Szkoda dnia by stać! Nie czas, by patrzeć w tył. Szkoda dnia i nas, by tym, co było żyć

Lavi usiadł na parapecie okna i uniósł kubek do ust. Herbata rozgrzała go, choć nadal czuł chód, który panował na zewnątrz wraz z kolejną zamiecią. Myślami krążył wokół całkiem innych spraw niż powinien, ale nie bronił się przeciwko nim. Kiedyś musiał się z nimi zmierzyć, choć obecność Allena i Linka w pokoju trochę mu w tym przeszkadzała. Odczuwał dyskomfort ze świadomością, że ktoś jest obok i może zacząć pytać, a tego nie chciał. Dzielenie się tym tematem było jeszcze zbyt trudne dla rudzielca.
– Nadal sypie? – zapytał Allen.
– Tak. Będziemy musieli przeczekać jeszcze przez kilka godzin.
Młody kronikarz odwrócił spojrzenie na padający śnieg, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty rozmawiać. Ostatnio misje były dla niego istną katorgą i wiedział, dlaczego. Miał poczucie winy i nie potrafił go w sobie zdławić. Mógł udawać, że jest w porządku i wmawiać sobie, że jako przyszły kronikarz nie powinien poświęcać temu tak dużej uwagi, ale w rzeczywistości dużo gorzej sobie z tym radził. Obarczał się odpowiedzialnością za wydarzenia tamtego dnia. Gdyby nie dał się zranić, Vivian by żyła. Wiedział, że nie przystoi mu takie myślenie, ale bycie Lavim wymagało od niego dużo więcej i przez to zmienił się, poczuł więź z tymi ludźmi, stali się dla niego ważni, a z Vivian łączyło go coś szczególnego. Zadurzył się w niej dużo mocniej niż w innych dziewczynach, ale potrafił to zamienić na przyjaźń, którą został obdarzony przez tą nieufną brązowowłosą istotę. Zawsze go ciekawiła, łaknął jej towarzystwa i chciał odkryć każdy sekret. Może nie spędzał z nią tyle czas ile Kanda, ale stała się dla niego wyjątkową przyjaciółką, czego nie zmienił związek z Hikari. Świadomość tego, że jest winny jej śmierci, wprawiała go w naprawdę kiepski humor.
Ta misja stała się coraz większym problemem od chwili, gdy zaczął padać śnieg. Musieli wycofać się z walki i teraz tkwili w pokoju przepełnionej gospody. Na szczęście udało się im wcześniej wynająć miejsce, bo inaczej koczowaliby teraz w głównej sali w jakimś kącie. Śnieg nadal padał i jakoś nie zamierzał przestać w najbliższym czasie.
Godzinę później Allen przysnął, więc rudzielec starał się zachować ciszę, gdy ruszył na dół po kolejną herbatę. Mimo że zwykle był śpiochem, nie miał ochoty na sen. Może to ta pogoda sprawiała, że czuwał, choć przecież to Walker miał zdolność wykrywania wrogów.
W głównej sali nie było takiego gwaru jakiego Lavi oczekiwał. Część gości zwinęło się w kocach gdzieś po kątach i zasnęło, reszta siedziała przy stołach w grupkach i rozmawiała nad kubkami i kuflami. Za barem uwijała się córka gospodarza, dziewczyna nieprzeciętnie piękna, co rzadko zdarza się w takich miejscach, o czarnych, długich włosach splecionych w warkocz i ciemnych oczach ubrana w długą suknię ukazującą walory posiadaczki. Uśmiechnęła się do młodego kronikarza, podając jakiejś kobiecie kolejną butelkę. Po chwili stała naprzeciw niego.
– Pomóc w czymś? – zapytała grzecznie.
– Jeszcze jedną herbatę.
– Zaraz przyniosę na górę.
– Nie trzeba. I tak muszę rozprostować kości – uśmiechnął się.
