Gdy przestaniesz liczyć czas Weźmiesz mniej więcej dasz Gdy przestaniesz się już bać Staniesz tym, kim chcesz stać

Saiichi wyszła na wewnętrzny dziedziniec, gdzie dostrzegła Pauriego i kilku innych członków klasztoru ciekawie przyglądających się Vivian. Brązowowłosa siedziała na środku pola treningowego z zamkniętymi oczami i się nie ruszała. Uwagę zwracała jej cera, która chwilami stawała się szara, ale nie było to zjawisko stałe.
– Nie przeszkadzajcie jej – powiedziała Saii.
– Co ona robi?
– Nie mam pojęcia, Pauri.
– Jak to?
– Poprosiła, abym dała jej trochę czasu na samotny trening, ale nie powiedziała, co chce zrobić.
– To na pewno bezpieczne?
– Ufam jej, a wy powinniście zająć się swoimi sprawami.
Sama była ciekawa, co Vivian wymyśliła, ale powstrzymała się przed pytaniami. Usiadła pod jednym z filarów i obserwowała zmieniającą się skórę przyjaciółki. Co dziwniejsze, czoło dziewczyny było czyste, brakowało jakichkolwiek niedoskonałości, nie mówiąc już o stygmatach charakteryzujących członków Klanu Noah. Za to jej aura oczyściła się. Wcześniej była mętna i niejasna, jakby złowroga, a jednocześnie charakteryzująca osobę niepewną i pełną wątpliwości. Teraz było inaczej. Od Vivian biły spokój i pewność siebie.
W pewnej chwili była egzorcystka wyciągnęła przed siebie dłoń i otworzyła oczy. Jej spojrzenie było złote, kiedy skupiona wpatrywała się w swoje palce, a potem skrzywiła się nieznacznie. Momentalnie tęczówki wróciły do swojego naturalnego koloru, a ona odwróciła się do Saiichi. Westchnęła.
– Zmęczona? – zapytała białowłosa.
– Tak. Nie sądziłam, że pochłonie to tyle mojej energii.
– Od powrotu prawie nie jesz i nie śpisz. Zaczynam się martwić, że twój trening idzie w złą stronę.
– Musiałam wyodrębnić kilka wspomnień Zemsty z całej historii, co nie było tak proste, jak się wydawało.
– Daj sobie dzień spokoju i oddechu.
– Już prawie to mam – zaprotestowała Walker.
– Wiem, Vivian, ale nie musisz się z tym śpieszyć. Nikt nie oczekuje od ciebie wyników natychmiast.
– Fakt – uśmiechnęła się. – Zjadłabym placek z truskawkami.
Saiichi wybuchła śmiechem. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Gdyby nie filar, o który się opierała, pewnie właśnie leżałaby na ziemi skulona ze śmiechu.
– No co?
– Placek z truskawkami? Przecież jest dopiero wiosna – powiedziała białowłosa.
– Wiosna, mówisz? – westchnęła Vivian.
Położyła się na ziemi i spojrzała w niebo. Sama nie zauważyła, kiedy ten czas minął. Dopiero niedawno zaczynała się zima, a niedługo minie pół roku, odkąd wstąpiła w szeregi Ligi Cieni.
– Nie licz dni – usłyszała Saiichi. – To nie zmieni świata ani nie pozwoli ci pogodzić się z tym, co nieuniknione.
– Minęło niemal pół roku, a ja nadal tęsknię. Kiedyś nie zwracałam uwagi na ludzi, których za sobą zostawiałam.
– Skoro tęsknisz, to ci zależy, a skoro ci zależy, masz po co żyć i się rozwijać, masz dla kogo walczyć, nawet jeśli oni o tym nie wiedzą.
Vivian odwróciła się na bok i uśmiechnęła do przyjaciółki. Mimo wszystko nie czuła smutku. Tęsknotę tak, ale nie smutek. To naprawdę świadczyło o zmianach, które zaszły w jej życiu – stała się inna, będąc wciąż tą samą Vivian Walker, którą tak dobrze znali.
