Warattekureta erandekureta soshite dakishimetekureta iya ni naruhodo suraido shiteku omoidetachi

Biegła ze śmiechem na ustach, obracając się co chwilę, żeby zobaczyć, gdzie jest. Nie zobaczyła go za sobą, a przecież jeszcze przed chwilą był tuż, tuż. Obróciła się z powrotem i wpadła prosto w jego ramiona. Roześmiał się i zamknął ją w swoich objęciach.
– Joido… – jęknęła. – Jak ty to robisz?
– Tajemnica – uśmiechnął się.
– Joido.
Brunet nie odpowiedział. Uśmiechał się jedynie, co odrobinę drażniło Nię. Nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem zawsze potrafi ją przegonić, gdy nawet się tego nie spodziewa. Nigdy go jeszcze na tym nie przyłapała, a przecież tak bardzo się starała.
Joido wziął ją na ręce i ruszył w sobie znanym kierunku. Nie reagował na pytania, ale w jego oczach dostrzegła rozbawione ogniki. Coś szykował.
– No powiedz mi w końcu, gdzie mnie niesiesz – powtórzyła.
– Zobaczysz.
Po chwili wszystko stało się jasne. To była jabłoń, pod którą spotkali się po raz pierwszy po jego powrocie do Arki. Uprzednio była małą dziewczynką, od tamtego czasu wyrosła i wypiękniała. Stała się kobietą. Tamtego popołudnia wpadła na niego przypadkiem i oczarował ją całkowicie. Wiedziała, że to z nim chce spędzić resztę swojego długiego życia.
Teraz pod drzewem rozłożony był koc, na którym przygotowano podwieczorek z ulubionymi słodyczami Nii. Uśmiechnęła się na ten widok.
– Jesteś kochany, Joido – pocałowała go w policzek.
– Wiem o tym.
– I niepoprawny.
– To też wiem.
Usadził ją na kocu, ale powstrzymała go przed odejściem, łapiąc za rękaw. Patrzyli sobie w oczy przez tak długą chwilę, że wydawała się wiecznością. Joido pochylił się nad nią i złożył na jej ustach lekki pocałunek. Kolejny był już pewniejszy i głębszy, objęła go za szyję, pozwalając sobie na bezczynność. Pragnęła go, ale nie śpieszyła się z odpowiedzią, drocząc się z nim. Znał te zagrywki i chętnie brał w nich udział. Lubił ją taką niewinną i uległą, ale gotową w każdej chwili przejąć inicjatywę, stając się drapieżną i dominującą.
Przewróciła go na trawę i pocałowała mocniej. To był ostatni pocałunek. Podniosła się i spojrzała na trupa, który niegdyś był najważniejszą osobą w jej życiu. Kiedyś go kochała, teraz nienawidziła wspomnień z nim związanych, bo nadal bolały. Oszukiwał ją, traktował jak zabawkę i nigdy nie kochał.
Po jej policzkach spływały łzy. Nie tylko te, które świadczyły o śmierci kolejnego Noah, ale także pełne smutku po utracie ważnej, kochanej osoby. Szloch wstrząsnął jej ciałem, a z gardła wydarł się krzyk rozpaczy.
Vivian otworzyła oczy. W pokoju nadal było ciemno, więc musiała trwać noc. Z westchnieniem obróciła się na bok i przytuliła bardziej do poduszki. Nie lubiła śnić wspomnień Nii. Nie należały do niej, czuła się źle ze świadomością, że ma coś wspólnego z tą dziewczyną, że zna jej przeszłość, słabości, myśli i uczucia. Że jest nią. Nie chciała tego, bała się zatracić własną tożsamość, swoją prawdziwość.
