Far away we wait for each other I’m still on that road to nowhere Kiss yourself for me in the mirror Tie a black rose into your hair

Powoli się budził. Czuł intensywną woń ziół, lecz ból i osłabienie już odeszły. Pamiętał spotkanie z tą dziewczyną, Amirą, jednak późniejsze wydarzenia stanowiły czarną plamę w jego pamięci. Otworzył oczy i rozejrzał się. Leżał na łóżku z obandażowanym brzuchem w jakiejś niewielkiej komnacie oświetlonej światłem świec. W półmroku dostrzegł regał z książkami i jakimiś ziołami – to ich aromat nadal czuł.
– Obudziłeś się.
Po drugiej stronie łóżka siedziała Amira. Nie miała już na sobie płaszcza, ale białą, długą tunikę bez rękawów wiązaną w pasie czarną wstęgą. Uśmiechała się radośnie do niego.
– Gdzie jestem? – zapytał.
– W siedzibie Zakonu Czarnej Róży – odpowiedziała. – Nic ci tu nie grozi.
– Po co mnie tu przyprowadziłaś?
– Jak to po co? Byłeś ranny i nie mogłam cię tam zostawić, a poza tym jesteś oblubieńcem naszej pani. Musisz zabrać stąd medalion.
Kanda patrzył na nią jak na kogoś niespełna rozumu. Nie miał pojęcia, o co chodzi tej dziewczynie. Jaki oblubieniec? Jaki medalion?
– Chyba mnie z kimś mylisz.
– Nie, to jesteś ty. Na pewno.
– Skąd ta pewność?
– Jesteś użytkownikiem Kostki, a dodatkowo wiesz, co oznacza Czarna Róża. Musisz zabrać medalion.
– Nie obchodzi mnie to. Swoje zadanie już wykonałem.
Podniósł się z łóżka i zaczął ubierać ku przerażeniu Amiry. Wskoczyła na materac, złapała go za rękaw i mocno pociągnęła.
– Nie możesz odejść – jęknęła. – Proszę, nie rób tego.
Kanda spojrzał na nią. Patrzyła na niego błagalnie, jakby od tego zależał los świata. Strącił jej rękę i zapytał:
– Niby dlaczego to dla ciebie takie ważne?
– Nie tylko dla mnie, ale dla całego Zakonu i naszej pani. Ma jej pomóc w wypełnieniu przeznaczenia. Machina losu już ruszyła. Proszę, zabierz medalion. To po niego przyszły akumy. Oni też pewnie tu są. Nie mogą go dostać.
– Dlaczego?
– Nie mogą – powtórzyła.
– Jest z innocence?
– Nie.
– Więc nie ma to dla mnie znaczenia.
– Nie rób tego – poprosiła. – Zabierz medalion, bo oni to zrobią i nas zabiją. Wtedy to będzie bezsensu. Proszę. Jesteś oblubieńcem naszej pani i tylko ty możesz to zrobić.
– Kim są oni?
– Klan Noah. Chcą zabrać medalion, bo należy do naszej pani.
– Mogą was zabić, nawet jeśli zabiorę ten medalion.
– Wtedy nasza misja będzie już wypełniona. Nie przeszkadza nam to.
– Nadal nie rozumiem.
Do komnaty weszły jeszcze dwie kobiety bardzo podobne do Amiry ubrane w ten sam sposób z tą różnicą, że ich tuniki miały przy krawędzi wzór z czarnych róż. Skłoniły się Kandzie z szacunkiem.
– Nasz Zakon od tysięcy lat chronił medalion – odezwała się starsza z nich. – To prawdopodobnie jedyna rzecz, która została po naszej pani. Ty jako jej oblubieniec masz wręcz obowiązek odebrać medalion i oddać naszej pani jej własność, aby mogła wykorzystać go do swojej walki. Udało nam się przetrwać tak długo, ale naszedł czas zakończenia naszej misji. Zabierz stąd medalion. Z tobą będzie bezpieczny.