– Kiedyś śpieszyłabym się z treningiem, żeby szybko wrócić i rzucić się w wir zajęć tylko po to, by nie myśleć o tym, co mnie czeka, o ludziach, którzy na mnie czekają, których krzywdziłam. Nienawidziłabym siebie za samo swoje istnienie, bo w oczach wielu jestem jedynie przedmiotem.
– Moim zdaniem Anioł Lucyfera to kluczowy gracz. Możesz wszystko i powinni się z tobą liczyć.
– Teraz to wiem. Oni pewnie też. Zawsze bardziej przykładali wagę do wartości Klucza niż ja, nie mówiąc mi jednocześnie niczego. Jedna strona obiecywała, druga straszyła, a obie chciały, abym nie wiedziała, bo wtedy mogli mnie kontrolować.
– To tak można? – zaśmiała się Saii. – Przecież ty nikogo nie słuchasz.
– Są w Zakonie ludzie, którzy chcieli mnie zamknąć i torturować, a nawet zabić za to, że istnieję. Przecież ci mówiłam.
– Byłam przekonana, że ten cały Spencer był pojedynczym przypadkiem.
– To tak nie działa. Na samej górze są osoby, dla których egzorcyści to tylko pionki, mięso armatnie, a liczy się pokonanie Earla. Nie cofną się przed niczym, aby tego dokonać. Jeszcze dwanaście lat temu prowadzili eksperymenty, których nie powinni. To Komui zapewnił nam dom, kąt, w którym możemy się rozluźnić, odpocząć i poczuć jak normalni ludzie. Tyle razy nadstawiał za mną karku przed Leverrierem, że chyba nie potrafię zliczyć, a w zamian musiał się ze mną użerać. Powinien mnie już dawno kopnąć w tyłek i wysłać pod bezpośrednie dowództwo Leverriera, żeby pozbyć się choć jednego problemu. Jak teraz o tym myślę, czuję się okropnie.
– Sporo mu zawdzięczasz.
– Życie i to nie wiem, ile razy. Stworzył egzorcystom dom. Może trochę egoistycznie, bo ze względu na Lenalee, ale dobrze na tym wyszliśmy – zaśmiała się. – Ten człowiek ma naprawdę anielską cierpliwość, bo każdy z nas jest na swój sposób upierdliwy, a jak już zaczniemy ze sobą walczyć, to nawet jemu nerwy puszczają. Ale ma to też swoją gorszą stronę. Wszystkie jego eksperymenty są niebezpieczne dla wszystkiego, co się rusza i zawsze przynosi katastrofę – zaśmiała się. – Kandę zawsze szlag trafia i boczy się przez tydzień zwłaszcza, gdy trafi się Komurin.
– Komurin?
– Robot stworzony przez Komuiego. Za każdym razem pół Kwatery Głównej jest zdemolowanej. Cud, że jeszcze żadne z nas nie ukatrupiło głupiego Kierownika.
– Musi być zabawnie.
– Jak teraz o tym myślę, to tak. Wiele rzeczy było złych, w wielu były niepotrzebne kłótnie, nerwy i słowa, których powinniśmy żałować, ale wiele sytuacji było zabawnych i nie chciałabym ich nigdy zapomnieć. Mam nadzieję, że Leverrier nie znęca się nad nimi zbyt mocno.
– Na pewno Komui na to nie pozwoli. No chyba, że miałaś uprzywilejowaną pozycję.
– Wręcz przeciwnie, sprawiałam najwięcej problemów. A to kłótnie z Kandą, a to znowu coś zrobiłam, a to do kogoś pyskuję, a to znikam na cały dzień i tak dalej. Ale ja z tym plackiem to poważnie mówiłam.
– Zapomnij. Nie ma truskawek.
– Jerry by znalazł – nachmurzyła się. – W kuchni miałam uprzywilejowaną pozycję.
– Czyli byłaś czyjąś ulubienicą. To już sukces.
