I didn’t need to believe that we are something more, you were just you and we weren’t true until you walked away

Ból rozszedł się po całym jego ciele. Płynął z krwią, dławił oddech w płucach, przyciskał kończyny do ziemi. Mógł tylko leżeć i czekać na koniec tych tortur. Czuł się bezbronny i nienawidził tego uczucia. Symbolizowało wszystko, co doprowadzało go do szału, czego nie znosił i nie akceptował w życiu. Był bezsilny wobec uczucia bólu rozchodzącego się po całym ciele.
Krzyk rozbrzmiał w jego uszach. Kobiecy, pełny cierpienia, błagający o pomoc. Wiedział, do kogo należy głos i to uderzyło go jeszcze bardziej. Podniósł się ciężko na rękach, ciało nie chciało słuchać i najpierw musiał stoczyć walkę z samym sobą. Jęknął boleśnie, czując każdy mięsień. Chciał wstać, pobiec do niej i uchronić przed kolejnymi torturami, ale nie potrafił. Mógł tylko czołgać się po podłodze śliskiej od krwi po stoczonej walce. Gdy wróciła mu ostrość widzenia, zobaczył porozrzucane dookoła trupy sprzymierzeńców. Chyba tylko ich dwójka przeżyła i to go przerażało. Pierwszy raz bał się tak bardzo, dotąd uczucie strachu było niczym wobec tego, co przeżywał teraz.
Kolejny krzyk zmobilizował go do ruchu. Nie szukał miecza, nie miał planu i prawdopodobnie pchał się prosto w objęcia śmierci. Tym razem nie pomogą słowa, że nie umrze, ale nie obchodziło go to. Nie bał się tego.
– Spójrz, królewno, kto przyszedł.
Głos Mikka ociekał kpiną bardziej niż zwykle. Odbił się nieprzyjemnie w ciszy i nie doczekał odpowiedzi.
Spojrzał na bezwładne ciało dziewczyny, na którym nadal siedział oprawca. Jeszcze żyła. Odwróciła głowę, żeby popatrzyć na niego choć przez chwilę. W jej oczach był niewyobrażalny ból, rozpacz, gorycz, ale też radość, że może go zobaczyć. Łza spłynęła cicho po jej policzku, nawet tego nie zauważyła. Była strzępem człowieka, którego znał. Brakowało buty, dumy, siły, którymi się osłaniała, została bezbronna dziewczyna dogorywająca w bólu i upokorzeniu. Włosy zlepione miała krwią, cerę papierowo bladą, w wielu miejscach porozrywaną i zaplamioną czerwienią. Jej ciało było osłonięte tylko w kilku miejscach, więc widział rozległe rany świadczące o torturach, jakich doświadczyła. Obie dłonie miała przybite do podłogi kawałkami metalu, rozpaczliwie poruszyła palcami tej bliższej, jakby chciała wyciągnąć do niego rękę. Zrozumiał i to zabolało go jeszcze bardziej. Wiedział, że kiedy przekroczyli granicę bólu, wzywała jedynie jego imię. To w nim miała oparcie, miał ją chronić przed ciosem, który zgotował jej Mikk.
Tyki podniósł się i poprawił spodnie. Podszedł do niego jako zwycięzca, przykucnął i spojrzał mu w oczy. Był usatysfakcjonowany.
– Było warto – powiedział rozbawiony. – Dawno nie bawiłem się tak dobrze, choć wolałbym, żeby to moje imię brzmiało w jej ustach.
– Skurwiel – szepnął zdławionym szeptem.
– Chcesz mnie zabić? Zemścić się? Nie możesz nic zrobić, Kanda. Nigdy nie mogłeś zbyt wiele uzależniony jak pies od swoich panów. Dlatego to nie ty ją zadowalasz. Zresztą to nie ma znaczenia. Za kilka minut królewna stanie się stygnącym trupem, a ty zostaniesz sam. Nie ma tu żadnego żywego egzorcysty.
