She´s found something to die for Something to fight for Someone to show her the way She´s found someone to cry for, someone to lie for

Powietrze było już nocne, choć chwilami można było poczuć ciepło jesiennego słońca. Miasto żyło w pełni i nie zaśnie jeszcze długo roztańczone, rozśpiewane, rozbawione wieczną fiestą. Dotyczyło to jednak tylko głównych ulic, gdzie latarnie oświetlały otoczenie, a ludzie byli zbyt porządni na ulicznych rzezimieszków. Ciemne uliczki, zakamarki, obrzeża to już zupełnie inna sprawa.
Wokół trwała względna cisza. Dźwięki zabawy dochodziły z daleka i tylko wrażliwe uszy Vivian były w stanie je wyłapać. Nie zwracała jednak na to większej uwagi przyczajona na jednym z dachów nieruchomo niczym posąg. Jej ciemna postać zlewała się z ciemnościami nocy, a oddech był niemal niesłyszalny. Czekała.
Usłyszała krzyk, ale nie poruszyła się. To jeszcze nie to, nie jej cel. Pod nią w ciemną uliczkę weszła para pijana alkoholem i miłością. Dziewczyna chichotała, milkła tylko, gdy jej usta zajęte były pocałunkami. Vivian słyszała zsuwanie kolejnych partii materiału, ale na to też nie zareagowała.
Dostrzegła go jakieś pięć kilometrów dalej. Stał nieruchomo na wieżyczce niewielkiego kościółka, a wiatr poruszał jego peleryną. Można by go wziąć za wampira, ale Vivian wiedziała, z czym ma do czynienia. On też ją czuł, a to było wyzwanie. Czekał na jej ruch.
Przez moment żadne z nich się nie poruszyło. Oczekiwali pierwszego kroku, może opracowywali strategię. Vivian wolała nie wciągać postronnych w tę walkę, sytuacja mogłaby się wymknąć spod kontroli, a ona nie miała wsparcia. Arianne była poza miastem zajęta ich drugą misją. Zaufała jej i dziewczyna nie chciała tego schrzanić.
Poruszył się pierwszy. Uniósł rękę i wskazał na nią. Mimo odległości zauważyła niby stalowe szpony, które poruszyły się jeden za drugim, gdy ją przywoływał. Oboje byli świadomi nadchodzącego starcia. Nie unikną go i jedno z nich na pewno zginie.
Vivian uśmiechnęła się pod nosem na zaproszenie. Wstała spokojnie i jakby leniwie, ukradkiem sięgając po sztylet ukryty w cholewce buta. Kolejny ruch był już dynamiczny, gdy ruszyła w stronę demona, szepcząc:
– Innocence, aktywacja.
Czarne, anielskie skrzydła pozwoliły jej pozostać w powietrzu, gdy minęła krawędź dachu, a następny musnęła szpicem buta. Demon także nie czekał. Jego peleryna stała się skórzanymi skrzydłami jak u nietoperza. Ruszył na dziewczynę z pełną prędkością. Zderzyli się w pierwszym ataku, stal zazgrzytała o stalowe pazury, które z łatwością mogły rozszarpać ciało ofiary. Tym razem przeciwnikiem był łowca.
Kaptur zsunął się z głowy Vivian, gdy uskoczyła przed drugim ciosem. Włosy rozwiał jej wiatr, na co demon wyszczerzył zęby w złowrogim uśmiechu. Jego czerwone oczy błyszczały niebezpiecznie, lecz dziewczyna widziała w nich swe odbicie.
Atakowali zażarcie raz po razie, mierzyli siły przeciwnika, dostrzegając jego potencjał. Dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa walka. Demon nie zważał, jak niebezpieczne mogły być cięcia Vivian, ona zaś z gracją dzikiego kota unikała jego pazurów. Przy tym konstruowała odpowiednią inkantację, którą musiała zastosować w walce powietrznej.
Demon uśmiechnął się szerzej, prawie ją sięgając. Instynktownie usunęła się z drogi, choć pazury ominęły ją ledwo o milimetry. Wtedy też uniosła dłonie, wcześniej ukradkiem chowając sztylet. Demona oplotły złote łańcuchy świecące delikatną poświatą i powoli się zacieśniały, więżąc jego skrzydła. Zanim jednak zaczął opadać na ziemię, tuż pod nim pojawił się krąg odsyłający.
– Już tu nie wrócisz – powiedziała cicho.