– Szefa sekcji kuchennej. Zawsze mogłam do niego przyjść i się wygadać bez zbędnych ceregieli, zawsze miał dla mnie jabłko i czasami strasznie przypominał mi Manę. Do tej pory nie wiem, dlaczego właściwie, bo przecież to dwie zupełnie różne osoby. Ale jak podprowadziliśmy wino ze Squalo, to nie było przebacz – zaśmiała się na wspomnienie tamtego popołudnia. – Do nocy szorowaliśmy stołówkę i jeszcze nasłuchaliśmy się kazania od Komuiego.
– Podprowadziliście wino? – zaśmiała się Saii.
– Właściwie to Squalo, a wino było dla generałów.
Białowłosa chichotała rozbawiona tym, co właśnie usłyszała.
– On oszalał.
– Bardzo możliwe, ale Squalo nigdy nie był do końca normalny, a jak już mu coś strzeliło do głowy, to koniec. Był głośny, nieznośny i ciągle domagał się uwagi, a jednocześnie wykazywał się subtelnością, wrażliwością i romantyzmem.
– Brzmi prawie jak ideał.
– Do ideału brakowało mu naprawdę sporo, ale starał się jak mógł. Znosił wszystkie moje humorki, był, kiedy go potrzebowałam i czułam, że naprawdę mam w nim oparcie. Jednocześnie był kretynem, który myślał, że wszystko może zrobić sam. Przez to też zginął. Przez własną, cholerną dumę. Cenił ją bardziej niż mnie.
– Ty byś nie zginęła za to, w co wierzysz?
– Nie w taki sposób. Pogodziłam się już z jego śmiercią, ale to nadal boli. Chyba nigdy nie przestanie, choć ja też nie byłam z nim w pełni szczera. Może ta miłość miała nigdy nie istnieć – westchnęła.
– Nic nie jest z góry ustalone. To my dokonujemy wyborów. Żałujesz, że z nim byłaś?
– Nie. To był jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu, nawet jeśli nie był idealny. Po prostu ta miłość narodziła się z kłamstwa.
– Czasami kłamstwo staje się prawdą i nie ma w tym nic złego, jeśli nikogo nie krzywdzi.
– W tym wypadku nie mam takiej pewności. Boję się, że każdy dzień podszyty kłamstwem tej miłości był dla Squalo krzywdzący.
– Kochałaś go?
– Jeśli tym samym uczuciem można obdarzyć dwie osoby, to tak. Teraz wiem, że to nie było po prostu tak głębokie, jak myślałam wtedy.
– Kogo prócz niego kochałaś? – zapytała Saiichi.
– A czy to teraz takie ważne? I tak go już nie spotkam.
Vivian podniosła się i otrzepała. Zamierzała wziąć długi prysznic i się przespać.
– Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
– Bo to nie ma już znaczenia. Powinnam o tym zapomnieć.
– A on cię kochał?
Brązowowłosa odwróciła się i uśmiechnęła rozgoryczona.
– W jego rękach byłabym tylko zabawką. On nikogo nie kocha i tylko by mnie zniszczył, gdybym pozwoliła mu się tak bardzo zbliżyć.
– Powiedział ci to?
– Nie musiał. Męczyłam się z nim półtorej roku. Znam wszystkie jego zagrywki i wiem, że dla niego liczyłaby się tylko miłość fizyczna.
– Więc czym zasłużył?
– Nie wiem. Może tym, że pomimo bycia sukinsynem, był moim najlepszym przyjacielem i aniołem stróżem. Możemy o nim nie rozmawiać?
– Jeśli nie chcesz.
– Nie chcę. Nie chcę o nim nawet myśleć. On idzie swoją drogą, ja swoją i tak jest dobrze. Poza tym z pewnością jest szczęśliwszy bez mojego ciągłego towarzystwa. Idę się zdrzemnąć. Potrzebuję jeszcze dwóch dni treningu i będziesz mogła ocenić, czy spełniłam twoje oczekiwania.
– Dobrze. Poczekam.
Vivian spędziła pod prysznicem znacznie więcej czasu niż planowała. Wszystko przez wspomnienie o Kandzie. Sama nie miała pewności, czy to, co powiedziała Saiichi, w rzeczywistości tak wyglądało. Czasami była przekonana, że go po prostu nie zna, nigdy nie znała.
