W Twoich oczach mieszka mrok. Sama tego nie wiesz, bo w głębi serca go chowasz

Kolejne kilka dni Vivian spędziła, dzieląc czas pomiędzy Saii i Christiana. Z Arianne prawie się nie widywała, ale wiedziała, że mistrzyni cały czas przygląda się jej treningom i zmaganiom przede wszystkim z samą sobą. O to chodziło w zadaniu z kamiennym stożkiem, co uświadomił jej młody Katsumoto w czasie jednego ze sparingów. Może niedosłownie, ale dzięki temu rozwiązała problem i dokonała rzeczy, która początkowo wydawała jej się niemożliwa do zrobienia. Zrozumiała też prawdziwą istotę swojego problemu, zlokalizowała go w sobie i zajęła się nim.
Dużo czasu spędzała na rozmowach z Christianem. Niemiec opowiadał o zmianach w Szkole Ninja, o swojej podróży do Klasztoru, a czasem tematy były bardzo błahe. Unikał jednak pytań o Vivian. Dziewczyna też nie była zbyt chętna, aby mu o tym opowiadać. Było to zbyt świeże i nadal bolesne, a poza tym nie chciała wprowadzać go w brudy Zakonu. Takie rzeczy nie powinny wychodzić na zewnątrz, dla świata są nieistotne.
Czuła się dobrze w jego towarzystwie. Działał na nią odprężająco, ale nie pociągał jej. Była to tylko przyjaźń i Christian to szanował, zachowywał dystans, choć Saii ciągle wypominała Vivian jego „cielęce” spojrzenia. Wydawało się, że białowłosa dobrze się przy tym bawi i jednocześnie była z tego powodu zazdrosna, bo na nią przystojny Niemiec prawie nie zwracał uwagi. Vivian dała sobie spokój z tłumaczeniem jej za każdym razem, że nic z tego nie będzie i ignorowała te docinki.
Miała inny problem niż Christian i jego fascynacja. Wróciły koszmary. Każdy z nich był kolejną apokalipsą gorszą od poprzedniej, bardziej krwawą i makabryczną. Pełne krwi, bólu, krzyków i śmierci. W każdym triumfowali Noah, a egzorcyści umierali. W każdym patrzyła na to bezsilna i pokonana, słuchając obelg i kpin pod swoim adresem. Nie były to pojedyncze sny, ale całe serie. Kiedy budziła się z jednego, pojawiał się kolejny, jeszcze gorszy. Często kilka w ciągu jednej nocy, po której była rozdrażniona, marudna, a czasem nawet nie do zniesienia. Nie mówiła jednak o tym nikomu, bo kto jej pomoże? Nie mieli takiej mocy. Frustracje wylewała w czasie porannych treningów zanim jeszcze Saii dała znak do rozpoczęcia kolejnych etapów szkolenia.
Ta noc była wyjątkowo ciężka. Vivian obudziła się już któryś raz z rzędu zlana potem, zapłakana i niespokojna. Drżącymi dłońmi zapaliła świecę przy łóżku, ale nawet jej blask nie odganiał strachu, który towarzyszył jej w ciemności. Miała dość, jeszcze trochę i nie da rady psychicznie. Nie rozumiała sensu nawiedzania koszmarami, przecież znała ryzyko, wiedziała, że od niej zależy naprawdę dużo, więc nie potrzebowała ostrzeżenia. Już nawet Niszczyciela Czasu mogła zaakceptować w snach, ale ta makabra była ponad jej siły.
Siedziała przez jakiś czas w ciszy skulona i wpatrzona w płomień, ale to nie pomogło. Chciała się do kogoś przytulić, poczuć ciepło drugiej osoby i jej nieme wsparcie. Wybrała spacer jako rozwiązanie pośrednie. Nawet nic na siebie nie zarzuciła, nie czuła przecież zimna jak normalni ludzie.
Nogi same zaprowadziły ją do ogrodu, gdzie pierwszego dnia pobytu rozmawiała z Christianem. Od tamtego czasu często tu schodzili, odcinając się od gwaru Klasztoru. Saii powiedziałaby, że chcieli pobyć sami, ale to tylko według jej teorii. Po prostu lubili to miejsce.