Demon nie odpowiedział. Szarpał się w zaklęciu pętającym, ale było już za późno. Jego wrzaski zostały zagłuszone przez sztuczne ognie, które rozbłysły na niebie niedaleko nich. Vivian nie poruszyła nawet mięśniem, gdy usłyszała huk tak blisko siebie, była całkowicie wyłączona z otoczenia, choć świadoma tego, co się działo dookoła.
Krąg zniknął razem z demonem i dziewczyna opadła łagodnie na bruk w bocznej uliczce. Skrzydeł już nie było, poprawiła więc kaptur, kryjąc pod nim twarz, po czym ruszyła w drogę powrotną do hotelu, gdzie wynajęły pokój. Nikt jej nie zaczepił po drodze, postać w czarnym płaszczu była jakby niewidoczna dla ludzi dookoła, więc mogła pozwolić sobie na zatopienie we własnych myślach. Nadal jednak była czujna, a we krwi płynęła adrenalina.
W recepcji zapytała o powrót mistrzyni, ale wyglądało na to, że Arianne dłużej zabawi w miejscu swej pracy. Vivian to nie przeszkadzało. Lubiła swoją samotność i niezależność, nie martwiła się też, bo Francuzka nie miała żadnych problemów z pracą. W końcu była najlepsza w oczach uczennicy, która ceniła ją niczym surową matkę, choć nigdy nie powiedziałaby tego głośno.
Z przyzwyczajenia sprawdziła zaklęcia ochronne przy drzwiach i oknach. Dopiero wtedy poszła pod prysznic. Woda zmyła z niej walkę i pozostałości adrenaliny, rozluźniła spięte mięśnie i uspokoiła napięte nerwy. Teraz było już po wszystkim, zadanie zostało wykonane. Za kilka miesięcy samodzielnie będzie składać raporty przybocznym Rady, na razie do jej obowiązków doszło pisanie szczegółowych sprawozdań, które miały zostać zarchiwizowane. Właśnie tym zajęła się po kąpieli, siedząc tylko w koszuli i z ręcznikiem na mokrych włosach.
Mimowolnie spojrzała na sztylet leżący obok niej na materacu. Był częścią niej, polegała na nim, ale ostatnio coraz częściej łapała się na tym, że potrzebuje dłuższego ostrza. Odkąd opanowała przeniesienie, nie było problemu z przerzuceniem innocence do innego przedmiotu, ale nie na tym polegał kłopot. Nie zawsze potrzebowała swych mocy egzorcysty, a dłuższe ostrze mogło jej ułatwić walkę. Większa sfera ataku to naprawdę różnica, do tego mogłaby zniwelować przewagę przeciwnika lub sama ją zyskać. Potrzebowała nowej, dodatkowej broni.
Jej myśli skierowały się ku obiecanej przez Katsumoto katanie. Musiała na nią zasłużyć, kończąc szkolenie ninja. Jako egzorcysta nie miała na to czasu, ciągle biegali z misji na misję, a przy tym nikt się za wiele nie przejmował jej umiejętnościami walki. Radziła sobie, opanowała zdolności swojego innocence – Zakonowi to wystarczało. W Lidze było inaczej. Cienie musiały być porządnie przeszkolone, aby z łatwością unikać śmierci w starciach ze swoimi celami. Tu liczyły się trochę inne umiejętności i zdolności, w porównaniu z Zakonem zamiast bezmyślnej broni Liga przygotowywała ich do bycia inteligentnym jednoosobowym oddziałem, który nie pozwala się psuć w jakikolwiek sposób. Zresztą nikt wśród Cieni nie był uprzedmiotowiany. To nie wchodziło w grę.
Podniosła spojrzenie znad kartki, gdy usłyszała zbliżające się kroki. Instynktownie zacisnęła palce na rękojeści broni i nasłuchiwała. Było dość późno, fiesta dawno się skończyła, więc to nie mógł być nikt z gości. Zresztą na ich piętrze nikt się nie zameldował, zdążyła to zauważyć, gdy wracała po misji. Obsługa hotelowa też już nie chodziła, żeby nie niepokoić gości. Opcje były dwie: Arianne albo wróg.
Kroki zatrzymały się przed drzwiami ich pokoju. Klamka opadła, Vivian obserwowała każdy ruch do momentu, gdy zobaczyła Arianne. Zmysły uspokoiły się, choć jeszcze przez moment wpatrywała się w swoją mentorkę. Dopiero gdy poczuła jej charakterystyczną aurę, rozluźniła się całkowicie i puściła broń.
