Czuli się dobrze we własnym towarzystwie, kiedy przestawali być skrzywdzonymi przez los samotnikami, wrakami z podziurawionymi duszami, z pamięcią o rzeczach, o których nie chce się pamiętać, z pomieszanymi zmysłami i ranami na psychice, których nikt nie wyleczy, a stawali się odrobinę szalonymi duszami towarzystwa chętnie polewającymi alkohol innym, a także do własnych kieliszków, śmiejących się w głos i wygłupiających się jak dzieci. To ich odróżniało od innych i dawało swobodę, o której żadne z nich już nie pamiętało.
Dzień wyjazdu przyszedł nagle i zbyt prędko, ale nieubłaganie. Arte odprowadził je na stację, choć nawet dla niego było to trudne i trochę obce, lecz podołał zadaniu perfekcyjnie. Gdy pociąg odjechał, znów stał się tym pochmurnym wampirem, który dużo czasu spędza w terenie i stroni od innych. Jeszcze tego samego dnia ruszył na własną misję, w czasie której nie musiał myśleć, ile ta dziewczyna w nim zmieniła.

***

Arte: No i pojechała.
Laurie: Ale wróci.
Arte: Spróbowałaby nie.
Vivian: Przestańcie, co? A ty, Laur, bierz się za pisanie, bo się nie wyrobisz.
Laurie: O to akurat nie masz się co martwić. Wszystko zaczęło ze sobą współgrać jak należy, więc spokojnie.
Lavi: Vesper-san wróciła.
Vivian: Nie da się nie zauważyć. Od początku tylko Kanda ją obchodził. Już, że coś się stało i pretensje.
Laurie: O ciebie też się martwi.
Vivian: Pierwsze pytanie waszej rozmowy było o Corrie.
Laurie: Nie bądź zazdrosna. Od wczoraj tylko ty jesteś w mojej głowie, więc daj już spokój.
Lavi: A w przyszłym tygodniu my. To znaczy ja i Allen.
Vivian: Kandy brak.
Laurie: Już dość tej dyskusji. W przyszłym tygodniu Czarny Zakon, a potem odcinki związane z Klasztorem Tysiąca Mieczy. Pozdrawiamy ciepło i do następnego.

One thought on “I don’t want to say goodbye I can see the fear inside your eyes It’s so hard to walk away

  1. seitoshi pisze:

    Byłam. czytałam. było zajebiście, jak zawsze zresztą.
    Przepraszam też za krótki komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s