Ienai itami kanashimi de kizu tsuita kimi mou waraenai nante hito girai nante kotoba sou iwanai de mienai mirai ni okoru koto subete ni imi ga aru kara ima wa sono mama de ii kitto kizukeru toki ga kuru daro

Wieczór wydawał się tak spokojny, że Arte aż mdliło na myśl, jak bezmyślni i bezrozumni są ludzie. Jedni świadomie ryzykowali życie swoje i innych dla zaspokojenia ambicji, drudzy zaś w ogóle nie wyczuwali zagrożenia, jakie gotowali im ich współmieszkańcy. A przecież wszystko dookoła wręcz krzyczało, że tej nocy stanie się coś złego. Zwierzęta jakoś dziwnie ucichły, pogoda znacznie się pogorszyła, a w powietrzu dało się czuć jakieś napięcie. Czy tak trudno to zauważyć?
– Pewnie jest już w środku – mruknął, spoglądając po raz kolejny w okno.
– Rozluźnij się, Arte – powiedziała Arianne. – Vivian nie jest tam sama.
– Z Arsenem, który utopiłby ją w łyżce wody.
– Nie narazi powodzenia misji.
– Ale jej życie bardzo chętnie.
– Chyba zbyt często ostatnio siedzicie tylko we dwoje – zauważyła Francuzka.
– Nie obawiasz się o nią?
– Obawiam, ale na razie nie mogę nic zrobić. Poza tym nie mogę niańczyć Vivian. Ona też jest Cieniem i narażanie swego życia jest dla niej naturalne. Chyba nawet bardziej niż dla nas.
– Mam złe przeczucia.
– Wszyscy je mamy, odkąd wiemy, co „Le Park Rose” chce zrobić. Nie możemy pozwolić sobie na błędy.
– Nie czuję się z tym dobrze. Vivian i Arsen narażają się, żeby zdobyć dla nas adres, a to przeczy tradycji Ligi, aby wracać w całości i tak przygotowywać akcję, by odnieść jak najmniej ran.
– Czasami inaczej się nie da. Czekanie nie jest twoją mocną stroną.
– Też prawda.
W rzeczywistości wszyscy zaangażowani w tę sprawę denerwowali się i nerwowo oczekiwali początku zadania. Liga rzadko kiedy organizowała takie misje, ale w tym przypadku Cienie, które były zwykle indywidualistami, musiały połączyć siły. Wszystko przez to, że ciężko było namierzyć członków tej sekty, a głównego trzonu tym bardziej nikt z nich nie widział. To była jedyna okazja, by raz na zawsze rozwiązać problem „Le Park Rose” i demonów, które już przywołali. Rada zebrała najlepszych i najskuteczniejszych członków, a Arsen już od dłuższego czasu pracował nad tym, aby mieć dostęp do informacji o sekcie. Właśnie dlatego tylko on mógł zostać opiekunem Vivian, która grała idealną ofiarę. Wszystko zależało od tego, czy członkowie sekty chwycą przynętę, którą była młoda uczennica. Dopiero wtedy będą mogli cokolwiek zrobić, o ile Arsen poda im lokalizację, w której odbędzie się rytuał przywołania.
Czas mijał bardzo powoli w opinii Arte, który naprawdę niepokoił się o Vivian. Nie tak dawno przecież próbowano wywołać dwa demony prosto z kręgu na jej ciele, a teraz z pełną świadomością tego, jak to może się skończyć, udawała ofiarę, która nie miała o niczym pojęcia. Gdzieś w kącie głowy musiały powstać niespokojne myśli pełne obaw i strachu. Vivian nie była ze stali, a wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w jej życiu, doskonale pokazywały, że kontakt z takimi mocami może się naprawdę źle skończyć. W pewnym momencie coś w niej może puścić, a jednak została wybrana na przynętę. Całe lato poświęciła na trening kamuflażu: pozbywała się własnych odruchów, nabywała idealne zachowania różnych grup społecznych, maskowała własny wygląd pod wyglądem stworzonej do zadania postaci, stawała się kimś innym, siebie ukrywając bezpiecznie głęboko pod idealną maską. Ta zaś wydawała się rzeczywista i nie do odróżnienia, co musiała udowodnić w czasie tej misji.
