I know I’m a mess and I wanna be someone Someone that I’d like better Can you help me forget, don’t wanna feel like this forever

Poranek był ciężki, ale Vivian wiedziała, że będzie jeszcze gorzej. Póki co nadal leżała przytulona do pleców Akiry, udając, że śpi. Złamała wczoraj wszystkie zasady tego miejsca, do tego pozwoliła sobie na utratę panowania. Zachowała się tak, jakby niczego się nie nauczyła przez ten rok. Nikt raczej nie będzie mieć pretensji o Matta, to jeszcze da się zrozumieć. Skrzywdził ją, więc zasłużył na karę i oni potrafili to zrozumieć. Jednak zrobienie w „Szalonym Kruku” takiego bałaganu nie ujdzie jej płazem. Nawet jeśli Arte chciałby to wszystko zatuszować, nie byłoby to możliwe. Za dużo świadków, za dużo złamanych zasad. Musiał złożyć Radzie Starszych rzetelny raport, a wszystkie szczegóły mogły ułagodzić karę. W to jednak wątpiła. Tym razem naprawdę narozrabiała.
Akira odwrócił się z przeciągłym ziewnięciem i spojrzał na dziewczynę. Od razu widać było, że jest przybita. Chyba nie tak to miało wszystko wyglądać.
– Nie myśl tyle o tym – powiedział cicho.
– Żeby to było takie proste – westchnęła. – Za chwilę wszystko rozgorzeje na nowo, a ja chyba nie mam na to siły.
– Przygotować ci śniadanie?
– Nie, nie mam ochoty na jedzenie, a obawiam się, że za długo nie pobyłoby w moim żołądku.
– Tak źle chyba nie będzie.
– Nie wiem. Diabli nadali mi Matta – westchnęła.
Schowała twarz w jego ramieniu. Jeszcze przez chwilę chciała być poza światem, który niedługo zacznie domagać się uwagi. Potrzebowała jeszcze odrobiny wytchnienia przed konsekwencjami swoich czynów. Odpowie za to, co zrobiła, ale jeszcze chwilę niech nikt nie pamięta o tym, co się zdarzyło.
Akira wsunął palce w jej włosy, rozplatając delikatnie jeden z kołtunów. Gest był niemal niezauważalny, ale miał odrobinę nadziei, że pomoże jej zebrać się na odwagę, żeby zmierzyć się ze światem. Sam nie zauważył, kiedy przesunął dłoń na kark dziewczyny, a potem na plecy aż do ciemnych śladów, gdzie w ciele było innocence.
– Hm?
– Nic – odparł. – Leż spokojnie. Jeszcze nie musimy wstawać.
Palcem delikatnie obrysował krawędź jednego, a potem drugiego śladu. Vivian poruszyła się niespokojnie, ale żadnym gestem nie dała mu znać, że ma przestać. Czuł na skórze jej spokojny oddech i był niemal pewny, że za chwilę przyśnie. Nie o to mu jednak chodziło.
Zanim jednak przeszedł dalej w swych zamiarach, usłyszeli pukanie. Vivian podniosła się na łokciu, odwracając głowę do drzwi.
– Proszę.
Do środka zajrzała jedna z dziewcząt.
– Jest panienka wzywana przez Radę.
– Ile mam czasu?
– Pół godziny.
– Dzięki.
– Przyniosłam też czyste ubranie.
Vivian wstała, odebrała od dziewczyny ciuchy i ruszyła pod szybki prysznic. Mogła przynajmniej wyglądać w miarę porządnie, skoro już ma się stawić po karę. Gdy wychodziła z pokoju, Akiry już nie było. Tak było dobrze, bo przecież niczego od siebie nie wymagali. Zresztą Vivian była już myślami przed Radą.
Bez słowa opuściła „Szalonego Kruka” i szybkim krokiem skierowała się do kwatery głównej. Chciała mieć to już za sobą, im szybciej zapomni o całej historii, tym lepiej. Wiedziała jednak, że to wszystko tak łatwo nie odpuści. Odetchnęła głęboko zanim zapukała do drzwi sali Rady, czując ściśnięty żołądek znacznie wyżej niż powinien być. Mimo wszystko denerwowała się tym, co za chwilę usłyszy, ale na ucieczkę było już za późno.