Przynajmniej teraz rozumiała, dlaczego tak często jej drogi krzyżowały się z Tyki Mikkiem. Nie wiedziała tylko, czy on już też to wie. Nie miała ochoty kiedykolwiek odwoływać się do związku Nii i Joido. Wiedziała, że dziewczyna go kochała, przez jakiś czas każda myśl skierowana była ku niemu. Potem go znienawidziła, po tym jak ją zmusili do współpracy, ale wciąż cząstka niej nie potrafiła zapomnieć.
Z Vivian było inaczej. Od początku między nią a Tykim był konflikt. Dziewczyna została przez niego zaatakowana, zastraszona, a jej natura zrobiła swoje i zbuntowała się przeciwko niemu. Od tamtej chwili czuła do niego antypatię, chroniła się przed nim i jego „zalotami”, które często kończyły się ranami. On wydawał się dziwnie nią zafascynowany, coś go do niej przyciągało i wciąż wracał, ciągle sugerował jej coś, co nie było wrogością. Owszem, zabiłby ją bez wahania, ale żywa była ciekawsza. Próbował uwodzić, zwrócić uwagę na siebie, ale mu nie uległa. Wzbudzał w niej same negatywne emocje i uczucia, więc odrzuciła od siebie myśl, że choćby przez chwilę miałaby poczuć do niego coś cieplejszego. Mikk był wrogiem, nienawidziła go i za każdym razem odpychała od siebie te wspomnienia.
Podniosła się, stwierdzając, że już nie zaśnie i bezszelestnie podeszła do okna. Nie chciała obudzić śpiących na drugim łóżku Arianne i Sanji. To było niepotrzebne. W końcu mogły się trochę wyspać, bo choć Sofia także ogarnięta była przez niepokoje, to znalazł się spokojny kąt, w którym mogły odpocząć.
Ta podróż była dłuższa i bardziej niebezpieczna od poprzedniej. Wtedy nie zatrzymywały się zbyt długo po drodze, a życie dookoła zamarło pod grubą warstwą śniegu. Wiosna jednak rządziła się innymi prawami, które musiały zaakceptować. Vivian uśmiechnęła się do wspomnienia sprzed paru godzin, gdy Arianne z niemałymi trudnościami wykąpała Sanję. Kobieta zajmowała się nią sama, bo nie chciały ryzykować kolejnej sytuacji jak z nocy odnalezienia dziewczynki. Mała nie zbliżała się do Vivian, wyczuwając coś, co umykało innym. Wszystkie widzące były nadwrażliwe i wyobcowane, więc brązowowłosa nawet nie próbowała zaprzyjaźniać się z dziewczynką.
Usiadła na parapecie okna i przyglądała się jaśniejącemu niebu. Dawno nie spędzała czasu w ten sposób. Teraz trochę odetchnęła i pozwoliła sobie na chwilę bezruchu. Wciąż miała w pamięci sen z tej nocy, ale już tego nie roztrząsała. Nie było sensu. Tykiego i tak miała zamiar unikać tak długo jak tylko się da. Z pewnością bardzo szybko zaczepiłby egzorcystów i nie wiadomo co naopowiadał, a nie mogła pozwolić, aby choć przez moment zwątpili w jej śmierć. Tak było lepiej dla nich wszystkich. I tak nie miała pewności, czy jej bliscy nie są karmieni jakimś kłamstwem, chociaż mało prawdopodobne, aby uwierzyli Mikkowi.
Sama nie wiedziała, kiedy ponownie zasnęła. Obudziła się dopiero, gdy promienie słońca połaskotały ją po twarzy. Z jej ramion zsunął się koc, którym została okryta.
– Dobrze spałaś? – usłyszała.
Arianne siedziała przy stole i kroiła jakieś zioła. Sanja zaś nadal leżała na łóżku, ale ubrana i rysowała coś na kawałku papieru.
– Tak, mistrzyni. Dziękuję i przepraszam.
– Nie przepraszaj, bo nie masz za co. Mistrz zawsze troszczy się o ucznia nawet, jeśli ten zasypia na parapecie okna.
– Sama nie wiem, kiedy to się stało.