Na dachu naprzeciw dojrzał ruch. Kilka chwil później do pokoju pukał już posłaniec ze świeżymi informacjami.
– Chwycili przynętę. Znamy lokalizację.
Cienie ruszyły do akcji. Zadania rozdzielono jeszcze w czasie odprawy trzy dni temu, każdy wiedział, co ma robić, więc nie tracili czasu na dodatkowe rozmowy. Trzymali się rozkazów.
Rezydencja, w której zebrał się „Le Park Rose”, stała trochę na uboczu, więc nikt postronny nie zostanie w to wplątany. Zresztą niedługo nastanie północ, o tej porze trudno o przypadkowych świadków.
W powietrzu czuć było to charakterystyczne napięcie towarzyszące rytuałom przywołania. Arte poczuł, jak włoski na karku stają mu dęba, nie czuł się dobrze w tym miejscu, ale świadomość, że ci ludzie mogą wypuścić coś niebezpiecznego, co będzie zagrażać jego przyjaciółce, skutecznie utrzymywała go na miejscu. Przy tym niełatwo było nawet doświadczonym Cieniom określić liczby przeciwników.
– 16 albo 18 demonów – mruknął wampir.
– A ludzi? – zapytał Li Sung.
– Około 35 osób.
– Z naszą dwójką?
– Tak.
Informacja została przekazana, po czym Cienie ruszyły do ataku. Spodziewali się, że demony szybko ich spostrzegą, więc Łowcy Demonów ruszyli przodem. Kilka osób zostało oddelegowanych do przeszukania domu, aby opróżnić budynek ze wszystkich żywych istot, które mogli tam spotkać.
Arte bardzo szybko został okrążony przez trzy demony, które polowały wspólnie. Wampir nie stracił zimnej krwi, zajmując się jedynie przydzielonym mu zadaniem eksterminacji demonów. Te nie stanowiły dla niego większego problemu, zresztą od początku to Cienie miały przewagę i kontrolę nad sytuacją. Weszli w momencie, gdy sekta zaczynała dopiero rytuał przywołania, ludzie rozpierzchli się na wszystkie strony, wysyłając do walki demony. Nic to im jednak nie dało, bo dosięgały ich śmiertelne ciosy posyłane przez Cienie. Nie mieli pojęcia, skąd się tu wzięła Liga. Wszystko było jak zwykle, więc nie było możliwości, aby ich namierzyli. Odpowiedni ludzie sprawdzali każdą osobę zamieszaną w organizację przyjęcia, a przecież dziewczyna wybrana spośród wielu nawet nie miała jak przekazać wiadomości. Zresztą nie miała pojęcia, dokąd została wywieziona i po co. Była za głupia na to, by wpaść, że została porwana przez sektę, o której w Paryżu nikt nie słyszał.
Jeden z demonów z zamieszaniu postanowił dobrać się do duszy nieprzytomnej dziewczyny. Wszystkie Cienie były zbyt zajęte, aby spojrzeć na krąg, który emanował diabelską mocą nawet nieaktywowany, a tam właśnie ułożono ofiarę.
Jakby znikąd przed demonem pojawił się chłopak, który służył u jednego z arystokratów. Jednak nie wyglądał tak, jak zwykle – nie garbił się, nie chował za siebie poparzonej ręki, która teraz była w pełni zdrowa. W jego włosach dostrzegł niewidziane wcześniej bordowe pasemka, a ciemne oczy lśniły mocą, która przeszywała wszystko, na co chłopak spojrzał. Demon zrozumiał, czego jest to przejaw, gdy brunet podniósł ręce – na skórze tańczyły czarne ciernie.
– Dziewczyna jest pod moją opieką – powiedział niskim głosem – i żaden z was nie tknie jej swymi plugawymi łapami.
