Kyogenheki no yoroi matotte middonaito wa isshi matowazu Amai boisu ni fani- feisu de kiba wo kakusu giman no jentoruman Kotoba takumi takurami nette giji feromon furimaku

Vivian usiadła i przeciągnęła się. Od godziny wertowała starą księgę o truciznach, w większości praktycznie niewykrywalnych, leżąc na podłodze balkonu. Na szczęście było tu regularnie sprzątane, więc mogła sobie na to pozwolić. Arte zaś wsiąknął gdzieś po drugiej stronie biblioteki i nawet się nie odzywał, choć miał jej towarzyszyć przy nauce. Wiedziała, że w razie wątpliwości może na niego liczyć, ale było to dość niecodzienne, gdy tak znikał. Najwyraźniej coś go zaintrygowało na tyle, że zapomniał o reszcie świata.
– Zmęczona? – usłyszała.
Odwróciła się do Ville, który stał obok w towarzystwie służącej trzymającej tacę z dwoma kubkami parującej herbaty. Wcześniej nie zwracała uwagi na ich obecność, choć ją zauważyła. Obecnie niewiele osób mogło ją zajść od tyłu bez zdradzania swej bytności.
Uśmiechnęła się łagodnie do jasnowłosego, doskonale wiedząc, w co gra młody hrabia. Dostrzegła to już pierwszego dnia, a Arte tylko potwierdził jej domysły. Mimo to pozostawała niewzruszona i niezwykle uprzejma tak, aby wejść w rozgrywkę i nie sprawić, że chłopak straci twarz.
– Bardziej zdrętwiała – odparła, masując kark.
– Podłoga nie jest zbyt wygodna. Może powinna panienka zejść na dół?
– Po prostu byłam zbyt niecierpliwa, żeby tracić czas na schodzenie. Ta biblioteka jest wspaniała.
– Tak, ojciec ją uwielbia, choć mnie jako małemu chłopcu wydawała się okropna. Są tu może dwie księgi z bajkami i to w stanie, który pozostawia wiele do życzenia.
Vivian roześmiała się na tę uwagę i widząc minę młodego hrabiego. No tak, dla dziecka to musiała być tragedia.
– Kazałem przygotować herbatę. Pana Arte nie ma? – rozejrzał się za wampirem.
– Chyba siedzi po drugiej stronie. Arte?!
– Co tam, moja panno?! – wychylił się nad barierką, trzymając w dłoni niewielką księgę.
– Nie jestem twoją panną – warknęła. – Sprawdzam, czy jeszcze żyjesz.
– A czemu miałbym nie żyć?
– Z tobą to nigdy nie wiadomo.
– Dobra, dobra – wyszczerzył się głupio. – Nie romansuj tam za dużo.
– Goń się, durny wampirze.
Nie zwróciła uwagi na lekko ogłupiałą minę Ville. Z łatwością przeskakiwała na inny styl mówienia, było to dla niej naturalne jak wcielenie się w rolę. Po prostu z Arte rozmawiała całkiem inaczej, każdy inny styl stawałby się sztuczny, a dla nich było to jak oddychanie. Nie zwracali na to uwagi.
Nic więcej dziwnego, że młody hrabia był tym lekko zszokowany. Do tej pory w jego obecności Vivian posługiwała się językiem wyższych sfer tak jak i jej mistrzyni. Nie słychać w nim było ostrych nut jak teraz, wydawała się dwiema różnymi osobami.
Otrząsnął się z szoku i polecił służącej zanieść drugi kubek wampirowi, kiedy brązowowłosa odebrała swój. Dziewczyna uśmiechnęła się do służki, którą wyraźnie to zmieszało, bo to jej praca i zwykle nie dziękowano jej za błahostki.
– Ma panienka wiele twarzy – zauważył.
– Jak każdy Cień. Uczą nas dostosowania się do sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy, a przechodzenie z roli w rolę jest dla nas naturalne – wyjaśniła. – Przeraża cię to, mój panie?