– Jeszcze nie śpisz, Vivian?
– Kompletuję raport. Jak ci poszło, mistrzyni?
– Nie było problemów. Widzę, że u ciebie również.
– Owszem. Nawet dobrze się bawiłam, mając godnego przeciwnika. Po tych ostatnich płotkach byłam odrobinę znudzona.
– Ta twoja brawura – westchnęła Arianne. – Większość ludzi cieszy się ze swojego nudnego życia i braku niespodzianek.
– Ja natomiast potrzebuję adrenaliny, żeby żyć – uśmiechnęła się brązowowłosa.
– Jeszcze zdążysz zatęsknić za nudą i nic nierobieniem.
– Wiem. Do tego czasu chcę korzystać z możliwości walki. Mistrzyni, jest coś, o co chciałabym cię zapytać.
– O co chodzi?
– To może poczekać, jeśli najpierw chcesz się odświeżyć – dopiero po chwili dziewczyna zorientowała, że powiedziała to bez zastanowienia.
W przeciwieństwie do niej Arianne dopiero wróciła ze swojej misji, więc nie zdążyła odpocząć.
– Nie, mów, skoro już zaczęłaś.
Francuzka zrzuciła z siebie wierzchnie ubranie i usiadła na wolnym łóżku, czekając na wyjaśnienia.
– Cóż, moje szkolenie niedługo dobiegnie końca. Od jakiegoś czasu myślę o jeszcze jednej rzeczy, którą obiecałam zakończyć. Pamiętasz Christiana Katsumoto, którego spotkałyśmy w Klasztorze Tysiąca Mieczy?
– Pamiętam. To twój przyjaciel i syn właściciela Szkoły Ninja w Monachium. Rozumiem, że chcesz ukończyć ich trening.
– Tak. Wiem, że możesz pomyśleć, że twoje szkolenie to dla mnie za mało, ale…
– Nie, Vivian – przerwała jej. – Jestem dumna, że łakniesz wiedzy i nowych umiejętności. Nie jesteś już dzieckiem, które łatwiej jest skłonić do nauki. Masz swoje nawyki, przyzwyczajenia, pewnych rzeczy nie można u ciebie zmienić. Pracuję z tobą prawie od roku, więc widzę takie rzeczy. Wtedy byłaś naprawdę niepokornym duchem pełnym szaleństwa i strachu. Nikt o ciebie nie dbał tak jak powinien i przez to praca z tobą była naprawdę trudna. Były chwile, gdy myślałam, że nie podołam, a jednak nadszedł dzień, w którym sama prosisz o szkolenie. To naprawdę wiele znaczy.
– Wiele razy postępowałam głupio, nierozważnie pchana brawurą i przekorą. Nie bałam się o życie, którego nie ceniłam, bo nic w nim nie miałam. Gdy już coś zdobyłam, nie potrafiłam tego dostrzec, choć było na wyciągnięcie ręki. Teraz jednak wiem, że są ludzie, których muszę chronić. Będąc nadal słaba, zaplątana we własne skrzydła, nie będę mogła nikomu pomóc. Cienie idą krwawą ścieżką, ale chcę wierzyć, że dzięki temu chronię tych, którzy są mi bliscy. Martwa nie będę mogła tego zrobić.
– Rozumiem, Vivian. Gdy wrócimy do Berlina, powiadomię Radę o twojej decyzji. Poczekasz do tego momentu?
– Tak.
– Teraz idź już spać. Obie miałyśmy długi dzień, a to jeszcze nie koniec. Raport skończysz jutro.
– Oczywiście, mistrzyni.
Następnego dnia wyruszyły w dalszą drogę. Tym razem ich celem była Barcelona, gdzie miały załatwić kilka spraw. Były najbliżej, więc Rada postanowiła to wykorzystać, żeby jak najszybciej zlikwidować cele.
W takich chwilach Vivian z tęsknotą myślała o Arce, ale obecnie próba jej użycia była zbyt ryzykowna. Zakon nadal obawiał się, że może wykorzystać ją wróg, choć ten już dawno porzucił Arkę splugawioną ręką człowieka. Równocześnie mogliby podejrzewać, że jednak żyje, a to nie byłoby dobre dla Ligi i jej samej. Właśnie dlatego Cienie podróżowały tradycyjnie, choć czasami oznaczało to jedną lub dwie ofiary więcej. W końcu nie byli ratownikami, a jedynie niszczycielami zagrożenia.