– Czemu nie śpisz? – usłyszała.
Na gałęzi pobliskiego drzewa siedziała białowłosa. Wyglądała, jakby w ogóle nie kładła się tej nocy. Vivian posłała jej niezadowolone spojrzenie.
– Mogłabym ciebie zapytać o to samo – odparła.
– Ja zapytałam pierwsza.
– Może po prostu nie mogę.
– A może po prostu masz koszmary – sparafrazowała ją Saii.
– Tego nie wiesz.
– Rano chodzisz zła jak osa, nie można się do ciebie odezwać, bo warczysz, barykadujesz się w sali treningowej i walczysz z powietrzem, jakby było twoim wrogiem dopóki się nie zmęczysz, a teraz chodzisz po nocy w dość kusym, nocnym stroju. To coś oznacza, a ja nie jestem ślepa.
– To nie jest twoja sprawa.
– Owszem, ale czasami opowiedzenie komuś o swoich problemach pomaga. No chyba, że jesteś masochistką.
– Może jestem – wzruszyła ramionami. – Co tu robisz o tej porze?
– Nie chce mi się spać, a tu się dobrze medytuje. Co ci się śni?
– Apokalipsa. Co kolejna, to gorsza.
– I dotyczy twoich przyjaciół?
Vivian kiwnęła głową. Obawiała się, że za chwilę się rozpłacze, a nie chciała odstawiać przedstawienia przed Saiichi. Nadal jeszcze trzymała ją na dystans, choć spędzały ze sobą naprawdę sporo czasu i rozmawiały na różne tematy.
Białowłosa zeskoczyła z gałęzi i usiadła na ławie obok dziewczyny. Pogłaskała ją po włosach w geście pocieszenia. Rozumiała, dlaczego Vivian wcześniej nic nie powiedziała, choć chyba nie potrafiła wyobrazić sobie przeżywania co noc po kilka razy śmierci własnych bliskich.
– Przecież wiem, czym jest Anioł Lucyfera – powiedziała cicho brązowowłosa. – Znam konsekwencje, więc dlaczego? Nie muszą mnie już dręczyć.
– Przejdą.
– Kiedy?
– Tego nie wiem, ale to nie jest powód, żeby się zadręczać. To nie jest prawdziwe.
– Ale może być.
– Nie, przecież do tego nie dopuścisz – uśmiechnęła się lekko Saii. – Po to robisz to wszystko, prawda? To się nie zdarzy, a oni będą bezpieczni, bo ich ochronisz. Jesteś Aniołem Lucyfera, możesz wszystko.
– Nie mogę wszystkiego – odparła. – A na pewno nie ze złamaną psychiką.
– Jutro coś na to zaradzimy, a teraz musisz się wyspać. Przed nami trudny dzień.
– Nie chcę spać i znów tego przeżywać.
– Gwarantuję ci, że nie będziesz miała koszmarów. Chodź.
Vivian wahała się przez chwilę, ale wstała i poszła posłusznie za Saiichi. Była zbyt zmęczona, żeby protestować, a fatalny nastrój nie poprawiał sytuacji.
Białowłosa zaprowadziła ją do swojego pokoju, który był tak zabałaganiony, jakby nigdy tu nie sprzątano. Vivian skrzywiła się mimowolnie, a zaduch i ostry zapach ziół sprawiły, że kręciło jej się w głowie. Saii przez chwilę nie zwracała na nią uwagi, grzebiąc w jednej w szuflad. W końcu wyciągnęła z niej niewielką buteleczkę i odwróciła się do egzorcystki.
– A tobie co? – zapytała.
– Ty tu w ogóle wietrzysz?
– Rzadko. Jesteś nieprzyzwyczajona, a przy wyostrzonych zmysłach możesz czuć się skołowana, ale gwarantuję, że krzywda ci się tu nie stanie. Masz, wypij.
– Co to?
