Walczy pamięć, bo zapomnieć chce. Walczy serce, by pompować krew. Każdy oddech tłumi krzyk, więc nikt nie słyszy go prócz mnie

Ból. Tylko tyle Vivian czuła, gdy się ocknęła. Rozlewał się po całym ciele, paraliżując ruchy i zdolność odczuwania jakiejkolwiek innej rzeczy. Nie wiedziała, kiedy straciła przytomność i na jak długo ani co się wtedy z nią działo. Z trudem przekręciła głowę, rozglądając się po laboratorium wiedźmy, która ją więziła. Powoli wracały dokładne wspomnienia sprzed omdlenia.
Początkowo szła grzecznie tak, jak obiecała, chcąc się jak najbardziej oddalić od hotelu, w którym została Sanja. Jej ochrona była w tej chwili priorytetem, a Vivian miała czas, by obmyślić jakąś strategię względem przeciwniczki. Z przerażeniem zorientowała się, że nie ma przy sobie broni – musiała ją upuścić w momencie upadku.
– Nawet nie próbuj – usłyszała, gdy wchodziły w pustą uliczkę.
Mimo ostrzeżenia zaatakowała i była to ostatnia rzecz, którą pamiętała dokładnie. Potem były już tylko urywki. Jakaś klatka schodowa, smród, uderzenie, zawrót głowy, śmiech, pojedyncze słowa, które nie miały większego sensu. Nawet przy większym wysiłku nie potrafiła ułożyć tego w konkretną całość.
Nie mogła podnieść się z płyty, na której leżała. Była zbyt słaba, a dodatkowo uniemożliwiały jej to łańcuchy na tyle ciasne, że nie poruszyła ręką ani o milimetr. Z nogami był ten sam problem. Z przerażeniem odkryła, że znalazła się w potrzasku. Na własne życzenie.
Rozejrzała się za wiedźmą, ale nigdzie jej nie zauważyła. Prawdopodobnie była tu sama. To wzbudziło tylko większy niepokój, bo nie wiedziała, czego się spodziewać. Mogła tylko czekać na rozwój wypadków, co nie napawało optymizmem. Pod plecami czuła bolesny wręcz chłód kamienia, skóra na nagim brzuchu piekła, choć nie wiedziała dlaczego. Szarpnęła się, wiedząc, że nic z tego nie będzie, ale musiała coś zrobić. Łańcuch jedynie zabrzęczał, jakby naśmiewał się z jej niemocy. Poza tym dźwiękiem wokół panowała cisza przerywana tylko jej oddechem, a całe ciało bolało, jakby zostało dotkliwie pobite.
Z braku lepszej perspektywy obejrzała laboratorium zanurzone w półmroku. Nie dostrzegała końca pomieszczenia, mogła jedynie na oko określić jego wymiary. Na stole niedaleko leżały jakieś naczynia i składniki, dostrzegła też księgę otwartą mniej więcej w połowie, ale nic nie informowało jej, gdzie się dokładnie znajduje. Stawiała na jakieś podziemia, bo w ten sposób najłatwiej było ukryć nielegalną działalność.
– Obudziłaś się? – usłyszała.
Wiedźma pojawiła się nad jej głową, choć Vivian nie dostrzegła wcześniej jej wejścia. Brunetka pogłaskała dziewczynę po policzku niemalże czule, przechodząc na wargi.
– Suche – stwierdziła. – A wydawało mi się, że tak głośno nie krzyczałaś.
– O czym…?
– Nie pamiętasz? No tak, byłaś pod wpływem silnego narkotyku, więc możesz nie pamiętać – uśmiechnęła się złowróżbnie. – Może to ci coś przypomni.
Pochyliła się nad nią i wgryzła się w dolną wargę dziewczyny. Obie poczuły krew w ustach, przez co Vivian szarpnęła głową, żeby uciec wątpliwej pieszczocie. Mimowolnie oblizała rozdartą wargę.
– Pamięć lepiej działa? – zadrwiła wiedźma.