– Odrobinę – odparł, siadając obok. – Przez to nie potrafię stwierdzić, kiedy jesteś prawdziwa.
– Zawsze jestem prawdziwa i zawsze jestem kłamstwem. Jestem Cieniem, mój panie. Kiedy dostrzeżesz moją prawdziwą twarz, będzie to dla mnie znak, że coś jest ze mną nie tak.
– Sama nie pokażesz mi swego oblicza?
– Nie widzę takiej potrzeby – uśmiechnęła się łagodnie. – Wszyscy kłamią. Nawet ty, mój panie. Masz przecież pewien cel do osiągnięcia, prawda?
– Owszem. Z łatwością dostrzegasz ludzkie intencje. Rozpracowujesz każdą osobę, którą spotkasz. To jest w tobie przerażające.
– Podobno mężczyźni nie lubią zbyt inteligentnych kobiet.
– Moim zdaniem to afrodyzjak, który doprawia wyzwanie – uśmiechnął się.
Vivian była pod wrażeniem tego, w jaki sposób młody hrabia poprowadził tę rozmowę. Była przekonana, że odpuści, kiedy zaczęła odkrywać karty swoje i przeciwnika, ale on nadal prowadził swoją grę. W tym temacie poruszał się bardzo sprawnie i jednocześnie z wyczuciem, którego wielu mężczyznom brakowało. Nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią, naprowadzając ją na ciekawe dla niego kwestie.
– I bardzo niebezpieczny – odparła.
– Życie też jest niebezpieczne.
– Lubisz igrać z ogniem, mój panie – zauważyła.
– Kiedyś to ja przejmę klątwę. Na dwie noce w miesiącu będę uwięziony we własnej rezydencji, cierpiąc niewyobrażalne katusze, więc czym jest wobec tego rozmową z inteligentną kobietą?
– Jeśli tak stawiasz sprawę – powiedziała rozbawiona – to rzeczywiście nie mogę ci niczego zarzucić.
– Widziałaś już ogród?
– Nie, nie było okazji. Poza tym biblioteka tak mnie pochłonęła, że jakoś nie pomyślałam o tym – przyznała.
– Uczynisz mi więc zaszczyt i pójdziesz ze mną na spacer?
– Z przyjemnością.
Zauważyła, że zaczął używać wobec niej mniej formalnych form, ale nie zwróciła mu na to uwagi. Nie miało to większego znaczenia, a wręcz do tej pory męczyło to ją. Nikt dotąd prócz kilku krótkich przypadków nie mówił do niej w ten sposób, co ją naprawdę peszyło. Niby była córką arystokratki, ale większą część życia spędziła wśród niższych sfer i do tego była przyzwyczajona. Drażniły ją nawet formy, których używali poszukiwacze czy niżsi rangą pracownicy Ligi Cieni, nawet ludziom z „Szalonego Kruka” kazała mówić do siebie po imieniu, choć nie do wszystkich dotarło.
Zaznaczyła stronę, na której skończyła, odłożyła książkę na miejsce i zeszła na dół w towarzystwie Ville. W ogóle nie trudziła się oznajmianiem swego wyjścia Arte, bo wampir miał dobry słuch i z pewnością słyszał, a na pewno nadstawiał ucha, żeby potem ją trochę podręczyć. Tak czy inaczej nie musiała tego robić.
Dzień był piękny i słoneczny, idealny do kontemplacji przyrody, a było co podziwiać, bo ogród hrabiego był naprawdę imponujący. Vivian nie mogła się nie uśmiechnąć, widząc tę paletę barw i czując woń roślin.
Usiedli na ocienionej ławce w pobliżu oczka wodnego, w którym pływały jakieś rybki, a na powierzchni unosiły się lilie wodne.
– Rzeczywiście jest bardzo piękny – powiedziała.
– Szkoda tylko, że tak niedługo. Tu zimy są srogie i dłuższe niż w pozostałej części Europy. Wiele dni spędzamy w domach, a za oknem jest tylko biel.
