Na pozór wszystko gra, ja cały czas uśmiecham się A słowa bez znaczenia są, bo o czymś innym myślę wciąż

Vivian ocknęła się w bólu, co oznaczało, że żyje. Czuła wszystkie połamane kości i rany. Tym razem mogła naprawdę zginąć. Gdyby nie jej mistrzyni, bo domyślała się, że to ona była powodem dłuższego egzystowania w tym świecie, byłoby nie za ciekawie. Syknęła z bólu, gdy próbowała podnieść głowę.
– Nie ruszaj się – usłyszała Saiichi.
– Jest bardzo źle? – zapytała zachrypniętym głosem.
– Będziesz żyć – odparła. – Teraz się nie ruszaj.
Białowłosa spojrzała na twarz rannej dziewczyny. Widziała ból, choć była pewna, że Vivian skomlałaby, gdyby nie znieczulenie. Pracowała w ciszy, składając kości i zszywając rany. Teraz była już spokojna, ale gdy usłyszała, że jedna z Cieni umiera, a potem zobaczyła brązowowłosą na zakrwawionym prześcieradle, na moment ogarnęła ją panika. Chyba tylko cichy głos Arianne proszący, by pomogła jej uczennicy, sprawił, że wzięła się w garść.
Walker nie próbowała się już ruszać. Cierpliwie czekała aż zostanie opatrzona i wróci jej pełna jasność umysłu. Musiała przeanalizować walkę z nagą, znaleźć błędy, które trzeba wyeliminować, żeby w przyszłości nie pozwolić na taką sytuację. Sama nie wiedziała, kiedy ponownie straciła przytomność.
Wyczuła zmianę w swoim organizmie – znak, że ciało właściwie się regenerowało. Otworzyła oczy i ostrożnie podniosła się do siadu. Klatkę piersiową i brzuch miała owinięte bandażem, roztrzaskany bark wrócił do normy, a złamaną nogą była już w stanie poruszać. Za kilka godzin będzie mogła spróbować wstać z łóżka.
– Vivian, co ty wyprawiasz? – usłyszała.
Saii pojawiła się w ciągu sekundy przy łóżku i niemal siłą ułożyła dziewczynę na poduszce. Zmarszczyła przy tym brwi.
– Musisz leżeć – oznajmiła.
– Ale ja się dobrze czuję – zaprotestowała brązowowłosa.
– Masz leżeć. Niemal otarłaś się o śmierć. Przynajmniej tydzień spędzisz w łóżku, jeśli nie dłużej.
– Co? Nie ma mowy.
– Jak nie przestaniesz, przywiążę cię do łóżka. Twój organizm musi się w pełni zregenerować w dłuższym czasie, bo nigdy nie będziesz w stanie wykorzystać jego potencjału w stu procentach. Kiedy cię składałam, zauważyłam sporo niewprawnych prób łatania twojego ciała. Robiłaś to sama, prawda?
– Nie miałam wyboru.
– Masz zostać w łóżku i odpoczywać. Żadnego podnoszenia się, dopóki ci nie pozwolę.
– Cholera mnie weźmie – mruknęła Vivian.
– Trochę cierpliwości. Skorzystasz na tym i jeszcze mi podziękujesz, a teraz wypij to – podstawiła jej kubek z jakimś płynem.
– Co to?
– Na wzmocnienie. No już, pij.
Vivian z ociąganiem wykonała polecenie. Skrzywiła się, gdy poczuła ohydny smak leku. Saii za to wzięła drugi kubek.
– A to co?
– Po tym pójdziesz spać – nie pozwoliła jej się odezwać. – Ani słowa. Sen wspomoże proces regeneracji. Pij.