– Pieprz się.
– Nie bądź taka niegrzeczna, bo to jeszcze nie koniec.
Powoli, jakby celebrując każdy krok, podeszła do stołu i wzięła z niego srebrny nóż. Vivian próbowała zachować spokój, gdy kobieta położyła dłoń na jej brzuchu i lekko go nacisnęła. Jak zaczarowana wpatrywała się ostrze. Jej uwagę odwróciły dopiero słowa:
– Co najlepiej będzie ucztować na duszy takiej jak twoja?
– Nawet nie próbuj – warknęła przez zaciśnięte zęby.
– A niby to dlaczego? Możesz się tylko wić w bolesnej rozkoszy i wzywać kochanka, który tym razem nie przyjdzie ci z pomocą, aniołku. Twe ciało już jest splugawione. Jesteś nierządnicą ludzi, więc co ci szkodzi demon albo dwa? Zwłaszcza przyzwane z twojego ciała.
Vivian szarpnęła się gwałtownie, gdy wiedźma zrobiła pierwsze cięcie. Kobieta zaśmiała się i pogłaskała wewnętrzną stronę ud dziewczyny. To rozdrażniło zmysły brązowowłosej. Poruszyła się lekko, przeklinając własną słabość.
Teraz przypomniała sobie całą scenę. Była pod wpływem jakiegoś dziwnego zielska, które w nią wmusiła. Miejsca, które dotykała, płonęły żywym ogniem, łamiąc Vivian jak zapałkę. Krzyczała do zdarcia gardła, wiła się jak piskorz i błagała o koniec tych tortur. Ten nie nadchodził. Gdy była już bliska szczytu, wszystko ustawało, ale chwila wytchnienia przynosiła tylko większy ból, po czym wszystko zaczynało się od początku.
– Taka śmierć podobno jest najpiękniejsza – usłyszała drwinę.
– Nie dotykaj mnie, przeklęta wiedźmo! – wrzasnęła.
– Lubisz być dotykana. Widzę to w twoich oczach. Jeszcze chwilę i znów będziesz prosić i błagać, po czym zostaniesz rozerwana z rozkoszy.
Kolejne krwawe znaki pojawiały się na ciele Vivian przy akompaniamencie jej przekleństw i krzyków. Prawdą było, że się bała i to cholernie. Nie miała żadnej władzy nad swoim ciałem przytwierdzonym do kamiennej płyty, kaleczonym i dotykanym niechcianymi dłońmi. Ból i rozkosz – w tym przypadku zabójcza kombinacja, która tłamsiła rozsądek i próbę ułożenia jakiegoś planu. Mogła tylko próbować walczyć, bo ucieczka w odrętwienie oznaczałaby niechybną, bolesną śmierć.
Wiedźma przerwała na moment przygotowywanie kręgu na ciele swej ofiary, która obserwowała ją bacznie zza mgiełki rozkoszy w lekko przymrużonych oczach. Wciąż walczyła, co było godne podziwu. Oddychała ciężko rozdrażniona, rozpalona i niemyśląca już zbyt trzeźwo, ale nadal była w niej wola przetrwania i walki o swój byt, choć wiedziała, że czeka ją bolesny koniec.
Wiedźma zaś nie śpieszyła się. Ze stołu wzięła fiolkę z jakimś wściekle pomarańczowym płynem i wróciła do Vivian. Podstawiła naczynie do ust brązowowłosej, która odwróciła głowę.
– Pij – rozkazała czarnowłosa.
Przyciągnęła ją za włosy i siłą wlała płyn do ust dziewczyny, która zakrztusiła się nim. Po ledwo kilku sekundach poczuła pieczenie całego ciała, a przed oczami miała pełno czarnych plam. Szarpnęła rozpaczliwie ręką, ale niczego nie uzyskała. Słyszała śmiech. Znany, co przeraziło ją jeszcze bardziej. Chciała uciekać, chronić się przed nim, ale nie potrafiła. Mimo walki ze słabością straciła przytomność.