– Idiotka – mruknęła, układając się pod kołdrą.
Zamiast spróbować oczyścić umysł, pozwoliła sobie na swobodny przepływ myśli. Przewróciła się na plecy i podłożyła ręce pod głowę, nie otwierając oczu. Dzięki temu znacznie szybciej zasnęła, choć we snach wędrowała we wspomnieniach Zemsty. Teraz dostrzegała więcej i wiedziała, czego szukać.
Saiichi nie zaczynała ponownie tego tematu. Nie chciała wywoływać niepotrzebnego spięcia i nadużywać swojego szczęścia. Vivian nigdy nie chciała wspominać o swoim życiu w Zakonie, a tym bardziej o spotkanych tam ludziach, a tu usłyszała tak wiele wspomnień, widziała na jej twarzy tyle emocji: radość, tęsknotę, smutek, złość, rozbawienie. Nie wiedziała, czym to jest spowodowane, ale cieszyła się, że przyjaciółka ufa jej coraz bardziej.
Dwa dni później znalazła Vivian spacerującą po ogrodzie, co trochę ją zdziwiło, gdyż była przekonana, że brązowowłosa kończy swój trening.
– Myślałam, że jesteś na sali.
– Potrzebowałam rozprostować kości. Wiem już do czego służy „adaptacja”. To nie oznacza możliwości ukrycia się, ale zaadaptowanie warunków istnienia klanu Noah.
– Co przez to rozumiesz?
– Z jednej strony mam swoje własne zdolności, które mogę rozwijać na różne sposoby. Z drugiej mogę używać zdolności pozostałych Noah, choć w minimalnej części. Nia, zabijając Noah w czasie pierwszych Trzech Dni Ciemności, odbierała im zdolności i adaptowała na swoje.
– Anioł Lucyfera jest przerażający.
– Fakt. Nie czuję się jednak najlepiej, używając ich sztuczek. W rzeczywistości opanowałam w pełni zdolności tylko dwojga Noah, których zabiliśmy. I to chyba nie do końca. Nad swoimi też muszę jeszcze popracować.
– A co z równowagą? Rozwiązałaś ten problem?
– Wystarczyło obniżyć poziom mocy Noah i przekleństwa do synchronizacji innocence. Do tego rzeczywiście musiałam dojść sama.
– Myślisz, że jesteś gotowa do opuszczenia Klasztoru?
– W sumie to jakoś mi nieśpieszno. Wiem, że Arte może tęsknić, ale jest dorosły i z pewnością doskonale wykonuje swoją pracę. Zresztą sam powiedział, że mam spożytkować tu tyle czasu, ile potrzebuję. Lubię tę atmosferę spokoju i stagnacji. Dawno nie miałam tyle luzu.
– Odpoczynek też jest ważny. Tego także musisz się nauczyć.
– Uczę się. Tak wiele zmian nastąpiło w tak krótkim czasie w moim życiu, że aż się dziwię, że się w tym orientuję.
– Jesteś silna, choć niecierpliwa i uparta. Masz też sporo złych nawyków.
– W końcu jestem upadłym aniołem – zaśmiała się.
Saiichi zawtórowała jej. Sama widziała zmiany w niej zachodzące przez te trzy miesiące pobytu tutaj. Teraz była inna.
– Pokażesz mi nową siebie? – zapytała.
– Chodź.
Ze zbrojowni zabrały kije treningowe i wykorzystały pusty dziedziniec. Przez kilka chwil okrążały się, obserwując każdy ruch przeciwniczki. Saii była ostrożniejsza, nie wiedząc, co przyjaciółka ma do zaoferowania, nie widziała jej treningu, a poprzednie dokonania były jedynie ułomkiem możliwości. Brązowowłosa wyciągnęła do niej dłoń i wskazała, żeby zaatakowała pierwsza. Tak też zrobiła. Vivian uchyliła się i skontrowała. Wymieniały się ciosami, było widać, że Walker poprawiła znacznie technikę, stała się bardziej świadoma tego, co robi ze swoim ciałem i dużo trudniej było ją odczytać.
