Once again oh you turn your back I wonder why you make yourself to do that No one can bear living in a trap What can you do when your world is turning into black?

Ogród był cichy i spokojny. Na błękitnym niebie pojawiały się pojedyncze, leniwe chmury, z których nie spadnie ani kropla deszczu. Uwagę Vivian przyciągnęła drewniana, dwuosobowa huśtawka, na której siedział Niszczyciel Czasu. Uśmiechnął się do niej.
– Ostatnio nie było tu huśtawki – zauważyła.
– Nie ja kreuję ten świat.
– Ciebie tu w ogóle nie powinno być.
– Zawsze mnie tak witasz, Aniele – westchnął. – A ja ci przecież nie robię krzywdy.
Brązowowłosa prychnęła z niechęcią, ale usiadła obok niego. W sumie wcale się nie dziwiła już jego wizytom, przyzwyczaiła się, a mimo to nadal traktowała go intruza bardziej lub mniej świadomie.
– Huśtawki kojarzą się z zakochanymi parami – zauważył białowłosy. – Przynajmniej tak mi się wydaje.
– Zapomnij. Czego tym razem chcesz?
– Martwię się o ciebie, więc to chyba naturalne. Jestem twoim opiekunem, Aniele.
– Nie nazywaj mnie tak – warknęła.
– Nadal sądzisz, że możesz przed tym uciec?
– Czasami wątpię, czy to ma sens. Chcę uciec – odparła szczerze. – Kim jestem? Aniołem Lucyfera, ale czy kimś jeszcze? A może tylko pojemnikiem na Anioła? Tylko czy to wszystko miało jakikolwiek sens?
Ukryła twarz w dłoniach. Od dłuższego czasu czuła presję, ale nie miała z kim o tym porozmawiać. Arte nie traktował jej jak Czternastej Noah, a powiedzenie Arianne chyba było zbyt trudne. Brakowało jej kogoś, komu mogłaby się przyznać do tego wszystkiego.
– Mylisz się. Nigdy nie byłaś, nie jesteś i nie będziesz Nią. Ona była inna. Ty jesteś Vivian, Wiwianna Walker urodzona dwadzieścia jeden lat temu córka Nei Walkera i Anny Parerlli. Musisz o tym pamiętać.
– Ale ty nazywasz mnie „Aniołem”.
– Bo nim jesteś – uśmiechnął się. – Ale nie tym Aniołem Lucyfera, którym była Nia.
– Dlaczego? Bo nie jestem taką idiotką jak ona?
– Nia nie była idiotką. Była nieświadoma. Ty możesz uczyć się na błędach historii. Możesz wszystko, jeśli tylko chcesz. Twoja tożsamość nigdy nie może zostać zakwestionowana, bo jesteś prawdziwa. W tej sprawie możesz mi bezwarunkowo zaufać.
– A nie jestem jej reinkarnacją?
– Źle to postrzegasz, Aniele. Historia ma to do siebie, że niektóre jej punkty są ze sobą mocno związane mimo ich odległości. Niedokończone sprawy są tego przykładem. Historia klanu Noah musi się definitywnie zakończyć, więc i moc Nii wraca i budzi się w ludziach, ale oni pozostają sobą. Nigdy tamte osoby nie powrócą. Noah nie są już tacy sami, nie do końca pożerają swoich nosicieli, nawet Niszczyciel Czasu jest inny. Nasz czas przeminął i nigdy nie wróci. Rozumiesz?
– Chyba tak.
Pogłaskał ją po włosach. Spojrzała na niego w zastanowieniu. Może fizycznie był podobny do Kandy, ale byli zupełnie różni.
– Więc dlaczego się o mnie troszczysz? – zapytała. – Skoro nie widzisz we mnie Nii, nie powinno cię to obchodzić, co się ze mną stanie.
– Nie mógłbym być wobec ciebie obojętny, bo jesteś dla mnie ważna. Trudno mi to wyjaśnić w formie, która byłaby przystępna dla ludzi.