Nie odpowiedział. Prowokacja Mikka zupełnie nie odniosła efektu, bo Kanda wpatrzony był w gasnące oczy Vivian. Brakowało w nich blasku i uczuć za zasłoną obojętności, pozostawały puste, nie wyrażały już nic. To było przerażające. Złamano ją bólem i upokorzeniem, zniszczono osobę, która mimo wszystko wydawała się niezniszczalna, teraz to tylko dogorywająca skorupa.
– Wyświadczę ci przysługę i pozwolę umrzeć pierwszemu. Co ty na to?
Nie zwrócił uwagi na przeciwnika. Całą uwagę skupił na niej. Nie miał już siły, żeby się zbliżyć, wątpił, żeby Tyki na to pozwolił, więc po prostu patrzył w jej oczy, by nie była sama. Z jakiegoś powodu tego nie chciał, świat przestał się liczyć na te kilka chwil. Musiało do tego dojść, żeby mogli stać się szczerzy wobec siebie, choć nie padło ani jedno słowo.
Powieki dziewczyny opadły kilka milimetrów, a oczy zrobiły się puste. Jej klatka piersiowa już się nie poruszała – nie żyła. Wreszcie opuścił ją ból. Wydawała się taka spokojna i szczęśliwa, a jego opanowała kolejna bolesna fala. Ból psychiczny wwiercał się w czaszkę z siłą stada rozpędzonych koni. Chciał wyć z rozpaczy, wstać i zabić pozostałych przy życiu Noah, ale nie mógł. Nie potrafił. Nie miał sił, żeby się poruszyć. Zabrakło motywacji. Wiedział tylko jedno – jej już nie ma.
Obudził się gwałtownie i podniósł do siadu. Był mokry od potu, a bandaż wokół torsu przypominał o ostatniej stoczonej walce. Po chwili zrozumiał, że to był tylko sen. Kolejny dziwny sen o śmierci Vivian Walker, której był świadkiem. Te wizje były coraz bardziej makabryczne, wzdrygnął się na myśl, że Mikk mógłby położyć na niej swoje brudne łapska. Nie zniósłby tego.
Wstał i poszedł do łazienki, żeby przepłukać twarz. Odbity w lustrze obraz pokazywał, że coś go dręczy. Przez to źle sypiał bądź nie kładł się w ogóle. Ciało wypoczywało jeszcze podczas medytacji, ale umysł już nie. Nie potrafił odpędzić tych obrazów, widział je, gdy tylko zamykał oczy. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej, a on nadal nie wiedział, dlaczego śni mu się makabryczna śmierć Vivian. To nie miało najmniejszego sensu. Nie żyła, zginęła w płomieniach, które przez nieuwagę zaprószyli. Powinien się z tym pogodzić, więc dlaczego? Skąd te obrazy? Makabryczne, pełne krwi, bólu, upokorzenia, sadystycznych tortur – esencja ich życia. To bez sensu.
– Ogarnij się – warknął do odbicia.