Saii użyła swoistej „magii” Klasztoru, chcąc zmusić przyjaciółkę do ukazania prawdziwej mocy. Ta tylko się uśmiechnęła i nie przyjęła zaproszenia. Podrzuciła kij, aby mieć wolne ręce, kiedy podskoczyła i wykonała niepełne salto nad przeciwniczką, opierając się na jej ramionach. Błyskawicznie zaatakowała, ale została zatrzymana.
– Nie bądź taka, Vivian.
– Tak szybko chcesz kończyć? Dopiero się rozgrzewam.
– Przesadzasz. Pogrywasz sobie ze mną, unikając prawdziwej walki.
– Zdaję sobie sprawę, że masz w zanadrzu jeszcze kilka sztuczek, których nie znam, nadal też pomiędzy nami jest pewna różnica sił, której nie zminimalizuję. Brak mi doświadczenia w używaniu tej mocy.
– Nie zdobędziesz go, unikając walki.
– Powiedz po prostu, że chcesz to zobaczyć.
– Chcę. Po to się z tobą naciągam. Pokaż mi.
Vivian odskoczyła, przerywając starcie. Aktywowała innocence, a jej oczy na moment stały się złote. Saii wyczuła wręcz namacalnie zmianę. Uśmiechnęła się z uznaniem.
– Ładnie.
– Zobaczymy, co powiesz za chwilę.
Vivian zaatakowała. Białowłosa była przekonana, że rozgryzła ten atak, kiedy przeciwniczka zmieniła chwyt jednej ręki na broni, prostując dwa palce. Uderzenie było silniejsze niż się wydawało, przy tym było jeszcze coś.
– Innocence? – szepnęła.
– Połączenie pasożytniczego innocence z adaptacją pozwala na swobodne przeniesienie wyposażeniowego innocence do dowolnego przedmiotu, zwiększając jego siłę rażenia. Uznajesz moje zwycięstwo?
– W życiu. Teraz dopiero zaczyna się zabawa.
Walczyły tak do zapadnięcia nocy, gdy niebo rozświetlały jedynie gwiazdy. Pojedynek wciąż był nierozstrzygnięty, a każda z nich nadal chowała siły i sztuczki przed drugą, chcąc zwyciężyć. Ich oczy skrzyły się radością z walki, a po ustach błąkał się niewinny uśmieszek, który dostrzegłoby tylko sprawne oko.
– Są i nasze zguby – usłyszały.
Vivian tylko na moment odwróciła głowę, unikając kolejnego ciosu. Wystarczyło, aby dostrzegła w cieniu Pauriego, który oparł się ramieniem o filar.
– Dołączysz? – zapytała.
– Troje to już tłok. Długo zamierzacie tak tańczyć?
– Aż pojedynek się rozstrzygnie.
– Prędzej padniecie z wycieńczenia.
– Więc zwycięży wytrwalsza.
– Jesteście nienormalne. Przesadzacie i to stanowczo.
– Nie krytykuj nas za to, co sam lubisz robić – rzuciła Saii. – I nie rozpraszaj Vivian. Jej balans mocy nadal jest bardzo delikatny. Nad tym trzeba jeszcze popracować.
– Jak nad wieloma rzeczami – odparła brązowowłosa. – Tylko doświadczenie może wypełnić tę lukę.
– Właściwa odpowiedź – Saii odskoczyła. – Gratulacje. Ukończyłaś trening. Reszta jest już w twojej mocy.
– Już?
– Już, a czego się spodziewałaś?
– Że będziesz chciała wyciągnąć ze mnie wszystko, co się da – odparła Vivian, obserwując ją czujnie.
Nie wiedziała, czy dotyczy to również pojedynku.
– Ty masz swoje tajemnice, ja swoje. Potrafię to uszanować. Poza tym Anioł Lucyfera jest najpotężniejszy, gdy walczy w imię czegoś. Ja ci tego nie zapewnię, prawdziwy wróg owszem. Koniec na dziś.