Vivian spojrzała przez okno na budowaną katedrę widoczną z daleka. Jej myśli powędrowały w stronę egzorcystów. To w tym mieście zginął Daisya Barry zamordowany przez Tyki Mikka. Jak wielu w czasie poszukiwania Serca Innocence, które cudem udało się ocalić. Niby nic, bo to przecież wojna, bo nic ich nie łączyło. Chwilami ledwo go pamiętała, bo gdy się spotkali, byli dziećmi. On podążał za Tiedollem, co rusz tłukąc piłką szyby lub okulary generała, ona starała się pozbierać po udaremnionej próbie samobójczej. Większość ich rozmów z tamtego czasu wyglądało identycznie: on próbował ją zagadać, czegoś się dowiedzieć bądź wyciągnąć do gry, ona na niego warczała i odwracała się zirytowana tym, jak chłopak może być tak beztroski. To jej jednak pomogło, bo wokół w końcu pojawiła się normalność. To pozwoliło Vivian zebrać siły i ruszyć dalej. Być może dzięki temu żyła. On nie miał tyle szczęścia.
– To miasto oparło się już jednej pladze – westchnęła.
– To nie takie proste, Vivian. Niestety póki świat się nie zmieni, nasza praca nie będzie miała końca. W miejsce jednego przeciwnika, któregoś dnia pojawi się następny i będziemy musieli wrócić do tego samego miejsca. To trochę inaczej niż egzorcyści.
– Akumy zachowują się inaczej – odparła. – Tak jak Earl im rozkaże. Zwykle raz wygaszone ognisko nie płonie po raz kolejny. To nie znaczy, że ich praca się kończy.
– Egzorcystów jest mniej niż nas. Garstka broni cały świat.
– My też. Mimo to takie wracanie wciąż w to samo miejsce jest głupie. Nie można podzieli tego pod Cienie, które opiekowałyby się danym terenem?
– Cóż, w tej chwili jest to niebezpieczne. Poza tym przepływ informacji nadal byłby ten sam, więc trudno byłoby to usprawnić.
– Głupi pomysł?
– Nie, zbyt nowoczesny – uśmiechnęła się Arianne. – Choć jak widać na przykładzie Mirabell i kilku innych Cieni, częściowo zostało to przyjęte.
– Tak, ale Mirr ma naprawdę spory kawałek świata pod opieką.
– Kiedy uda się nam się usprawnić logistykę i przekaz informacji, będzie to możliwe na większą skalę.
– Nas już nie będzie.
– Pojawią się nowi. Zło nie śpi i to Liga musi zadbać, aby nie bawiło się tu zbyt dobrze.
– Racja.
Zameldowały się w niewielkiej gospodzie na obrzeżach Barcelony. Tam czekały na nie dokładne wytyczne kolejnych celów. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo, bo jedno z zadań dotyczyło terenów poza murami miasta.
Arianne długo siedziała nad papierami. To od niej zależało, czy oba zadania wykonają razem czy rozdzielą się i każda zajmie się swoim celem, a także to, co która dostanie. W końcu przesunęła teczkę w kierunku Vivian.
– Zostaniesz w mieście i jeszcze dziś zajmiesz się rodziną Perruczco – powiedziała. – Zapytałaś mnie kiedyś, czy będziesz musiała zabijać ludzi? Owszem, inaczej sprowadzą nam na karki jakiegoś interesanta albo gorszego demona.
– Co robią?
– Pod rezydencją mają schron, w którym torturują ludzi. Zbierają ich z ulic, obiecują pomoc, po czym nieszczęśnicy trafiają do piekła na ziemi. Celem są: Antonio Perruczco, głowa rodziny, jego żona, Christina, ich sześcioletni syn, Paulo i dwóch strażników, którzy pomagają w procederze jako ci, którzy milczą, słuchają i sprzątają. Oszczędź tylko małą Elenę, bo nie została jeszcze skażona przez tych psychopatów.
– Co się z nią stanie?
– Rodzina się nią zajmie i wychowa na normalną kobietę i damę, która będzie stanowiła chlubę Hiszpanii. Nie wiedzą oni o „rozrywkach” panujących w tym domu.
– Służba?
– Wszyscy mieszkają w domku położonym kilometr dalej. Około północy w rezydencji nie ma nikogo postronnego.
– Tylko dwóch strażników?
– To im wystarcza. Mają opiekę księcia, który mieszka w Barcelonie. On także nie wie o procederze. Reszty dowiesz się z akt.
– A tymczasem ty będziesz polować na demona?