Czy tego chciała czy nie, Vivian musiała wypić kolejną miksturę. Ta miała przynajmniej przyjemny smak. Parę chwil później brązowowłosa zapadła w uzdrawiający sen, a Saii odetchnęła z ulgą. Myślała, że będzie gorzej i nie obędzie się bez wrzasków i przekleństw. Vivian była cholernie uparta, niecierpliwa i w ogóle nie dbała o siebie. Białowłosa nawet od niej słyszała o tym, co przeszła, ale gdy zobaczyła jej ciało, była jeszcze bardziej przerażona spustoszeniem, które dokonało w nim życie. Nie miała chyba kości, która nie byłaby choćby raz złamana, pewnie nawet kręgosłup nie był cały, więc to cud, że dziewczyna jeszcze chodzi. Blizny pokrywały starsze ślady, przez co wyglądało to tak, jakby wielokrotnie ją masakrowano. Najgorsze jednak były wszystkie niedoleczone rany. Kilka żeber już na stałe zrastało się krzywo, a niektóre miejsca krwawiły po lekkim uszkodzeniu. Takie zachowanie było nieodpowiedzialne, stanowiło zagrożenie i nie pozwalało na pełne wykorzystanie możliwości organizmu. Poza tym odpoczynek był integralną częścią treningu i każdy bęcwał o tym wiedział, więc czego Vivian nie rozumiała i dlaczego się tak bardzo buntowała przed nic nierobieniem?
Gdy brązowowłosa obudziła się, fizycznie czuła się dobrze. Wszystkie złamania zrosły się, a rany zagoiły. Była zdrowa. Właśnie dlatego zaraz po zjedzeniu śniadania, które ktoś zostawił przy łóżku, wstała i przeszła się po szpitalnej sali. W ruchu najlepiej sprawdzało się, czy nic nie zostało na trwale uszkodzone. Gdy była już pewna swej sprawności, podeszła do okna i oparła się o parapet.
– Wracaj do łóżka – usłyszała.
– Nic mi nie jest. Twoja troska jest zbędna.
– Vivian, wracaj do łóżka – Saii zaakcentowała każde słowo z osobna.
– Nie rozkazuj mi.
Brązowowłosa odwróciła się do wyraźnie złej Strażniczki, która gotowa była zaciągnąć ją siłą na posłanie.
– Tak się składa, że to ja mam nad tobą pieczę, więc powinnaś mnie słuchać, jeśli nie chcesz, żebym użyła drastycznych środków.
– A myślałam, że powiesz, że tydzień już minął.
– Minęły trzy dni, odkąd próbowałaś się zabić.
– Nie ja siebie, ale naga mnie.
– Na jedno wychodzi. Widziałam, w jakim jesteś stanie, kiedy cię ratowałam. Jesteś nieodpowiedzialną gówniarą, która tylko się naraża, bo myśli, że jest nieśmiertelna.
– Przeginasz, Saiichi. Nic ci do tego, a przy tym nikt cię nie prosił o ratunek.
– I tu się zdziwisz, bo to pani Arianne po mnie posłała. Czy ty nie rozumiesz, że swoim zachowaniem ranisz innych? Tak bardzo chcesz się zabić?
– Śmierć w walce nie jest niczym złym. Lepsze to niż czekanie na wyrok czy na to, kiedy jakiś psychol mnie zarżnie.
– Nie rozumiesz, Vivian. Śmierć nie jest niczym w porządku. Nieważne jaka. Zawsze rani tych, na których ci zależy.
Brązowowłosa uderzyła pięścią o parapet. Nie musiała jej o tym przypominać. Wiedziała, co zrobiła, a Saii pojęcia o tym nie miała.
– A ty kim jesteś, co? – syknęła ze wściekłością. – Czemu mnie oceniasz?! Myślisz, że pozjadałaś wszystkie rozumy i ci wolno?! Nie, Saiichi. Gówno wiesz o mnie i o moim życiu! Siedzisz tu sobie, bawisz się z dziećmi i od czasu do czasu stłuczesz kogoś dla zabawy, więc co ty wiesz o życiu?! Co wiesz o mnie?! Tylko tyle, ile ci powiem albo wyciągniesz od mojej mistrzyni, więc bądź tak dobra i nie ucz mnie, jak żyć.