Dziewczyna nalała mu świeżej herbaty i po raz pierwszy od kilku godzin usiadła. Przyglądała się pochmurnemu rudzielcowi, który opóźniał powrót do pokoju. Nie miał na to ochoty, więc zaczął przysłuchiwać się rozmowom innych gości. Wszystko lepsze niż kręcenie się w kółko.
Rano pogoda się polepszyła i ustabilizowała. Nic więc nie stało na przeszkodzie dalszych poszukiwań innocence, wobec tego po śniadaniu egzorcyści wyruszyli w drogę. Według słów poszukiwaczy coś przyciągało akumy do pobliskiego lasu. Poprzedniego dnia udało się przeszukać tylko niewielki fragment wskazanego terenu i musieli się cofnąć, bo mogłoby się to skończyć źle.
Żaden z nich nie odzywał się niepotrzebnie, próbując skupić się na misji. Początkowo nic się działo. Allen nie wyczuwał obecności wroga, co mogło oznaczać dwie rzeczy: albo i im pogoda pokrzyżowała plany albo już tu nic nie ma. Sprawdzić to jednak musieli, więc nie pozostało im nic innego niż przedzieranie się przez śnieg.
Lavi pierwszy dostrzegł pustą przestrzeń, jakby wydartą siłą. Na szczęście zorientował się, że to wyrwa w ziemi, bo mogło skończyć się różnie. Ruchem dłoni zatrzymał towarzyszy.
– Chyba będziemy musieli obejść dolinę – stwierdził. – Zejście na dół jest zbyt niebezpieczne i pochłonie dużo więcej czasu.
– Nie ma takiej potrzeby – usłyszeli. – Innocence tu nie było.
Lavi drgnął na dźwięk tego głosu i odwrócił się. Za nimi stał Tyki Mikk w ogóle niewzruszony panującą dookoła aurą. To było dziwne, bo od czasu śmierci Vivian usunęli się w cień i nie pokazywali się. Zresztą ataki akum też osłabły. Rudzielec chwycił za broń.
– Czego tu chcesz? – warknął.
– Nie przyszedłem was zabić, więc się rozluźnij. Chcę o coś zapytać.
– I myślisz, że ci grzecznie odpowiemy? Chyba kpisz.
– Co wam szkodzi? Nic na tym nie tracicie – odpowiedział nonszalancko. – Tak się zastanawiam, gdzie się ukryła królewna. Zwykle było jej wszędzie pełno, a od jakiegoś czasu w ogóle nie możemy jej wyczuć.
Obaj egzorcyści zbledli. Tyki obserwował ich z zaciekawieniem.
– Czy ty kpisz? – warknął Lavi. – Skoro tak świetnie ją wyczuwacie, to wiecie, że Vivian od dwóch miesięcy nie żyje.
– Królewna żyje. Tego jestem pewny.
– Kłamiesz.
Lavi zaatakował. Nie chciał wierzyć w słowa Noah Przyjemności, bo były niewiarygodne. Zresztą z jakiego powodu miałby mu zaufać? Byli wrogami i tylko to się liczyło.
Tyki odskoczył na bezpieczną odległość, co nie było takie trudne. Ognisty wąż nawet go nie dotknął, za to roztopił trochę śniegu.
– Lepiej uważaj z ogniem, bo zrobisz sobie krzywdę – poradził. – Powiem wam coś. Noah Zemsty ma wysokie zdolności adaptacyjne. Jest mistrzynią oszustwa i zdrady.
– Nie będę tego słuchał – warknął rudzielec.
– Uparciuch z ciebie.
Przez chwilę sobie z nim igrał, ale widać było, że nie zamierza poważnie walczyć. Zresztą od początku chodziło mu jedynie o informacje. Uzyskał je szybciej niż się spodziewał. To go zastanowiło, ale uznał, że tym zajmie się później.
– Możecie mi wierzyć lub nie – powiedział po kilku chwilach, z gracją unikając kolejnego ataku. – Wyczulibyśmy jej śmierć, a wtedy nie byłoby powodu o nią pytać. Nic straconego, ale mam propozycję. Przekonajmy się, kto ją szybciej odnajdzie i przeciągnie na własną stronę.