Gdy usłyszała pozwolenie, weszła do środka, gdzie w fotelu siedziała Arianne. Najwyraźniej jako jej mistrzyni miała być obecna przy całym spotkaniu. W końcu Vivian nie była jeszcze pełnoprawnym Cieniem i przez moment myślała, że jeszcze długo nie będzie po spektaklu, który wczoraj zaprezentowała.
Skłoniła się z szacunkiem i pozostała tak, wyrażając skruchę i gotowość na otrzymanie kary.
– Podnieś się, Vivian – usłyszała Minerwę. – Wiesz, po co cię wezwaliśmy, prawda?
– Owszem.
– Arte wszystko nam wczoraj opowiedział łącznie z historią, którą od ciebie usłyszał. Uznał, że łatwiej ci będzie, nie wracając drugi raz do tego, co się wydarzyło pomiędzy tobą a tym chłopakiem.
W tym momencie poczuła falę wdzięczności skierowaną w stronę wampira. Jak zwykle mogła na niego liczyć, gdy narozrabiała, pomyślał o wszystkim, chcąc ją chronić.
– Będziesz musiała mu później podziękować.
– Oczywiście.
– To jednak nie oznacza, że ominie cię kara. Vivian, chcemy, żebyś rozumiała też, za co jesteś karana. Nie za zemstę na osobie, która cię skrzywdziła, nie za metody, które przyjęłaś, bo to wszystko jest sprawą drugorzędną. Za to oceniać cię nikt nie będzie. Jednak zrobiłaś coś niewybaczalnego. Splamiłaś „Szalonego Kruka” krwią i ciemnością, która istnieje w każdym z nas. Ten bar ma być dla was wytchnieniem, oderwaniem od naszej rzeczywistości i nie wolno go plamić. Nikt nie powiedziałby ci słowa, gdybyś wywlekła go na zewnątrz, ale mordując go w „Szalonym Kruku”, złamałaś zasady i prawa Ligi. Za to poniesiesz konsekwencje. Czy rozumiesz?
– Tak, pani Minerwo. Nie mam obiekcji przed karą, która zostanie mi wymierzona.
– Twoją karą będzie spojrzenie w Zwierciadło. Wyciągnie z ciebie to, co złe i ci to jeszcze raz pokaże. Mam nadzieję, że to będzie wystarczająca nauczka, żebyś nigdy więcej nie łamała obowiązujących tu zasad.
Vivian zbladła. Zwierciadło w wielu Cieniach wzbudzało niepokój i lęk. Było żywym artefaktem, którego widząca do końca nie kontrolowała, więc mogło pokazać dosłownie wszystko. Właśnie dlatego nikt się do niego nie zbliżał z własnej woli, to mogło być zbyt traumatyczne przeżycie, więc woleli trzymać się z daleka.
Vivian także, a nawet szczególnie. Miała zbyt wiele za sobą, zbyt blisko była szaleństwa, żeby tak ryzykować. Poza tym musiałaby być prawdziwą masochistką, żeby na własne życzenie znów przeżywać to samo piekło.
– Podejdź do Zwierciadła.
Minęło parę sekund zanim udało jej się wykonać polecenie. Zacisnęła pięści, żeby nie było widać, że drżą jej dłonie, ale członkom Rady zapewne to też nie umknęło. Odetchnęła nieznacznie i spojrzała w taflę Zwierciadła. Początkowo zobaczyła jedynie swoje wystraszone odbicie.
Stała na środku stołówki Czarnego Zakonu. Podłoga była we krwi, dostrzegła też fragmenty ciał, co jednoznacznie oznaczało masakrę. Po chwili usłyszała piosenkę. Głos był dziecięcy i bardzo zadowolony. Road.
Rozejrzała się. Noah Snu siedziała na parapecie wysokiego okna, w miejscu, gdzie sama uwielbiała siedzieć. Uśmiechała się radośnie i majtała nogami, powtarzając słowa piosenki.