– Ty się z nikim nie liczysz, Vivian. Nie obchodzi cię nikt, nawet ty sama. Odrzucasz wszystko w tak perfidny sposób, że aż mi ciebie żal. Nie rozumiesz, że masz dla kogo żyć? Czemu tego nie szanujesz? Czemu masz gdzieś życie obok tych, których nazywasz swoimi bliskimi?
– Ja nie mam bliskich i to nie jest twoja sprawa.
– I ty chcesz ukończyć mój trening? W ten sposób niczego nie osiągniesz, bo nie dbasz o własne życie. Jesteś żałosna.
Od dłuższej chwili po policzkach białowłosej spływały łzy, choć jej głos sprawiał wrażenie, że jest naprawdę wkurzona. Jednak ostatnie zdanie wypłakała. Vivian była w szoku. Nie wiedziała, czy Strażniczka jest wściekła czy zrozpaczona.
– Sa… ichi…
Nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo dziewczyna odwróciła się na pięcie i wybiegła. Brązowowłosa oparła się o szybę. Owszem, Saii ją rozjuszyła, ale nie zamierzała doprowadzać jej do płaczu.
– W porządku, Vivian?
– A wygląda?
Spojrzała na młodego mężczyznę w kitlu podobnym do tych, które nosili naukowcy w Czarnym Zakonie. Miał na imię Ian i był tutaj lekarzem. Parokrotnie opatrywał ją i Saii po treningu.
– No właśnie nie bardzo.
– To nie pytaj głupio.
Wróciła na swoje łóżko i oparła łokieć o jego ramę. Brunet poprawił niebieską grzywkę – jeden z pomysłów Strażniczki – i usiadł obok niej.
– Nie chciałam doprowadzić jej do płaczu – przyznała brązowowłosa. – Wkurzyła mnie, ale nie sądziłam, że to się skończy w ten sposób.
– Nie obwiniaj się o jej łzy. Saii dość często się tak zachowuje. Jednocześnie krzyczy i płacze, denerwuje się z byle powodu i czasem nikt nie wie, o co jej chodzi, ale przyzwyczailiśmy się. Jest histeryczką, kiedy chodzi o osoby, które uzna za przyjaciół. Troszczy się o nich i chce, by byli szczęśliwi. Czasami zbyt wiele wymaga od siebie, ale to dobra dziewczyna.
– Powinnam trzymać nerwy na wodzy – westchnęła brązowowłosa.
– I tak dobrze, że wytrzymałyście tyle czasu. Mimo różnic jesteście bardzo podobne, a przede wszystkim bardzo uparte. Nic dziwnego, że doszło do spięcia, ale kiedy emocje opadną, wszystko wróci do normy, więc się tym nie martw.
– Dzięki, Ian.
– Nie ma za co. Poleniuchuj sobie jeszcze, póki możesz.
Vivian została sama z własnymi myślami. Nie widziała w Saii zadufanej w sobie prowincjuszki, która nic nie wie o świecie. Owszem, białowłosa miała zbyt dużo pewności siebie, ale widziała także innych. Wolała zajmować się nimi niż mówić o sobie. Mimo jej rozgadania egzorcystka wiedziała o jej przeszłości niewiele, Saii raczej mówiła o pierdołach, które nie miały większego znaczenia. Bardziej niż historia dziewczyny istotne były jej umiejętności i optymizm, którym zarażała innych z szybkością błyskawicy. Vivian nie potrafiła z niczym porównać relacji, która wytworzyła się pomiędzy nimi, można to chyba nazwać bratnimi duszami. Irracjonalnie ufała jej bez oporów i po krótkim czasie potrafiła się przed nią otworzyć bez kłamstw i krętactw.
