Chciałam cofnąć czas, Cofnąć rzeki bieg, Zetrzeć każdy ślad, Zniknąć w cieniu drzew

Deszcz bębnił o okna już którąś godzinę z rzędu, sprawiając, że życie w Wiedniu zamarło. Nikt, kto nie musiał, nie wychodził na zewnątrz, więc szare ulice były ciche i jakby martwe. To wszystko nie wpływało dobrze na nastrój Vivian, która siedziała na parapecie okna owinięta w koc z kubkiem herbaty i patrzyła smętnie na pustą ulicę.
Wiedeń kojarzył jej się z samymi najgorszymi rzeczami. Pamiętała, jak tu trafiła – od razu zaczęły się problemy, rany i zostawiły wspomnienia, o których nie chce się pamiętać. Tu też rozegrała się tragedia Sterma. Przez nią jego rodzeństwo zginęło, a on sam oszalał. Nie mogła ich wtedy zabrać ze sobą, to było zbyt niebezpieczne dla tych dzieciaków. Już musiały się mierzyć z ulicznym życiem, które nie pytało nikogo o zdanie, tylko brało to, na co miało ochotę w danym momencie. Vivian przekonała się o tym już po przekroczeniu bram miasta. Nigdzie nie spotkało jej tyle zła, co w Wiedniu. Nie znosiła tego miejsca. Ze wzajemnością zresztą. Tutaj piętrzyły się problemy, których tak młoda dziewczyna nie potrafiła rozwiązać po swojej myśli. Stąd rany i blizny, które za każdym razem przypominały o wrogach, którzy tylko czekali na jej potknięcie. Wystarczył jeden błąd, by wszystko się sypnęło, a ona musiała uciekać. Nie zabrała niczego i nikogo ze sobą. Złamała obietnicę daną tym dzieciakom, odebrała im nadzieję na lepszy los. Sama nie miała jej zbyt wiele. Tylko rozpaczliwe poszukiwania pchały ją do przodu. Nie wiedziała, co ma robić, komu ufać i przez to tyle razy została skrzywdzona. Sama też krzywdziła innych, pocieszając i dając nadzieję. Kłamała. Jej życie było pasmem kłamstw, których wtedy się nie wstydziła. Miały jej ułatwić sprawę. Cel uświęca środki. Tym razem doprowadził do tragedii.
To była noc jakich wiele. Dla niej jednak mogła być końcem wszystkiego, ale też początkiem. Doskonale pamiętała tamten strach, gdy biegła przez cały Wiedeń. Uciekała, wciąż się odwracała w obawie pościgu. Nie myślała o tym, by wrócić i pozamykać swoje sprawy. Uciekła bez słowa wyjaśnienia, paląc za sobą kolejny most. Siała zniszczenie wszędzie tam, gdzie się pojawiła. I nie w otaczającym ją świecie, ale w sercach ludzi, którzy byli obok i obdarzyli dobrymi uczuciami. Dzięki nim wciąż się podnosiła i szła dalej, pamiętała, czym jest uśmiech i radość, że jest człowiekiem, a nie potworem, bękartem i zabawką.
Zostawiła ich. Złamała obietnicę, doprowadzając Sterma do obłędu. Tego miłego, przyjaznego i kochanego Sterma, który nie skrzywdziłby muchy. Zawsze był dla niej ważny. W jego ramionach leczyła swe rany i tłumiła łzy. Zawsze wyciągał do niej rękę, choć nie pochwalał nocnych wypraw, w których traciła samą siebie. Łagodził ból, był wobec niej delikatny i opiekuńczy, a ona go zniszczyła. Doskonale pamiętała jego spojrzenie, gdy wróciła tu z Kandą i Squalo. Nie był już tą samą osobą. Miała wrażenie, że to ktoś zupełnie inny. Nic się już dla niego nie liczyło prócz zemsty za cierpienie i śmierć. Chciał zranić, zabić, ukarać. Obwinił ją o wszystko, co się wydarzyło, bo choć głośno zaprzeczyła, to w głębi serca przyznała mu rację. Przez nią się zmienił. Stał się kimś zupełnie innym, demonem zemsty, który łamał swe wszystkie zasady. To zaś doprowadziło go do śmierci. Była za to odpowiedzialna.