Po chwili podniosła rękę i wskazała na coś za Vivian. Dziewczyna odwróciła się ze ściśniętym sercem. Najpierw dostrzegła krew spływającą po ścianie. Gdy podniosła spojrzenie wyżej, wrzasnęła przeraźliwie. Widok był przerażający.
– To prezent dla ciebie, królewno – usłyszała w uchu. – Podoba się?
Poczuła, jak obejmuje ją zaborczo i przytula się do jej pleców, blokując możliwość ruchu.
– Prawie nie krzyczał – szept stał się bardziej namiętny, jakby opowiadał komplementy. – Był taki dzielny ten twój mały rycerzyk.
Ruszył w stronę ściany, pchając ją przed sobą. Nie chciała podchodzić, to było zbyt przerażające z tej odległości.
– Tyki, proszę – szepnęła.
– Ale nie chcesz sprawdzić, czy żyje? – droczył się z nią. – Przecież tyle razy powtarzał, że nie umrze. Nie wszystkie ważne punkty są tymi, które najbardziej bolą.
Zatrzymał się na wyciągnięcie ręki. Z bliska rany wyglądały jeszcze gorzej. Nie było chyba kawałka jego ciała, która nie byłaby zakrwawiona, w niektórych miejscach skóra została zdarta do żywego mięsa. To było straszne.
Mikk chwycił jej rękę w swoją i wyciągnął do wiszącego ciała, zmuszając ją, żeby go dotknęła. Z przerażeniem odkryła, że jest ciepły, a to oznaczało, że żyje. Tyki przesunął jej palce po torsie aż do resztek tatuażu, który pokrywał dużo większą część ciała niż zapamiętała.
Dotyk sprawił, że podniósł odrobinę głowę. W ciemności błysnęły czarne oczy teraz wypełnione bólem.
– Noah… – usłyszała.
Poczuła łzy spływające po policzkach. Z własnej woli wyciągnęła rękę i pogłaskała go po twarzy, chcąc przynajmniej odrobinę ukoić jego ból.
– To twoja wina, królewno – szepnął jej do ucha Tyki. – I co ja mam z nim teraz zrobić, co?
– Dlaczego to robisz?
– Bo to zabawne. Ty też to lubisz. Nie mów, że nie. W końcu też jesteś Noah.
Złapał jej dłoń mocniej i siłą skierował w pierwszą lepszą ranę, przyciskając jej palce do ranionego ciała. Chłopak syknął boleśnie.
– Przestań.
– To dopiero początek. Nie chcesz, by był ci posłuszny?
– Nie krzywdź go – powiedziała błagalnie.
– A co za to dostanę? – znowu się z nią droczył.
– Proszę, przestań go krzywdzić. Nie chcę, dość już tego.
Odwrócił ją do siebie gwałtownie i zaborczo pocałował. Nawet gdyby chciała się wyrwać, nie byłaby w stanie, blokował jej ruch. Gdy w końcu ją puścił, na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech wróżący coś strasznego.
Usłyszała wrzask bólu tuż nad sobą. Odwróciła głowę, żeby z przerażeniem zobaczyć, jak Tyki wyrywa jeszcze żywe serce z piersi egzorcysty.
– Nie! – wrzasnęła.
– Powiedziałaś kiedyś, że nigdy nie dostaniesz serca swego szermierzyka – powiedział spokojnie Mikk. – Teraz jest tylko twoje.
Włożył narząd do jej ręki i pozwolił dziewczynie opaść na kolana. Jeszcze przez chwilę serce poruszało się, było ciepłe. Gdy zamarło, coś w niej zostało właśnie rozbite, a z jej gardła wydarł się wrzask rozpaczy.
Wpadli w ślepy zaułek. Było za późno, żeby się cofnąć i zmienić kierunek. Rozejrzała się nerwowo.
– Ukryjcie się – wskazała dziewczynkom jakąś skrzynię. – Szybko.
Przycisnęła do siebie mocniej bochenek, wypatrując wściekłego piekarza. Ledwo szczurki się ukryły, gdy przybiegł cały zdyszany i czerwony ze złości. Doskonale wiedział, że to ona go okradła.