Kanda nie miał pewności, co powinien zrobić. Nie lubił takich spraw, historii, które doprowadzały do tego typu sytuacji, zagadek. Te były dobre dla Laviego. On wolał działać. Domyślił się, o kim mówią te kobiety, ale jakoś nie potrafił głośno powiedzieć, że to nie ma już znaczenia. Z drugiej strony medalion był przyczyną ataku akum, a nawet pojawienia się klanu Noah. Co czyniło go tak cennym? Czy był kluczowym elementem czy zachcianką? I czemu właściwie teraz? Nie zastanawiał się, dlaczego to jego rozpoznały jako osobę, której mogą powierzyć swój skarb, nad tym będzie myślał innym razem. To nie miało takiego znaczenia.
Kobiety wpatrywały się w niego z milczącą prośbą. Zależało im na tym, aby się zgodził, dla nich ta misja była sensem życia. Bały się porażki, ale nie śmierci, o ile medalion trafi w odpowiednie ręce.
– Dobrze – powiedział. – Zabiorę medalion ze sobą.
– Jesteśmy ci wdzięczne, panie. Amira będzie twoją przewodniczką i powie ci, co masz robić.
Dziewczyna skłoniła się kobietom, które chwilę później wyszły z pomieszczenia. Kanda spojrzał na nią, oczekując wyjaśnień.
– Medalion jest ukryty – powiedziała. – Każda z nas zna drogę, ale nie zdradzi jej nikomu obcemu. Czekają na ciebie trzy zadania, które tylko oblubieniec może wykonać. Przed każdym dostaniesz ode mnie wskazówki, ale nie sądzę, żebyś miał z nimi problem.
– Prowadź.
Przypasał Mugen i ruszył za dziewczyną. Poprowadziła go wąskim korytarzem aż do ukrytych w bocznej ścianie drzwi. Zabrała ze sobą pochodnię i zeszła po schodach. Wystrój całkowicie się zmienił. Wcześniejsze ascetyczne pomieszczenia sugerujące przyświątynne budynki zastąpione zostały bogatymi zdobieniami, w którym głównym motywem była róża. Wydawało się też, że ta część jest dużo starsza od góry, co nie byłoby takie dziwne zważywszy na długość misji Zakonu.
Weszli do pierwszego pomieszczenia. Amira zapaliła pochodnie wiszące na ścianach, rozświetlając wnętrze. Na środku była studnia otoczona niewysokim murkiem. Kanda podszedł do krawędzi, ale nie dostrzegł dna. Nie był też pewny, czy jest tam woda.
– Nie rzucaj nic do środka – ostrzegła dziewczyna. – Musisz tam zejść i wykonać zadanie. Na dole zrozumiesz, którędy iść. Nie sugeruj się kolcami.
Rzucił jej nieprzychylne spojrzenie, ale najwyraźniej nie miał dostać innej wskazówki. Studnia nie była szeroka, a gdy wytężył wzrok, dostrzegł nierówności, których mógł użyć do zejścia. Nie poprawiało mu to humoru. Nie czekając dłużej, zaczął ostrożnie schodzić. Kamień był szorstki, nieprzyjemny w dotyku, a niektóre ustępy na tyle płytkie, że niestabilne. Dwa razy ześlizgnęła mu się noga, ale po dłuższej wędrówce dotarł na dno. Znalazł się w niewielkiej, pustej salce. Nie miał w ogóle pojęcia, co ma tu zrobić, więc stał przez chwilę w kompletnych ciemnościach. Wyciągnął rękę, żeby zbadać to miejsce, ale trafił na kolec, który rozciął mu skórę. Odruchowo cofnął dłoń i zamierzał zawrócić, po czym wygarnąć parę spraw dziewczynie, ale nie mógł znaleźć ustępów, po których tu wszedł. Nie trudno się zorientować, że musiał znaleźć inne wyjście.
Ostrożnie wyciągnął ręce, żeby dowiedzieć się, co gdzie jest. Na kolce natknął się tylko w jednym miejscu, reszta ścian była idealnie gładka. Obszedł salkę dwa razy, unikając przeszkody, ale na nic nie trafił. Przeklinał się za zgodę na te dziwne podchody, ale teraz już za późno.