Nie powinna nikomu niczego obiecywać. Wszystkie słowa, które dała, złamała. Mniej lub bardziej umyślnie, ale złamała, krzywdząc innych. Tłumaczyła sobie, że to dla ich dobra, ale doskonale wiedziała, że robiła to dla siebie. Tylko w ten sposób mogła panować nad poczuciem miny, gdy zamierzała się na kolejną głupotę. Przy tym miała świadomość, że gdy już opuści dane miejsce, już tam nie wróci. Paliła za sobą mosty, nie patrzyła wstecz, jakby chcąc zapomnieć o przeszłości. Dawała słowo i łamała je. Gdy została członkinią Czarnego Zakonu, to się miało zmienić, a potem znów obiecała i nie dotrzymała słowa.
Obiecała Abbie, że wróci, choć doskonale wiedziała, że tak nie będzie. Okłamała ją z premedytacją. Nie mogła mieć jednak wyrzutów sumienia, bo ratowała własne życie. Na tym musiała się skupić. Obietnica nie miała znaczenia. Chodziło tylko o to, żeby Abba ją puściła. Doskonale pamiętała płonący, walący się budynek i krzyki Allena kłócącego się z Kandą. Czuła wręcz ich rozpacz, widziała łzy i niedowierzanie. Nie mogła wrócić z nimi, czekałaby ją długa i bolesna śmierć. Musiała tak postąpić, a w rzeczywistości znów robiła to samo. Uciekła bez słowa wyjaśnienia, paląc za sobą kolejny most. Jeśli Zakon dowiedziałby się, że to oszustwo, posłaliby po nią Kruki. Byłaby martwa naprawdę i nikt nie pytałby o powód i jej zdanie. To byłby prawdziwy koniec, a na to pozwolić nie mogła. Jeszcze nie teraz.
– Jestem beznadziejna… – szepnęła.
– Mówiłaś coś, Vivian?
Brązowowłosa spojrzała na Arianne, która zajęta była przygotowywaniem jakiś składników. W czasie, gdy dziewczyna poddawała się niewesołym myślom, kobieta zdążyła uprzątnąć ich juki. Następnego ranka zamierzała jeszcze pójść na zakupy – Sanji przydałyby się jakieś dodatkowe ubrania, bo te, w których chodziła, były już bardzo zniszczone. Pociąg i tak miały dopiero wieczorem.
– Nic ważnego – odparła odrobinę speszona.
Arianne podeszła do niej i spojrzała przez okno.
– Ten deszcz jest okropny – westchnęła.
– Nie lubisz deszczu, mistrzyni?
– A co jest dobrego we łzach? Zawsze, gdy tak leje, wydaje mi się, że niebo płacze nad czyimś losem.
– Może masz rację – westchnęła dziewczyna. – Prawie zawsze pada, gdy jestem w Wiedniu.
– I czyni cię smutną.
– Po prostu przywodzi smutne wspomnienia.
Arianne poprawiła jej grzywkę w czułym geście.
– Od dłuższego czasu jesteś smutna. Martwisz się o brata?
– Nie – pokręciła głową. – Wiem, że dobrze się nim zajęłaś, a lekarze w Czarnym Zakonie zawsze doprowadzają egzorcystów do jak najlepszej formy. Komui tego pilnuje.
– Więc o co chodzi?
– O nic konkretnego. To ten deszcz i długa podróż. Dają mi po prostu w kość.
– Za kilka dni będziemy w domu. Arte pewnie już nie może się doczekać.
– Ja też. Nie sądziłam, że tak się za nim stęsknię, choć pewnie od razu zacznie mi docinać. Tak mnie tym wkurza, że mu przyłożę na „dzień dobry”.
Arianne zaśmiała się cicho.
– Tacy przyjaciele są najcenniejsi. Szczerość to cecha, na którą ciężko się zdecydować, gdy nam na kimś zależy, bo nie chcemy tej osoby zranić i stracić. Arte wie, jak bardzo cenisz szczerych ludzi i stara się do tego dostosować. Czasem jest wredny, ale taki jego urok. Lubi się z tobą zaczepiać. Wtedy jest najszczęśliwszy i nie ma znaczenia, że się od nas różni.
– Czasami mógłby się powstrzymać – mruknęła, wspominając niewybredne żarty przyjaciela.
– Nie byłby sobą.
– Durny wampir.
Mimo to tęskniła za przyjacielem. Dzięki niemu tak szybko zaaklimatyzowała się w Lidze i powoli ruszyła dalej. Wyciągnął do niej rękę, gdy była najbardziej przerażona, pomógł uporać się z decyzją o dalszym życiu i nie omieszkał wskazać jej błędów, które popełniła. Przy tym był świetnym towarzyszem zabaw, wygłupów i partnerem w treningu. Mogła powiedzieć mu o wszystkim i miała pewność, że zrozumie. Może i wykpi, ale nigdy jej nie odtrąci. Mogła mu zawierzyć własne życie.