Przyjęła pierwszy cios w twarz bez słowa skargi, po czym została złapana za przód brudnej sukienki. Gdyby pociągnął mocniej, obnażyłby jej piersi.
– Chcesz ten chleb? – zapytał.
Spojrzała najpierw na niego, potem na porzucony bochenek, a na koniec na kryjówkę szczurów. Nie mogła pozwolić im głodować. I tak są niedożywione i ledwo żyją.
– Tak – kiwnęła głową.
– Podwiń sukienkę, odwróć się i pochyl.
Wykonała polecenie, zaciskając zęby. Robiła już gorsze rzeczy, a mimo to nadal czuła obrzydzenie, gdy słyszała w uchu jego dyszenie, a jego dłonie zaciskały się na jej ciele, sprawiając dodatkowy ból.
Kilka chwil później opadła na ziemię, nawet nie patrząc, jak mężczyzna odchodzi. Poczuła dopiero dotyk Claire i Lucy, gdy się przytuliły, chcąc ją pocieszyć.
– To nic – szepnęła. – To nic.
W nos uderzył ją zapach krwi. Był na tyle ostry, że drażnił jej powonienie. Nie była w stanie wstać, ręce miała związane na plecach i chyba do czegoś przywiązane, bo próba odwrócenia się na bok skutkowała bólem. Mogła tylko czekać.
Gdzieś w pobliżu usłyszała bolesny jęk. Nie rozpoznała głosu, ale przełknęła nerwowo ślinę. Kolejny dźwięk był głośniejszy i jeszcze bardziej niepokojący – kroki. Zrelaksowane, spokojne i zbliżające się.
Jej głowa została gwałtownie poderwana za włosy. Jęknęła boleśnie i spojrzała w oczy swemu oprawcy.
– Proszę, proszę, królewna na wyciągnięcie ręki – zakpił Mikk. – Aż się prosisz, żeby się z tobą pobawić.
Chwilę później wrzasnęła boleśnie. Szarpnęła głową, czując, jak garść włosów zostaje w dłoni oprawcy, który śmiał się rozbawiony całą sytuacją. Tortura trwała z każdą chwilą coraz brutalniejsza i boleśniejsza.
W końcu ją puścił. Oparła rozgrzany policzek o zimną, zakrwawioną podłogę, chcąc przestać czuć cokolwiek. Dotyk nie przyniósł ukojenia, oddychała urywanie, pragnąc końca.
– Nie śpij, królewno – usłyszała w swoim uchu. – Mamy jeszcze apokalipsę do zrobienia.
– Zostaw mnie – jęknęła. – Daj mi już spokój.
– Na pewno nie chcesz tam iść? Zobaczyć się z nimi?
Zamknęła oczy, modląc się, żeby to był już koniec. Miała dość. Chciała tylko śmierci. Szybkiej i bezbolesnej. Niczego więcej.
Kolejne uderzenie zamroczyło ją na tyle, że przez dłuższy czas widziała tylko ciemną plamę przed oczami. Mimo to poczuła palce zaciskające się na szyi.
– Nie masz nic więcej do powiedzenia, suko? – usłyszała wściekły warkot.
Powoli obraz nabierał ostrości, więc patrzyła prosto w twarz swego oprawcy. Mimo to powoli brakowało jej powietrza, ostry ból płuc nasilał się z każdą sekundą. Dusiła się.
– Nie zabij jej – usłyszała. – Martwa do niczego się nie przyda.
Upadła na ziemię i zaczęła krztusić się powietrzem. Po chwili czyjaś dłoń zmusiła ją do pochylenia się.
– Ani słowa – warkot tuż nad uchem uciszył skargę.
Wiedziała, jak to się skończy. Zawsze się tak kończyło. Nie miała dokąd uciec, więc po prostu się poddała.
– Wystarczy.
Dłoń Arianne przysłoniła jej na moment oczy. Sama nie wiedziała, jak długo trwała ta mozaika ze snów i wspomnień. Starała się nie drżeć widocznie, ale łez nie mogła powstrzymać. Nie była świadoma, że już nie stoi, a klęczy, podpierając się dłońmi, na zimnej podłodze.