Gdy ją odzyskała, obraz miała rozmazany, ale pozostałe zmysły działały prawidłowo. Czuła dotyk przesuwający się powoli po całym ciele i znajomy zapach. Przez chwilę nie potrafiła go poprawnie zidentyfikować, choć nie kojarzył się zbyt dobrze. To był zapach papierosów. Konkretnych.
– Tyki… – szepnęła.
Szarpnęła się rozpaczliwie, wrzeszcząc, jakby zaczęto obdzierać ją ze skóry. Ta jedna myśl sprawiła, że uległa przerażeniu, wpadając w panikę, a w oczach pojawiły się łzy. W tych warunkach nie mogła się przed nim bronić, była bezsilna, a on uśmiechał się, gładząc ją po policzku, jakby chciał uspokoić po wyrwaniu z koszmaru. Ten jednak dopiero się zaczął.
– Nie płacz – usłyszała szept.
– Odejdź! – wrzasnęła. – Zostaw mnie!
Łzy zostały scałowane z jej twarzy, usta przesunęły się na wargi, dławiąc krzyki. Dłoń nieśpiesznie wędrowała po ciele ku dołowi, zwracając uwagę na każdy wrażliwy punkt. Mogła się szarpać, ale nadal była uwięziona na zimnej, kamiennej płycie. Jej strach, łzy i błagania sprawiły mu radość i satysfakcję. Była na jego łasce, nikt i nic nie mogło mu teraz przerwać. Dłoń miał ciepłą, więc gdy przesuwał się dalej, Vivian czuła bolesny chłód na skórze. Ciało mimowolnie poruszało się według jego ruchów, wola została złamana w bolesny sposób.
– Nie rób tego – jęknęła.
– Cii… – położył palec na jej ustach. – Zaraz będzie po wszystkim. Nie płacz już.
Krzyknęła boleśnie świadoma początku prawdziwych tortur. Tak mocno zaciskała pięści, że rozorała już skórę i zaczęła krwawić, ale nie czuła tego. Jej uwaga całkowicie była skupiona na kacie i bólu, który zadawał.
– Dość – iluzja pękła. – Odsuń się od dziewczyny!
Znała ten głos, choć nie wiedziała skąd. Z trudem odwróciła głowę. Przez moment widziała tylko wiedźmę stojącą przy płycie, zaś Noah Przyjemności zniknął. Nie dostrzegała go nigdzie, a mogła przysiąc, że jeszcze przed momentem tu był. W końcu zrozumiała, jego tu nie było, lecz został wymuszony w jej wyobraźni przez kolejny narkotyk.
Z mroku wyłoniła się sylwetka w czarnym płaszczu. Był to z pewnością jakiś Cień, prawdopodobnie Łowca Czarownic. Nad dłonią postaci wisiała kula ognia oświetlająca najbliższe otoczenie. Cały obraz był spokojny i pełny stagnacji. Dopiero po chwili wszystko nabrało rozpędu i dynamiki. Wiedźma i Cień ruszyli na siebie zdecydowani, by zabić. W powietrzu rozpryskiwały się zaklęcia, słychać było odgłosy walki i krzyki przeciwniczki.
Obraz przed oczami Vivian znów się rozmazał. Widziała tylko urywki walki, cały czas miała wrażenie, że już to gdzieś widziała. Laboratorium wiedźmy też gdzieś zniknęło. A może wcale go nie było? Już nie wiedziała, co jest prawdziwe, a co nie. Dookoła widziała kamienną salę w podziemiach kamienicy w Krakowie. Tak, przecież właśnie tu dotarli. Ta czarownica pomieszała jej w głowie. Teraz pamiętała. Wyruszyli z Bukaresztu ze szkatułą na spotkanie z Tiedollem, który czekał na nich w Krakowie. Przy okazji mieli sprawdzić to miejsce, bo jakaś zagubiona akuma zabijała ludzi. Tak przynajmniej zakładali, ale nie przewidzieli, że wpadną w pułapkę wiedźmy. Ten Cień przyszedł im pomóc.