„Tak jak Kandzie” – przeszło jej przez myśl. Pokręciła gwałtownie głową. Było inaczej, bo oni różnili się znacznie między sobą. Arte nigdy nie zastąpi Japończyka, o którym Vivian usilnie starała się nie myśleć. Jak na złość wracał zawsze w najmniej oczekiwanym momencie. Jednak póki był daleko, potrafiła się zdystansować do zachcianek własnego serca. Przecież on i tak nigdy nie poczułby tego samego, nie mógłby, prawda?
Arte był przyjacielem, przed którym nie miała sekretów. Był bezpośredni, beztroski i wredny, ale nie wzbudzał w niej pożądania czy namiętności. Nawet wtedy, gdy go pocałowała w chwili słabości, to była sprawka rozumu i strachu, nie zaś serca, bo to zaczęło cierpieć, gdy wyglądało na to, że wszystko skończone. Potrafił jej wybaczyć i zapomnieć, wrócić do tego, jak było wcześniej. To była jego najlepsza cecha – zawsze mogła na niego liczyć nawet, gdy zachowywała się jak ostatnia idiotka.
Tej nocy znów miała koszmary. Budziła się kilkukrotnie i chodziła po pokoju, żeby się uspokoić. Przeszłość, wizje apokalipsy i strach nie chciały odpuścić i przypominały, jak bardzo jest zepsuta.
– Znowu masz koszmary? – usłyszała Arianne.
– Przepraszam, że cię obudziłam.
– Nie szkodzi. Posiedzieć z tobą?
– Nie trzeba. Zaraz mi przejdzie i pójdę spać. Koszmary nie trwają wiecznie.
– W porządku, ale obudź mnie w razie czego.
– Dobrze.
Vivian położyła się z powrotem, ale nie zasnęła od razu. Kręciła się na posłaniu, czując strach przed kolejnym koszmarem. Ile razy można patrzeć na śmierć bliskich osób? Kiedy zniknie poczucie bezradności? Wobec nich była bezbronna, nie mogła nad nimi panować, odkrywały wszystkie jej słabe punkty i lęki. Przypominały o niepewnej przyszłości, w której będzie musiała zdecydować o życiu nie tylko swoim. To ją przerażało.
Odwróciła się do okna, za którym nadal padał deszcz, ale już słabszy niż wcześniej. Do rana powinno się uspokoić i może nawet wyjdzie słońce. Pocieszające było jedynie to, że jutro o tej porze będą już daleko od Wiednia i przykrych wspomnień.
Rano rzeczywiście wypogodziło się, więc Arianne postanowiła zjeść śniadanie w niewielkiej restauracji naprzeciwko hotelu, w którym się zatrzymały. Wyjście chociaż na chwilę na zewnątrz odpędziło nocne mary i poprawiało humory. Nawet Sanja była bardziej żywa niż zazwyczaj i chwilami, gdyby nie jej wygląd, można by pomyśleć, że jest zwyczajną dziewczynką w swoim wieku. To przyprawiało oba Cienie o uśmiechy, bo jednak eskorta widzącej nie była tak prosta, jak się wydawało. Sanja żyła we własnym świecie, ignorowała innych i wszystko dookoła chyba, że czymś się zainteresowała. Bała się ludzi, uciekała przed nimi za Arianne, ale też zwracała uwagę. Zwykle inni byli jej nieprzychylni z powodu lęku, który budziły jej białe oczy i wrażenie, że przewierca nimi duszę. Vivian to rozumiała, ale spojrzeniem ostrzegała każdego, komu mogłoby przyjść do głowy skrzywdzenie dziewczynki. Czuła się za nią odpowiedzialna. Jeszcze nie kontrolowała swojej mocy, co brązowowłosa doskonale rozumiała. Sama do niedawna była w takiej sytuacji. Małej należało pomóc okiełznać dar, który otrzymała, niestety normalni ludzie tego nie dostrzegali. Mieli zbyt ciasny światopogląd, bali się nieznanego i odrzucali je, jakby naprawdę było niebezpieczne.
Właśnie dlatego Vivian z Sanją wróciły do hotelu podczas, gdy Arianne poszła na zakupy. Brązowowłosa sprawdziła, czy wszystkie pieczęcie pozostały nienaruszone. Musiała tego dopilnować, aby pokój był bezpieczny. Było to rutynowe zachowanie Cieni, które musiały dbać o siebie w terenie. Gdyby jakiś demon zaatakowałby ich podczas snu, mogłoby się to źle skończyć. Była to też jedna z pierwszych rzeczy, których Vivian się nauczyła. Formuły ochronne były bardzo ważne, więc szybko stało się to dla niej rutyną. Czasami przed snem wstawała i sprawdzała wszystkie wejścia dla pewności i spokoju.