Saii miał też trochę racji. Vivian pamiętała, co powiedziała Tykiemu w Persji. Uniknęła jego ataku, tracąc przy tym okazję do zadania ciosu, bo ktoś na nią czekał. Nie chciała umrzeć, bo był Squalo. Wtedy o siebie dbała, myślała zanim zadała cios. Po jego śmierci przestało jej na tym zależeć, a sprawa Anioła Lucyfera, która nagle nabrała rozpędu, dołożyła swoje. W efekcie musiała opuścić Czarny Zakon, więc sfingowała własną śmierć. Oficjalnie była martwa. Już bardziej nie mogła skrzywdzić własnych bliskich. Było po wszystkim. Tylko co z Ligą? Była Arianne, która robiła wszystko, żeby wyszkolić ją na wspaniałego Cienia, zaangażowała się i pewnie przyzwyczaiła się do niej. Vivian dostrzegła pewne zbieżne cechy charakteru z Tiedollem, który swych uczniów traktuje jak własne dzieci, co jest dla nich wręcz upierdliwe. Czy Arianne właśnie tak ją widziała? Do tej pory, gdy w czasie zadań Vivian się zraniła, Francuzka wydawała się zmartwiona. Był Arte, który podobno przy niej zachowywał się jak normalny człowiek. Jeśli jego wredne docinki można nazwać normalnym zachowaniem. Stał się jej przyjacielem, pomagał, gdy miała problemy, zmuszał do podejmowania ryzyka, doprowadzał do szewskiej pasji i do niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Nie myśleli o dzielących ich różnicach, to nie miało znaczenia. Była jeszcze rozgadana Wiedźma i reszta tego cyrku. Czy naprawdę jej śmierć nie poruszyłaby nikogo?
Saiichi wybiegła do ogrodu, żeby się uspokoić. Tam wpadła na Arianne dość zaskoczoną mokrymi policzkami białowłosej.
– Co się stało, Saii? – zapytała zaniepokojona.
Dawno nie widziała jej w tak kiepskim humorze i była ciekawa, co się wydarzyło.
– Vivian w ogóle mnie nie słucha. Czemu jest taką idiotką?
Francuzka pogłaskała ją po włosach, domyślając się, o co poszło. Posadziła dziewczynę obok siebie i poczekała aż się trochę uspokoi. Dopiero wtedy się odezwała:
– Vivian zwykle nikogo nie słucha. Jest uparta i brak jej pokory.
– Czemu ona tak o siebie nie dba? Widziałaś jej blizny?
– Owszem, widziałam. Gdziekolwiek Vivian by nie była, zawsze przechodziła piekło. To ją wyzbyło przywiązania do własnego życia.
– Ale przecież egzorcyści ją kochali. Nie rozumiała tego? To dlaczego była z tamtym chłopakiem?
– Myślę, że Vivian do tego czasu, do śmierci Squalo chciała żyć, bo była szczęśliwa, ale potem znowu wszystko się rozpadło i wróciło do starego porządku. Jeszcze się nie przyzwyczaiła, że ktoś czeka i się o nią martwi. Krzykami niczego nie załatwisz. Powiedz jej po prostu, że się o nią boisz, spróbuj wyjaśnić, o co ci chodzi.
– Ty próbowałaś?
– Mnie nie posłucha. Tobie ufa bardziej. Spróbuj. Może coś zmienisz w tej upartej dziewczynie.
– Ona chce umrzeć?
– Nie, ale boi się żyć, a my musimy ją przekonać, że warto.
– Chyba mam pomysł – Saii uśmiechnęła się promiennie.
Nie było już widać, że kilka minut wcześniej płakała. Spędziła jeszcze trochę czasu z Arianne, ale nie wyjaśniła, na co wpadła. To miała być niespodzianka.
Vivian czytała książkę, gdy Saiichi weszła do sali szpitalnej. Brązowowłosa zaznaczyła stronę, na której skończyła, odłożyła tom i spojrzała na Strażniczkę.
– Byłam pewna, że wrócisz do siebie – powiedziała białowłosa. – Poszłaś do biblioteki?
– Poprosiłam Iana, żeby mi coś przyniósł. Nie lubię leżenia i patrzenia w sufit. Saii, przepraszam cię za to, co powiedziałam. Nie powinnam cię oceniać w ten sposób, bo to dzięki tobie żyję. Masz rację, gdzieś przepadł mój instynkt przetrwania i nie szanuję swojego zdrowia. Jesteś bardzo zła?