– Zdołasz ją obronić? – zapytał demon.
– Powtarzać się nie będę.
Demon ruszył do ataku, wiedząc, że chłopak będzie potrzebował czasu na aktywowanie Techniki Czarnego Krzewu. Właśnie dlatego był zdziwiony, gdy ciernie przebiły go na wylot, a po chwili rozerwały na strzępy.
Arsen wycofał technikę, czując, jak pożera jego siły. Nie mógł sobie na to pozwolić, skoro nadal nie wypełnił misji. Odwrócił się do nieprzytomnej dziewczyny, która była jakby ponad toczącą się wokół bitwą. Na jej białej sukience nie dostrzegł ani jednej kropli krwi tak, jakby rozbryzgi unikały jej z jakiegoś powodu. To było ciekawe, ale nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Z pomocą niewielkiego noża przeciął krępujące ją więzy, wziął dziewczynę na ręce i wyniósł, omijając toczące się walki.
Vivian ocknęła się strasznie obolała, z niesmakiem w ustach, lukami w pamięci i żołądkiem w okolicach gardła. Jej ciałem wstrząsnęły gwałtowne torsje, a każdy dodatkowy ruch sprawiał, że czuła się jeszcze bardziej osłabiona. Tylko z pomocą Arte udało jej się ułożyć z powrotem na poduszkach.
– Cholerny Arsen – warknęła cicho.
– Nie marudź – usłyszała bruneta.
– Miałeś zneutralizować narkotyk.
– Nie przewidziałem, co ci podadzą. Miałaś pecha, bo coś musiało dać właśnie taką reakcję. Nie wszystkie zioła można łączyć. Przeżyjesz.
Ze stołu wziął kubek i podstawił jej pod nos.
– Wypij.
– Kolejne zielsko?
– Jak dla mnie możesz się męczyć, nie widzę przeszkód. Oczyszczą cię z resztek narkotyku.
Niechętnie wypiła zawartość kubka, krzywiąc się na okropny smak ziół. Arsen odstawił naczynie i zwrócił się do mistrzyni dziewczyny, która obserwowała wszystko z fotela pod oknem:
– Moje zadanie zostało wykonane. Czy jeszcze czegoś oczekujesz w tej sprawie, pani Arianne?
– Nie. Najważniejsze, że Vivian jest bezpieczna.
– Więc wyruszam na swoją kolejną misję.
– Bezpiecznej drogi, Arsenie.
Chłopak skłonił się, pozbierał swoje rzeczy i odszedł. Nie zamierzał spędzać z nimi więcej czasu niż powinien, skoro swoją misję wypełnił i zadbał o to, aby dziewczyna nie odczuła zbyt wielkich skutków swego zadania, choć najchętniej nic by w tym kierunku nie robił, ale profesjonalizm to jedna z najważniejszych cech Cienia.
– Jak się czujesz? – zapytał Arte.
Siedział obok niej na łóżku zaniepokojony jej stanem. W czasie anihilacji „Le Park Rose” nie miał czasu, żeby sprawdzić, co z nią, więc zostawił to Arsenowi. Gdy dotarli na umówione miejsce spotkania, była nieprzytomna aż do teraz.
– Słabo. Gdzie jesteśmy?
– Pod Paryżem. Musimy dopilnować bezpieczeństwa, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie został pominięty.
– Misja poszła gładko?
– Tak. Nie było innej możliwości, skoro nie zdążyli go wywołać. Arsen też się doskonale spisał i zapewnił ci bezpieczeństwo.
– Cały czas miałam wątpliwości co do niego.
– Jest profesjonalistą. Odpocznij.
Vivian rozejrzała się po pokoju i skrzywiła się, rozpoznając to pomieszczenie. No tak, byli pod Paryżem. Tutaj mieszkała przez jakiś czas zanim została członkiem Czarnego Zakonu, a rok temu straciła tych wszystkich ludzi. Sama ich zabiła, bo zostali zamienieni w akumy. To tak cholernie bolało. Doskonale pamiętała, jak przez całą noc siedziała wtulona w Kandę pod drzwiami, bo nie chciał pozwolić jej pójść się upić. Co by się wtedy stało, gdyby nie podołał? Pewnie nie byłoby jej tu teraz.