Nie zwracała uwagi na rysującą przy stole Sanję zbyt zajęta księgą o demonach, którą czytała już chyba po raz piąty. Powoli się jej nudziła, ale za kilka dni będzie miała do dyspozycji całą obszerną bibliotekę Ligi.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Sanja krzyknęła, a Vivian zdezorientowana rozglądała się za przyczyną. Automatycznie złapała za sztylet. Jej spojrzenie przykuła kobieta stojąca w progu. Miała długie do kolan, czarne loki, czarne oczy i bardzo jasną cerę kontrastującą z czarną suknią wystającą spod płaszcza.
– Ktoś ty? – warknęła dziewczyna.
Kobieta dopiero teraz odwróciła na nią spojrzenie, które utkwione było dotąd w Sanji. Przekrzywiła na moment głowę.
– Zawadzasz – powiedziała chropowatym głosem.
Poruszyła ręką, jakby odganiała muchę. Vivian odrzuciło, z impetem uderzyła o ścianę, tracąc na moment oddech. Podniosła się ciężko, nie odrywając wzroku od przeciwniczki, którą całą uwagę na powrót skupiła na Sanji. Nie było wątpliwości, że przyszła właśnie po dziewczynkę. Zaklęcia ochronne nie podziałały, więc nie była demonem, ale nadal stanowiła zagrożenie.
– Nie zbliżaj się do niej – warknęła. – Sanja, chodź tutaj.
Dziewczynka podbiegła do brązowowłosej, która zasłoniła ją własnym ciałem.
– Zawadzasz – syknęła nieznajoma. – Chcę tylko dzieciaka.
– Najpierw musisz mnie pokonać.
– Idiotka.
Tym razem Vivian była przygotowana na atak, ale mimo to oberwała. Pokonała dzielącą ich odległość i cięła. Przeciwniczka uchyliła się, po chwili łapiąc dziewczynę za gardło. Z jakiegoś powodu była silniejsza niż wyglądała, a jej ruchy były bardziej skoordynowane. Tak jakby postrzeganie brązowowłosej zostało zaburzone.
– Jesteś za słaba – syknęła brunetka. – Zejdź mi z drogi.
Rzuciła nią o ścianę. Vivian jęknęła boleśnie, tylko siłą woli pozostając przytomną. Nie mogła teraz pozwolić sobie na omdlenie. Obraz rozmazywał jej się przed oczami, widziała jednak, jak kobieta rusza w stronę skulonej w kącie Sanji. Musiała coś zrobić, żeby ją bronić, ale nie wiedziała co. Zrozumiała, że niezwykłość dziewczynki przyciągnęła przeciwniczkę. Postanowiła wykorzystać tę wiedzę i zaryzykować. Oszołomiona i tak wiele nie zrobi, a liczyła się każda chwila. Aktywowała innocence i dała się poczuć.
Kobieta odwróciła się na moment z wyraźnym zdziwieniem. Dopiero teraz dostrzegła, że nie ma do czynienia z przeciętnym człowiekiem, a istotą znacznie ciekawszą, a widok czarnych skrzydeł dodatkowo ją zaintrygował.
– Coś ty za jedna? – zapytała.
– Zostaw małą w spokoju.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – wróciła do niej i podciągnęła ją na kolana za koszulę. – Ukryty potencjał, co?
– Zostaw małą w spokoju. W zamian dostaniesz mnie – dodała, widząc jej zainteresowanie.
– Sądzisz, że jesteś bardziej wartościowa od widzącej?
– Tak mi wszyscy mówią. Mamy umowę?
– Dobra, ale jeden głupi numer i obie umrzecie w męczarniach. Schowaj te skrzydła, bo będziesz zwracała uwagę.
Vivian wiedziała, że w ten sposób może dać czas Arianne, żeby zabrała stąd Sanję. Dopiero za jakiś czas będzie mogła spróbować ucieczki lub walki. Do tej pory postanowiła obserwować agresorkę, żeby zebrać o niej jak najwięcej informacji.
Arianne wróciła niecałą godzinę później. Zatrzymała się w progu, widząc bałagan i Sanję kucającą w kącie. Stół był przewrócony, co świadczyło o walce, choć żadna z pieczęci nie została przerwana. Podbiegła do dziewczynki i przyklęknęła obok.
– Sanja, co tu się stało? Gdzie jest Vivian?