Dopiero po chwili przypomniał sobie, co powiedziała Amira o kolcach. To była wskazówka. Ostrożnie odnalazł krawędź przeszkody i wpadł na szparę. Wystarczyło ją poszerzyć, co było dość proste, i mógł wyjść z salki. Tam czekała na niego Amira z pochodnią w dłoni. Dopadł ją w ułamku sekundy i przyszpilił za gardło do najbliższej ściany.
– Co to ma być? – warknął rozdrażniony. – Co to za zabawy? Co to ma wspólnego z medalionem?
– Ale…
Nie potrafiła odpowiedzieć przyduszona. Szarpnęła rozpaczliwie jego rękaw, więc ją puścił. Ześlizgnęła się po ścianie i łapczywie łapała powietrze pod jego wściekłym spojrzeniem.
– Nie wiem, dlaczego tak bardzo się denerwujesz – szepnęła. – Wykonuję tylko powierzone mi zadanie. Muszę poddać cię próbom.
– Jak długo?
– Mówiłam. Masz do wykonania trzy zadania.
– Prowadź.
Wyraźnie przestraszona jego wybuchem Amira nawet nie protestowała. Nie rozumiała powodów tej wściekłości, przecież nie zrobiła niczego złego, postępowała zgodnie z zaleceniami i on powinien o tym wiedzieć. Przecież został przysłany po medalion, więc dlaczego jest taki niechętny i nieprzyjemny?
Kanda zganił się w myślach za brak opanowania. Kiedyś to by się nie wydarzyło, nie zaatakowałby jej, ale teraz było inaczej. Wszystko wskazywało na to, że medalion należał do Anioła Lucyfera i jest do czegoś potrzebny. Do zniszczenia świata? Tego nie wiedział, więc nie mógł pozwolić przejąć go Klanowi Noah. Tylko czy w Zakonie ta błyskotka będzie bezpieczna? Wszystko zależało od tego, czym naprawdę była.
A gdzie on był w tym wszystkim? Cały czas nazywały go „oblubieńcem”, a przecież nie miał nic wspólnego z historią Anioła Lucyfera. Z dokumentów ze szkatuły nie był w stanie wywnioskować, czy któryś z egzorcystów był szczególny dla Czternastej. Jedyne, co mu przychodziło do głowy, to zależność pomiędzy Aniołem Lucyfera a Niszczycielem Czasu, ale to też był ślepy zaułek. Co on niby miał mieć z tym wspólnego? To nie miało sensu, a tłumaczenie, że zareagował na wzór czarnej róży, też nie było wiarygodne. Nie był jedyną osobą, która by tak zareagowała, a Vivian nie jedyna otaczała się i kojarzyła z tymi kwiatami. To wszystko to jakiś obłęd.
Amira zatrzymała się w kolejnej ciemnej sali, ale nie zapaliła żadnych świateł. Obróciła się do Kandy, oświetliła najbliższą ścianę i wskazała na znaki, którymi była pokryta.
– To zapis historii medalionu i naszej misji – poinformowała.
– Umiesz to przeczytać?
– Owszem, choć wcale nie muszę. Ta opowieść przekazywana jest z pokolenia na pokolenie w Zakonie. Medalion był podarunkiem, który nasza pani otrzymała przy narodzinach od Adama. Chciał, aby nieświadomie wykorzystała go w jego sprawie, ale to się nie udało. Po Apokalipsie medalion został przekazany czterem kobietom, które dały początek Zakonowi Czarnej Róży wraz z zadaniem chronienia go aż przyjdzie czas, aby zwrócić medalion prawowitej właścicielce. Miała to być ona lub jej oblubieniec, którego przyśle, gdyby nie mogła przyjść sama.
– Napisano do czego służy?
– Nie. Nawet my tego nie wiemy. Chodźmy. Niedługo czeka cię drugie zadanie.
Kolejna sala miała tylko jedno wejście – to, którym przyszli. Na kamiennej płycie leżały kamienne owoce: jabłko, pomarańcza, truskawka, malina i persymonka.