– Pomoże ci zasnąć bez żadnych snów. I w sumie możesz zostać. Obecność drugiego człowieka pomaga w takich chwilach.
– Czemu tyle dla mnie robisz?
– Bo jesteś moją przyjaciółką, a o przyjaciół się dba.
– Rozumiem – mruknęła Vivian.
Nie miała pewności, czy może powiedzieć to samo o niej, ale w tym momencie nie chciała się nad tym zastanawiać. Bez wahania wypiła zawartość buteleczki i skrzywiła się, czując niezbyt przyjemny smak.
– To jest okropne – stwierdziła.
– Ale skuteczne. Kładź się zanim mi tu runiesz.
– A ty gdzie będziesz spała?
– Jedna noc na fotelu mi nie zaszkodzi. Ruchy.
Vivian wykonała polecenie. Chwilę później już spała, a Saii okryła ją kołdrą. Tej nocy brązowowłosa nie obudziła się ani razu, śpiąc bez żadnych snów.
Poranek należał do tych spokojniejszych i weselszych, co było miłą odmianą po serii koszmarów. Vivian uśmiechnęła się sama do siebie, gdy tylko przypomniała sobie, gdzie jest, co w pierwszej chwili trochę ją wystraszyło. Zapach ziół nie był już tak uciążliwy, sprawiał, że oddychała głębiej i spokojniej.
– Widzę, że ci lepiej – usłyszała Saiichi.
– Owszem. Dziękuję za pomoc.
– Przyjaciołom się nie dziękuje.
– Tak swoją drogą, nie sądziłam, że jesteś aż taką bałaganiarą. Sprzątałaś ty tu w ogóle kiedyś?
Białowłosa posłała jej złowrogie spojrzenie. Vivian nie powinna tak beztrosko krytykować innych, a zwłaszcza osób, które jej pomagają.
– To mój pokój i nikt się tego nie czepia – odparła. – Zmykaj do siebie ubrać się, bo po śniadaniu musimy zająć się twoimi koszmarami.
– A trening?
– Żaden trening ci nie pomoże, jeśli siądzie ci psychika.
Vivian kiwnęła głową, przyznając jej rację. W każdym przypadku tak to wyglądało, ale u niej mimo to pojawiła się różnica.
– Ja i tak jestem bliska szaleństwa – przyznała bez emocji.
– A nie wyglądasz.
– Bo jeszcze nie widziałaś Zemsty w akcji – uśmiechnęła się gorzko. – Dziwię się, że jeszcze nie przejęła nade mną kontroli po tym wszystkim, co widziałam. Normalny człowiek dawno strzeliłby sobie w łeb, widząc świat z jego najgorszej strony.
Zaczęła opowiadać o sobie, zaczynając od samego początku. Powiedziała jej o tym, jak widziała śmierć matki, do czego nie chciała się nawet przyznać Kandzie, choć widział to wspomnienie. Jemu przecież wmówiła, że było całkiem inaczej. Teraz wyrzuciła to z siebie, opowiedziała o tym, jak przez Crossa trafiła do sierocińca i w efekcie na ulicę, gdzie spędziła najgorsze lata. Potem, w Czarnym Zakonie też nie było lepiej. Ze zgrozą wracała do wspomnień o Spencerze, który zamienił jej życie w piekło, żeby na koniec błagać o uratowanie. Przypomniała sobie o snach pełnych krwi, śmiechu Milenijnego i końca świata, w którym niejednokrotnie była morderczynią, przyczyną upadku albo bezsilnym świadkiem, pokonaną, marną istotą mimo swej potęgi. Do szaleństwa doprowadzały ją koszmary, w których widziała śmierć osób, na których jej zależało, była nimi przerażona do tego stopnia, że wstawała w nocy i sprawdzała, czy wszystko w porządku.
– Do tego jeszcze prawda o przeznaczeniu Anioła Lucyfera tylko kilka tygodni po śmierci Squalo. Do Ligi dotarłam już prawie jako kompletna wariatka – zakończyła. – Jeden nierozważny krok i kto wie, co ze mną będzie.