Vivian jeszcze długo nie spała, patrząc na krajobraz za oknem. Czuła się szczęśliwa – chyba tak właściwie należało nazwać to uczucie. Przede wszystkim była pogodzona ze sobą, choć nie zawsze zgadzała się z tym, jak myślała Czternasta. Było też parę spraw wewnątrz niej, z którymi musiała się kiedyś zmierzyć, na razie traktowała je z obojętnością, co wchodziło jej w nawyk. Tym razem nie wspominała, ale patrzyła na to, co ją czeka. Myślami była już z Arte, ciekawiło ją, co u niego i czy się nie nudził. Chciała zobaczyć berlińską wiosnę i ukończyć szkolenie Cieni, chronić innych przed piekłem, którego doświadczyła, głupotą i żądzami, które doprowadzały do ruiny. Bycie Aniołem Lucyfera nie liczyło się tak bardzo, to zbyt daleka przyszłość, żeby się nad tym zastanawiać, ale wiedziała jedno – nie będzie uciekać przed akumami i Noah. Zbyt wiele razy musiała ustąpić im pola, żeby teraz odpuścić. Sami zrobili z niej sobie wroga, więc stanie do walki przeciw nim. Czy kiedyś dojdzie do prawdziwego starcia obu stron? Tego nie wiedziała, nie wybiegała tak daleko w przyszłość. Teraz była świadoma swych możliwości i mocy, błędów nieco naiwnej Nii i wiedziała, że nie da sobą manipulować. Obie strony będą musiały się z nią liczyć, bo to w jej dłoniach leżą losy tej wojny. Nie powinni o tym zapominać.
Arianne była dumna ze swojej uczennicy. Jednocześnie zaczęła już planować powrót do Berlina – czas ruszyć z dalszym szkoleniem. Poza tym tam było ich miejsce, nawet jeśli tutaj czuły się doskonale. Dała Vivian jeszcze kilka dni oddechu, aby mogła pozamykać sprawy w Klasztorze. Widziała, jak szybko przyzwyczaiła się do tych ludzi i stworzyła z nimi pewne więzi. Teraz trudno było wyjechać.
– Czasami żałuję, że kogoś obdarzam jakimś uczuciem – westchnęła Vivian.
Siedziały z Saii w ogrodzie, wykorzystując ciepło słońca i ciszę wokół. Następnego dnia brązowowłosa miała wyjechać.
– Dlaczego?
– Bo wtedy trudniej się odchodzi.
– Głupia jesteś. To nie jest tak, że nigdy się nie zobaczymy. Nie wiesz, co przyniesie los i gdzie cię poniesie. Dobrze jest mieć gdzieś ludzi, którzy darzą cię przyjaźnią i miłością. To daje siłę.
– A jeśli nigdy ich już nie zobaczę?
– I co z tego? Sama świadomość, że gdzieś są i o tobie myślą daje olbrzymią siłę. Łączy nas coś, czego nie można rozerwać czy przeciąć.
– A tęsknota?
– Oznacza, że komuś zależy. Dla mnie zawsze będziesz przyjaciółką niezależnie od tego, gdzie pójdziesz. Ludzkie ścieżki zwykle przecinają się ze sobą, aby znów się rozwidlić. Rzadko kiedy biegną obok siebie.
– Ja to jednak jestem tchórzem. Nienawidzę pożegnań.
– Sztuka pożegnań jest trudna i niewielu ją opanowało. Mnie też zawsze jest trudno. Nigdy nie wiem, co powiedzieć, bo przecież nie mogę wymagać od kogoś, że zostanie lub pójdzie za mną. Taka ludzka kolej losu.
– Nie chcę odchodzić, ale ciągnie mnie do domu. Stęskniłam się za Arte i porządkiem Europy. Szczerze mówiąc, to nie sądziłam, że będzie mi brakować tego głupka. Takich przyjaciół jak on mam niewielu.
– Więc dbaj o niego.
– A o ciebie?