– Do ciebie należy wybór. Tylko jeden owoc wskaże ci właściwą drogę, a drugiej szansy nie będzie.
Kanda bez wahania wziął do ręki jabłko i obrócił je w dłoni. W przeciwległej ścianie otworzyło się przejście, którym Amira go poprowadziła zadowolona, że tak szybko udało mu się rozpracować zadanie. Został tylko jeden krok do przekazania medalionu.
Zatrzymali się jeszcze w korytarzu. Japończyk dostrzegł, że przejście jest zablokowane, a w ścianie coś umieszczono. Zaciekawiony odebrał od Amiry pochodnię i zbliżył się. Była to łamigłówka zrobiona z kamiennych, posrebrzanych liter alfabetu łacińskiego, co go zdziwiło. Z informacji, które uzyskał, wychodziło, że Zakon jest starszy od pisma, jakie znają współcześni. Spojrzał przez ramię na czarnowłosą i zapytał:
– To oryginał?
– Zagadka jest oryginalna, ale alfabet został zmieniony w XI w., żeby nie było problemu z jego odczytaniem.
– Jak brzmi zagadka?
– Zrozumiesz, co masz ułożysz, jeśli się przyjrzysz.
Kanda zachował dla siebie, co miał na ten temat do powiedzenia i zajął się zadaniem. Początkowo przypadkowe umieszczone litery nie miały żadnego sensu, a hasła, które przychodziły mu do głowy, nie pasowały. Zwykle litery zostawały i nie mógł znaleźć tego przyczyny aż wpadł na coś, co było w dokumentach ze szkatuły. Wtedy nie zwrócił na to takiej uwagi, ale było to dość dziwne – w jednym miejscu Czternasty Noah został nazwany „Aniołem Zemsty i Zniszczenia”. Dwa elementy? Nadal coś tu było nie tak, ale hasło pasowało. Ściana odsunęła się i wpuściła ich do niewielkiej salki, gdzie na podwyższeniu leżała czarna szkatuła. Amira podeszła do niej, otworzyła wręcz z nabożną czcią i wyciągnęła medalion. Był to niewielki kwiat róży o przezroczystych płatkach z kryształu zawieszony na srebrnym łańcuszku. Nie wydawał się zbyt szczególny, ale Kanda tego nie kwestionował.
– Jako członkini Zakonu Czarnej Róży przekazuję ci medalion i proszę, abyś strzegł go, dopóki nie znajdzie się w prawowitych rękach.
Musiała wspiąć się na palce, żeby zawiesić mu medalion na szyi. Praktycznie nie czuł jego ciężaru, ale miał wrażenie, że tak właśnie ma być, że tej niby bezwartościowej błyskotki nie można oddać Noah. Wsunął medalion pod ubranie, żeby nikt postronny go nie zobaczył.
– Pewnie chciałbyś już wracać – odezwała się Amira. – Wyprowadzę cię.
Poszli inną, krótszą drogą. Można było się spodziewać, że strażniczki mają ułatwione zadanie, ale teraz nie miało to znaczenia. Parę minut później byli znów w budynku, z którego Amira wyszła na rozświetlony zachodzącym słońcem placyk. Z pomocą gwizdka przywołała czarną klacz.
– Konno będziemy szybciej – wyjaśniła.
Z łęku ściągnęła swój płaszcz, którym się okryła, wskoczyła w siodło i wyciągnęła rękę, aby pomóc Kandzie zająć miejsce za sobą. Najwyraźniej dokładnie wiedziała, gdzie ma się udać, aby znaleźć pozostałych egzorcystów. Czy był w tym jakiś podstęp? Raczej nie. Bały się, że ich skarb wpadnie w łapy Noah, reszta ich nie obchodziła.
W ich stronę ruszyła akuma, która pojawiła się prawie z nikąd. Japończyk zeskoczył z grzbietu wierzchowca, po czym jednym cięciem zniszczył przeciwnika. Spojrzał na Amirę.