Wiedział, że to nie pomoże. Te sny były zbyt realistyczne, zbyt plastyczne, pachnące krwią, za bardzo je czuł. Rozstrajały go, doprowadzały do szału. Nic dziwnego, że łatwiej było go wytrącić z równowagi nieopatrznym słowem. Nie potrafił wrócić do porządku dziennego w Kwaterze Głównej. Może to wszystko było zbyt sugestywne, przecież znała tu każdy kąt, włóczyła się po zakamarkach, zostawiała mentalne ślady, które nie pozwalały zapomnieć. To jedynie go drażniło. Chciał wrócić do świata, w którym wszystko było proste, nie musiał myśleć nad sprawami, które nie dotyczyły go bezpośrednio, uważać na każdy gest, nosić się z odpowiedzialnością za czyjeś życie. Nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że to taki ciężar, teraz rozumiał generałów, ale też czuł do nich niechęć po tym, co zrobili. Teoretycznie byli tymi lepszymi, którzy chcieli chronić Vivian, ale to na jego barki zrzucili odpowiedzialność za jej życie, możliwość decydowania, co dla niej korzystne, a co nie. Zniszczyli go. Kiedyś był po prostu maszyną do zabijania akum, nie liczył się z nikim, nie utrzymywał bliższych kontaktów, drwił z naiwnego podejścia innych egzorcystów czy pretensji poszukiwaczy, nic go nie obchodziło. Dali mu możliwość decydowania o życiu lub śmierci, narzucili odpowiedzialność za podjęte decyzje. Do tego wszystkiego wmieszały się hormony. Pociągała go, im bliżej była, tym trudniej było z tym walczyć. Mógł sobie zagryzać wargi, odwracać uwagę od niej, ale to na dłuższą metę nie działało. Przyznanie się przed samym sobą, że chodzi o coś więcej niż pociąg fizyczny, było trudne. Wiedział jednak, że sprawa się skomplikowała, bo przestał być obiektywny, a jednocześnie był jedyną osobą, która mogła się tym zająć. Nie miał wyboru, wiedząc, że cokolwiek zrobi, skrzywdzi tę dziewczynę. Decyzja o graniu potwora nie przyszła łatwo, ale to było jedyne rozsądne rozwiązanie. Była na tyle mądra, aby nie pchać się zagrożeniu pod ręce, choć czasami jej obrona padała, była bezbronna wobec własnych demonów i potrzebowała jego pomocy, żeby się całkiem nie załamać. Mimo wszystko obdarzyła go zaufaniem, co przeklinał zapamiętliwie. Nie wiedziała, że otwiera mu tym furtkę, że może doprowadzić do destrukcji ich oboje. W obronie swojej i przede wszystkim jej stawał się jeszcze większym skurwielem, który tylko czeka, aby potraktować ją jak szmatę. A pod maską szalała burza.
Wrócił do pokoju i spojrzał przez okno. Do świtu pozostało jeszcze sporo czasu, a on już ponownie nie zaśnie. Nie chciał zamykać oczu, by znów zobaczyć zakrwawione, zgwałcone ciało kobiety, która zmieniła jego postrzeganie świata. Nie miał na to siły.
Przebrał się, zabrał Mugen i wyszedł z pokoju. Na ostatnie drzwi nawet nie spojrzał, minął je szybko, jak gdyby miało stamtąd wyskoczyć jakieś straszydło. Sam właściwie nie wiedział, gdzie chce iść. Na zewnątrz było zbyt zimno, sala treningowa wypełniona była jej obecnością, więc też się nie nadawała na spokojny trening. Nogi same zaprowadziły go do Arki. Co prawda musiał znieść upierdliwych strażników, ale po chwili znalazł się w Kwaterze Azjatyckiej. Dla niego tu się wszystko zaczęło, ale nie traktował tego miejsca ani lepiej ani gorzej od innych. Tutaj nie było jej obecności, nie była tak odczuwalna i nieznośna jak w Londynie. Miał nadzieję wypocząć, chociaż troszkę.
Wymijał ludzi aż wszedł do wyludnionej części. Krótszą drogą dotarł nad wodospad z lotosami. Nadal się zastanawiał, dlaczego ją tu wtedy przyprowadził. To było jego miejsce, o którym wiedziała garstka pracowników Kwatery Azjatyckiej, a dotrzeć tu potrafiły chyba trzy osoby poza nim. Zaszywał się tu, gdy nie mógł już znieść obecności innych przeszkadzających w treningu czy medytacji. Tylko on miał prawo tu przebywać i każdego intruza zabiłby bez wahania, gdyby go tu przyłapał. Ją tu przyprowadził. Co prawda dłuższą drogą, ale to zrobił. Podzielił się z nią tym miejscem, starając się ją uspokoić. Stracił jednak nad sobą panowanie w obliczu jej zachowania i doprowadził do kolejnego konfliktu. Nigdy nie przeprosił, nie przyznał się, że wina leżała po jego stronie, bo zachował się jak ostatni skurwiel. Nie potrafił zapanować nad własnymi emocjami, tylko przy niej tracił tak łatwo opanowanie, pozwolił się rozjuszyć i uderzyć w czuły punkt. Przeprosiła za to. On nie potrafił.