– O mnie nie musisz. Tu dam sobie znakomicie sama radę, ale jak czasem napiszesz, co u ciebie, to się nie obrażę – zaśmiała się.
Tym razem Vivian postanowiła pożegnać się osobiście z każdą osobą, którą obdarzyła trochę cieplejszym uczuciem i poznała lepiej. Była u Iana, który jak zwykle przypomniał jej, że ma o siebie dbać, bo są ludzie, którzy się o nią martwią. Z Paurim stoczyła pożegnalny pojedynek, ucierając nosa dumnemu Finowi. Sporo czasu spędziła też z Niną, która dzielnie zniosła pożegnanie. Podarowała też brązowowłosej niewielki wisiorek zrobiony z muszli na szczęście. Podziękowała również Matce za to, że pozwoliła jej tutaj przyjechać. Pamięcią sięgnęła nawet do Rihana, który może nie był członkiem Klasztoru, ale spotkanie z nim stało się bardzo ważne dla dziewczyny.
Saii postanowiła odprowadzić je aż do stóp gór, w których ukryty był Klasztor Tysiąca Mieczy. Przez cały czas wesoło rozmawiała i wygłupiała się, jakby ta podróż miała się nigdy nie skończyć. To była jednak złudna nadzieja.
– Tu was zostawię – zatrzymała czarnego ogiera, którego pieszczotliwie nazywała Yoru.
Vivian spojrzała na nią niespokojnie. Po Saii nie było widać śladu smutku, uśmiechała się łagodnie.
– Czas na ostatnie kazanie? – zapytała.
– Powiem ci tylko jedno: pamiętaj o tym, że zawsze masz wrócić do domu i nie zmarnuj tego, czego nauczyło cię życie.
– Dziękuję za twoją pomoc, Saii.
– Głupia, przyjaciołom się nie dziękuje i nie sprawia im się przykrości.
– Przepraszam. Całkiem zapomniałam.
– Uważaj tam na siebie, bo drugi raz nie będę cię szyła.
– Będę pamiętać.
Białowłosa zeskoczyła lekko z grzbietu, żeby je uściskać. Mimo uśmiechu w oczach miała łzy. Nie chciała się z nimi żegnać, ale nie mogła samolubnie powiedzieć „zostańcie”.
– Nigdy cię nie zapomnę – szepnęła Vivian. – Nie da się, a ja nie chcę. Dbaj o Ninę i pozostałych tak jak dotychczas.
– Ty też o nas nie zapomnij i stań się tym, kim masz się stać. Do zobaczenia.
– Do zobaczenia, Saii.
Strażniczka wskoczyła na Yoru i popędziła go w kierunku, z którego przyjechały. Vivian obserwowała ją przez łzy do momentu, kiedy zniknęła wśród skał. Dopiero wtedy otarła policzki.
– W porządku, Vivian?
– Tak, mistrzyni. Po prostu będzie mi jej brakować.
– Na zawsze pozostaniecie przyjaciółkami.
– Jedźmy. Czas wrócić do domu.

***

Arte: Coś się skończyło.
Vivian: Wszystko się kiedyś kończy. Minęło mniej więcej pół roku fabuły, a ja nawet nie wiem, kiedy.
Arte: Nieco ponad pół roku na „Anioł Lucyfera”.
Laurie: Na wspominki wam się zebrało?
Vivian: Troszkę. Tak, część z Klasztorem Tysiąca Mieczy uznajemy za zamkniętą. Będą ze mnie ludzie. Teraz jeszcze skończyć szkolenie i będzie ze mnie prawdziwy Cień.
Laurie: Wszyscy jesteśmy z ciebie dumni.
Vivian: A ty w szczególności, zajmując się innymi historiami.
Laurie: Początek rozdziału już napisałam.
Vivian: Początek.
Arte: Nie kłóćcie się chociaż raz. W przyszłym tygodniu odpoczywamy od Vivian, choć nie do końca. Historia będzie mocno związana z Aniołem Lucyfera. Do tego czasu trzymajcie się cieplutko. Pozdrawiamy i do zobaczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s