– Lepiej wracaj. Nie jestem kimś, kto będzie cię chronił, a tu nie jest bezpiecznie.
– Dobrze. Pamiętaj, medalion nie może wpaść w łapy Noah. Żegnaj, panie.
Zawróciła klacz i ruszyła galopem w stronę widocznego z każdego punktu w mieście minaretu. Kanda zaś skierował się w kierunku, z którego dochodziły odgłosy walki. Po drodze niszczył zbłąkane akumy.
W czasie, gdy Kanda był zajęty uzyskaniem medalionu, reszta nadal walczyła z kolejnymi falami akum. Pojawili się także Camelotowie: Road, Sheryl i Wisley. Dali egzorcystom do zrozumienia, że jest tu coś cennego, co ich interesuje, więc tym bardziej nie można było puścić ich dalej. Zacięta walka trwała nieprzerwanie, gdy pojawił się Japończyk.
– Yuu, ty żyjesz! – krzyknął Lavi.
Brunet doskoczył do niego, machając mieczem – zniszczył kolejną akumę, która zamierzała się na rudzielca.
– Głupiś? – warknął. – I nie nazywaj mnie „Yuu”.
– Opiekun naszej zaginionej królewny. Czyżbyś się zgubił? – w uprzejmym tonie Sheryla czaiła się łatwo wyczuwalna kpina.
– Może po prostu sprzątnąłem wam sprzed nosa to, po co przyszliście – odpyskował Kanda.
Widział, że trafił. W oczach Sheryla na moment pojawił się szok, bo egzorcyści nie mieli prawa wiedzieć o ich celu, po czym skierował wszystkie akumy na Japończyka. Był to błąd, bo dzięki temu przeciwnicy mogli z łatwością pozbyć się ich wszystkich za jednym zamachem.
Tę rozgrywkę Noah przegrali i musieli się wycofać, co niezwłocznie zrobili. Woleli nie ryzykować teraz, gdy nie wiedzieli, co dzieje się z Czternastą.
– Gdzieś ty się podziewał? – zapytał z pretensją w głosie Allen.
Lavi jednak miał ciekawsza pytanie do zadania:
– Ty wiesz po co przyszli Noah?
– Po to – spod ubrania wyciągnął medalion. – Należał do Czternastej Noah z pierwszego pokolenia.
– Do czego służy?
– A skąd mam wiedzieć, rudy króliku? Trzeba było zapytać tych Noah.
– Nie musisz być nieuprzejmy.
Lavi jak zwykle nie uniknął ciosu Kronikarza, który w ogóle się nie przejął bluzgiem swojego następcy i z zainteresowaniem oglądał klejnot.
– Czternaście płatków róży z kryształu – stwierdził. – Nie wygląda na ociosany, ale trudno uwierzyć, aby był w pełni naturalny.
– Wiesz coś na ten temat? – zapytał poważnie Kanda.
– Nie. Pierwszy raz słyszę o jakimkolwiek artefakcie Anioła Lucyfera, ale nie zaszkodzi, jeśli sekcja naukowa go obejrzy. Może dowiemy się, do czego służy, że tak bardzo zależało na nim Noah.
– Więc wracamy? – zapytał Lavi.
– Wy tak. Ja się tu jeszcze rozejrzę.
Kanda domyślił się, dokąd Kronikarz zamierzał pójść, ale nic nie powiedział. W towarzystwie Laviego i Allena z Linkiem wrócił do Kwatery Głównej. Komui obiecał, że medalionem zajmie się grupa Reveera w pierwszej kolejności, co niekoniecznie spodobało się blondynowi, ale zgodził się. Egzorcyści mogli zatem wrócić do siebie i czekał ich tylko raport do złożenia.
W ciągu kolejnych kilku dni Japończyk nie był nigdzie wysyłany. Czas poświęcał na treningi, dość często w towarzystwie Abby bądź Hikari. Czerwonowłosa okazała się niezłą partnerką do pojedynków, choć do Vivian sporo jej brakowało. Nie przypominała też tak bardzo o rzeczach, które powinny iść w zapomnienie, nie zmuszała go do dyskusji. Może dlatego nie warczał na nią tak często jak na całą resztę.