Drugi raz przyprowadził ją tutaj po śmierci Superbiego. Chciał ją pocieszyć, pozwolić odetchnąć innym powietrzem i dostrzec, że świat wcale się nie skończył. Bał się, że nie dotrze do niej, narobiła wtedy tyle głupot, spacerowała po cienkiej granicy, zatapiając się w rozpaczy. Jeden błąd mógł kosztować ją życie.
Teraz nie wiedział, czy to miało jakikolwiek sens. Przywiązał się do niej, stała się ważna i stracił ją bezpowrotnie. Gdyby na tym się skończyło, jakoś wróciłby do siebie, ale te sny wszystko utrudniały. Nie rozumiał ich, co doprowadzało go do szału. Znowu był bezsilny.
Zrzucił z siebie bluzę, obok wylądowała pochwa miecza, a on zaczął trening. Skupił się na sekwencji ciosów, próbując odsunąć od siebie nocną marę. Powoli zatracał się w walce z niewidzialnym wrogiem, ignorował otoczenie i pot spływający po karku. Był maszyną stworzoną do zabijania akum, nie powinien o tym zapominać.
– Długo będziesz tam stał? – warknął, wymierzając kolejny śmiercionośny cios.
– Nie chciałem ci przeszkadzać – odpowiedział Bak. – Trening jest ważniejszy od zwykłej wymiany uprzejmości.
Kanda odwrócił się i wymierzył w blondyna, który przyglądał mu się uważnie.
– Więc po co tu sterczysz?
– Może bez powodu, a może z tego samego, z którego ty przyszedłeś trenować aż tutaj. Od czasu przejęcia Arki pojawiałeś się rzadko, choć przez ostatnie miesiące życia Vivian częściej, po czym nie pojawiłeś się w ogóle aż do dzisiaj.
– Za dużo myślisz. Nie muszę mieć konkretnego powodu, żeby tu przychodzić.
– Racja. To twoje miejsce. Nie przeszkadzaj sobie. Zaraz pójdę.
Kanda zaklął w myślach. Bak go irytował – klaun, który udaje, że podkochuje się w Lenalee, o czym wiedzieli wszyscy, choć to niby tajemnica, a jednocześnie strzelający oczami do Fou. Marionetka. Nie znosił jego prób zrozumienia własnej osoby i brania odpowiedzialności za to, co się stało.
Schował miecz i przepłukał twarz wodą z jeziora. Przeszła mu ochota na trening. Zresztą nie lubił, gdy ktoś go obserwował, to było nienaturalne, więc przeganiał wszelkich świadków chyba, że odpowiedzieli na wyzwanie i starli się z nim w pojedynku. Wyjątkiem była Abba, dzieci to inna liga. Ostatnio rzadko się z nią widywał pomiędzy misjami, wolał pracować niż marnotrawić czas, wystawiając się na głupie myśli.
Bak przyglądał mu się uważnie jeszcze przez jakiś czas. Widział zmęczenie na twarzy egzorcysty, ale też coś jeszcze. Coś go dręczyło. Blondyn domyślił się, że ma to związek z pewną brązowowłosą osóbką, której zabrakło kilka miesięcy temu. No właśnie, minęło już tyle czasu, a wyglądało na to, że Kanda nie potrafi wrócić do porządku dziennego sprzed swojej najważniejszej misji. Z resztą pewnie nie było lepiej. Współczuł tym dzieciakom, bo mimo wszystko przez dwa lata trzymali się razem, mocno zaangażowali się w tę znajomość, a teraz pozostawała pustka.