Mała podniosła głowę i wtuliła się w brunetkę. Coś ją wyraźnie wystraszyło, lecz zmysły Arianne nie do końca potrafiły rozpoznać aurę istoty, która tu była.
– Już dobrze – pogłaskała dziewczynkę po włosach. – Gdzie jest Vivian?
– Śmierć – powiedziała Sanja.
Kobieta rozejrzała się po pokoju. Pod ścianą dostrzegła porzuconą broń uczennicy, z którą przecież się nie rozstawała, ślady walki wskazywały na krótką potyczkę, zapewnie trwała najwyżej parę minut, po czym najprawdopodobniej brązowowłosa została uprowadzona.
– Co tu się stało? – zapytała bardziej samą siebie niż małą.
– To była wiedźma – usłyszała. – Bardzo niebezpieczna zresztą.
W progu stał Japończyk o czarnych włosach związanych w kucyk ze srebrnym pasmem z lewej strony, ciemnobrązowych oczach oraz z trzema podłużnymi bliznami na prawym policzku.
– Akito?
– Witaj, Arianne. Twoją uczennicę zabrała stąd wiedźma. Prawdopodobnie siłą.
– Pokój był przecież zabezpieczony.
– Przed demonami. Na wiedźmę zabezpieczenia nie zadziałały. Prawdopodobnie przyszła po widzącą, ale Anioł Lucyfera bardziej ją zainteresował na ten moment.
– Nikt nas nie ostrzegał przed wiedźmą.
– Możliwe, że Rada nie dostrzegła związku. Poza tym wiedźma musiała was gdzieś zobaczyć i rozpoznać aurę widzącej, bo niemożliwe, żeby wiedziała wcześniej.
– Jakie są szanse, że Vivian jeszcze żyje?
– Niewielkie – powiedział zgodnie z prawdą.
– Akito, znajdź ją, proszę.
Brunet kiwnął głową. Wiedział jednak, że sprawa może być już niewarta świeczki. Najpierw należało zabezpieczyć sprawy tutaj.
– Musicie się stąd wynieść. Przenieście się do innego hotelu. Przy drzwiach i oknach rozsyp to – podał jej niewielki flakonik. – I nie wychodźcie, dopóki nie wrócę. Pomogę twojej uczennicy, o ile jeszcze żyje.
Nie zamierzał ukrywać faktów. Odczekał chwilę, by mieć pewność, że bezpiecznie dotrą do następnego noclegu. Widząca była bardzo ważna dla Ligi i Arianne musiała o nią zadbać. Z Aniołem sprawa wyglądała odrobinę inaczej. Owszem, była ważna i cenna, ale w rzeczywiści jej śmierć nie utrudniałaby im zadania. Jedynie zmieniłoby to pewnie losy przyszłej wojny pomiędzy egzorcystami a Noah, bo do tej dojdzie prędzej czy później. O tym byli przekonani. Akito nie chciał obciążać się odpowiedzialnością za zadanie ponad jego siły i Arianne doskonale o tym wiedziała. Jeśli znajdzie ją żywą, przyprowadzi. Jeśli nie, wykona swoją misję. Takie zasady rządziły ich światem. Francuzce pozostało czekanie.

***

Arte: Miało się zamknąć w jednym, ale wyszło trochę dłuższe i będą dwa.
Vivian: Tym lepiej, bo Laur ostatnio nie wyrabia normy. We wtorek pisała na ostatnią chwilę.
Laurie: Ale napisałam, więc o co ci chodzi?
Vivian: O nic. Tak tylko mówię.
Laurie: Niepotrzebnie strzępisz sobie język.
Arte: Za to po Wiedniu od razu będzie Berlin i akcja ruszy porządnie do przodu.
Vivian: O ile Laur zacznie dalej pisać.
Laurie: Zejdź już ze mnie. Wystarczy, że inni mnie dobijają. Ty nie musisz.
Vivian: Ciekawostka: Akito pojawił się jeszcze za czasów starej historii. Kto zgadnie kiedy?
Arte: Przypominam o fb, na którym m. in. ostatnio pojawił się nowy art Sei-san.
Vivian: Z Corrie.
Arte: Ale się pojawił.
Laurie: Dość kłótni. Za tydzień wszyscy dowiecie się, kiedy wcześniej pojawił się Akito. Nie mniej zapraszam do zgadywania. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

One thought on “Chciałam cofnąć czas, Cofnąć rzeki bieg, Zetrzeć każdy ślad, Zniknąć w cieniu drzew

  1. prz_ pisze:

    25 października 2013. Jaka będzie nagroda?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s