Gorączkowo rozglądała się za Kandą i Tiedollem. Przecież jeszcze przed momentem byli tutaj. Nie mogli tak po prostu zniknąć. Nie zostali pokonani, nawet nie zdążyli podjąć walki, więc dlaczego ich nie ma? Byli tu przed chwilą. Na pewno.
Wiedźma zawahała się. Ten błąd wiele kosztował, bo dosięgła ją kula ognia. Przez chwilę całe pomieszczenie jaśniało wypełnione jej bolesnym wrzaskiem, po czym kobieta zniknęła, a wraz z nią płomienie. Sala znów stała się ciemnawa i niegościnna.
Vivian patrzyła tępo na Cienia, który ściągnął z siebie płaszcz i zarzucił go na nią. Znała jego twarz, pamiętała ją, choć nie potrafiła przyporządkować jej do konkretnego czasu i miejsca. Wciąż była oszołomiona i osłabiona. Niemniej obawiała się o towarzyszy, których nadal nigdzie nie było.
– Gdzie oni są? – zapytała słabo. – Jeszcze przed chwilą tu byli?
– Nikogo prócz nas tu nie ma.
– Byli tu – upierała się. – Przecież zeszli za mną.
– Nikogo więcej tu nie było.
– Ale Kanda i mój mistrz…
– Nie – przerwał jej. – Uspokój się. Tu ich nie ma. Nie przyszli za tobą, bo to, o czym mówisz, podpowiada ci twoja wyobraźnia. Wszystko ci się miesza.
– Nie rozumiem.
– Przejdzie.
– Ale nie jesteśmy w Krakowie?
– Nie, jesteśmy w Wiedniu.
Minęła chwila zanim udało mu się pozbyć wiążących ją więzów. Z kieszeni płaszcza wyciągnął jakąś fiolkę, pomógł Vivian podnieść się trochę i podsunął napój do wypicia.
– Pomoże ci – powiedział. – Nie wiem, czym zostałaś odurzona, ale wypij to. Poczujesz się lepiej.
Przez moment się wahała, ale wykonała polecenie. Uratował ją, więc czemu miałaby mu nie zaufać? Zwłaszcza, że nadal była przekonana, że już go kiedyś spotkała.
Specyfik był gorzki, ale wyrazisty, zakrztusiła się nim, lecz było to tylko chwilowe. Z pomocą mężczyzny ułożyła się na boku, co było wygodniejsze w tej chwili. Cień miał świadomość, że minie dłuższa chwila zanim dziewczynie wrócą zmysły i będzie w stanie racjonalnie określić swoją sytuację. Na razie nie zamierzał jej ruszać z miejsca. Wykorzystał ten czas, żeby rozejrzeć się po laboratorium. Z jednej strony był ciekawy, z drugiej musiał się orientować, z czym ma do czynienia za każdym razem, gdy rusza do akcji.
Vivian powoli wracała do siebie. Teraz wiedziała, gdzie jest i co się stało. Zarówno Tyki Mikk, jak i Kanda z Tiedollem byli wytworem jej wyobraźni, konsekwencją narkotyku, który w nią wmuszono. Podświadomie widziała to, co w danej chwili uosabiało jej lęki.
W pewnym momencie jej ciałem wstrząsnęły gwałtowne torsje, zwracając uwagę Cienia dotąd myszkującego wśród półek. Gdy przestała wymiotować, podstawił jej kubek z przezroczystą cieczą.
– To woda – wyjaśnił. – Nie zaszkodzi ci.
Przyjęła ją z wdzięcznością. Nadal czuła ból i nieprzyjemne uczucie po dotyku wiedźmy, ale przeżyła, co wystarczająco ją pocieszało. Na moment przymknęła oczy zmęczona całym tym wydarzeniem. Wtedy też uświadomiła sobie powód całego zamieszania.
– Sanja – szepnęła i podniosła się gwałtownie, sycząc z bólu. – Sanja jest bezpieczna?