– Ja nie jestem człowiekiem. Jestem Noah.
Poczuła się dziwnie. Przez całe życie chciała przed tym uciec, nie chciała być tak nazywana, a teraz ten fakt był dla niej oczywisty. Bo nikt nie przypominał jej o tym codziennie od samego rana?
– Jesteś człowiekiem, Aniele. Tłumaczyłem ci przed chwilą.
– Mieszasz – odparła. – Przez ciebie mam jeszcze większy mętlik.
– Nieładnie tak kłamać, Aniele.
Prychnęła w odpowiedzi i wprawiła huśtawkę w lekki ruch. Odchyliła głowę do tyłu, zastanawiając się nad tym wszystkim. Białowłosy obserwował ją uważnie, milcząc. Uśmiechnął się, kiedy skierowała na niego spojrzenie.
– Można przed tym uciec? – zapytała.
– Machina historii poszła w ruch. Czasami rzeczy dzieją się nawet, kiedy tego nie chcemy.
– Wystarczyło krótkie „nie”.
– Chcę, żebyś zrozumiała.
– Rozumiem aż nadto. I rozumiem też twoją troskę. Gdybym nie była Aniołem Lucyfera, mój los byłby ci obojętny. Dla ciebie jestem tylko pionkiem w tej grze o świat.
– Chcesz oszukać siebie czy mnie? – zapytał. – Nie jesteś pionkiem. Jeśli chcesz już to porównywać do szachów, jesteś królową.
– Nie umiem grać w szachy.
– Kiedyś cię nauczę – obiecał.
– Mamy na to czas?
– Mamy dużo czasu. To twój świat i tu możesz robić, co zechcesz. Jeśli mają to być szachy, proszę bardzo. Jesteś dla mnie obecnie najważniejsza. To prawda, że gdyby nie twoje przeznaczenie, nigdy byśmy się nie spotkali, ale to nie zmienia faktu mojego zaangażowania. To nie tylko misja. Zawsze daję ci wolny wybór. Ty decydujesz, co zrobisz.
– A jednak nie chcesz pozwolić mi na ucieczkę.
– Bo to nie rozwiązanie. Czy po którejkolwiek ucieczce byłaś szczęśliwa? Aniele, nie wracaj do starych schematów na siłę. To do ciebie niepodobne.
– Boję się – przyznała.
– I dlaczego chcesz się zamknąć w tej klatce? Przecież chcesz zmian, nauczyłaś się ich. Przez ostatnie dwa lata zaczęłaś rozumieć, że świat nie jest tylko miejscem, w którym można zostać jedynie skrzywdzonym. Dlaczego zawracasz z tej drogi?
– I do czego mnie to doprowadziło? Nic się nie zmieniło.
– Wszystko się zmieniło. Ty się zmieniłaś. Zależy ci, kochasz, chcesz chronić coś więcej niż własną skórę. Nie zawracaj z tej drogi. Nie zawsze będzie wyboista i kręta.
– Mam mętlik w głowie.
– Bo za dużo myślisz – uśmiechnął się.
Vivian ocknęła się i przetarła oczy. Nadal siedziała w siodle, choć nie wiedziała, na jak długo przysnęła. Przez chwilę jeszcze zastanawiała się nad słowami Niszczyciela Czasu, ale w końcu dała sobie z tym spokój. Zawsze gadał od rzeczy, jakby chciał ją podrażnić. W sumie dawno go nie było w jej snach, pojawił się akurat teraz, gdy były już prawie u kresu drogi.