– Długo będziesz zwlekać? – warknął Kanda.
– Nie rozumiem.
– Od kilku minut nosisz się z jakąś pocieszającą gadką, więc miejmy to już za sobą.
– Cokolwiek powiem i tak nie zmieni rzeczywistości ani nie zmniejszy pustki po jej odejściu, więc chyba nie ma po co strzępić sobie języka.
– Tch.
– Kanda, żałujesz, że stała się częścią Zakonu?
Brunet spojrzał na niego zaskoczony doborem słów. Był przekonany, że Bak zapytała o coś bardziej prywatnego, a on wolał ogół.
– Żałuję, że dałem się wciągnąć w politykę – odparł cicho. – Ona nie była tego warta.
Podniósł bluzę i ruszył w drogę powrotną, ignorując Baka. To już przecież nie miało znaczenia. Leverrier był wściekły, że nie miał żadnego wpływu na wydarzenia, że stracił swoją gratyfikację wojenną, a generałowie praktycznie przestali pokazywać się w Kwaterze Głównej, bo nie mieli po co. Problem rozwiązał się sam.
Śniadanie już na niego czekało w kuchni Zhu. Nikt się temu nie sprzeciwił, a on opóźnił jeszcze powrót do Europy. I tak Komui nie wyśle go dzisiaj na żadną misję, bo musiał odpocząć po prawie dwutygodniowych zmaganiach z wrogiem, a na dodatek wrócił ranny. Lee ostatnio też był przewrażliwiony na tym punkcie, ale nie mógł pozwolić sobie na utratę kolejnych egzorcystów. Wystarczy, że ich efektywność spadła przez wydarzenia jesieni. Musiał zadbać o to, aby miał kto zająć się eksterminacją akum, które powoli ponownie wracały do większej aktywności po tygodniach względnej ciszy.
– Kanda, wzywają cię do Kwatery Głównej – usłyszał nad kubkiem herbaty.
Zostawił niedopity napój, skłonił się lekko Zhu i wrócił do Europy. Nie miał pojęcia, o co może chodzić, ale rozkaz to rozkaz. Proste działanie niewymagające myślenia o konsekwencjach, kolejnych krokach czy uczuciach innych. Nie decydował sam, odpowiedzialność zwalał na przełożonych i tak było dobrze.
W gabinecie Komuiego siedzieli już obaj kronikarze i Walker z Linkiem. Czekali już tylko na niego. Odebrał teczkę z dokumentami i czekał.
– Wyruszycie do Antalyi, którą z jakiegoś powodu zaatakowały akumy. Wiemy, że nie ma tam innocence, więc motyw wroga jest inny. Sytuacja wygląda naprawdę poważnie, więc musicie uważać. Przygotujcie się i ruszajcie.
Kwadrans później przechodzili przez bramy Arki do ciepłego, słonecznego miasteczka na wybrzeżu. Oko Allena zareagowało od razu na obecność akum, więc rozdzielili się i każdy ruszył w swoją stronę. Aby znaleźć w spokoju powód napaści, najpierw musieli uporać się z wrogiem, który atakował bezmyślnie, mając przewagę liczebną.
Kanda nie liczył ciosów ani pokonanych przeciwników. Ilość akum rzeczywiście była zastanawiająca i niepokojąca, skoro Zakon miał pewność, że nie ma tu odłamka. Albo się mylili albo sprawa jest głębsza niż się wydaje. Albo po prostu to pułapka, w którą beztrosko weszli, bo przecież trzeba pozbyć się armii przeciwnika i uratować to miasto przed zniszczeniem. Drugi powód jakoś nie przekonywał Kandy, ale miał teraz inne rzeczy na głowie.