Mechanicznie przytuliła się do Arte i wtuliła policzek w jego tors, zamykając oczy. Przyjaciel nie pytał o powód, nawet ona od czasu do czasu potrzebowała czułości jak skrzywdzony kot, aby móc zachować zdrowe zmysły. Od tego tu był. W końcu jej zadanie było naprawdę trudne przede wszystkim psychicznie. Do tego cały czas miała na barkach ciężar własnej przeszłości. To musiało ciążyć i wymagało od innych troski wobec niej. Arte wypełniał to zadanie doskonale, bo wiedział, rozumiał i nie pytał.
Kolejne przebudzenie było już łagodniejsze dla organizmu. Wokół panowała noc i towarzyszące Vivian Cienie spały spokojnie: Arianne w fotelu, a Arte obok niej. Nie chcąc ich obudzić, podniosła się cicho i przebrała w swoje normalne ciuchy, po czym wykradła się z pokoju. Buty założyła dopiero na korytarzu. Właściciel pensjonatu przysypiający za kontuarem nie zauważył, gdy wychodziła, przynajmniej nie musiała się tłumaczyć ze swojej eskapady. W ten sposób kilka minut później dotarła do podrzędnego baru, w którym większość była już ostro podpita.
– Whisky – rzuciła barmanowi monetę.
Chwilę później siedziała w kącie sali, popijając alkohol. Jej specyficzna aura sprawiła, że większość tylko podziwiała ją z daleka, ale nikt nie podchodził w obawie o własne życie. Vivian doskonale o tym wiedziała, więc sprawiała wrażenie bardziej niebezpiecznej niż była w rzeczywistości. Obserwowała to miejsce, zastanawiając się, po co właściwie tu przyszła. Normalnie łaziłaby bez celu po uliczkach, może upolowałaby kilku typków za ich zbrodnie i skopała im tyłki zanim w ogóle zauważyliby, że ktoś się zbliża, ale siedzenie w podrzędnym barze nie należało do przyjemności. Nie dla niej, bo takie miejsca kojarzyły się jej z dawnym życiem, kiedy wyczekiwała podrzędnych klientów czy próbowała zarobić na miskę zupy. Z tym już skończyła i nie chciała do tego więcej wracać. Więc dlaczego tu przyszła?
– Dawno cię tu nie było – usłyszała.
– Pięć lat – odparła.
Do stolika dosiadł się mężczyzna starszy od niej o 6-7 lat o szarawych włosach i bladoniebieskich oczach. Na stole postawił kufel do połowy wypełniony piwem.
– Niewiele się zmieniłaś.
– Ty również, Kallen.
– Z twojej grupy nikt się nie ostał.
– Słyszałam.
Wolała nie mówić mu prawdy. To nie miało teraz znaczenia, bo nie można tego odwrócić.
– Co tutaj robisz?
– Odpoczywam po pracy.
– Podobno w Paryżu była niezła rozróba.
– Nic na ten temat nie wiem.
– Sądzę, że kłamiesz.
– Niczego nie widziałam – odparła zgodnie z prawdą.
– Zmienimy lokal?
– Chętnie.
Zaprowadził ją do swojego mieszkania. Nadal mieszkał w tym samym miejscu, co dawniej, pomieszczenia były jeszcze bardziej zagracone niż uprzednio, co wcale nie dziwiło Vivian. Znała Kallena wystarczająco długo, by zauważyć takie rzeczy.
– Napijesz się? Mam dobre martini.
– Chętnie, ale bez przesady.
– Pamiętam. Po mieszaniu alkoholi masz potężnego kaca i robisz się nieznośna. Znalazłaś Manę Walkera?
– Nie. Wiem tylko, że nie żyje. Dlatego nie mogłeś znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Był już wtedy martwy.
– Przykro mi.
– Chyba podświadomie czułam, że niedane nam będzie się ponownie spotkać – odebrała od niego kieliszek. – Goniłam za ułudą.
– Sama powiedziałaś, że to był sens twojego życia.
– Bo tylko jego miałam.
– Mimo to nadal żyjesz.