Ostatnie dwa tygodnie Arianne i Vivian spędziły w ruchu. Pogoda nie była zbyt przyjazna, ale gdy tylko wydostały się z Europy, podróż nabrała tempa. Po drodze wypełniły kilka zadań, którym mogły sprostać, dla Francuzki chwilami były za łatwe, więc brązowowłosa mogła się wykazać, ale też poobserwować swoją mistrzynię w akcji. Przez to też nabrała do niej większego szacunku, wiedziała, że nie dostaje pustych słów, ale rady i nauki podyktowane doświadczeniem. Tak samo czuła się, gdy pierwszy raz zobaczyła moc Tiedolla. Uśmiechnęła się na tę myśl. Że też akurat to wspomnienie do niej wróciło.
Teraz jednak były już w górach, gdzie ukryty został Klasztor Tysiąca Mieczy – instytucja nie młodsza od Czarnego Zakonu, ale ujawniona jedynie nielicznym. Arianne niewiele mówiła o tym miejscu, w czasie podróży skupiła się raczej na teoretycznym szkoleniu uczennicy, a Vivian nie naciskała. Zresztą miała wątpliwości, czy to dobry pomysł. Nie chodziło o to, że nie ufała Radzie Starszych, ale chwilami czuła się tak, jakby Liga miała ją porzucić. Dopiero stała się jej częścią, zaaklimatyzowała się wśród Cieni, a już musiała udać się w równie obce miejsce. Obawiała się, że zalążki więzi, które zawiązała, rozerwą się przez ten czas, a nie chciała tego tracić. Niszczyciel Czasu miał rację – chciała kochać i być kochaną, chronić i być chronioną, a nie samowystarczalną dziewuchą z klapkami na oczach. Klasztor jawił się przez to jako utrudnienie.
Arianne obróciła głowę i spojrzała na niezbyt rozbudzoną uczennicę. Uśmiechnęła się łagodnie. Miała świadomość, że Vivian może być odzwyczajona od tak długich podróży, skoro jeszcze do niedawna miała do dyspozycji Arkę Noah. Nie miały jednak wyboru.
– Niedługo będziemy na miejscu – poinformowała ją.
– To dobrze, bo zdrętwiałam od tej jazdy.
– Nie marudź, Vivian.
– Tylko stwierdzam fakt.
Wąska droga prowadziła ku górze, skały zasłaniały im widok dopóki ścieżka nie skończyła się przed kamienną bramą wysokości około dziesięciu metrów. Można było ją przeoczyć, gdyby nie wiedziało się, że to właśnie jest upragniony cel. Za wrotami był Klasztor Tysiąca Mieczy.
Vivian miała o coś zapytać, kiedy wyczuła atak. Odchyliła się na tyle mocno, że gdyby nie refleks, który kazał jej wysunąć nogi ze strzemion i w efekcie zeskoczyć z grzbietu wierzchowca, mogłaby sobie zrobić krzywdę. Odbiła się na rękach, po czym nieco niezdarnie wylądowała na nogach. Czuła się zdrętwiała i osłabiona długą jazdą, ale to miała za chwilę załagodzić adrenalina we krwi. Szybko oceniła sytuację – została zaatakowana z zaskoczenia, przeciwnik skupił się na niej, więc uznał, że jest słabsza albo Arianne w ogóle nie została uwzględniona. Na wnikliwsze wnioski nie było czasu, kiedy nadszedł kolejny cios.
Napastniczką była dziewczyna mniej więcej w jej wieku o długich do bioder, białych włosach, jasnej cerze i zielonym oku, bo drugie wraz z prawą połową twarzy miała skryte pod grzywką. Ubrana była dość lekko jak na tę porę roku w zielone spodnie i białą bluzkę w chińskim stylu. W dłoniach trzymała sai gotowe do zadania rany.