– Nie, głupku – usiadła na skraju łóżka. – Cieszę się, że zrozumiałaś. Ja ciebie też przepraszam. Dałam się ponieść nerwom i doprowadziłam do awantury. Po prostu bałam się, że znowu zrobisz sobie krzywdę. Ludzkie ciało jest takie kruche, a ty jesteś moją przyjaciółką i nie chcę, żebyś umarła.
– Wiem. Teraz rozumiem. Obiecuję, że będę na siebie uważać i nie będę ryzykować jak jakiś żółtodziób. To jaka kara mnie czeka?
– Niech pomyślę… Dodatkowe trzy dni w łóżku.
– Co? Saii, zlituj się na Boga.
– Przecież ty nie wierzysz w Boga. Nie martw się, żartowałam.
Po sali rozniósł się ich śmiech. Przez resztę dnia wesoło rozmawiały, białowłosa próbowała podpytać przyjaciółkę o egzorcystów, ale ta zmieniała temat tak zręcznie, że było to godne podziwu.
– No, no, no. Widzę, że jesteście bardziej zmienne niż pogoda – zażartował Ian, widząc je czymś rozbawione.
– To babskie spotkanie. Wyjdź – Saii wystawiła mu język.
– Wiem, wiem. Obgadywałyście mnie, bo całe popołudnie kicham.
– Jakbyśmy nie miały na czyj temat plotkować – Vivian przewróciła oczami. – Wybacz, ale nie jesteś w moim typie, choć Saii powiedziała, że chętnie mi cię odstąpi.
– To nie było miłe.
– Musisz się bardziej postarać, żeby otrzymać jej względy – kpiła dalej brązowowłosa.
– Coś cięty masz języczek. Chyba mogę cię stąd już wypuścić.
– Wybacz, ale to ja odpowiadam za zdrowie tej zarazy – odparła Saiichi.
– Odezwała się bakteria.
Ian wolał się wycofać, gdy zaczęły się licytować najpierw obelgami, a potem próbowały wyciągnąć od niego, która ma piękniejsze przymioty. Tylko go zakłopotały, ale cieszył się, że doszły do porozumienia. Obie po kłótni wydawały się przygnębione i przygaszone, a teraz wręcz tryskały energią.
Kolejne dni minęły szybciej niż Vivian się spodziewała i Saii zagoniła ją do morderczych treningów. Przy okazji obiecała jej niespodziankę, jeśli spełni oczekiwania i zrobi postępy. Nieważne jak brązowowłosa podchodziła przyjaciółkę, ta nie odpowiadała. Kiedy chciała, potrafiła zachować milczenie, co było wręcz dziwne, ale Saiichi niejednokrotnie udowodniła, że pełno w niej sprzeczności.
Niebo było bezchmurne, a lekki wiaterek poruszał huśtawką, na której leżała, i włosami Niszczyciela Czasu, na którego kolanach trzymała głowę. W normalnych okolicznościach pewnie by się podniosła, ale nie miała na to siły. Nawet we śnie czuła skutki treningu Saii.
– Powinnam się wyspać – mruknęła. – Bo inaczej umrę zanim spełnię twoje oczekiwania.
– To ci raczej nie grozi.
– Kontrolujesz mnie?
– A nie wzywałaś? – zapytał rozbawionym tonem.
– No wyobraź sobie, że nie – odparła kpiąco. – A może byliśmy umówieni, a ja zapomniałam? A teraz poważnie. Co chcesz?
– Wydajesz się szczęśliwa.
– Wolałeś mnie użalającą się nad sobą? Wtedy przynajmniej mogłeś spróbować zabłysnąć.
– Nie, Aniele. Cieszę się twoim szczęściem. Może nie muszę się o ciebie tak bardzo martwić jak przypuszczałem.
– Czy to znaczy rzadsze wizyty?
Niszczyciel westchnął zrezygnowany. Czasami za nią nie nadążał.
– Myślałem, że doszliśmy do porozumienia.
– Zmień wygląd i przestań mi wciąż przypominać, że jestem Aniołem Lucyfera, to może rozpatrzę wniosek o widzenie, a teraz daj mi już spać.