– Owszem. To może zająć sporo czasu, trzeba będzie go wytropić, więc chcę to zrobić osobiście. Jeśli dziś mi się nie uda, jutro pójdziemy razem.
– Tak jest.
Dla obu miała to być pracowita noc. Vivian skupiła się na przyswojeniu jak największej ilości informacji, żeby nie dać się zaskoczyć. Większość ludzi nie miała z nią szans. Była szybsza, zwinniejsza, silniejsza, a jej zmysły wyostrzone. Po mistrzowsku ukrywała swoją obecność, co było jej największym atutem. Mimo to dokładnie przygotowywała się do każdego zadania, nieważne, jaki był cel. Nie lekceważyła zagrożenia, bo to oznaczało niedojrzałość, a z tą cechą już się rozstała.
Arianne ruszyła szybciej, żeby prześlizgnąć się na zewnątrz, gdy bramy będą jeszcze otwarte. Nie było po co zwracać na siebie uwagi zwłaszcza, że Vivian miała do wykonania zadanie tutaj. Czasami chodziły pogłoski o zabójcach w czarnych szatach, co alarmowało tych, którzy mieli coś na sumieniu. Nie, żeby nie wierzyła w umiejętności swojej podopiecznej, ale element zaskoczenia zawsze był mile widziany.
Vivian poczekała do jedenastej i również ruszyła. Na miejsce dotarła zbyt wcześnie, ale ten czas przeznaczyła na obserwację rezydencji i zorientowanie się w jej układzie. Owszem, plany budynku Liga również dostarczyła, ale rzeczywistość czasami potrafiła zaskoczyć.
Usadowiła się na gałęzi drzewa w miejscu, z którego widziała okna jadalni, kuchni oraz strażników, którzy kręcili się niedaleko. Stąd również miała widok na ścieżkę, która prowadziła do domku służby. Cierpliwie czekała aż życie w rezydencji ucichnie i będzie mogła zacząć działać.
Wydawali się normalną rodziną. Nie słyszała, o czym rozmawiają, ale po ich mimice sądziła, że dobrze się bawią w swoim towarzystwie. Czasami pozory myliły. Vivian ufała osądom Rady, rezydencja miała dość niepokojącą aurę, która jednoznacznie określała, co może tu znaleźć. Zresztą przez okno w jednym z pokoi, który najpewniej należał do sześciolatka, widziała rozprute pluszaki walające po podłodze, a na łóżku porzucone na czas wspólnego posiłku ostre nożyczki. To nie było normalne.
Większość świateł w rezydencji pogasła, służba zaś ruszyła do domku na zasłużony odpoczynek. Strażnicy nadal pałętali się jakby bez celu po terenie rezydencji, więc Vivian odczekała jeszcze godzinę. To była gwarancja tego, że nikt postronny nie wplącze się w kolejne wydarzenia. Nie potrzebowała kłopotów.
Cicho opadła na ziemię i ruszyła w stronę strażników, którzy rozmawiali półgłosem. Westchnęła bezgłośnie na taki brak czujności. Ostrożnie wyciągnęła sztylet i zbliżyła się do nich.
– Albercie Vincenti, Rodrigezie Morchiba, w imieniu Ligi Cieni zostajecie skazani na śmierć za pomoc w bestialstwie rodziny Perruczco – powiedziała cicho.
Odwrócili się na dźwięk jej głosu, sięgając po miecze. Gdy skończyła mówić, jeden leżał na ziemi z rozpłatanym gardłem, drugi zaś wypuścił broń z ręki zaskoczony ostrzem wychodzącym właśnie z jego piersi.
– Jesteście dla mnie za wolni – powiedziała bez emocji.
Ani jedna kropla krwi nie padła na jej ubranie, sztylet strząsnęła, choć nadal nosił czerwoną barwę zapowiadającą nieszczęście tym, którzy sobie na to zasłużyli.
Spokojnym krokiem weszła do rezydencji. Nie rozglądała się na boki, jej pozostałe zmysły doskonale zastępowały wzrok, który automatycznie przestawiał się na odpowiednie warunki. Droga na dół została oświetlona, więc nie musiała się zbytnio przejmować tym, czy dobrze idzie. Ułatwili jej sprawę, a martwi strażnicy już nikogo nie ostrzegą.