– Więc nie mogłabym tu mieszkać – zaśmiała się. – Nienawidzę śniegu.
– A to ciekawe – stwierdził. – Zakładałem, że lubisz piękne rzeczy, a śnieg do nich należy.
– Ale jest zimny i nieprzyjemny. Tam, gdzie się wychowałam, śnieg był katastrofą, bo odbierał życia. Dlatego go nienawidzę.
– Dla mnie jest naturalną częścią życia zwłaszcza, że urodziłem się w zimie. Dokładnie w śnieżycę. Ojciec mi opowiadał.
– Tak, do ciebie, mój panie, zima pasuje – uśmiechnęła się. – Jest wręcz idealna.
– Przestań nazywać mnie „mój panie”. Jesteś tu gościem, nie sługą, a jako podopieczna przyjaciółki mojego ojca stoisz nawet wyżej ode mnie. To ja powinienem cię tytułować.
– Nie zniosłabym tego i zakazałabym ci tego, Ville. Nie jestem księżniczką, hrabianką, arystokratką, a nawet panienką. Nie lubię tytułów ani tej kłamliwej etykiety, która panuje wśród arystokracji.
– Śmiem twierdzić, że za arystokracją również nie przepadasz.
– Owszem. Co do konkretnych arystokratów to inna sprawa.
– Ciekawa z ciebie osóbka, Vivian.
– Z ciebie również, Ville, choć z opowieści wydawałeś się niesfornym kobieciarzem.
– Jesteś pewna, że nie odwołasz tego niedługo?
– Pytasz, czy ci ulegnę? – zapytała chytrze. – Tylko jeśli będę miała na to ochotę. I żebyś później nie żałował – zaśmiała się.
Ville obserwował ją dłuższą chwilę. Od dwóch dni starał się ją rozgryźć, ale wciąż nie potrafił. Nawet teraz pozostawała zagadką. Schowała się przed nim za wpojonymi zasadami i oczekiwaniami Arianne, jej serce było użyte gdzieś głęboko i nie potrafił go nawet dostrzec.
– Łączy cię coś z panem Arte? – zapytał wprost.
Ich relacji również nie mógł rozgryźć. Od służby wiedział, że wieczory przesiadują w sypialni jednego z nich, ale resztę nocy spędzają oddzielnie. W ciągu dnia także zachowują się wobec siebie tak, że trudno odgadnąć, co tak naprawdę ich łączy.
– Przyjaźń.
– Tylko?
– Tylko. Jest trochę nietypowa, ale to tylko przyjaźń. Zresztą Cieniom nie wolno ze sobą sypiać, a tym bardziej łączyć się w pary. Czeka za to bardzo surowa kara, ale to dla naszego bezpieczeństwa i komfortu pracy. Cienie też są ludźmi i czują. Bez tego przywiązujemy się do innych: uczniów, mistrzów, przyjaciół. To wystarczające obciążenie.
– Musicie być samotni.
– Nie, nie jesteśmy samotni. Nie wśród ludzi, którzy mają podobne doświadczenia i mogą nas zrozumieć. Tu nie ma miejsca na samotność. Czujemy, że gdzieś należymy i gdzieś możemy zawsze wrócić. To jest wręcz nasz obowiązek, żeby wrócić do domu.
– Ważna zasada – uśmiechnął się. – Ale to trochę dziwne. Zasady zasadami, ale kiedy jesteście tak blisko siebie, nie zaczynacie czegoś czuć? Przepraszam, chyba jestem zbyt bezpośredni.
– Nie szkodzi. Owijanie w bawełnę mnie irytuje. Odpowiadając na twoje pytanie, ja jestem lekko skrzywiona, a Arte zbyt zdyscyplinowany.
– Lekko skrzywiona?
– Ciężko to wyjaśnić w kilku słowach – uśmiechnęła się lekko. – Tak czasami bywa.
– Rozumiem. Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.
– Nie lubię zdradzać zbyt wielu swoich tajemnic – zaśmiała się.