Jej atak były szybkie i zdecydowane, Vivian nie miała ani chwili na odpoczynek czy zebranie myśli. Uniknęła kilku ciosów, dobyła własnej broni i ruszyła na przeciwniczkę, nie chcąc dać jej większej przewagi. I tak czuła się już zagoniona w kozi róg. Trudno jej było ustalić schemat ataków białowłosej, więc działała po omacku. Wymieniały się ciosami, przeciwniczka podcięła ją brutalnie. Vivian odturlała się kilka metrów, ale to nie dało oczekiwanego efektu – dziewczyna doskoczyła do niej i wymierzyła jej bolesny cios w brzuch. Brązowowłosa mimowolnie skuliła się w sobie, instynktownie wyprostowała nogę, ale kopniak nie dosięgnął celu. Napastniczka była szybsza, z łatwością uniknęła ataku i wyprowadziła celną kontrę. W desperacji Vivian chciała użyć mocy Noah, ale białowłosa chyba to przewidziała, bo uderzyła tak, że Walker nie miała możliwości ruchu. Po chwili leżała z wykręconymi do tyłu rękoma zupełnie pokonana.
– Nie masz aury człowieka – powiedziała białowłosa. – Ale nie jesteś też wrogiem.
– Więc czemu mnie zaatakowałaś? – warknęła Vivian.
– Bo jesteś obca. Musiałam cię sprawdzić. Takie jest prawo Klasztoru Tysiąca Mieczy.
– Puść ją już, Saii. I tak będzie się dąsać przez resztę dnia – odezwała się Arianne.
– Bo mogłaś mnie uprzedzić, mistrzyni – mruknęła brązowowłosa. – I wcale się nie dąsam.
Białowłosa puściła ją i wyciągnęła dłoń, aby pomóc jej wstać, ale Vivian obeszła się bez tego. Była obolała po ciosach dziewczyny, lecz nie ranna. Teraz zaczynała rozumieć, dlaczego nie atakowała ostrzem, ale tępą stroną broni.
– Dawno cię tu nie było, pani Arianne. Witaj z powrotem – białowłosa ukłoniła się zgrabnie przed Francuzką.
– Ciebie też dobrze widzieć, Saii. Poznaj moją uczennicę, Vivian Walker. Jest ona Aniołem Lucyfera.
– Rozumiem. Noah Zemsty i Zniszczenia. Stąd ta niepokojąca aura. Jestem Saiichi Fallenworld, Strażniczka Klasztoru Tysiąca Mieczy. Miło mi cię poznać.
Vivian mruknęła coś na odczepnego, nie zwracając uwagi na spojrzenie dezaprobaty mistrzyni. Była zbyt zmęczona i obolała na uprzejmości. Poza tym nie rozumiała, czemu miałaby zaprzyjaźniać się z osobą, która jeszcze przed chwilą próbowała pozbawić ją życia. Wyraźnie czuła mordercze intencje białowłosej, nie były one tylko na pokaz. Uratowała ją obecność Arianne?
– Vivian, zachowuj się jak cywilizowany człowiek.
– Vivian Walker – przedstawiła się. – Zawsze tak witacie gości?
– Rzadko kiedy ktoś się tu pojawia – odparła białowłosa. – Moim zadaniem jest nie dopuszczać tu obcych, którzy nie zostali zaproszeni. W ten sposób Klasztor pozostaje w sekrecie.
– Nie wiedziałaś, że przybędziemy? – zapytała Arianne, wyczuwając w tonie dziewczyny zaskoczoną nutę.
– Nie było mnie ostatni miesiąc. Wróciłam dopiero jakąś godzinę temu, więc nie zostałam poinformowana o waszym przyjeździe. Nie byłam nawet jeszcze u Matki. Chodźmy do środka. Pewnie jesteście oczekiwane.
Saiichi zaprowadziła je do bocznej bramy ukrytej wśród skał, za którą znajdowała się stajnia. W dwóch wolnych boksach rozsiodłały wierzchowce, po czym weszły na piętro. Korytarze nie różniły się zbytnio od tych, które pamiętała z Kwatery Ligi czy Czarnego Zakonu. Oświetlane były pochodniami, co jakiś czas pojawiały się okna.