Schody prowadziły prosto do sali, w której panował półmrok. Tylko na środku paliło się światło, tam odbywała się najważniejsza część tego okrucieństwa. Wzdłuż ścian ustawiono klatki, w których zalegały trupy, niektóre zaczynały już cuchnąć, przez co w powietrzu unosił się ciężki fetor. Vivian automatycznie się skrzywiła, ale była to jedyna reakcja, na jaką sobie pozwoliła.
Rodzina właśnie omawiała plany na dziś. Ze zgrozą dziewczyna zauważyła, że niemowlę w kołysce również zostało tu przyniesione. Teraz spało spokojnie, ale to nie było miejsce dla tego maleństwa.
Pierwszy zauważył ją sześciolatek. Urodę odziedziczył po ojcu, mieli takie same czarne włosy i ciemnoniebieskie oczy. W dłoni trzymał nożyczki, które wcześniej widziała w sypialni.
– Mogę wydłubać ci oczy? – zapytał przymilnie.
Ojciec rodziny zmarszczył gniewnie brwi.
– Kim ty jesteś? Jak tu wszedłeś?
– Drzwiami – zmieszał się, słysząc kobiecy głos. – Nieważne, kim jestem, to nieistotne. Odejdę, gdy zrobię swoje.
– Kto cię przysłał? Dlaczego te dwa osły cię wpuściły?
– Obawiam się, że nie mieli wyboru.
Dopiero teraz dostrzegł w jej dłoni poplamiony krwią sztylet. W powietrzu poczuła ich strach, gdy zrozumieli, że przyszła po nich śmierć. Coś w Vivian wyszczerzyło kły, ale zignorowała to i odepchnęła, żeby jej nie rozpraszało.
– Antonio Perruczco, Christino Perruczco, Paulo Perruczco, w imieniu Ligi Cieni zostajecie skazani na śmierć za bestialstwo, które tu widzicie i ryzyko ściągnięcia do Barcelony demona pierwszego stopnia – wyrecytowała.
– Hej, poczekaj – hrabia podniósł ręce w uspokajającym geście. – Zabijasz na zlecenie, prawda? Zacznij pracować dla mnie. Zapłacę ci podwójną stawkę.
– Bardzo mi przykro, ale nie interesują mnie pieniądze, które należą do trupa.
Hrabia chciał coś powiedzieć, ale złapał się tylko za gardło, z którego buchnęła krew. Vivian stała jakiś metr za jego plecami, choć żadna z ofiar nie zauważyła ruchu. Dla ich oczu było to jak teleportacja, więc nie mogli zrozumieć, jak to się stało.
Krzyk kobiety urwał się, gdy ciało jej męża padło na ziemię. Na końcu zaś padł chłopiec. Vivian przez chwilę patrzyła na jego ciało z gorzkim spojrzeniem. Dzieci powinny być poza morderczą dłonią, ale dla tego malca było już za późno. Został już ukształtowany na psychopatę i oszczędzenie go przyniosłoby tylko kolejne ofiary.
Zajrzała jeszcze do kołyski, ale malutka Elenka spała spokojnie niewzruszona tym, że właśnie została sierotą. Dzięki temu miała szansę wyjść na ludzi i złagodzić zło czynione przez jej rodzinę. Wszystko zależało teraz od ludzi, do których trafi i od niej samej.
Vivian schowała sztylet i spokojnie ruszyła do wyjścia. W ten sposób nie zwracała na siebie uwagi. Zatrzymała się jednak, gdy usłyszała szept:
– Poczekaj.
Szybko zlokalizowała głos. Należał do jednej z ofiar – mężczyzny o zapadłych policzkach i wielu ranach kłutych. Uważniejsze spojrzenie uświadomiło jej, że nie ma szans na ratunek, czeka go tylko powolna śmierć.
– Nie przyszłam was ratować – odparła.
– Wiem. Dobij mnie – poprosił.
Podeszła bliżej i powtórnie oceniła obrażenia mężczyzny. On wiedział, że śmierć nastąpi dopiero za wiele godzin w bólu i męczarni. Prosił o miłosierdzie.
Vivian zsunęła kaptur, żeby mógł zobaczyć jej twarz. Uklęknęła przy nim tak, aby nie zabrudzić munduru, po czym sięgnęła po sztylet, którym precyzyjnie przebiła jego serce.
– Śpij dobrze – życzyła.
– Dziękuję ci, aniele.
Poczekała aż mężczyzna umrze. Dzięki temu był spokojniejszy w ostatnich chwilach. Tyle mogła mu podarować po tym wszystkim, co wycierpiał. Odczekała jeszcze chwilę i dopiero wtedy ruszyła do wyjścia. Jej zadanie zostało wykonane, teraz wystarczyło poczekać na powrót Arianne z łowów pod Barceloną.