Saiichi słuchała jej z uwagą. Nie sądziła, że historia tej dziewczyny jest aż tak skomplikowana, ale teraz rozumiała motywy nią kierujące i pochodzenie takiego charakteru.
– Jesteś osobą o silnej psychice – przyznała szczerze. – Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, kto potrafiłby podnieść się po połowie tego, co ty już widziałaś w swoim życiu. Wiem jednak, dlaczego nadal jesteś sobą. To zasługa ludzi wokół ciebie. Oni cię zawsze ściągną z krawędzi szaleństwa, bez wahania wyciągając do ciebie rękę, gdy będziesz tego potrzebować. Nie powinnaś się tego bać – uśmiechnęła się. – Musisz się koniecznie wykrzyczeć. Idź się ubrać i nie zapomnij płaszcza.
– Wykrzyczeć? W górach? Czy to nie, aby niebezpieczne?
– Pójdziemy w miejsce, gdzie nikomu nie stanie się krzywda. Czy ty zawsze musisz tak marudzić, Vivian?
Brązowowłosa prychnęła w odpowiedzi i wyszła. Nie miała problemu, żeby wrócić do swojego pokoju. Trochę ją zaskoczyła jej własna szczerość, ale czuła, że Saii może zaufać. Sama nie wiedziała, z czego to wynika, ale byłoby ciężko, gdyby uparła się, żeby traktować białowłosą jak wroga. Teraz czuła się lepiej, jakby ciężki głaz spadł z jej serca.
Kilka minut później Strażniczka wyprowadziła ją poza Klasztor. Zupełnie pominęły śniadanie, ale jakoś o tym nie myślały, podążając górską ścieżką. Wokół panowała idealna cisza, która przynosiła ze sobą spokój i wytchnienie. Dzięki temu Vivian powoli się uspokajała, choć mogło to być chwilowe zjawisko, które niewiele będzie znaczyć w czasie najbliższej nocy.
– Jesteśmy.
Saii zatrzymała się na szczycie ustępu skalnego. Poniżej znajdowała się niewielka dolinka pokryta śniegiem. Vivian spojrzała na białowłosą z powątpieniem.
– To, co chcesz zrobić, grozi lawiną – powiedziała.
– Spokojnie. W tym miejscu nic nam się nie stanie i na nikogo nie sprowadzimy niebezpieczeństwa. Ryzyko jest niewielkie, a do tej doliny nie ma dostępu, więc w razie czego nikogo nie zasypiemy. Nie musisz się tym martwić.
– Dobra, powiedzmy, że ci wierzę.
– Doskonale – uśmiechnęła się Saiichi. – Masz okazję się wykrzyczeć. Rób, co chcesz: przeklinaj, wrzeszcz, płacz aż do zdarcia gardła, jeśli tego potrzebujesz. Uwolnij swoje emocje. Pamiętaj, nie musisz się śpieszyć.
– A co z tobą?
– Dotrzymam ci towarzystwa.
Saii usiadła na śniegu, żeby jej nie przeszkadzać. Zajęła się medytacją, więc Vivian praktycznie nie czuła jej obecności. Z łatwością przywołała emocje, których chciała się pozbyć, skumulowały się w krzyk, który rozniósł się po dolinie.
W końcu brązowowłosa opadła na kolana bez sił. Nie czuła już nic prócz ulgi i lekkiego bólu gardła. Sama nie wiedziała, ile zbędnych emocji w sobie kumulowała, zbyt wiele działo się przez ostatnie pół roku i właśnie taki był tego skutek. Organizm domagał się odpoczynku, rozluźnienia, a wciąż żyła w biegu i niepewności. Kiedy wydawało się, że wszystko się naprostowało, świat się sypał, uderzając w najczulsze punkty. Nawet teraz, gdy była w Lidze, nie wszystko szło jak powinno. Nadal do końca nie była przekonana o słuszności dokonanego wyboru. Czy naprawdę życie było najwłaściwszą odpowiedzią? Chciała żyć, ta egoistyczna potrzeba była nawet w niej, bała się bólu, który miał sprawić jej własny organizm, jakby miała zostać ukarana za swoje istnienie. Czy żałowała? Nie, chyba nie. Może i dążyła do śmierci, nie szanowała się, ale pragnęła nadal żyć. Nie było przecież aż tak źle, Cienie zaakceptowały ją bezwarunkowo, z jednym wyjątkiem potwierdzającym regułę, a i tutaj, w Klasztorze nie była traktowana jak jakieś dziwadło.