Kobiecy krzyk odwrócił na moment jego uwagę. Przez jedną upiorną sekundę myślał, że to jej głos, ale wiedział, że tamto było tylko snem. Ta chwila wystarczyła jednak, aby łapa poziomu drugiego zagłębiła się w jego ciele, wyrywając z niego jęk. Zniszczył akumę jednym machnięciem miecza i odskoczył przed kolejnym atakiem. Rana nie była głęboka, ale obficie krwawiła, co skutecznie utrudniało mu walkę, a potworów zrobiło się na tyle dużo, że nie miał, jak się wycofać. Przeklinając dręczące go koszmary, ruszył do kolejnego ataku, starając się odgrodzić od bólu.
Oparł się dłonią o ziemię, oddychając ciężko. Sytuacja wymknęła mu się spod kontroli, ale nie mógł pozwolić sobie na przegraną. Nie w tym miejscu i nie teraz. Podniósł się i zaatakował zbliżającego się potwora zanim ten zrobił to samo.
Nie usłyszał żadnych kroków, więc przewrócił się, gdy ktoś wpadł na niego z impetem. Odruchowo odwrócił się tak, aby napastnik wylądował pod nim i przyłożył mu Mugen do gardła. Powstrzymał się przed ciosem, gdy spostrzegł, że pod nim leży młoda dziewczyna o ciemnej cerze, czarnych lokach i zielonych oczach.
– Pomóż mi – wyszeptała.
Podniósł się błyskawicznie i zablokował cios, niszcząc akumę. Kątem oka dostrzegł płomiennego węża na niebie, który pochłonął resztę napastników. Na tę chwilę było po wszystkim. Schował katanę i spojrzał na dziewczynę, która zdążyła już wstać i teraz przyglądała mu się z uwagą. Miał kazać jej odejść, gdy dostrzegł na jej białym płaszczu niewielką czarną różę. Bezwiednie wyciągnął do niej rękę i dotknął materiału. Nie był to prawdziwy kwiat, a jedynie naszywka – godło jak na jego własnym mundurze.
W oczach dziewczyny pojawiło się zrozumienie i jakieś niezrozumiałe podniecenie. Ujęła jego dłoń i pociągnęła go za sobą.
– Chodź ze mną – powiedziała.
To otrzeźwiło Kandę. Wyrwał wściekle rękę i rzucił ciemnowłosej nieprzychylne spojrzenie.
– Nie zamierzam. Kim ty w ogóle jesteś?
– Amira, członkini Zakonu Czarnej Róży. Czekałyśmy na ciebie. Chodź ze mną, panie. Nie zrobimy ci krzywdy.
Zbity z tropu Japończyk pozwolił pociągnąć się dalej. Jak to czekały na niego? Niby dlaczego? To wszystko było jakieś dziwne.
Rana odezwała się mocniejszym bólem. Adrenalina przestała działać i chłopak zachwiał się lekko na nogach. Stracił zbyt dużo krwi.
– Jesteś ranny – usłyszał głos Amiry. – Poczekaj chwilę.
Dziewczyna wyciągnęła niewielki gwizdek i dmuchnęła w niego. Niczego nie usłyszał do momentu, gdy o bruk stuknęły kopyta. Nim stracił przytomność, zobaczył czarnego konia, który biegł w ich stronę. A może to tylko przewidzenie.

***

Vivian: Znowu się zaczyna.
Laurie: O co ci chodzi?
Vivian: Ty dobrze wiesz. Najlepiej to się bierz za pisanie, bo nie zdążysz.
Laurie: O to martwić się nie musisz.
Vivian: Nie powiedziałabym. Do powrotu do Berlina jest jeszcze trochę czasu, bo mamy parę rzeczy do zrobienia. W przyszłym tygodniu za to dowiecie się, w co znowu się Kanda wpakował.
Arte: Jak zwięźle.
Vivian: Cicho ty będziesz?
Arte: Domagam się po prostu uwagi. W końcu jestem maskotką opowieści.
Vivian: Śnij dalej. Nie nadajesz się.
Laurie: Nie ty o tym będziesz sądzić, ale czytelnicy. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s