– Mądra, inteligentna, piękna. Gdzie rodzą się takie dziewczyny?
– Takimi komplementami za wiele nie zdziałasz.
– Cóż, już chwilę temu uświadomiłem sobie, że rzeczywiście reprezentujesz sobą całkiem inny poziom, ale to nie znaczy, że nie mogę próbować.
– Tego ci nie zabronię.
– Mogę być z tobą szczery?
– Owszem. Jednak nie gwarantuję, że ode mnie usłyszysz coś w podobnym tonie.
Ville uśmiechnął się do niej. Wiedział, że teraz jest szczera. Owszem, pogrywała sobie z nim, ale jedynie, jeśli chodzi o flirt. Dawała mu to wyraźnie do zrozumienia w tonie głosu, mimice twarzy i słowach, które dobierała. Ville widział takie rzeczy, był inteligentny, choć w oczach innych wydawał się jedynie tanim pieniaczem.
– Ojciec ma wobec mnie ciągłe pretensje. Pewnie zauważyłaś jego stosunek do mnie. Powtarza, że powinienem się ustatkować i pomyśleć poważnie o przyszłości, a przecież wiem, że po jego śmierci klątwa spadnie na mnie. Co jest złego w tym, że chcę używać życia, póki mogę? Może to okrutne, ale żałuję, że w czasach, gdy mój przodek został ugryziony, nie wiedziano, że wystarczy pozwolić umrzeć ofierze, żeby powstrzymać klątwę. Czym jest życie jednego człowieka wobec całego rodu?
– To trudne pytanie. Na kartach historii może nic nie znaczyć, ale dla bliskich mu osób może być wszystkim. Życie nigdy nie jest proste, ale rozumiem twoje obawy przed oczekiwaniami ojca i świata. Jesteś, jaki jesteś i nic z tym nie zrobisz. Czasami nasz największy problem jest w akceptacji samego siebie. To my kierujemy swoim życiem, ale wpływają na nie też inne osoby, bo nikt nie żyje całkiem sam.
– Mimo to jestem potomkiem wilkołaka.
– Co z tego? Arte jest wampirem. Czy to znaczy, że jest zły? Jedna osoba to nie wszyscy. Błędem jest patrzenie na konkretnego człowieka przez pryzmat innych. Twój ojciec i Arte są tego najlepszymi dowodami. Obaj należą do gatunków, które są tępione przez Ligę Cieni, a oni towarzyszą nam jako wsparcie dla innych. Nie wolno patrzeć na innych przez pryzmat ich przodków, rodziny czy gatunek. Do każdego należy podchodzić indywidualnie, bo nieprawdą jest, że mamy w sobie tyle zła, ile widzą inni.
– Tego też nauczyli cię w Lidze?
– Nie, tego nauczyło mnie życie.
Myśli Vivian zaczęły krążyć wokół tego, jak postrzegano ją w Czarnym Zakonie. Leverrier był najlepszym przykładem patrzenia na innych po pozorach. Dla niego była członkiem Klanu Noah, który wciąż tylko knuł, jak to ich załatwić. Nieważne, ile razy ryzykowała życie dla innych egzorcystów czy w ramach misji, zawsze widział w Aniele Lucyfera jedynie zagrożenie. Właśnie dlatego trafiła do Ligi, w której mogła w pełni rozwinąć skrzydła i samodzielnie zdecydować o swoim losie. Tak przynajmniej to sobie tłumaczyła, żeby choć na chwilę uciec przed swoim przeznaczeniem, które jest z góry ustalone. Tak czy inaczej pewnego dnia znów stanie się aktywną częścią wojny pomiędzy egzorcystami a akumami i będzie musiała zdecydować, po której stronie chce stanąć. Wtedy jednak to ona będzie rozdawała karty, nigdy więcej nie stanie się pionkiem w rozgrywce pomiędzy Leverrierem a Milenijnym. Nie pozwoli na to, bo to oni ją potrzebują. I właśnie ten fakt wykorzysta.
– Nagle zrobiło się poważnie – zauważył Ville.