***

Arte: Tyle inspiracji miał ten rozdział, że aż powinniście docenić kunszt warsztatu Laurie.
Vivian: Przestań, bo znowu zacznie mi tu wydziwiać.
Laurie: No cóż, rozdział ma w sumie trzy inspiracje, jedna wyszła mi mimochodem.
Vivian: Podpowiadam: ta z dzieciakiem. Całość misji zaś Akame ga kill.
Laurie: Pierwszy odcinek był genialny. Reszta zresztą też trzyma poziom.
Arte: Ogłaszamy konkurs. Kto zgadnie, czyją postacią inspirowany był demon z początku rozdziału, wygra luksusową kolację z Kandą bądź też inną postacią „Anioła Lucyfera”. Zwróćcie uwagę na czerwone oczy i pazurki.
Vivian: Aż dziwne, że nie ogłosiłeś, że nagrodą jesteś ty.
Arte: To ta skromność, ale jeżeli ktoś pragnie się ze mną spotkać, będę zaszczycony.
Laurie: Dobra, wystarczy tych głupot. Powinnam zrobić to na początku, ale jak zwykle nie dali mi dojść do słowa. Chcę jeszcze raz podziękować za środową audycję kochanej Niseko i Mircii. Dziewczyny, dałyście mi takiego kopa, że nawet sobie nie wyobrażacie. Jeszcze raz wielkie dziękuję za wszystkie słowa i emocje, które padły w środę. To naprawdę wiele znaczy.
Vivian: To było ciekawe usłyszeć fragment własnej historii na żywo w radiu. Mam nadzieję, że szybko to powtórzymy.
Laurie: To zależy już tylko od Niseko. Dobra, nie przedłużając niepotrzebnie, mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał. Za tydzień będzie nadprogramowy rozdział, którego wcześniej nie planowałam. Trzymajcie się ciepło, bawcie dobrze i do następnego.