– Lepiej? – usłyszała Saii.
– Znacznie. Miałaś rację. Musiałam to z siebie wyrzucić.
– Ja mam zawsze rację.
– Pychy to też ci nie brak – w odpowiedzi dostała śnieżką. – Ej!
Gdy się odwróciła, zobaczyła szeroki uśmiech białowłosej, która właśnie lepiła kolejną kulę ze śniegu. Vivian rzuciła jej wyzywające spojrzenie i sama też wzięła się do roboty. Po chwili rzucały się śniegiem, krzycząc radośnie i przedrzeźniając się. Zupełnie jak dzieci, lecz tym w ogóle się nie przejmowały. Był czas na smutek, ale był też czas na zabawę tak jak teraz. Tego potrzebowały, żeby wrócić do rzeczywistości.
Wbiegły do Klasztoru kompletnie przemoczone, ale szczęśliwe, krzycząc: „Pierwsza!”, by po chwili zacząć się wykłócać, która w rzeczywistości wygrała wyścig. Cichy dotąd korytarz stał się gwarny i hałaśliwy, a to tylko za sprawą dwóch dziewczyn.
– Widzę, że dobrze się bawicie.
Obie od razu zamilkły i spojrzały na siwowłosą kobietę, stojącą tylko kilka metrów od nich.
– Matko – Saii pierwsza skłoniła się głowie Klasztoru.
– Nie było was cały ranek i niektórzy zaczęli się już martwić – uśmiechnęła się kobieta. – Jak widać, zupełnie niepotrzebnie. Jesteście przemoczone i pewnie głodne, więc powinniście udać się do siebie przebrać, a potem koniecznie zjeść coś ciepłego zanim kontynuujecie trening.
– Oczywiście, Matko. Właśnie szłyśmy na górę.
Skłoniły się na pożegnanie i odbiegły. Chwilę później nadal słyszała ich radosny śmiech. Kobieta uśmiechnęła się do siebie, widząc, że Saii zjednała sobie Vivian szybciej niż się spodziewała. To oznaczało, że brązowowłosa postanowiła zaakceptować Strażniczkę ze wszystkimi jej wadami i zaletami. To dobrze, te dziewczęta potrzebowały kogoś, kogo z czystym sumieniem mogły nazwać przyjacielem, choć miały się już nigdy potem nie spotkać.
Popołudniowym zmaganiom dziewcząt przyglądał się Christian. On sam właśnie skończył własną sesję, więc towarzyszył im. Saii mu tego nie broniła, przynajmniej miała pretekst, żeby ponabijać się z Vivian i wyprowadzić ją z równowagi. Początkowo świetnie jej szło, ale z czasem brązowowłosa przestała zwracać uwagę na kpiny przeciwniczki. Przy okazji Christian mógł swobodnie udzielać rad swojej byłej uczennicy. Zależało mu, aby ukończyła szkolenie ninja, choć warunki były aż nadto specjalnie. Poza tym było jeszcze coś innego, ale o tym nie powinni teraz myśleć.
Saii pociągnęła Vivian za włosy, co spowodowało, że egzorcystka nie mogła poprawnie wymierzyć ciosu i cofnęła rękę, aby uchronić się przed upadkiem. Przeciwniczka wytrąciła jej tyczkę z dłoni i własną przyłożyła do gardła.
– Ile razy już dzisiaj umarłaś? – zapytała.
– To nie jest zabawne, Saiichi. Ciągniesz mnie za włosy jak jakiś dzieciuch z ulicy.
– Znalazła się wojowniczka z wyższych sfer – odparła białowłosa z kpiną – a nawet podstaw nie umie.