– Trochę się od tego czasu zmieniło.
– Jak zwykle jesteś bardzo tajemnicza, Vivian.
Uśmiechnęła się do niego po raz pierwszy od początku spotkania. Powoli sączyła alkohol, przedłużając chwilę oczekiwania. Mężczyzna obserwował ją uważnie, jak miał to w zwyczaju i tym razem trudno mu było dostrzec, co nią kieruje. Nie przyszła tu po informacje. Nie czekała na niego w barze. Po prostu się tu pojawiła niczym duch przeszłości. Jedno wiedział na pewno, była jeszcze większym wrakiem niż w chwili, gdy stąd wyjeżdżała.
Podszedł bliżej i pogłaskał ją po włosach. Dawniej nosiła je dużo dłuższe, często splecione w grubego warkocza, żeby się nie plątały i nie przeszkadzały. Wydawało się, że w znienawidzonym ciele była to jedyna cząstka, którą dziewczyna akceptowała bez żadnych uprzedzeń.
– Dawno je ścięłaś? – zapytał.
– Już jakiś czas temu.
– Pasują ci takie.
– To nowość. Wszyscy byli niezadowoleni z mojej decyzji.
– Przynajmniej nie przeszkadzają w łóżku.
Zaśmiała się. No tak, pamiętała, jakim problemem były dla niego rozsypujące się na poduszkach pasma. Nigdy nie omieszkał nie przypomnieć o tym.
– Czasami jesteś strasznie przewidywalny, Kallen.
– Może po prostu za dobrze mnie znasz.
– Może.
Nachyliła się w jego stronę i pocałowała go. Czuł posmak alkoholu na jej wargach. Podciągnął ją do góry, nie przerywając gestu i pchnął lekko w stronę sypialni. Nie myśleli o tym, czemu to robią. Kiedyś płaciła mu za próby odnalezienia Many, chwilami ją utrzymywał i miał na tyle przyzwoitości, żeby samemu zakończyć tę zależność. Wiedział, że ona tu dłużej zostać nie może, to ją męczyło. Sensem życia było odnalezienie ojca, w tym celu niszczyła samą siebie. Teraz miał przed sobą wrak człowieka, zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Nienawidziła oddawania siebie innym, a jednak teraz pchała mu się do łóżka.
Chwycił ją za podbródek i spojrzał poważnie w oczy.
– Co jest? – zapytała.
– Znów próbuję cię zrozumieć. Nie potrafię.
– Bo jestem na skraju. Uratowano mnie przed szaleństwem, ale jest zbyt późno, by wyleczyć moje rany. To ciało to jedna wielka blizna. Nie czuję już bólu, przyzwyczaiłam się.
– Ta obojętność w tobie jest koszmarna.
– Jestem wrakiem. Nie oczekuj ode mnie zbyt wielu mądrych decyzji.
– I po co siebie znów ranisz?
– Robię to z własnej woli. Wiem, że potrafię. A może nie umiem inaczej. Czasami wydaje się, że już ze mną lepiej, że jest w porządku, ale mnie już się nie da naprawić. To jedna z chwil, kiedy nie chcę myśleć, chcę czuć.
– A nie lepiej wrócić do tego, który czuje to samo?
– Nie za wiele chciałbyś wiedzieć?
– Skoro tego pragniesz, nie mam problemu. Nie pozwolę ci żałować.
– I mówi to ktoś o wygórowanych preferencjach – zaśmiała się.
– Lubię ten zadziorny tom.
Nie wracali do tej rozmowy. Gdy Vivian uspokoiła oddech, poczuła się zmęczona. Nie odzyskała jeszcze sił po tych wszystkich zielskach, które ostatnio dostała, a Kallen był wymagającym partnerem. Ułożyła się na brzuchu i przytuliła twarz do poduszki.
– Nie śpieszysz się? – szepnął jej do ucha.
– Do czego? Wypoczywam po pracy i nie muszę się nikomu tłumaczyć, gdzie byłam i z kim. Już nie.
– Masz upragnioną wolność.
– To nie jest wolność, lecz iluzja, w której pozwalają mi żyć. Tak już musi być.
– To my kształtujemy swój los.