– Poddaję się – Kiri odrzuciła kij treningowy. – Jesteś za silny.
– To spadaj do królika.
– Lavi od trzech dni siedzi nad jakimiś dokumentami i marudzi, żeby mu nie przeszkadzać.
Z gracją wskoczyła na parapet okna i spojrzała smutno na Kandę, który oparł się o jeden z filarów, żeby odpocząć.
– Czasami trudno go zrozumieć – przyznała cicho.
– Jest następcą Kronikarza. Nie oczekuj od niego, że zawsze będzie Lavim.
– Chyba zbyt często o tym zapominam.
– Mazaniem się niczego nie zmienisz. Dobrze wiedziałaś, w co się pakujesz.
– Wiem. Wybacz, że cię tym obarczam, ale Lenalee jeszcze nie wróciła i nie mam do kogo pójść.
W ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie palnąć czegoś o Vivian. Nie chciała zaczynać z nim rozmowy o tym, bo obawiała się wyrzutów sumienia, gdy już będzie sama. Nie był to zbyt wdzięczny temat do dyskusji z brunetem.
Odpowiedziało jej tylko wzruszenie ramionami. Kanda wiedział, że Hikari dopatruje się w nim cech swojego zmarłego brata, co było mu jednak obojętne. Kiri nie biegała do niego z każdym problemem, wolała skarżyć się przyjaciółkom, więc nie przeszkadzało mu to.
Drzwi sali treningowej otworzyły się, wpuszczając do środka Lenalee. Musiała właśnie wrócić ze swojej misji.
– Kanda, mój brat chce cię widzieć – powiedziała.
Japończyk zostawił dziewczyny same. Czerwonowłosa mogła się przynajmniej przed kimś wygadać, nie czując przy tym zażenowania. Czasami reagowała odmiennie niż powinna, co związane było z mocą jej innocence.
Brunet wszedł do gabinetu Kierownika, nie zwracając uwagi na bałagan – wszyscy już się przyzwyczaili. Komui siedział za biurkiem, na którym leżała teczka z dokumentami i podłużne pudełeczko.
– Skończyliśmy badania nad medalionem. Okazuje się, że to zwykła błyskotka albo nie potrafimy zauważyć jego właściwości. Badania nic nie wykazały, więc postanowiłem ci go zwrócić. Możesz zrobić z nim, co chcesz.
Przesunął pudełko po blacie. Kandę trochę to zastanowiło, ale sam nie wiedział, dlaczego bezcenny medalion okazał się bezużyteczną błyskotką. Zabrał go ze sobą i od tego czasu nosił ukryty bezpiecznie pod ubraniem. Nie sądził, że kiedykolwiek uda mu się przekazać go Vivian tak, jak chciały tego kobiety z Zakonu Czarnej Róży. Następnego dnia wyruszył na kolejną misję.

***

Vivian: Co tam robi persymonka?
Laurie: Leży. Przeszkadza ci?
Vivian: Nie mieszaj mnie do łajzenowskiego zamieszania. I ich też tu nie dawaj.
Arte: Chyba ostatnio jesteś przewrażliwiona na punkcie Corrie, a przecież Laur siedzi grzecznie nad Aniołem.
Vivian: Tak, jasne. Chyba jesteś nie w temacie, głupi wampirze.
Arte: Dawno mnie nie było.
Laurie: Wszystko w swoim czasie, Arte. Na razie zapraszamy na odcinki bułgarskie.
Vivian: I tak znowu będzie nie tak. Nie wiem w ogóle po co się zgodziłaś.
Laurie: Trudno się mówi. Wszyscy doskonale wiedzą, że robię po swojemu i to się nie zmieni.
Arte: Prawda. Dwa kolejne rozdziały są bułgarskie, następny wiedeński, a potem wreszcie Berlin.
Vivian: Nienawidzę Wiednia. Zawsze musi mnie tam coś spotkać.
Laurie: Peszek. Mam nadzieję, że historia o medalionie się podobała. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s