– Zły sen?
– Raczej wspomnienia.
– Rozumiem. Nie zostawiałyśmy ci śniadania, bo nie wiedziałam, kiedy wstaniesz. Wczoraj wydawałaś się naprawdę zmęczona.
– Nie jedziemy dzisiaj dalej?
– Nie. Przyda nam się trochę odpoczynku. Poza tym kontaktowałam się z Radą. W Sofii coś jest. Nie mają jeszcze pewności, co to takiego, ale skoro jesteśmy na miejscu, to się tym zajmiemy.
Vivian wcale nie była tym zdziwiona. Bardziej czuła zadowolenie, bo w końcu mogła spożytkować energię. Brakowało jej adrenaliny i ryzyka. Z jednej strony chciała jak najszybciej wrócić do Berlina, żeby ruszyć dalej, a z drugiej pociągały ją przygody.
Dzień spędziła na błąkaniu się po mieście. Arianne nie miała przeciwwskazań, a jednocześnie Vivian mogła rozeznać się w sytuacji, jaka panowała w Sofii. Dziwnym trafem nie wyczuła ani odrobiny aury demona, ale coś się zbliżało. Tego była pewna.
Spacer dobrze jej zrobił. Miała już dość końskiego grzbietu, wolała podróżować o własnych siłach. Dzięki temu nie czuła się tak zdrętwiała, nawet po pociągu mogła się przejść, a koń jej to uniemożliwiał.
Z bliska przyglądała się życiu miasta, zahaczała o przypadkowe punkty, nie przejmowała się niczym. Była obca, ale jednocześnie wtopiła się w koloryt ulic i ich mieszkańców. Obserwowała sytuacje, które tak doskonale znała z własnego doświadczenia. Kiedyś była częścią tego wszystkiego, ale nie żałowała zmian. Nie chciała być już więcej niczyim dzieckiem, które w każdej chwili może zniknąć i nikt go szukać nie będzie. Ulica zawsze była dla niej piekłem, nienawidziła takiej egzystencji i zawsze ją przeklinała. Chciała uciec, cały czas uciekała, a jednak nie potrafiła odmienić własnego losu. To było zamknięte koło nakręcane przez jedno pragnienie i próbę samodzielności. Prawie zawsze źle się to dla niej kończyło, a ratowali ją inni, czego także nie znosiła. Na szczęście wyrwała się z tego piekła – również z pomocą innych. Nie chciała już nigdy więcej tego przeżywać. Nikomu nie życzyła takiego losu, ale nie walczyła z tym. Czasami łamała prawa tego świata, ale nigdy nie podjęła walki. Przyczyna była prosta – sama nie dałaby rady, a nigdy nie widziała się w roli zbawiciela ludzkości. Była na to zbyt zgorzkniała i egocentryczna, nie potrafiłaby rzucić się do walki za zupełnie obcą osobę bez powodu, który nie uderzałby w nią w jakikolwiek sposób. Czasami najchętniej doprowadziłaby świat do upadku, by na jego prochach zrodziło się coś zupełnie nowego. Właśnie dlatego powierzenie jej losów świata jako Aniołowi Lucyfera było abstrakcyjne i nie chciała się na to zgodzić. Jeden jej błąd mógł wszystko zniweczyć, nie chciała takiej odpowiedzialności. Nigdy nie poczuwała się do obowiązków wobec kogokolwiek i nie sądziła, żeby to się miało zmienić w najbliższym czasie. Na pewno nie całkowicie. Nie była zbawcą świata i nigdy nie będzie. Do przodu pchał ją jedynie egoizm i to była jej prawdziwa twarz. Właśnie dlatego ignorowała uliczny świat, który już jej nie dotyczył. Nie walczyła z nim, bo było to bezsensowne i dobre dla takich idealistów jak Allen.