– Idź do diabła, Mikk.
Na rozkaz Tykiego pojawiło się kilkanaście akum różnego poziomu, którymi egzorcyści musieli się zająć. W tym czasie Noah zniknął. Miał ciekawe informacje do przekazania pozostałym.
Allen ocknął się z szoku dopiero po chwili i w końcu się ruszył. Wraz z Lavim pozbywał się akum, choć nadal był ogłuszony fałszywą pewnie nadzieją, że jego siostra żyje. Trudno mu było się z tym pogodzić, jego efektywność spadła, a paskudna pogoda towarzysząca misjom od kilku tygodni jeszcze bardziej pogarszała humor chłopaka.
W ogóle nie zauważył, że zbliżył się do skarpy, a świeży śnieg usunął mu się spod nóg i zaczął się zsuwać. Krzyknął zaskoczony, ale nie miał się nawet czego złapać, a Lavi był zbyt zaabsorbowany walką, żeby w odpowiednim momencie mu pomóc. Pewnie skończyłoby się to nieprzyjemnym upadkiem, gdyby nie czyjaś dłoń. Białowłosy spojrzał zaskoczony na swojego wybawcę. Była to dziewczyna o czerwonych, długich do bioder włosach i równie czerwonych oczach w długiej, białej sukni, która w ogóle nie pasowała do zimy dookoła. Jej dłoń była zaskakująco ciepła. Stała w śniegu, jakby nic ją to nie kosztowało. Z pomocą nieznajomej Allenowi udało się wrócić na górę podczas, gdy Lavi uporał się z pozostałymi akumami. Rudzielec spojrzał nieufnie na czerwonowłosą.
– Kim jesteś? – warknął.
– Nazywam się Rima i nie chcę wam zrobić krzywdy. Idzie kolejna śnieżyca, więc tu nie jest bezpiecznie. Chodźcie ze mną.
– Skąd mamy ci wierzyć?
– Lavi, daj spokój. Pomogła mi – odezwał się Allen. – Zresztą nie wygląda na groźną osobę. Nie zimno ci?
– Nie, nie czuję tak niskiej temperatury. Za to wy wyglądacie na zmarzniętych. Chodźmy już.
Rudzielec nie był tym zachwycony, ale w końcu schował własne innocence i ruszył za nimi. Chyba ostatnio był zbyt przewrażliwiony i stąd jego zachowanie. Do tego jeszcze zaczepka Mikka.
Kilka minut później wśród drzew zobaczyli niewielką chatkę przykrytą śniegiem. Rima wprowadziła ich do środka, gdzie było zadziwiająco ciepło i przytulnie. Dłonią wskazała im miękką sofę, a sama poszła zaparzyć herbatę. Na zewnątrz zaczęła się właśnie kolejna śnieżyca.
Egzorcyści obserwowali dziewczynę od chwili, gdy wróciła i ustawiła na stoliku parujące kubki. Usiadła naprzeciw nich, wiedząc, że mają kilka pytań.
– Kim jesteś? – zapytał Lavi.
– Pół żywiołakiem. Doglądają mnie Nocni Strażnicy, więc mogę tu żyć spokojnie, choć ostatnio te potwory zaczęły nękać las.
– Prawdopodobnie ty jesteś przyczyną tych ataków – odpowiedział rudzielec. – Liczyliśmy na innocence.
– Jestem tylko ja. Mogę wam jakoś pomóc? Wyglądacie jakby coś was trapiło.
– Z tym nam nie pomożesz. Musimy poradzić sobie sami.
– W porządku. Nie będę naciskać.
Przez jakiś czas siedzieli w ciszy. Rima po wypiciu herbaty podeszła do kominka i rozpaliła ogień, aby ten rzeczywisty ogrzewał zmarzniętych egzorcystów. Wtedy zrobiło się przyjemniej i przytulniej.
– Dlaczego nam pomogłaś? – zapytał Allen.
– Bo zniszczyliście te potwory. To wystarczy. Poza tym, wiedząc, że jestem częściowo upiorem, nadal traktujecie mnie jak normalną osobę.