Cień ułożył ją z powrotem na miejscu.
– Nie podnoś się jeszcze. Jesteś zbyt osłabiona, by tak szarżować. Tak, dziewczynka jest z Arianne i nic im nie grozi. Uwaga wiedźmy została skupiona na tobie.
– Ty byłeś wtedy w Krakowie, prawda? – zapytała. – Uratowałeś mnie przed pożeraczką dusz. Teraz też. Nie podziękowałam ci wtedy.
– To był mój obowiązek.
– Spotkaliśmy się też w „Szalonym Kruku”. Wtedy wiedziałam, że skądś cię kojarzę, ale nie mogłam przypomnieć sobie skąd, a ty nic nie powiedziałeś.
– To nie miało znaczenia.
Jakby od niechcenia przejrzał księgę, która leżała na stole.
– Mimo to. Dziękuję ci… – zawahała się, bo nie potrafiła przypomnieć sobie jego imienia.
Isabel go wtedy przestawiła, ale nazwisk było zbyt wiele, a z większością nie miała aż takiego kontaktu, żeby wszystkich spamiętać.
– Akito – podpowiedział. – Akito Shibashi.
– Dziękuję, Akito. Dzięki tobie żyję.
– Przede wszystkim dzięki szczęściu. Ta wariatka chciała tobą nakarmić dwa paskudne demony, więc potrzebowała czasu na przygotowanie kręgu i zaklęcia. Gdybym się spóźnił, nie byłoby z ciebie co zbierać.
Doceniła jego szczerość. Wiedziała zresztą, jak myślą Cienie. Nie pchali się do walki za kogoś czy wzniosłe idee, wykonywali tylko swoją pracę. Jeśli kogoś ochronią, cenią to sobie, jeśli im się nie uda, tak miało po prostu być. Najważniejsze było usuwanie niebezpieczeństw z tego świata, choćby w minimalnym stopniu.
Akito rozejrzał się jeszcze po laboratorium. Gdy tylko odprowadzi dziewczynę, będzie musiał je zniszczyć. Było zbyt niebezpieczne, by pozostawić je swobodnie. Z ziemi podniósł jakieś ubrania.
– Twoje? – zapytał, odwracając się do Vivian.
– Tak.
– To się ubieraj, jeśli odzyskałaś trochę sił. Im mniej czasu tu spędzimy, tym lepiej.
Odwrócił się taktownie, gdy Vivian ostrożnie zakładała na siebie ubranie. Nadal czuła się osłabiona, potrzebowała również kąpieli, ale o tym pomyśli, gdy stąd wyjdą.
Akito opatrzył jej brzuch, choć nie wyglądał na zadowolonego, że dziewczyna będzie nosić na sobie tak niebezpieczne dla niej blizny. Ktoś mógłby to wykorzystać i zdarzyłaby się tragedia.
Gdy wyszli na zewnątrz, padało. Vivian odmówiła przyjęcia płaszcza od Akito, wolała zmoknąć. Na moment wystawiła twarz bezpośrednio na deszcz, który stał się oczyszczeniem i chwilą wytchnienia. Doceniła fakt, że może przemoknąć do suchej nitki – przecież żyła.
Akito prowadził ją pewnie, choć nie w kierunku hotelu, w którym się zatrzymały. Ich celem był niewielki pensjonat niedaleko stacji. Recepcjonistka nawet o nic nie pytała, gdy do niej podeszli. Czarny płaszcz Cienia wystarczył za jakiekolwiek odpowiedzi, nikt nie chciał mieć zbyt wiele do czynienia z tymi „istotami mroku”, które pojawiają się i znikają bez żadnego ostrzeżenia.
– Akito, dlaczego ona weszła do pokoju? – zapytała Vivian, gdy wspinali się po schodach na pierwsze piętro.
Nurtowało ją to, kiedy zostały zaatakowane i teraz od kilku chwil, gdy zaczęła racjonalnie myśleć.