Na myśl o nim Vivian zatrzymała się na moment. Wciąż pozostawała nierozwiązana kwestia Czternastego, który mógł przebudzić się w każdej chwili. Czarny Zakon nie potrafił albo nie chciał z tym nic zrobić, mogli jedynie czekać aż sprawa rozwiąże się sama. Ona w tej chwili raczej też nie mogła zmienić przyszłości swego brata. Musiała najpierw ukończyć szkolenie, a potem w wolnych chwilach mogłaby poszukać jakiegoś rozwiązania. Najprościej byłoby zabić chłopaka, ale tego robić nie chciała. Allen mimo wszystko był jej bliski. Jako jedyny z jej rodziny żył, inaczej zostałaby kompletnie sama na świecie. Nie wiedziała, czy rodzice jej matki jeszcze żyją, nie miała z nimi żadnego kontaktu, byli obcy, choć miała w sobie krew ich córki. Noah nigdy nie zaakceptuje jako kogoś bliskiego, więc z Allenem zostali sami na świecie, choć chłopak był przekonany, że nie ma już nikogo. Musiała go ochronić. Nieważne, że jest legendarnym Niszczycielem Czasu, to nie miało dla niej aż takiego znaczenia jak fakt bycia rodzeństwem. Nie rodzonym, ale takim, które połączyła postać Many. Może i kiedyś nie chciała mieć z Allenem nic wspólnego, ale później zrozumiała, że jest dla niej ważny. On zaakceptował ją od razu, nie pytał, nie drążył, po prostu pozwolił być. Poczuwał się do odpowiedzialności za nią, ale w rzeczywistości to ona musiała go chronić. Pozbycie się Czternastego postawiła sobie za punkt honoru.
– Poczekaj, Allen – szepnęła. – Uwolnię cię. Wytrzymaj jeszcze trochę.
Wtedy wyczuła obecność egzorcystów. Słońce już zachodziło, ale to nie był problem. Nie dla nich, bo równie dobrze mogli zajmować się akumami w nocy. Bardziej niewiarygodne dla niej było to, że nie zauważyła nikogo w płaszczu poszukiwacza, a włóczyła się po mieście przez cały dzień. Na szczęście w kapturze, co zmniejszyło ryzyko zdemaskowania. Do tego przecież zmieniła fryzurę, więc ktoś, kto znał ją słabo, mógł jej nie poznać.
Zignorowała chęć zobaczenia dawnych towarzyszy broni i ruszyła szybkim krokiem w stronę hotelu, w którym się zatrzymały. Musiała o ich pojawieniu powiadomić Arianne. Francuzka miała podjąć decyzję o dalszych krokach.
– Mamy problem – powiedziała w progu. – Egzorcyści są w Sofii.
– Wyczułaś jakieś akumy? – zapytała brunetka.
– Żadnych świeżych śladów, więc nie rozumiem posunięć Czarnego Zakonu. W pobliżu nie ma innocence, wiedziałabym o tym w momencie wkroczenia do miasta. Nie spotkałam też żadnych poszukiwaczy, a ich nie trudno nie poznać.
– Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Usiądź i zjedz coś. Pośpiech jest złym doradcą.
Vivian wykonała polecenie, choć sytuacja trochę ją niepokoiła. Nie było mowy, żeby coś takiego umknęło jej instynktowi. Innocence i akumy były częścią jej życia, że tak oczywisty ślad nie mógł nie zwrócić jej uwagi. Nie teraz, gdy była o krok od pełnej mocy.
– Kontaktowałam się z Radą. Pojawienie się egzorcystów nie jest takie dziwne, bo już dwa razy zostali oszukani przez naszego demona. Udaje on innocence i pożera akumy, a raczej dusze, z których się rodzą.
– Jak to udaje?
– Dostraja się do pragnień swojej zdobyczy. Wcześniej nie zwróciliśmy na niego uwagi, bo znikały akumy. Jednak sprawą zainteresował się Czarny Zakon.
– Więc i my? – zapytała.