Dłoń mistrzyni pogłaskała ją łagodnie po włosach, pomagając się uspokoić. Powoli wróciła świadomość własnego ciała i miejsca, w którym się znajduje.
– Przepraszam – szepnęła.
– Już dobrze.
Podniosła się o własnych siłach i odwróciła spojrzenie od Zwierciadła, w którym znów odbijała się tylko jej sylwetka, choć teraz w towarzystwie Arianne. Spojrzała na członków Rady Starszych, ale na ich twarzach nie było ani cienia emocji.
– Twoja kara została zakończona – orzekła Minerwa. – Wracaj do obowiązków.
– Oczywiście.
Arianne bez słowa zaprowadziła ją na jedno z pięter treningowych do sali, w której Vivian jeszcze nie była. Od samych drzwi wyczuła specyficzną, lekko nieprzyjemną aurę tego miejsca. Gdy jednak się rozejrzała, nie różniło się od innych pomieszczeń przeznaczonych do treningu.
– Gdzie jesteśmy? – zapytała.
– Twoje wczorajsze zachowanie uświadomiło mi, że nadal jest coś, nad czym muszę z tobą popracować – powiedziała poważnie Arianne. – Będzie z ciebie wspaniały Cień, ale z jedną niewybaczalną wadą. Gdy przychodzi do ruszania twego serca, tracisz nad sobą panowanie i nie myślisz trzeźwo. Miałam nadzieję, że nie będę musiała cię tu zabierać, bo to niezbyt miłe doświadczenie, ale najwyraźniej nie ma innego sposobu. Wystarczy jedna wzmianka o krzywdzie twych bliskich, a popełnisz błąd. Do tego nie można dopuścić. To sala iluzji. Wszystko, co tu zobaczysz, może być prawdziwe, jeśli nie zaczniesz racjonalnie myśleć.
Vivian nie odpowiedziała. Sama doszła do takiego wniosku, ale teraz nie była w najlepszej formie. Wolałaby odpuścić, schować się przed światem i doprowadzić się do stanu używalności. Arianne miała tego świadomość i właśnie dlatego nie zamierzała przerywać treningu. Teraz, gdy Vivian była słabsza, łatwiej dostrzeże to, co mistrzyni chce jej przekazać. Może to trochę okrutne, może bolesne, ale miało uchronić ją przed błędami w przyszłości. Była świadoma, że dla demonów najlepszą pożywką są relacje międzyludzkie i wykorzystują je do bólu, aby osłabić przeciwnika. Pokazać mu to, co jest dla niego najcenniejsze, rozproszyć i zniszczyć. Cienie nie mogły się temu poddawać. Serce należało trzymać bezpiecznie zamknięte, słowa jadu i groźby zbywać obojętnością, zadanie wykonywać bez zbędnych emocji.
To mogło jej też pomóc we wracaniu do siebie po koszmarach. Vivian dużo częściej była narażona na rzeczywiste przecież wizje tego, co najbardziej ją raniło. Przez to była wrakiem, który mógł się lada chwila rozlecieć. Przez to potrzebowała czasu, aby dojść do siebie, odreagować, udawać, że zapomniała, żeby wrócić do rzeczywistości i swoich obowiązków.
– Nie proś mnie, abym to przełożyła – dodała Arianne. – Wiem, w jakim jesteś stanie, ale teraz jest odpowiedni moment na ten trening. Schowaj swe serce głęboko i nie pozwól emocjom zapanować nad rozsądkiem.
Vivian kiwnęła głową. Rozumiała, co Arianne chce osiągnąć i się nie buntowała. Wciągnęła głęboko powietrze w płuca, starając się uspokoić na tyle, na ile to możliwe.
– Możemy zaczynać – powiedziała bez przekonania.
Przez chwilę nic się nie działo oprócz tego, że Arianne ruszyła do ataku. Brązowowłosa uchyliła się, starając się jednocześnie zorientować, jak to działa i gdzie zostanie uderzona. Zobaczyła jednak tylko złowróżbny uśmiech Francuzki.