– To dla nas nie jest nic nowego – odpowiedział Lavi. – Jako egzorcyści widzieliśmy już wszystko, co pojawia się na tym świecie.
– Nie wydajesz się być osobą, która chciałaby z nami walczyć – dodał Allen. – Mylę się?
– Nie mylisz się. Nie mam powodu, aby was atakować. Chcecie coś zjeść? Ta śnieżyca jeszcze trochę potrwa.
– Nie, dziękuję.
Laviego zdziwiła odpowiedź Allena, ale nie skomentował tego faktu i także podziękował. Białowłosy odmawiający jedzenia był naprawdę wyjątkowym widokiem i zmartwieniem, bo to jasno wskazywało, że chłopak był czymś mocno zasmucony. Chodziło o słowa Mikka, który zasugerował, że Vivian ich oszukała i żyje gdzieś tam, mając ich rozpacz za nic.
Z biegiem czasu rudzielec przysnął, do głosu doszła nieprzespana ostatnia noc, przez co młody kronikarz zsunął się na bok sofy, pochrapując cicho. Allen już miał go obudzić, bo to nieładnie, ale Rima go powstrzymała:
– Niech śpi, jeśli jest zmęczony. Przyniosę koc.
Otuliła troskliwie Laviego i usiadła w fotelu obserwowana przez Walkera. Uśmiechnęła się do niego łagodnie.
– Nie sądziłam, że spotkam w tym lesie tak smutnych ludzi – powiedziała.
– Aż tak widać?
Czerwonowłosa skinęła głową. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie stawiała pytań, żeby go nie osaczyć. Wiedziała, że czasami ludzie nie chcą mówić o sprawach, które ich bolą. A już na pewno z obcymi.
– Mieszkasz tu sama? – zapytał Allen.
– Tak, mieszkańcy miasteczka stronią od mojego towarzystwa, ale nie winię ich, że boją się nieznanego. Nie robią jednak problemów, gdy przychodzę po zakupy.
– Boisz się ich?
– Nie. Mój ojciec był człowiekiem, matka żywiołakiem. Takie rzeczy uczą akceptacji. Poza tym nie robią mi krzywdy.
– Musisz czuć się samotna.
– Wbrew pozorom nie czuję samotności. Poza tym często zaglądają tu Nocni Strażnicy. Opowiadają mi o świecie i uczą różnych rzeczy. Trafiłam lepiej niż inni odmieńcy, nie sądzisz?
– Jesteś bardzo miła.
– Ty również – odparła. – Chociaż smutny. Jest tego szczególny powód?
– Niedawno umarła moja siostra. Zginęła w czasie misji, a ja nie zdołałem jej uratować.
– Więc to cię gryzie. Przykro mi – odpowiedziała szczerze. – Ale myślę, że nie chciałaby, abyś był smutny. Mówi się, że dusze ludzi, których opłakujemy, nie mogą odejść w spokoju i błąkają się po świecie.
– Mnie nauczono, że nierozważnym słowem można zamienić własnych bliskich w akumy.
– Nie znam prawdy, ale wiem jedno: nikt nie umiera definitywnie, póki nosimy pamięć o naszych bliskich w sercu. Tam nadal żyją, a nawet gdy za nimi tęsknimy, wiemy, że gdzieś są. Nie przepadli.
– Mimo to brak mi jej.
– Rozumiem. To normalne, ale pewnego dnia to przestanie boleć. Szkoda dnia na smutki, bo życie wymaga od nas ciągłego uważania na przeszkody i nowe doświadczenia. Wszystko, co wypuszczamy z rąk, kiedyś do nas wróci.
Allen nie odpowiedział. Podszedł do okna i przez chwilę obserwował zamieć. Wiedział, że Vivian nawrzeszczałaby na niego, widząc, w jakim jest stanie, bo zajmuje się sprawami „mało ważnymi”. Powinien się wziąć w garść i wykonywać swoje obowiązki jak dotychczas, ale nie wiedział, czy potrafi. Nadal nie mógł przeboleć tej straty, chciał ją uratować, bo była ważna. Wściekał się za każdym razem, gdy przypominał sobie tamten dzień i moment, gdy Kanda go powstrzymał. Czy Japończyk miał rację?