– Kiedy nie mogli rozwiązać sprawy, tak, zaczęliśmy badać, co jest tego przyczyną. Innocence nie mogło zniknąć, bo klan Noah lubi zostawiać po sobie ślady. Tak wpadliśmy na demona, a ślady akum, które wyczuwasz, prawdopodobnie są pozostałościami po zaatakowanych demonach.
– Jak groźne jest to dla egzorcystów?
– Jeśli wdadzą się w walkę z demonem, z pewnością zginą, dlatego dobrze byłoby ich od tego odgrodzić.
– Jest to możliwe? – zapytała sceptycznie.
– Nie jestem pewna. Musimy skorzystać z twoich mocy Noah. Umiesz kontrolować akumy, a nie jesteśmy w stanie wyczuć tego demona.
– Rozumiem. Zaraz będę gotowa.
Sanja miała zostać. Taka wyprawa nie była dla niej bezpieczna, a one musiałyby pilnować dziewczynki, co utrudniałoby im pracę. Gdy Vivian kończyła skromną kolację, Arianne wyjaśniła małej, dlaczego zostaje sama. Kilka minut później były już na zewnątrz.
Brązowowłosa wyraźnie wyczuła akumy, które coś przyciągało. Stanowczo nie było to innocence, co potwierdzało tezę o demonie. W sumie działał niejako po ich stronie, ale w rzeczywistości mógł narozrabiać dużo bardziej niż się pozornie wydawało. Już samo zainteresowanie egzorcystów sprawiało, że stawał się zagrożeniem.
– Tędy – wskazała kierunek.
Akumy, które pojawiły się w pobliżu, nie zwróciły na nie uwagi. Kierowały się jednak w tę samą stronę, więc Vivian miała potwierdzenie tego, co udało jej się ustalić. Kusiło ją, aby się ich pozbyć, ale teraz musiała skupić się na czymś innym i ochronić swoją tożsamość.
Arianne powstrzymała ją przed kolejnymi krokami, gdy dotarły na pole walki. Przez chwilę obserwowały otoczenie. Vivian bez trudu rozpoznała trzech egzorcystów: Allena, Marie’ego i Chaojiego, w pobliżu dostrzegła również Linka, którego zadaniem była obserwacja Walkera. Jednak demona nigdzie nie widziała, nie mogła go też wyczuć. Właśnie dlatego użyła mocy Noah, aby dwie akumy wywabiły przeciwnika.
Demon pojawiła się w formie widma prosto z koszmarów. Uśmiechał się diabelsko, zatapiając zęby w jednej z akum. Druga wybuchła na rozkaz Vivian, skoro nie była już potrzebna.
– Co robimy?
– Skieruj akumy w inne miejsce, żeby egzorcyści nam nie przeszkadzali.
Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Owszem, członkowie Czarnego Zakonu zauważyli inną kreaturę, ale akum było na tyle dużo, że najpierw musieli zająć się nimi. Tymczasem Arianne i Vivian ruszyły na demona, który był ciężkim przeciwnikiem. Brązowowłosa przeklinała narzucone ograniczenie mocy, ale nie było wyjścia. Tak było lepiej dla wszystkich. Skupiła się na formułkach, które miały ograniczyć moc demona.
Cienie zostały gwałtownie odepchnięte. Vivian przez moment straciła oddech po uderzeniu w mur. Podniosła głowę w momencie, gdy Allen ruszył na demona, który sparował cios i zaatakował. Chłopak został obryzgany własną krwią, a brązowowłosa rzuciła się ze wściekłością do walki. Przed oczami miała jedynie scenę sprzed chwili, a w uszach własny krzyk, który utknął w gardle.
– Wystarczy! – usłyszała.
Arianne złapała ją za ramię, gdy sięgała po wszystkie moce, jakie miała do dyspozycji.
– Nie warto tracić na niego sił. To słabiak, a ty powinnaś się uspokoić.