– Nie ja. Moje życie zostało z góry zaplanowane, choć nie znam jeszcze zakończenia. Wiem tylko, że będzie pasowało do mnie idealnie.
– Pesymistka. Mimo to są ludzie, którzy naprawili choć trochę twój światopogląd. Nie kłam, że nie. Widzę to w twoich oczach. Nauczyli cię kochać i śmiać się, ale nadal jesteś taka sama.
– Możesz nie prawić mi swych mądrości, gdy jestem taka śpiąca?
– Więc śpij. Będę tutaj jak zawsze.
– Zawsze byłeś i zawsze będziesz.
Zamknęła oczy i poczuła, jak Kallen przykrywa ją cienką kołdrą. Rozluźniła się przy jego boku. Chyba tego właśnie szukała – chwili kompletnego luzu, gdy nie musi zważać na to, co robi i gdzie się znajduje. Bez konsekwencji i odpowiedzialności, bez nadzoru. Kallenowi mogła ufać, choć miał swoje odchyły, których nie potrafiła tolerować. Dziś jednak był zaskoczony tą niespodziewaną wizytą, więc nie grozi jej żaden przykry numer.
Obudził ją zapach kawy, tostów i jajecznicy z mięsem. Założyła na siebie tylko koszulę Kallena, którą osobiście w nocy zrzuciła na podłogę, po czym poszła do kuchni, czując sprzeciw tych mięśni, które wczoraj intensywnie pracowały.
– Twoje zwyczaje nigdy się nie zmienią – powiedziała zamiast powitania.
– Twoje też – odparł, gdy rzucił jej spojrzenie. – Ale lubię cię taką, jaka jesteś.
– Zwolnij, bo mi tu zaraz miłość wyznasz – zironizowała.
– Wolałbym coś innego.
– Stary zboczeniec. Nic z tego. Po śniadaniu muszę wrócić, bo będą się martwić, więc nie licz na powtórkę.
– Jak zwykle jesteś jak kot. Przychodzisz, jak coś chcesz, poprzymilasz się, a potem odchodzisz, gdy jesteś już usatysfakcjonowana. Nigdy się nie zmienisz.
– Lubisz mnie taką – powtórzyła jego słowa.
Kallen roześmiał się i ściągnął patelnię z ognia, odkładając ją na bok. Sięgnął po dziewczynę, która nie broniła mu pocałunku. Uśmiechnęła się przy tym, po czym oderwała się od niego i nalała sobie kawy.
– To co ze śniadaniem? – zapytała niewinnie.
– Siadaj do stołu.
Nie liczył na to, że czegoś się od niej dowie. Była skryta, tylko po jej zachowaniu wnioskował o pewnych sprawach, ale to nie było takie ważne. Za chwilę jej tu nie będzie. Odejdzie nie wiadomo dokąd, z kim i po co. Taka już była. Nigdzie nie zagrzewała dłużej miejsca i nie należało tego kwestionować, bo i tak nic by to nie dało.
Po śniadaniu wzięła prysznic i jeszcze z mokrymi włosami wyszła bez pożegnania. Kallen tylko się uśmiechnął, słysząc zamykane drzwi. Niczego więcej się nie spodziewał.
Vivian wróciła do pensjonatu, gdzie już na nią czekali. Dostrzegła, że rzeczy są spakowane, więc pewnie niedługo ruszą w dalszą drogę lub wrócą do Berlina.
– Poranny spacer? – zapytał Arte.
– Coś w tym stylu.
– Jak się czujesz?
– W porządku. Mój organizm został oczyszczony ze wszelkich toksyn, więc nie będzie więcej problemów.
– Zjedz coś i ruszamy. Mamy parę rzeczy do zrobienia – oznajmiła Arianne.
– Jestem już po śniadaniu. Dokąd jedziemy?
– Do Hiszpanii.
– Arte jedzie z nami?
– Przez jakiś czas będę wam towarzyszyć, a potem się rozdzielimy.
Żadne z nich nie pytało Vivian o nocną eskapadę, bo to nie była ich sprawa. Poza wyznaczonymi zadaniami mogła sama zapełniać sobie czas wedle uznania. Przynajmniej czuła się lepiej, choć pod skórą wciąż pojawiały się wspomnienia, których nie chciała mieć.
Kilkanaście minut później ruszyli swoją drogą naprzeciw nowym wyzwaniom. Życie wróciło do normy.