Do tego dochodziły jeszcze słowa Tykiego, według których Vivian żyła i ukryła się przed stronami konfliktu, choć mógł kpić, wiedząc, że jest razem z nimi. Nie, to było niemożliwe. Dziewczyna miała do nich wielką urazę, zniszczyli jej spokojne życie i pałała żądzą zemsty, więc zdrada nie wchodziła w grę. W to nigdy by nie uwierzył, choć odejście z Zakonu w ten sposób byłoby dość prawdopodobne. Nieraz miał wrażenie, że Vivian ma już dość gnębienia przez Leverriera i nosi się z odejściem. Sfingowana śmierć gwarantowałaby jej wolność od pościgu, bo przecież z Zakonu nie można tak po prostu odejść. A już na pewno, gdy jest się egzorcystą i to tak problematycznym jak Vivian. Nikt nie pozwoliłby jej na to. Tylko jaki jest sens roztrząsania tej sprawy, skoro Tyki Mikk mógł kłamać? Nie był tego pewny, więc dlaczego poczuł wątpliwości? Przecież widział, że nie było możliwości ucieczki z tamtego budynku, a potem uchowane strzępy płaszcza, zwęglone zwłoki i bransoletkę, którą potem Kanda dał Abbie – wisiorek w kształcie serduszka, który nosiła na lewym nadgarstku pod mankietem koszuli. W czasie walki urwał się łańcuszek, ale z nowym został podarowany blondynce i od tamtego dnia nosiła go na szyi jako pamiątkę i talizman.
Kiedy Lavi się obudził, Allen słuchał dyskusji pomiędzy Rimą a Linkiem o jakiś słodyczach i lekko się uśmiechał. Chyba wracał mu humor.
– Wyspałeś się? – zapytała czerwonowłosa.
– Przepraszam. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem.
– Nie szkodzi. Najwyraźniej byłeś zmęczony. Zaczyna się rozpogadzać, więc będziecie mogli wrócić do miasta.
– Bez twojej pomocy bylibyśmy w kłopotach – przyznał Allen.
– Nie ma sprawy.
Jakiś czas później niebo się wypogodziło, choć było już ciemnawo. Mimo to egzorcyści postanowili wracać, bo nic ich tu już nie trzymało. Chcieli puścić wspomnienie spotkania z Tyki Mikkiem w niepamięć, a czekał ich jeszcze raport do napisania. Powrót był najwłaściwszym rozwiązaniem. Rima towarzyszyła im aż do pierwszych zabudowań, bez niej mogliby zabłądzić i sprowadzić na siebie kłopoty. W ten jednak sposób dotarli do gospody.
– Już myślałem, że panów zasypało – powitał ich właściciel gospody.
– Śnieżycę przesiedzieliśmy u tej dziewczyny, Rimy – wyjaśnił Lavi.
– A, Rima. Miła z niej dziewczyna, choć ludzie jakoś od niej stronią. To dobrze, bo ta pogoda jest naprawdę problematyczna.
– Ważne, żeby telefon działał.
– Działa.
Rudzielec skontaktował się z Kwaterą Główną, zameldował koniec zadania i w ciągu pół godziny wrócili do Londynu, co Lavi powitał jak zbawienie. Miał dość śniegu i atmosfery napięcia. Nawet sen nie pomógł, bo ciągle miał w głowie słowa Tykiego. Kłamał czy mówił prawdę? Jak to określić? I co w związku z tym zrobi Leverrier? Nie miał wątpliwości, że raport Linka będzie zawierał również to. Poza tym oni też muszą to zgłosić, więc szef Centrali nie będzie miał problemu z uzyskaniem takich informacji.