– Wybacz, teraz to ja się trochę zagalopowałam.
– Wiesz, myślę, że nie do końca masz rację. Ludzie, zwłaszcza ci, którzy dostrzegają więcej, naprawdę widzą, ile kto ma w sobie zła i to jest faktyczna wartość naszego życia.
– Ludzie kłamią.
– Niektórych nie da się oszukać – uśmiechnął się. – Nawet takie kłamczuszki jak ty czasami mówią coś szczerze nawet, kiedy tego nie planują.
Zaśmiała się, odpędzając od siebie myśli o Leverrierze. To nie miało teraz znaczenia, więc po co się tym zadręczać? Zresztą ten moment może nigdy nie nadejść – chciała żyć jeszcze trochę w tej iluzji.
Ville asystował jej przez resztę popołudnia. Okazało się, że pod obrazem lekkoducha i niepoprawnego kobieciarza naprawdę jest ktoś dużo bardziej wartościowy. Znał bibliotekę tak doskonale jak jego ojciec, nie miał problemu z odszukaniem konkretnych książek, które w danej chwili ich interesowały, a jego wiedza z zakresu wilkołactwa i zielarstwa była imponująca. Niejednokrotnie recytował przepisy na mikstury bez zająknięcia, nieraz dodawał do tego swoje uwagi, które były rzeczywiście przydatne. Miał talent, którego przez swoją klątwę nie mógł wykorzystać w lepszy sposób. Mimo to jego pomoc była dla Vivian świetnym wsparciem, a jej pragnienie wiedzy rozbawiało go równie mocno jak cięte riposty dziewczyny.
– Widzę, że znaleźliście z Ville wspólny język – zauważyła Arianne po wieczornej lekcji.
– Tak. Pozory czasem mylą.
– Pamiętaj tylko, że nie pobędziemy tu zbyt długo.
– Mistrzyni, co ty insynuujesz? Doskonale o tym wiem. Owszem, Ville mi zaimponował tym, jaki jest, ale nie zapominam o swoich powinnościach i o tym, że ma manierę podrywania wszystkich panien, które się trafią. Czy robię coś złego?
– Tego nie powiedziałam – zrugała ją mentorka. – Chcę, żebyś skupiła się na tym, co jest naprawdę ważne.
– I to właśnie robię – odparła dziewczyna.
– Więc po co to zwodzenie? Ville jest synem mojego przyjaciela i nie chcę, żeby coś zepsuło stosunki pomiędzy rodem Karsorbergów a Ligą.
– O to się nie martw, mistrzyni. Wiem, co robię i nie musisz ubolewać nad moją moralnością. Czy to wszystko? Chciałabym pójść na spoczynek.
– Vivian…
Dziewczyna jednak nie posłuchała, odwróciła się i wyszła ugodzona do żywego. Miała ochotę coś rozwalić, a jednocześnie się rozpłakać, bo nie wiedziała, dlaczego osoba, której ufała, mówi jej takie rzeczy. Rozumiałaby, gdyby to był ktoś obcy, ktoś, kto jej nie zna, ale Arianne? To naprawdę zabolało.
Wściekle otarła oczy i jak burza wpadła do pokoju Arte. Wampir podniósł na nią spojrzenie znad księgi, którą właśnie czytał.
– Chodź – powiedziała zanim się odezwał.
– Dokąd?
– Do ogrodu. Nie zadawaj tylu pytań – warknęła zirytowana.
Brązowowłosy miał już pewność, że coś się wydarzyło. Dostrzegł też ślady łez w kącikach oczu przyjaciółki, więc nie protestował dłużej. Pozwolił zaprowadzić się do ogrodu bez ani jednego słowa. Vivian szła szybko, zatrzymała się dopiero na miejscu, gdzie mieli więcej przestrzeni. Mimo ciemności oboje widzieli doskonale, ale nawet nie potrzebowali oczu. Mieli pozostałe zmysły.