– Bo mnie nauczyć nie potrafisz – odgryzła się Vivian. – A tak poważnie, to przestań, bo mi wyrwiesz wszystkie kłaki.
– Raczej ci to nie grozi, bo są gęste i mocne.
– Zasługa genów Noah – usiadła na posadzce. – Przydałoby się je wreszcie ściąć.
– Zgłupiałaś? Nie szkoda ci ich?
– Odrosną. To tylko włosy, więc nie ma, czym się przejmować.
– Włosy to symbol kobiecości, najpiękniejsza ozdoba – sprzeciwiła się Saii.
Vivian ryknęła śmiechem ku zdezorientowaniu białowłosej, jak i Christiana, który przyglądał się temu w milczeniu.
– I z czego rżysz? – zapytała zirytowana Strażniczka.
– Przepraszam, ale kiedy powiedziałaś, że włosy to symbol kobiecości, na myśl przyszło mi dwóch pewnych szermierzy – wyjaśniła, dusząc się ze śmiechu.
– Nie rozumiem?
– Obaj mieli długie włosy i w żadnej mierze nie byli zniewieściali – zakończyła tonem sugerującym, że to sprawdziła.
Było w tym sporo prawdy, bo przecież ani Kanda ani Squalo nie dawali symptomów, że jest z nimi coś nie tak. Co prawda białowłosy kiedyś po pijaku stwierdził, że jest biseksualny, ale Vivian nigdy tego nie dostrzegła, jak dla niej był pełnowartościowym przedstawicielem swojej płci. Długie włosy nie miały z tym nic wspólnego, a Vivian się podobały – lubiła się nimi bawić.
Z Kandą było podobnie. Zresztą to, w jakiś sposób zachowywał się wobec niej, świadczyło doskonale o preferencjach Japończyka chyba, że doskonale się maskował. Nie sądziła jednak, że zrobiłby taki numer, wyczuwała to za każdym razem, gdy się zbliżył.
– O twoich romansach chyba nie chcemy słuchać – odparła Saiichi. – Mówię poważnie, nie ścinaj ich.
– Przecież odrosną, a mnie nic nie będzie. Sama doskonale wiesz, ile trzeba poświęcać im uwagi.
– Jesteś tego pewna?
– Tak.
– Ale wiesz, że odwrotu nie będzie.
– Wiem, Saii, uspokój się. Zachowujesz się tak, jakbym powiedziała, że chcę obciąć sobie rękę.
Białowłosa westchnęła. Nie podobał się jej ten pomysł, a wiedziała, że Vivian nie podda się tak łatwo, skoro się już uparła na tak radykalną zmianę. Raczej nie mogła zmusić jej do zmiany zdania.
– A ty co o tym myślisz, Christian? – skierowała spojrzenie na Niemca.
– Nie mam prawa o tym decydować – odparł chłopak. – Vivian zrobi, co będzie chciała.
– Dyplomata – mruknęła białowłosa. – Dobra, wygrałaś. Tylko potem nie jęcz, że są za krótkie.
– Przynajmniej nie będziesz za nie ciągnąć.
– Chcesz, żebym to zrobiła?
– A umiesz?
– Łatwiej się obcina czyjeś włosy niż swoje, więc jestem w stanie to zrobić.
– W porządku. Oddaję się w twoje ręce.
– To chodź.
Ze swojego pokoju zabrała ostre nożyczki i grzebień, po czym zaprowadziła przyjaciółkę do łazienki, gdzie usadziła ją na niskim stołku. Było jej naprawdę żal tych długich pasm, które towarzyszyły Vivian od lat. Minie sporo czasu zanim odrosną do tej długości, ale to decyzja brązowowłosej.
– Jak krótkie chcesz? – zapytała, przeczesując je palcami.
– Tak, żebym mogła je związać.
– Dobra. Ale jesteś pewna?
– Tak, Saii, jestem pewna. Nie pytaj mnie już o to.