– Różnica zabezpieczeń. Te, które wy używacie, nie zadziałają na żadną wiedźmę, nawet opętaną, bo są one bardziej związane z ludźmi niż demony czy wampiry. Zwykle Cienie zwracają uwagę jedynie na własną dziedzinę, bo tak rozdziela się misje. Łowcy Demonów nie wysyła się do wampira czy do wiedźmy i odwrotnie. Owszem, znamy podstawowe zabezpieczenia dla wszystkich kast, ale bagatelizujemy je. Taka nasza natura. Jesteśmy na miejscu.
Zapukał i wszedł do środka. Na łóżku spała już Sanja, Arianne zaś podniosła się i podeszła do nowo przybyłych.
– Dzięki Bogu – westchnęła. – Już myślałam, że jej nie znalazłeś.
– Vivian jest twarda i nie tak łatwo ją złamać, co dało mi czas na odnalezienie jej w odpowiednim czasie. Jest trochę poturbowana, ale nic jej nie będzie.
Dziewczyna spojrzała na Akito.
– Skąd wiedziałeś, że one tu są?
– Dzięki zabezpieczeniu, które dałem Arianne. Nie było czasu, żebym sam je przeniósł w bezpieczne miejsce, a tam zostać nie mogły. Trudno przewidzieć, co taka wiedźma postanowi, a dodatkowych kłopotów nikt z nas nie potrzebował.
Francuzka spojrzała krytycznie na strój uczennicy. Było widać, że przeszła właśnie ciężką próbę.
– Jesteś przemoczona. Szoruj pod prysznic i do łóżka.
– A nie możemy wyjechać dzisiaj? – skrzywiła się dziewczyna. – Chcę już zniknąć z Wiednia, bo to miasto mnie nie znosi.
Arianne przyglądała jej się przez chwilę, rozważając różne możliwości.
– No dobrze, ale najpierw musisz się wysuszyć.
– Poradzę sobie.
Wyciągnęła czyste ubranie i poszła do łazienki pod czujnym spojrzeniem obojga Cieni.
– Ta dziewczyna ma stalowe nerwy – stwierdził Akito. – Odkąd odzyskała świadomość ani na moment nie straciła nad sobą panowania.
– Chyba nawet nie chcę wiedzieć, jak bardzo jest przerażona tym, co się stało. Wracasz z nami?
– Nie, mam jeszcze coś do załatwienia.
– Coś nie tak, Akito? – zapytała, widząc jego minę.
– Ostatnio w ten sposób zginęło dwoje Cieni. Rada na razie nie zareagowała, ale trzeba coś z tym zrobić. Po to mamy zabezpieczenia, żebyśmy byli bezpieczni podczas odpoczynku.
– Faktem jest, że niektórzy czują się zbyt pewnie. Sama to dzisiaj odczułam. Gdybyś się nie pojawił, Vivian pewnie byłaby już martwa.
– Ale żyje i to najważniejsze. Jeszcze dziś zgłoszę tę sprawę Radzie.
– Też się tym zajmę, gdy tylko znajdziemy się w domu.
– Lepiej by było, gdyby Vivian odpoczęła do rana. Szafowanie jej życiem to nierozsądny pomysł.
– Obawiam się, że i tak uprze się na wyjazd. Z tego, co wiem, nie ma dobrych wspomnień związanych z Wiedniem, a doliczając dzisiejsze wydarzenie, to się wcale nie dziwię, że chce wracać do domu.
– Jak uważasz.
Akito pożegnał się chwilę później, zostawiając je bezpieczne. Mimowolnie zresztą rozejrzał się po pokoju, sprawdzając wszystkie zabezpieczenia. Ot, taki nawyk.