Wtedy się zaczęło. Słyszała szepty pełne obietnic, co stanie się z jej bliskimi. Zareagowała prawie natychmiast, co odwróciło jej uwagę od ciosów, które na nią spadły.
Tak było przez cały czas, a iluzje były coraz intensywniejsze. Sama nie wiedziała, kiedy zaczęła wrzeszczeć, widząc znów rozszarpane ciała najbliższych. Im gorsze rzeczy widziała, tym intensywniejsze były emocje i tym więcej błędów popełniała. Trzymała jednak Zemstę głęboko, nie pozwalając sobie na utratę kontroli. Przynajmniej tyle potrafiła.
Rzuciła się na łóżko bez życia i czucia jakichkolwiek mięśni czy emocji. W rzeczywistości bolało ją wszystko, ale wyłączyła się na jakiekolwiek bodźce, popadając w otępienie. Miała nadzieję, że dzięki temu sen przyjdzie szybciej i nie będzie jej torturował koszmarami. Chciała tylko odrobiny wytchnienia zanim nadejdzie kolejny dzień treningu w tej przeklętej sali iluzji.
Drzwi otworzyły się bez pukania, ale nawet nie ruszyła się, żeby zrugać intruza. Miała to gdzieś. Zignorowała również ugięcie się łóżka pod ciężarem ciała.
– Aż tak źle? – usłyszała Arte.
– Chcę zapomnieć – szepnęła. – Nie rozmawiajmy o tym.
Wampir pogłaskał ją po włosach. W tej chwili widział kupkę nieszczęść a nie dumnego Cienia. Jeszcze długa droga przed nią.
– Chodź, idziemy do „Szalonego Kruka”.
– Nie mam ochoty na towarzystwo.
– Dlatego idziemy tylko my. Weźmiemy klucz do pokoju, butelki drogiego alkoholu i spijemy się do nieprzytomności. Czasami to najlepszy sposób, by zapomnieć, że jest się wrakiem.
Dopiero teraz podniosła głowę i spojrzała na niego. Na jej twarzy zagościł słaby uśmiech wdzięczności. Wampir rozumiał i wyciągnął do niej pomocną dłoń z gotowym pomysłem, który trzeba było tylko wprowadzić w życie.
Bez słowa wstała i pozwoliła zaprowadzić się do baru. Arte wszystkim się zajął, doskonale wiedząc, ile potrzeba butelek różnego alkoholu, żeby oboje padli. Na szczęście Hans miał dobrze zaopatrzone zaplecze i nie powiedział słowa, gdy zrozumiał, o co im chodzi. Od tego tu był, więc spełnił zamówienie i pozostawił ich w spokoju. Oni zaś pili w milczeniu, tłumiąc alkoholem wiedzę, jakimi są wrakami.

***

Vivian: Ja to nie mogę mieć łatwo, nie?
Laurie: Bierz odpowiedzialność za to, co robisz.
Vivian: Ty to lepiej poszła pisać, a nie marudzisz.
Lavi: Na razie to się ekscytuje nowym sezonem Psycho-Pass.
Vivian: Znowu będzie można z nią normalnie porozmawiać. Bierz się za robotę, Laur. Natychmiast.
Laurie: Tak, tak. Wiem. Za tydzień wchodzimy w odrobinę inne klimaty. Spodoba się Wam. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

2 thoughts on “I know I’m a mess and I wanna be someone Someone that I’d like better Can you help me forget, don’t wanna feel like this forever

  1. Saphira pisze:

    Dobra, mój błąd. To było dużo gorsze niż Arsen. Ryczałam jak niemowlak. Vivi, współczuję Ci…
    Sophie: Tylko się znowu nie popłacz.
    A cicho siedź. Czekam na kolejny rozdział. Zastanawiam się, gdzie będzie akcja… Aww~! Nie mogę się doczekać!
    No, to życzę miłego dnia i zapraszam do siebie, bo jest kolejny rozdział wstawiony😉

  2. prz_ pisze:

    Inne klimaty, hmmm… Ciekawe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s