***

Arte: Jak widać, więcej było niepokoju niż to warte, a Vivian nic się nie stało.
Lavi: Yuu to ma przechlapane. Czy jest miejsce, gdzie Vivian nie ma kochanków?
Vivian: Zabrzmiało to co najmniej, jakbym była żeńską wersją Crossa. Poza tym, co się czepiasz? Nikomu niczego nie ślubowałam i nie zamierzam.
Laurie: Dobra, wystarczy. Mam ogłoszenie.
Vivian: Właśnie, właśnie. W najbliższą środę pomiędzy 18 a 20 w Radiu Aoi audycję ma nasza kochana Niseko i opowiadać będzie o różnych blogach m.in. o dokonania Laurie.
Arte: W programie przewidywany jest odczyt fragmentów. Nie wiemy, które z naszej strony przypadną w udziale, dla nas też będzie to niespodzianka.
Laurie: Także serdecznie zapraszamy. Będzie nam niezmiernie miło, jeśli pojawicie się w środę u Niseko. Jej także na pewno będzie miło.
Vivian: Za tydzień Hiszpania. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

5 thoughts on “Ienai itami kanashimi de kizu tsuita kimi mou waraenai nante hito girai nante kotoba sou iwanai de mienai mirai ni okoru koto subete ni imi ga aru kara ima wa sono mama de ii kitto kizukeru toki ga kuru daro

  1. Saphira pisze:

    Przepraszam, że nie mogłam wcześniej komentować, ale nie miałam dostępu do wi-fi. Poprzedni rozdział: zaskoczyłaś mnie. Vivian naprawdę musiała się nieźle napracować nad kamuflażem. Świetnie sobie poradziła w roli Yvonne.
    Ten rozdział. „– Dziewczyna jest pod moją opieką – powiedział niskim głosem – i żaden z was nie tknie jej swymi plugawymi łapami.” Ten tekst zasługuje na miejsce na mojej „półce najlepszych tekstów Laurie”.
    Arsen jest świnią, ale przynajmniej profesjonalistą. Gdyby coś stało się Viv albo to on jej coś zrobił, to… obdarłabym go żywcem ze skóry i spaliła. Dobra, bo się rozpędzam. Spotkanie z dawnym znajomym było ciekawe.
    Pozdrawiam i biorę się za dokańczanie rozdziału, który będzie z początku naprawdę pomieszany

    • laurie16 pisze:

      Witaj z powrotem.
      Cóż, Arsen jest jaki jest, ale zawalenie zadania ugodziłoby w jego dumę, czego nawet pozbycie się Vivian nie ułagodziłoby. Profesjonalizm przede wszystkim.

  2. Fall pisze:

    Arsen może i jest do Vivian nastawiony niezbyt przychylnie, ale jednak to profesjonalista. Choć myślałam, że zostawi ją bez ziółek, niech się dziewczyna pomęczy.
    Czasem się zastanaswiam czy istnieje miejsce na ziemi gdzie Vivian nie ma znajomych, kochanków, czy ludzi, którym zalazła za skórę. Ta dziewczyna była już wszędzie. Podoba mi się porównanie jej do kota. Bardzo trafne. xD
    Rozdział bardzo mi się podobał, szczególnie ta część kiedy dziewczyna spotyka Kallena. Pozdrawiam i czekam na następny. Równie dobry, mam nadzieję.

    • laurie16 pisze:

      Nie Ty pierwsza zwracasz na to uwagę. Nie wiem, czy brać to jako wadę czy zaletę. Po prostu faktem jest, że cały czas fabuła kręci się wokół terenu, który Vivian dobrze zna. A jaka jest, takich ma „znajomych”.
      A czy kiedyś rozdziały były złe?

  3. Fall pisze:

    Oj no. Źle się wyraziłam xD Wszystkie rozdziały są świetne i wciągające.
    Ależ, to, że Vivian wszędzie ma przyjaciół to zaleta! Jest ciekawiej, gdy nagle spotyka jakiegoś znajomego i dowiadujemy się czegoś z jej przeszłości. xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s