Zamknęła oczy, układając się wygodniej. Nawet jeśli mówiła, że go nie chce, zaakceptowała go w swoim życiu i Niszczycielowi to wystarczało. Kochał tę dziewczynę i czuł smutek, wiedząc, że czekaj ją inny los niż się spodziewała, ale tylko wtedy, gdy spełni określone warunki. Tego nie mógł od niej oczekiwać, nie wolno mu było również o tym mówić, więc była bezbronna wobec góry.
Spojrzała na niego, gdy usłyszała, że nuci Kołysankę.
– Skąd to znasz? – zapytała.
– Nia mnie nauczyła. Pomaga, gdy czuję smutek.
– Stało się coś?
– Nie, to tak bez powodu.
– Wiem, że mam przechlapane, ale mogę to trochę odwlec, prawda?
– Decyzje musisz podejmować sama. Ja mam cię tylko dopilnować.
– Przebiegły gad.
– Miło mi, twój anioł stróż – zażartował.
Uderzyła pięścią w jego tors i ponownie zamknęła oczy.
– Pośpiewaj mi jeszcze.
– Jak sobie życzysz, Aniele.

***

Vivian: Tak jak przewidywaliście, wykaraskałam się. Jak zwykle zresztą.
Arte: Mam własny fanklub.
Vivian: I co jeszcze? Stronę na fb też?
Laurie: Skończ ze złośliwościami. Co do wypowiedzi Iana dla tych, którzy mogą nie wiedzieć. W Japonii panuje przesąd, że jak się kogoś obgaduje, to ta osoba kicha.
Vivian: A Ian jest w w ogóle Japończykiem? Bo jakoś nie zauważyłam.
Laurie: Klasztor został założony przez Japończyków, więc takie przesądy mogły wejść tam z nimi. Zresztą czy to takie ważne?
Vivian: No w sumie nie chyba, że ktoś będzie chciał udowodnić, że pod koniec XIX w. nie istniał ten przesąd.
Arte: To będzie znaczyło, że ktoś ma za dużo wolnego czasu.
Laurie: Ja chętnie przyjmę wolny czas. Mnie się zawsze przyda.
Vivian: Tak, tak, wiemy, moje ty biedne bez czasu dla siebie stworzenie. Powoli kończy się nasza przygoda z Klasztorem. Jeszcze dokładnie 3 rozdziały i lecimy dalej. Za tydzień pojawi się gość specjalny, ale pewnie i tak nie zgadniecie, kto to taki.
Arte: Nie, to nie będzie nikt z obsady tej opowieści.
Vivian: Właśnie, więc na Kandę nie liczcie. Niech to pozostanie niespodzianką jeszcze przez najbliższe 7 dni. Do tego czasu trzymajcie się ciepło, bo zimne nastały czasy i do następnego.

6 thoughts on “Na pozór wszystko gra, ja cały czas uśmiecham się A słowa bez znaczenia są, bo o czymś innym myślę wciąż

  1. Arte kochaaaaamy cię ~~ zasługujesz na fanklub

    Rozdział jak zwykle super. Czego innego mogłabym się spodziewać? Vivian zachowuje się czasem jak małe emo, i sama uważam że saiichi ma racje. Facet nawiedza ją w snach…ma super koleżankę… większość osób ją lubi…noah dali jej spokój… czego jeszcze chce od życia?? : D

  2. Naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć.
    Naprawdę. „Wyyybacz, wybacz proooszę!” *podśpiewuje*
    Przeczytałam i… ojej. *u*
    Niby wiadomo (no, może czasami nie do końca ), że nic się jej nie stanie – to przecież główna bohaterka, więc trochę słabo byłoby zabijać ją w połowie opowiadania. Nie bądź takim chuliganem. Znów leżałabym w pozycji embrionalnej kilka godzin, zastanawiając się, co teraz zrobię, albo chodziłabym w kółko po pokoju.
    Pozdrawiam i czekam. Ooo czekam. *nuci*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s