Vivian nie rozglądała się zbytnio nadal nadąsana przegraną i niewiedzą. Arianne nie była zbyt rozmowna na temat Klasztoru, co skutecznie psuło jej humor. W pewnej chwili zatrzymała się i spojrzała przez najbliższe okno. Wychodziło na otwarty plac treningowy, na którym pojedynek toczyło dwóch mężczyzn. Wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy rozpoznała jednego z nich. Był to starszy od niej o kilka lat Niemiec o wyraźnych, japońskich rysach, przydługich włosach związanych niedbale kawałkiem sznurka i jasnoniebieskich oczach przypominających letnie niebo. Z pewnością gdyby się przyjrzała, dostrzegłaby na lewym policzku ledwo widoczną, podłużną bliznę od noża o szerokim ostrzu.
– Christian… – szepnęła.
Chłopak skupiony był tylko na przeciwniku – chudym blondynie o zielonych oczach, który walczył na równie wysokim poziomie co Niemiec.
– Vivian – usłyszała głos Arianne.
– Już idę.
Nawet nie zauważyła, że jej towarzyszki oddaliły się trochę i teraz wracały, aby zobaczyć, co przykuło jej uwagę. Dziewczyna odwróciła spojrzenie od walczących, ale było już za późno.
– Ci jak zwykle się pojedynkują – westchnęła Saii.
– Znasz ich? – zapytała niewinnie Vivian.
– Jasne. Brunet to Christian Katsumoto, trenuje tu od dwóch miesięcy, a ten drugi to Pauri, mieszka tu od siedmiu lat. Niezbyt za sobą przepadają, ale lubią ze sobą walczyć. Nic szczególnego.
We trzy ruszyły w dalszą drogę. Vivian jednak myślami została przy pojedynkujących się. Doskonale pamiętała swój pobyt w Szkole Ninja w Monachium. Nie był zbyt długi, ale wiele się nauczyła. To właśnie Christian był jej opiekunem, przewodnikiem i mentorem, stał się też przyjacielem, na którym mogła polegać, choć z jego strony wyglądało to na coś więcej. Nie epatował tym jednak, zachował dystans, który trzymała. Wtedy jeszcze była inna, bardziej wyobcowana i niewiele o sobie mu zdradziła. Nie miał pojęcia, że jest członkiem klanu Noah, dla niego była po prostu uczennicą gen. Tiedolla, którego szanował i darzył przyjaźnią. Teraz mogło się wszystko zmienić, mogła stać się dla niego obca. Rodzina Katsumoto już i tak srogo zapłaciła za przyjaźń z egzorcystami – starszy brat Christiana, Satori, został zamordowany przez Tyki Mikka, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Takie rzeczy pozostawiają ślad zarówno na psychice, jak i w postrzeganiu świata. Nadal nie chciała, żeby poznał prawdę, ale to nie było takie proste.
Zamyślona nie zauważyła, że dotarły na miejsce i wpadła na Arianne. Kobieta spojrzała na nią pytająco, gdy dziewczyna wymamrotała przeprosiny.
– Wszystko w porządku?
– Tak, nic mi nie jest.
Saii wpuściła je do urządzonego po azjatycku pomieszczenia, które przypominało salon. Trudno było wskazać elementy, której kultury przeważają, mieszały się ze sobą w jednolitą całość bez gwałtownych zmian. Przy niskim stole na poduszkach siedziały kobieta około sześćdziesiątki o krótkich, siwych włosach i szarych, bystrych oczach oraz dziewczynka około jedenastoletnia o długim, jasnym warkoczu i skrzących zielonych oczach. Obie ubrane były w podobne szaty co Saii, różniły się one jedynie kolorami i wzorami.
– Witajcie z powrotem, Saiichi, Arianne. Dobrze was znowu widzieć – odezwała się kobieta.
– Wróciłam, Matko – białowłosa skłoniła się z szacunkiem.
– Rada pozdrawia i dziękuje za opiekę nad nami – odparła Francuzka. – To jest właśnie Vivian – wskazała na swoją uczennicę.