Arte przyjął pierwszy cios i wyprowadził kontrę. Już od dłuższej chwili przeczuwał, że właśnie po to go wyciągnęła, chciała się wyżyć, zmęczyć, wyrzucić z siebie zbędne emocje i dla niej był to najlepszy sposób. Dopiero wtedy będzie gotowa, by powiedzieć, co się stało, a Arte musiał cierpliwie poczekać. Do tego czasu zamiast snuć teorie wymieniał z nią ciosy, które dla zwykłego człowieka byłyby zbyt niebezpieczne.
Vivian atakowała bez litości, szybko i zajadle, ale ze wściekłością. W jej ciosach były wszystkie emocje, jakie nią obecnie targały, lecz nie przełożyło się to na precyzję czy szybkość. Arte musiał włożyć więcej wysiłku w trening, żeby nie zostać zbyt wcześnie pokonanym czy też nie pozwolić się zranić.
Dziewczyna opadła bez sił na trawę. Oddychała wyraźnie zmęczona wysiłkiem, ale już spokojniejsza. Wampir usiadł obok niej, cały czas przyglądając się przyjaciółce, w której oczach nadal gościło rozeźlenie.
– Powiesz, co się stało? – zapytał.
– Mistrzyni dała mi do zrozumienia, że się puszczam – szepnęła.
– Chyba coś źle zrozumiałaś. Arianne nie pcha się do takich spraw.
– Tym razem jest inaczej.
Zrelacjonowała mu przebieg feralnej rozmowy. Przygarnął ją do siebie, chcąc pocieszyć, choć nadal trudno było mu uwierzyć, że Francuzka miała pretensje o flirt pomiędzy Vivian a Ville. Oboje doskonale wiedzieli jak delikatnym tematem są dla dziewczyny związki i przygody łóżkowe, więc zasugerowanie jej, że jest dziwką, nie wchodziło w grę.
– Wiesz, myślę, że źle zinterpretowałaś słowa Arianne – powiedział, gdy skończyła.
– Czyli to moja wina?
– To nie jest niczyja wina. Możliwe, że Arianne chciała coś powiedzieć, ale użyła tak dwuznacznych słów, że zrozumiałaś to w ten sposób i poczułaś się ugodzona. Nie sądzę, żeby Arianne miała wypominać ci twoją przeszłość. Nie jest tego typu osobą. Powinnaś z nią porozmawiać.
– Chyba masz rację. Zbyt szybko dałam się wyprowadzić z równowagi.
– Wcale ci się nie dziwię. Ten temat jest dla ciebie trudny i bolesny. Tu nie możesz zaprzeczyć, a łatwo wyciąga się wnioski z błędów.
– Myślisz, że powinnam poczekać do rana?
– Myślę, że jesteś gotowa na konfrontację. Iść z tobą?
– Dam sobie radę. Poza tym sama muszę stawić temu czoła.
– Grzeczna dziewczynka.
– Bo oberwiesz – zagroziła.
– Tak, możesz iść teraz do Arianne – potwierdził.
Vivian zatrzymała się przed drzwiami pokoju, który zajmowała mentorka. Wróciły wątpliwości i zaczęła się wahać, czy jednak nie zostawić tego do następnego dnia. Decyzja jednak została podjęta za nią, gdy Arianne otworzyła jej sama z siebie.
– Słyszałam cię – powiedziała, uprzedzając pytanie uczennicy. – Wejdź.
Vivian milczała niepewna tego, co ma powiedzieć. Przeprosiny nadal nie były dla niej zbyt naturalną rzeczą, a do tego w sercu miała przekonanie, że to nie ona zawiniła.
– Źle mnie zrozumiałaś, Vivian – Arianne przejęła inicjatywę. – Nigdy nie wyzwałabym cię od dziwek, bo nie mam takiego prawa. Poza tym to, czy i z kim śpisz, to twoja sprawa, dopóki nie naruszasz zasad Ligi.
– Więc o co chodzi? – zapytała gniewnie. – Nie ma w tym głębszych uczuć, a ja nie zaniedbuję swoich obowiązków wobec ciebie.