Przy Arce czekał jedynie Komui z nieodłącznym niebieskim kubkiem z króliczkiem wypełnionym świeżą kawą. Ostatnio stanowczo za dużo jej pił. Na wszystkich wpłynęła nieoczekiwana śmierć Vivian.
– Dobrze, że udało wam się uniknąć najgorszych śnieżyc – powiedział na powitanie. – Kilka grup już utknęło, a z generałami jest zerowy kontakt.
– Jak zwykle – mruknął Lavi. – Ta misja była stratą czasu. Raport dostaniesz jutro.
– Dobrze, idźcie odpocząć. Kiri też niedawno wróciła.
– Dzięki za informację.
Razem z Allenem wrócili na swoje piętro, mijając bez słowa drzwi pokoju Vivian. Białowłosy zmarkotniał i jego dobry humor, który miał u Rimy, prysnął zupełnie. Potrzebował jeszcze sporo czasu. Jak oni wszyscy.
Rudzielec wszedł do siebie, minął książki, których jakoś nie miał ochoty odnosić do biblioteki z czystej niechęci, wyciągnął czyste ubranie z szafy i poszedł do łazienki. Ciepły prysznic zmył z niego chłód kolejnego zimowego dnia. Już wyczekiwał wiosny, kiedy temperatura stanie się przyzwoita, a zwały śniegu stopnieją. Może wtedy w końcu część spraw wróci do normy, a im będzie łatwiej żyć.
Z mokrymi włosami wszedł do pokoju, gdzie na łóżku siedziała Hikari w czarnej, falbaniastej sukience. Zawsze zastanawiało go, co w nich jest tak urzekającego, że nawet mundur kazała sobie dostosować do własnego stylu. W sumie dla niego to też miało pewne znaczenie, ale wolał się do tego nie przyznawać na głos. Mogłoby to zostać źle odebrane.
Odłożyła książkę, którą właśnie kartkowała w oczekiwaniu na niego, na stos, z którego ją wzięła. U siebie potrafiła naprawdę nabałaganić, u niego dbała o porządek, bo wiedziała, że nie lubi, jak mu się rzeczy przestawia.
– Miałem właśnie do ciebie iść – powiedział.
– Już nie musisz – uśmiechnęła się. – Ciężki dzień – ni to zapytała, ni stwierdziła.
– Allen?
– Widać po tobie. Co się stało?
– Mieliśmy spotkanie z Tyki Mikkiem. Twierdzi, że Vivian żyje.
– Jest z nimi?
– Nie, przyszedł o nią zapytać. Trochę mnie to martwi, bo przecież widziałem, że Vivian umarła. Zginęła przeze mnie.
Kiri westchnęła. To ostatnie zdanie słyszała już któryś raz z rzędu, co ją naprawdę wkurzało. Walker była także jej przyjaciółką i wciąż czuła smutek z powodu tamtego dnia, ale nie mogła już patrzeć, jak rudzielec się tym dręczy. Wiedziała, że gdyby użyła na nim innocence, dorobiłaby się sporej traumy, nie mówiąc o złamaniu zasad.
Wstała, podeszła do niego i spojrzała mu w oczy. Widziała w nich smutek, rozgoryczenie i żal do samego siebie.
– Jesteś idiotą, durny króliku – powiedziała i podeszła do okna.
– O co ci chodzi?
– O Vivian. Sama tak zadecydowała, więc przestań się obwiniać, bo brzmisz jak żałosny hipokryta. Na jej miejscu zrobiłbyś to samo. Poza tym masz być kronikarzem, a nie jakąś miękką, rozlazłą kluchą. A jeśli Mikk miał rację, to najważniejsze, że Vivian nie jest z nimi. Przestań wciąż roztrząsać przeszłość, bo tego już nie zmienisz. Wszyscy musimy nauczyć się żyć bez Vivian, więc przestań już jęczeć – powiedziała twardo.
– Tobie też jej brak.
– Wszystkim brak Vivian. Była dla nas ważna, ale musimy żyć dalej. Tego by chciała.
– Jesteś aniołem, Kiri.