To wyrwało dziewczynę z amoku. Spojrzała na demona, który wił się pod barierą, którą założyła Arianne. Jego rany wskazywały na wściekłość brązowowłosej i żądzę zemsty, która miała sprawić jak najwięcej bólu przeciwnikowi.
– Zajmij się chłopakiem – szepnęła. – Skończę z nim.
– Nie spieprz, bo inaczej będziemy mieć na karku znacznie groźniejszych wrogów.
– Tak jest.
Vivian wzięła głęboki oddech i schowała broń. Krąg został już zamknięty, intuicyjnie okrążała demona tak, aby zamknąć go w pułapce. Odsunęła od siebie myśli o Allenie i obawy, po czym zaczęła szeptać formułę egzorcyzmu, który miał się pozbyć przeciwnika. Skupiona na tej czynności nie zwróciła uwagi na to, że Marie i Chaoji zakończyli już walkę z akumami i stali obok Arianne, która oceniała stan rany białowłosego. Zawiodły, więc musiały wziąć za to odpowiedzialność i dopilnować, aby skutki walki z demonem nie były zbyt dokuczliwe.
Vivian odwróciła się do nich po skończonej pracy. Dopiero teraz dotarło do niej, co zrobiła i jak bardzo mogło to zaszkodzić im wszystkim.
– Idź przodem i przygotuj wszystko – poleciła Arianne.
Dziewczyna ruszyła do hotelu, udało jej się wynająć pokój obok tego, który zajmowały, po czym przygotowała zioła, opatrunki i miejsce pracy dla Francuzki. Sama załatałaby ranę w kilka minut, ale jednocześnie mogłaby się zdradzić, więc odrzuciła ten pomysł. Wróciła do siebie, gdy tylko Arianne z egzorcystami dotarli na miejsce.
Miała ochotę pójść do drugiego pokoju i zobaczyć, co z Allenem, ale siedziała w bezruchu na parapecie, przytulając policzek do kolana. Czekała na powrót mistrzyni ze świadomością popełnionego błędu. Wystarczyło kilka sekund i mogłaby całkowicie zawalić sprawę, a to tylko z powodu niekontrolowania emocji. Wszystko działo się zbyt szybko, jej serce było niespokojne, gdy wchodziły do akcji, przez co stworzyła niepotrzebne zagrożenie.
Arianne wsunęła się cicho do pokoju i spojrzała na uczennicę, która się nie poruszyła wpatrzona w okno. Była jednak świadoma jej obecności, bo zapytała:
– Co z Allenem?
– Nic mu nie będzie. Wystarczy, że odpocznie kilka dni.
– To dobrze.
– Vivian, twoje zachowanie dzisiaj było nieodpowiedzialne. Jesteś Cieniem i musisz panować nad emocjami, bo inaczej nikogo nie ochronisz – powiedziała dobitnie. – Gdybyś była sama, a ten demon potężniejszy, ty i egzorcyści zginęlibyście tej nocy w ciągu kilku chwil. Cokolwiek by się nie działo, ty masz być opanowana. Zawiodłam się na tobie dzisiaj.
– Przepraszam, mistrzyni. Nie ma dla mnie usprawiedliwienia.
– Idź spać. Przed świtem wyruszamy. Egzorcyści i tak są zbyt ciekawscy.
– Tak jest.
Było jeszcze ciemno, gdy wychodziły. Vivian przystanęła na moment pod drzwiami pokoju, w którym zakwaterowani byli egzorcyści, ale nie weszła do środka. Nie chciała ich obudzić i alarmować. Po chwili ruszyła dalej, jakby nic się nie stało. Gdy wschodziło słońce, Cienie były już poza Sofią i nie został po nich żaden ślad, jakby nigdy ich tu nie było.

***

Arte: Coraz bliżej do domu.
Vivian: Nawet mi nie przypominaj.
Arte: Przesadzasz.
Vivian: To Laur przesadza.