6 thoughts on “She´s found something to die for Something to fight for Someone to show her the way She´s found someone to cry for, someone to lie for

  1. Mira pisze:

    Ale, że niby co ja zrobiłam? Ja tylko mówię, jak uważam. Nie wiem, czy z tego powodu zasługuję na podziękowania.
    Nieważne. Tak nawiązując do jednego z rozdziałów z Crossem; masz może w planach moment dołączenia Eleny do Zakonu? Już sobie wyobrażam tę chwilę: wchodzi taka Elenka, wszyscy sięwitają, dziewczyna rozgląda się… „A gdzie panienka Vivian?” I wszyscy w bek!😛 A Kanda ma już stuprocentową pewność, że Wianka spała z Crossem.🙂
    Kłeszczyn tu; kiedy masz zamiar uśmiercić Levariera? (nie pamiętam jak się pisało to imię -.-) W razie czego, służę pomysłami.😛

    • laurie16 pisze:

      Nawet nie wiesz, ile takie słowa dla mnie znaczą, więc podziękowania są jak najbardziej na miejscu.
      Co do Twoich pytań: Elena zostanie oficjalnie egzorcystką, ale to za bardzo długi czas, jest to w planach, aczkolwiek nie sądzę, żeby Kanda miał jakiekolwiek wątpliwości czy przypuszczenia – to jednak wszystko za czas jakiś.
      Leverrier? Na razie nie ma takich planów, bo póki co jest potrzebny. Nie tylko jako postać wybitnie denerwująca wszystkich dookoła włącznie z czytelnikami i samą autorką, ale jak coś się zmieni, dam znać.

  2. Kej, to ja powiem dzień dobry. Jestem zbyt zmęczona i przybita, żeby poprawnie skleić parę zdań, ale postaram się. Błagam, nie bij, jestem beznadziejna w wyrażaniu swojej opinii i streszczaniu. No to ten…

    Już pomijając pierwszą część rozdziału, na której skomentowanie nie mam zwyczajnie siły (przeczytałam, podobała mi się również, no witam, ja przychodzę bez hejta, zwyczajnie nie potrafię się dziś wysłowić i gadam od rzeczy), to motyw dziecka kata/mordercy/psychopaty to całkiem ciekawy pomysł. W tym przypadku rzekłabym „rodzinny biznes się kręci”. (Na myśl przychodzi mi chociażby manga „Innocent”, która mi osobiście bardzo się podobała, tylko dość późno się rozkręciła). I szkoda tej małej buby, Eleny (o ironio XD). Myślałam, że detektyw Vivian coś z nią zrobi, no nie wiem, weźmie, komuś podrzuci, albo zadzwoni po Polsat czy coś, no ale przeliczyłam się. Nie martwiąc się o niepotrzebne, załatwiła wszystko w try miga z pełnym profesjonalizmem i elegancja.
    I kurcze, miałam taką dziką ochotę posłuchać tej audycji… ale kompletnie zapomniałam. Elena wielce ogarnięta, as always. Wybaczy.

    Och, żałosna ja, pozdrawiam :>

  3. prz_ pisze:

    Następnym razem Twoja powieść będzie czytana w Trójce…🙂

  4. Saphira pisze:

    O, matko! Przepraszam, że tak późno komentuję, ale byłam odcięta od świata. No więc tak: nie mam bladego pojęcia kim byłten demon, choć przez sekundę wydawało mi się, że to Sebastian. Ale te stalowe pazury mi nie pasowały.
    Aww~! Vivi chce ukończyć Szkołę Ninja! Nie mogę się doczekać! Kurczę, przypomniałaś mi któryś ze świątecznych odcinków, w którym Vivian dostała katanę w prezencie…
    Ale ta rodzina… Aż mnie ciarki przeszły, gdy sobie wyobraziłam co oni jeszcze mogą robić z ludźmi. I ten tekst sześciolatka : „Mogę wydłubać ci oczy?” Matko kochana! Biedna Elenka, ale tak będzie dla niej lepiej.
    Vivian opanowała przenoszenie innocence. Czy każdy Egzorcysta typu wyposażeniowego (o matko, moja ortografia) będzie tak umiał? Czy tylko Viv?
    Weny i zbieram się za czytanie kolejnego rozdziału.🙂

    • laurie16 pisze:

      Pamiętaj o tym, że tamten świąteczny nie miał nic wspólnego z fabułą głównego opowiadania, więc czarna, różana katana jest jeszcze do odebrania i będę to podkreślać.
      Nie, tylko Vivian tak umie jako Anioł Lucyfera. Byłoby im za dobrze, gdyby tak potrafili.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s