Vivian nie słyszała ich rozmowy. Zagłuszał ją szum wody, pod którą dziewczyna stała bardzo długo. Może na zewnątrz nie było widać, ile kosztowała ją ta wątpliwa przygoda, ale wewnętrznie chciała wrzeszczeć z bólu i upokorzenia. Dłońmi oparła się o ścianę i pochyliła głowę, pozwalając, aby zimne strumienie uderzały w jej kark. Miały ułagodzić wzburzone zmysły i zmyć wszystkie ślady z jej ciała, które znowu znienawidziła. Nie płakała, nawet się nie poruszyła, choć może powinna skowyczeć jak ranne zwierzę, którym zresztą była. W zupełnie pustych oczach odbijały się brzydkie płytki, a Vivian zatapiała się we wspomnieniach sprzed kilku godzin. Kolejna rana, która nigdy się nie zaleczy. Czy to wystarczające, by pękła? Ile jeszcze razy spotka ją coś takiego? Jak długo człowiek może wytrzymać? Kiedy już myślała, że ze wszystkim sobie poradziła, to wracało ze zdwojoną siłą i znów raniło. Nie potrafiła się bronić. Nie przed tym, bo uderzało zbyt mocno i zbyt głęboko. Mimo potęgi Anioła Lucyfera wciął była całkowicie bezbronna.
Woda oczyszczała ciało, ale Vivian wcale nie czuła się czysta. Była splugawiona i żadna kąpiel tego nie zmieni. Czasami miała wrażenie, że wszyscy dookoła to widzieli, gdy tylko na nią spojrzeli, a ona mogła jedynie nauczyć się z tym żyć. Z kolejną raną, którą jej zadano. Jak zawsze.
Szybka regeneracja sprawiła, że po ranach na brzuchu pozostały jedynie blizny, które niedługo zbladną i tylko ona będzie wiedziała, że jest tam kolejny fragment jej historii. Na zaleczone już otarcia nawet nie zwróciła uwagi. To nie miało jej przecież zabić, więc organizm sam sobie z tym z łatwością poradził.
Gdy w końcu wyszła spod prysznica, wysuszyła się i ubrała. Stare ubranie wyrzuciła, było przesiąknięte smrodem wiedźmy i brudem splugawienia, więc nie nadawały się do użytku. Im szybciej to za sobą zostawi, tym lepiej. Szybciej się podniesie, bo świat się przecież nie skończył. Trwał dalej i wyciągał za nią swe ręce.
Arianne nie zaczynała rozmowy na ten temat, widząc, że Vivian nie chce rozmawiać. Gdy wsiadły do pociągu, zwinęła się na swoim miejscu wpatrzona w widok za oknem. Musiała sama sobie z tym poradzić. Z każdym metrem czuła się coraz lepiej, była szczęśliwa, że opuszcza już znienawidzony Wiedeń, który rani ją za każdym razem, gdy się tu pojawia. To miasto jej nienawidziło, było ucieleśnieniem zła, które ją dosięgło i wykluczało jakikolwiek pozytywny epizod. Jednak Vivian myślami była już w domu, do którego z każdą chwilą było coraz bliżej.

***

Arte: Znowu mroczny odcinek.
Vivian: Cała Laur. Jak widzicie, Akito wystąpił już dawno w „Córce Jednego z Nich”, kiedy mieliśmy do czynienia z pożeraczką dusz.
Arte: Przyciągasz kłopoty jak magnes.
Vivian: Wcale się o to nie prosiłam. Na szczęście w przyszłym tygodniu wracamy w końcu do Berlina.
Arte: Nie zagrzejemy tam jednak zbyt długo miejsce, bo już nas wzywa zew przygody.
Vivian: Ta, przygody. Nie przesadzaj, bo się jeszcze nie wiadomo na co nastawią. Oprócz tego Laur planuje, prawdopodobnie niedługo, dłuższy epizod związany z Czarnym Zakonem. Cieszycie się?
Arte: Będą z tego ze trzy rozdziały, więc jeśli za nimi tęsknicie, Laur spełni Wasze życzenie.
Vivian: Tyle, jeśli chodzi o plany na najbliższą przyszłość. W następnym rozdziale wracamy do Berlina. Do tego czasu trzymajcie się ciepło i do zobaczenia za tydzień.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s