– Wiem o tym – uśmiechnęła się, co zobaczył w odbiciu szyby. – Ktoś ci musi naprostować łepetynkę, bo znowu oberwiesz od Pandy.
Słowa Hikari przyniosły mu ulgę, choć były dość nieprzyjemne. Miała rację, niepotrzebnie się tym zadręczał, bo przeszłości nie zmieni. Życie nią to głupota, której popełnianie nie przystoi przyszłemu kronikarzowi.
Przytulił się do niej. Dzięki czerwonowłosej świat wyglądał lepiej niż w rzeczywistości.
– Myślisz, że Vivian żyje? – zapytał.
– Nie chcę tego wiedzieć. Najważniejsze, że nie jest z Noah. Poradzi sobie. Jak zawsze.
– Masz rację. Może kiedyś do nas wróci.
– Na pewno, kiedy uzna, że tak będzie lepiej. Nie ma po co tyle nad tym myśleć.
Resztę dnia spędzili razem. Lavi w końcu się odprężył i pozwolił odejść w przeszłość tej sprawie. Teraz musiał po prostu żyć dalej. U boku miał przecież Hikari, z którą łączyło go coś wyjątkowego, a że przy okazji niestosownego wobec jego pozycji, to już swoją drogą. Teraz był Lavim, a czerwonowłosa stała u jego boku mimo wszystko. Czas w końcu zaleczyć rany, a słowa Noah nie mają żadnego znaczenia, bo żadna ze stron z domysłów nie utka prawdy.

***

Vivian: Chcieliście, to macie zarówno Allena, jak i Laviego, a na dodatek jeszcze Mikka i Kiri. Co prawda od próśb minęło trochę czasu, ale to nie jest tak, że Laur nie słucha.
Lavi: Laur zawsze słucha czytelników, tylko nie zawsze się z nimi zgadza.
Arte: Właśnie dlatego trzeba pisać, co się podoba, a co nie.
Laurie: Adwokatura diabła, nie przesadzacie?
Vivian: Nie. Ty sobie idź do telewizora, a my tu sobie poradzimy. Będziemy grzeczni.
Laurie: Już to widzę.
Vivian [wypycha ją z pokoju i zamyka drzwi]: Dobra, nie ma po co przedłużać, bo my się tu produkujemy, a odpowiedzi żadnej. W przyszłym tygodniu zaczynamy część o Klasztorze Tysiąca Mieczy. Laur zrobiła rzecz niespodziewaną, ale myślę, że się Wam to spodoba. Na razie nic nie mówię, bo to niespodzianka.
Arte: Z tego, co słyszałem, to kiedyś były o tę sprawę dość częste pytania.
Vivian: Cicho. Na razie nie było tematu, bo Laur będzie miała problem. Czekajcie cierpliwie. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

2 thoughts on “Szkoda dnia by stać! Nie czas, by patrzeć w tył. Szkoda dnia i nas, by tym, co było żyć

  1. seitoshi pisze:

    Jestem bardo usatysfakcjonowana z tego rozdziału.
    Akemi: Allenek! Dziękuję Ci Laur, za Allenka❤
    Caroline: Lavi-san! Jaki głupi ten królik! Dobrze, że mu Kiri we łbie naprostowała!.
    Zgadzam się z tym. Może to i Bookman, ale każdy takiej bliskiej osoby potrzebuje.
    Ciekawa jestem czy przez słowa Mikka coś Centrala postanowi. hmmm.
    Czekam na rozdziały o Klasztorze ;3 do zobaczenia ;*

  2. Uszanowanko!
    Okej, okej, tyle było do nadrobienia. Again and again and again and again…
    Ale już mam czas… przynajmniej chwilowo.
    Tak. Bo ja mam czas, jasne. Wolne dżołki.
    Eniłej – nie wiem, jakoś nie mam siły dziś się produkować na temat tego, co mi się podobało, a co nie, o moich domysłach itp. Wybacz. Serio.
    Walnę tylko prostym określeniem – elegancko, propsy.
    Pozdrawiam i wyczekuję kolejnych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s