Laurie: Dobra, dobra, nie narzekaj mi tu, tylko bierz się za robotę.
Vivian: Może zauważyliście już, a jak nie, to radzę spojrzeć uważnie na pasek menu, bo Laur spięła się i założyła fanpage’a. Początkowo miał być tylko związany z Aniołem, ale dziewczę stwierdziło, że nie będzie zakładać każdej historii własnego fb, bo nie ma sensu. Stąd też jest jeden dla wszystkich blogów i dA, na którym też pojawiają się przecież teksty.
Arte: Dzięki niemu będziecie na bieżąco informowani, co pojawia się nowego, pojawią się ciekawostki i cała reszta. Wiecie o co chodzi.
Laurie: Mógłbyś się przyłożyć.
Arte: Ja mam jeszcze urlop, a tu jestem gościnnie.
Laurie: Nie denerwuj mnie nawet.
Vivian: Galeria też jest dość imponująca. Swoją drogą, chyba polubię bardziej swoją nową fryzurę i przy niej zostanę.
Arte: Ani mi się waż.
Vivian: Bo co mi zrobisz?
Laurie: Pokłócicie się później. Jako że we wtorek jest Prima Aprilis, postaram się coś wrzucić, ale nie obiecuję.
Vivian: Za tydzień zaś przeklęty Wiedeń. Cieszcie się, bo na dwa rozdziały. Lajkujcie, trzymajcie się ciepło i do następnego.

2 thoughts on “Warattekureta erandekureta soshite dakishimetekureta iya ni naruhodo suraido shiteku omoidetachi

  1. seitoshi pisze:

    Wspomnienia Nii zawsze mnie ciekawią. Współczuję jej.
    Naki: Kolejna co się zakochała w kimś nieodpowiednim.
    To już pod epidemię podchodzi. Nieważne. Ważny jest Allen.
    Kurcze, nie strasz mnie tak! Ych! Włosy sobie powyrywam następnym razem jak mu coś zrobisz. Akemi poszczuję!!!
    Akemi: A co ja? Pies?
    Tak. Broń piesku swojego pana przed Laurie! A tak poważnie, Vivian jest naprawdę słodka, tak się o Allenka martwi
    W sumie Vivian nie powinna się tak przejmować, nikt nie zginął, fakt, że błąd popełniła, ale i tak widać poprawę. I to wielką! Bardzo lubię czytać blogi gdzie postać się rozwija, fakt… Vivian zajęło to 5 lat… Ale kto by to liczył! >,< Ważne, że zmieniła się i to na lepsze.
    Ciekawie demon sprawiał problemy, no i ten mój zaciesz gdy przeczytałam tylko jedno słowo: 'egzorcyści' i już widziałam, że będzie fajna akcja.
    Cóż…. Trochę mnie nie było… Musiałam wybrać co komentować – blog Corrie – czy Vivian, a wiedziałam, że do Vivian zawsze wrócę, więc postanowiłam wciągnąć się w Bleacha. Przyznam też, że Nakiś naciskała :3
    Nie wiem czy będę za tydzień punktualnie, ale postaram się… Tyle się ostatnio w moim życiu dzieje… Do Niemiec na staż darmowy jadę, dużo problemów z papierami, paszportu brak, trza dowód tymczasowy wyrabiać. cóż może i tak wyjdzie na to, że będę w Berlinie szybciej od Vivian ? xDD
    Do zobaczenia w każdym razie ;**

    • laurie16 pisze:

      Podobno miłość jest ślepa, więc wiesz. Poza tym to błędy młodości.
      Vivian: Czyli to, co teraz Corrie zalicza.
      Powiedzmy. Jeśli będziesz w Berlinie do trzech tygodni od dzisiaj, to na pewno dotrzesz tam wcześniej niż Vivian. Tylko się nie kręć w okolicy Czerwonego Ratusza, bo jeszcze spotkać ją albo Arte😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s