– Witaj w Klasztorze Tysiąca Mieczy, Vivian Walker, Aniele Lucyfera i Nadziejo Świata.
– A nie zgubo? – zapytała brązowowłosa.
– Skoro tu jesteś, domyślam się, że wybrałaś bycie nadzieją – uśmiechnęła się kobieta. – Usiądźcie. Pewnie jesteście zdrożone drogą. Nina właśnie zaparzyła herbatę.
Dziewczynka podniosła się z gracją, wyciągnęła jeszcze trzy czarki i nalała do nich zielonego płynu, po czym wróciła na swoje miejsce. Nowo przybyłe usiadły przy stole.
Vivian nie wiedziała, co myśleć o słowach o swoim wyborze. Czy cokolwiek wybierała? Czy to tak w ogóle działa w jej przypadku?
– Przybyło ci kilka zmarszczek – powiedziała Matka do Arianne.
– Owszem. Niestety zwykle trafiam na niesfornych uczniów.
– Którzy stają się potężnymi Cieniami. Nie powinnaś mieć sobie nic do zarzucenia. Rada poinformowała mnie o sytuacji Vivian i wiem, czego od nas oczekujecie. Saii, wiem, że dopiero wróciłaś, ale chciałabym, abyś zajęła się treningiem Vivian. Stoczyłaś z nią pojedynek, więc wiesz już w czym rzecz.
– Oczywiście.
– Zaczniecie od jutra. Dziś obie musicie odpocząć i odzyskać nadwątlone siły.
Rozmowa zeszła na inne tematy i Vivian się wyłączyła. Wciąż powracała do niej myśl o Christianie. Czy jego pobyt tutaj może coś zmienić? Utrudnić? Nie wiedziała. Najchętniej unikałaby go przez cały czas, który tu spędzili, ale miała świadomość, że to niemożliwe.
– Dobrze się czujesz, Vivian?
– Tak, mistrzyni. Zamyśliłam się tylko.
– Musisz być zmęczona – uśmiechnęła się Matka. – Droga z Berlina w środku zimy na pewno jest ciężka, a Saii też cię nie oszczędzała w pojedynku. Nina się tobą zaopiekuje.

***

Arte: No i dotarły dziewczyny do Klasztoru. Swoją drogą te rozdziały wyglądały do niedawna całkiem inaczej, ale teraz jest już z nimi w porządku. Przynajmniej według Laur.
Laurie: Słowo autora jest dla was święte, więc nie narzekaj, Arte.
Arte: Nie narzekam. Stwierdzam tylko fakt.
Vivian: Ci, co czytają więcej blogów związanych z D.Gray-manem, pewnie dostrzegli znajomą postać, która nie należy do naszej obsady. Dzięki uprzejmości Magic-san Strażniczką Klasztoru została Saii Fallenworld, ale to tylko występ gościnny. Tutaj nie ma ona nic wspólnego z egzorcystami, więc się nie dziwcie, że wydaje się odrobinę inna.
Lavi: Ciekawsze jest to, że pojawił się młody Katsumoto. Czuję tu głębszą sprawę.
Vivian: Raczej zaglądasz do notatek Laur, ale szczegół. Przypominam, że w tym miesiącu zostały nam tylko 2 rozdziały, po czym będą Święta i Sylwester, żeby nie było zaskoczenia.
Lavi: Jak co roku. Tym razem jednak Laur nie szykuje żadnej bomby na koniec roku.
Vivian: Na szczęście.
Laurie: Ej, ja tu jestem i was słyszę.
Vivian: To dobrze. Znaczy, że się obudziłaś i jeszcze nie ogłuchłaś. Dobra, to my się już żegnamy, bo nas Laur pogryzie, a tego nikt nie chce. Uważajcie na ten wiatr za oknem i pozdrawiamy serdecznie. Do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s