– Chodzi mi o Ville. Ten chłopak zawsze dostaje to, czego chce i ma ciężki charakter.
– Nie rozumiem, mistrzyni. Przecież on wie, że za kilka dni stąd wyjedziemy i nie zmieni tego to, czy się z nim prześpię czy nie.
Arianne westchnęła. Nie chciała jej tego zdradzać, bo to jeszcze nic pewnego, ale chyba nie mogła jej inaczej ostrzec.
– Ville prawdopodobnie jest sprawcą kilku rytualnych morderstw na terenie Sztokholmu i pobliskich osad. Wszystkie ofiary są kobietami mniej więcej w waszym wieku. Olaf powiedział mi o tym wczoraj wieczorem. Ville ma obsesję na punkcie pozbycia się klątwy wilkołactwa zanim ją przejmie.
– Nie wygląda na seryjnego mordercę – odparła dziewczyna.
– Większość seryjnych morderców tak nie wygląda.
– Ale to jest tylko podejrzenie, prawda?
– Tak, Olaf nie ma pewności. Poza tym to jego syn, więc ciężko mu w to uwierzyć. Samo dopuszczenie do siebie takiej możliwości jest już trudne. Właśnie dlatego starałam się ci zasugerować, żebyś przestała z nim flirtować. Nie sądziłam, że odbierzesz to w ten sposób.
– Arte wie?
– Nie mówiłam mu. Wiesz, jaki ma stosunek do wilkołaków. Obawiam się, że tym razem nie wytrzymałby i zrobiłby coś głupiego, żeby cię chronić.
– Rozumiem.
– Vivian, nie chcę, żeby Ville domyślił się, że jest o cokolwiek podejrzewany. Trudno przewidzieć, co jest w stanie zrobić.
– Ode mnie się niczego nie dowie. Udam, że tego nie słyszałam. Przepraszam, że cię do tego zmusiłam.
– To moja wina. Mogłam przewidzieć, że możesz potraktować to jako obelgę. Idź już spać.
– Dobranoc, mistrzyni.
Do łóżka położyła się nadal w lekkim szoku. Zwykle doskonale oceniała ludzi we właściwy sposób, więc albo tym razem intuicja ją zawiodła albo mistrzyni się myli. Nie kłamała, ale podejrzenia są nieuzasadnione w żaden sposób. Mimo to musi jutro wrócić do porządku dziennego i odgrywać swoją rolę również przed Arte. Nie sądziła, żeby wampir miał zaatakować chłopaka, ale jeśli Arianne nie jest pewna, czy nie straci nad sobą kontroli, to należało nie mieszać go do tej sprawy. Zresztą, czy Ville byłby na tyle głupi, aby atakować członka Ligi Cieni w obecności innych Cieni? To chyba było niemożliwe, choć teraz Vivian nie była już niczego pewna.

***

Arte: Miało być trochę później, ale plany się zmieniły.
Laurie: Co nie jest takie ważne, żeby opowiadać o tym wszem i wobec.
Vivian: Ważniejsze, że w przyszłym tygodniu jest ostatni rozdział przed przerwą. Tak z miesiąc nas nie będzie, żeby Laur mogła wszystko sobie poukładać z uczelnią i ruszyć z dalszymi rozdziałami, bo na razie nie ma czasu siąść do pisania dłużej niż na 10 min, a to nie jest pisanie.
Laurie: No niestety, ale pisarstwo blogowe musi poczekać. Zresztą inne pisarstwo również.
Arte: Ale wrócimy, więc się o to nie martwcie. Laur jest osobą słowną i dotrzymuje obietnic, a nas tak łatwo nie zostawi.
Laurie: Inaczej nie dacie mi spokoju.
Vivian: Masz to jak w banku.
Laurie: Nie uśmiechaj się jak kot z Cheshire.
Vivian: Za tydzień zobaczycie rozwiązanie wątku Sztokholmu. Będzie się działo. Pozdrawiamy i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s