Vivian przymknęła oczy i rozluźniła się, pozwalając Strażniczce wykonać zobowiązanie. Chciała tego, pierwsza nieśmiała myśl o ścięciu włosów pojawiły się już na początku pobytu w Lidze, ale naprawdę zdecydowała się dopiero tutaj. To miało być przejście do całkiem nowego etapu, zaczynanie od zera i uwolnienie się od pozostałości po uprzednich wątpliwościach.
Z jakiegoś powodu wróciły do niej wspomnienia związane z włosami. Czy to walka czy codzienność, było wiele rzeczy, w których uczestniczyły te pasma. Doskonale pamiętała, jak czesała je jej matka, gdy była dzieckiem. Często wpinała w nie różne spinki i spineczki, które Vivian notorycznie gubiła w czasie zabawy poza domem. Wielokrotnie później o jej włosy dbały towarzyszki dziewczyny na ulicy, powtarzając, że są jej najpiękniejszą ozdobą. To na nie zwracali uwagę mężczyźni, więc je eksponowała, choć nie była pewna, czy słusznie. Któregoś dnia Lavi je czesał. To był jeden z dni, kiedy dręczyły ją koszmary, przez co włóczyła się po deszczu. Rudzielec otoczył przyjaciółkę troską i ciepłem, rozczesał jej mokre po kąpieli włosy, opowiadając o dziewczynce, której też czesał włosy przez jakiś czas. Tamtego dnia także miał wątpliwości, widział, że coś się dzieje, ale nadal był nieświadomy walki wewnątrz Zakonu o Anioła, lecz bał się o nią. Swoją drogą byli wtedy jeszcze na etapie jego zadurzenia w Vivian, co także wpływało na jego ocenę sytuacji.
Od razu poczuła różnicę. Głowa wydawała się lżejsza niż dotychczas, co było dość dziwnym uczuciem, ale w ciągu najbliższych dni przyzwyczai się, że szczotka nie musi pokonywać tak odległej drogi.
– Gotowe. Sprawdź, czy może być.
Vivian podniosła się i podeszła do lustra. Jeszcze kilkanaście minut temu włosy prawie do bioder teraz kończyły się trochę poniżej szczęki, przesunął się również przedziałek trochę na lewą stronę, a kilka pasm z przodu stały się dłuższą grzywką, która jednak nie zasłaniała twarzy. Uśmiechnęła się do swojego odbicia.
– Podoba mi się – orzekła.
– Wariatka – mruknęła Saii. – To teraz chodź pomóc sprzątać.
Gdy zobaczyła kupkę własnych włosów na posadzce, mimo wszystko poczuła odrobinę smutku. Coś się skończyło i minie sporo czasu nim wróci, jeśli w ogóle. Z nostalgią wspominała czasy, kiedy Squalo się nimi bawił i wtulał się w nie. Lubiła, gdy je pieścił, choć zwykle było to preludium do bardziej absorbujących spraw. Jednak Rekina już nie ma, teraz włosów także i na razie nie ma kandydata do zabawy nimi. Vivian pozostała nadzieja, że to początek czegoś nowego i może nawet lepszego…

***

Vivian: Dotarliśmy do ostatniej notki w tym roku.
Arte: Regularnej, oczywiście. W Wigilię pojawi się odcinek świąteczny z Waszymi ulubionymi bohaterami, zaś w Sylwestra noworoczny osadzony w trochę późniejszych realiach.
Lavi: Warto wspomnieć, że nowa odsłona historii Vivian ma prawie pół roku, co jest niesamowite. Jak ten czas szybko leci.
Laurie: Dość szybko. Kolejne dwa tygodnie też szybko zlecą, nawet się nie obejrzę, co mnie trochę martwi, ale cóż, chciałam, to mam. W tym roku nie zostawiam wielkiego dramatu na koniec roku no chyba, że weźmiemy pod uwagę ścięcie przez Vivian włosów.
Arte: To było okrutne.
Laurie: Cicho, wampirze. Nie przedłużam i zapraszam w czasie świąt do zapoznania się z odcinkiem specjalnym. Pozdrawiamy serdecznie i do zobaczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s