You’ll never walk alone Anata to yuku Donna tsumi mo seotte ageru Michi naki michi wo aruiteku no Anata to futari de

Rozejrzał się. Kilka kroków dalej dostrzegł jezioro, na którego powierzchni unosiły się lotosy. Wokół panowały spokój i cisza, nie były złowrogie, ale wręcz kojące. Nie znał tego miejsca, ale wprawiało go w lepszy nastrój. A raczej wprawiałoby, gdyby nie ona.
Siedziała tuż nad brzegiem w czarnej sukience z delikatnym dekoltem, długim trenem i odsłoniętymi plecami, co dostrzegł pomiędzy długimi, brązowymi pasmami. Nie widział jej twarzy, ale był pewny, że to ona.
– Dosiądziesz się? – zapytała, nie patrząc na niego.
– Czego chcesz, Noah? – warknął.
– Nie jestem tą, którą nazywasz „Noah” – usłyszał rozbawienie w jej głosie.
Podszedł do niej i wściekle odwrócił ją za ramię. Coś go ścisnęło, gdy zobaczył jej ciemnozielone oczy z brązową plamką na prawym. Uśmiechała się uroczo zupełnie nieprzejęta jego wybuchem. Po chwili dostrzegł na jej szyi taki sam medalion jak ten, który odzyskali jakiś czas temu. Była tylko jedna różnica – ten był czarny, ale coś podpowiadało mu, że to ta sama błyskotka.
– Kim jesteś w takim razie? – zapytał.
– Czy muszę udzielać tak oczywistej odpowiedzi? – odparła. – Przecież to już wiesz. Po co ta obrażona mina?
– Czego tu chcesz?
– Chyba najwyższy czas, abym cię odwiedziła, prawda?
– Nie widzę powodu – mruknął gniewnie.
– Jesteś strasznie uparty – uśmiechnęła się. – To kwestia tego, że nią nie jestem? Mogę udawać, że jest inaczej.
– W co ty grasz?
– W nic. Wiesz, dlaczego tu jestem, choć nie chcesz tego przyznać. Nie obawiaj się, nie będę nachalna wobec ciebie ani przekonywała cię do czegokolwiek. Nie wolno nam tego robić, bo sami musicie zdecydować, czy podejmiecie się tej odpowiedzialności.
– Nie rozumiem.
– Nieładnie tak kłamać – pokręciła głową. – Dostrzegasz to, prawda?
– Nie wiem, o co ci chodzi. Po co to wszystko? Ten rozdział jest już zamknięty.
– Nie jest. Doskonale o tym wiesz. Domyślasz się też, co oznacza moja obecność w twoich snach.
Zacisnął zęby wściekły, że kolejna osoba chce rozjątrzyć tę ranę. Czy chociaż raz nie mogą zostawić go w spokoju?
– Wynoś się – warknął w końcu. – Nie chcę cię tu więcej widzieć. Wynoś się i nie wracaj.
Brązowowłosa uśmiechnęła się smutno. Dostrzegała jego uczucia.
– Ilekroć mnie wyrzucisz, ja i tak wrócę – powiedziała poważnie. – Już nigdy nie będziesz sam, bo ja stanę przy twoim boku cokolwiek postanowisz i zrobisz. Już zawsze będę z tobą.
Gdy się obudził, nadal słyszał jej obietnicę. Zamknął ponownie oczy, choć wiedział, że nie może sobie pozwolić na zostanie w łóżku. Akumy same nie znikną, innocence samo się nie odnajdzie. Miał obowiązki, których nie mógł zaniedbać. Poza tym potrzebował czegoś, co zagłuszy świadomość tego dnia. To dziś był ten dzień, ten piekielny dzień jej śmierci. Chciał nie pamiętać, zapomnieć, że kiedykolwiek istniała. Tak byłoby lepiej niż zmagać się z tym, co po sobie zostawiła. Wiedział, że dzisiaj będzie jeszcze gorzej. Gdyby tak przespać ten dzień…
Starał się skupić na innych sprawach, ale im bardziej próbował, tym mocniej wracało wspomnienie tego snu. Był inny niż koszmary, które doprowadzały go do szału, albo te dziwne sny, które zdawały się być czyimiś wspomnieniami, a on ich nie rozumiał. Nie miał wątpliwości, kim była brązowowłosa dziewczyna. Tu nie mogło być pomyłki, bo skoro nie ona, to mogła być to tylko oryginalna Czternasta. Tylko czemu śni się akurat jemu? To niczego nie tłumaczy.
Pukanie odwróciło jego uwagę od myśli. Były tylko dwie możliwości tak wczesnego niepokojenia go: misja albo Abba.
– Proszę – rzucił nieco chłodno.
Drzwi się otworzyły i do środka weszła Abba. Auren wleciał tuż nad nią i usiadł na szafie, żeby nie przeszkadzać. Wszyscy byli już do tego przyzwyczajeni.
– Nie wstajesz jeszcze? – zapytała dziewczynka.
– Właśnie zamierzałem.
– Jak zwykle nie mogę rozczesać – wskazała na swoje włosy.
Przez ostatni rok Abba dość mocno urosła, a jej jasne kosmyki nie pozostawały w tyle i obecnie sięgały jej do bioder. Z nie do końca jasnego dla Kandy powodu nie chciała ich ścinać, a to byłoby najlepsze rozwiązanie, bo ciągle się plątały i sama nie dawała sobie rady. Zwykle lądowała z tym problemem właśnie u niego, ale jakoś nie potrafił z tego powodu czuć irytacji. Może dlatego, że miał się kim zaopiekować, na kogo zwracać uwagę, ale nigdy by się głośno do tego nie przyznał. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił, więc tak było dobrze.
– Siadaj – polecił.
Dziewczynka bez słowa zajęła miejsce na łóżku i podała mu szczotkę. Chyba po prostu lubiła, kiedy Kanda ją czesze, choć Hikari czy Lenalee znacznie lepiej sprawdzałyby się w tym zadaniu.
Milczeli. Abba już dawno nauczyła się, że Kanda jest z natury milczący i rzadko kiedy się odzywa niepytany, gdy nie jest to absolutnie konieczne. Poza tym były tematy, na które nie chciał rozmawiać, więc dziewczynka wolała ugryźć się w język niż doprowadzić do jakiegoś konfliktu z Japończykiem.
Wydoroślała. Nadal miała urok dziecka, ale często była poważna i dojrzała. W akcji zawsze podejmowała decyzje, które były przemyślane, racjonalne i nie narażały jej na niebezpieczeństwo. Kanda podejrzewał, że na zmiany miała też wpływ śmierć Vivian. Abba była z nią bardzo związana, kochała ją jak starszą siostrę albo nawet jak matkę i ta strata nią wstrząsnęła. Jeszcze długo później popłakiwała gdzieś cicho albo przychodziła do niego, bo nie mogła zasnąć. Coraz bardziej próbowała być samodzielna i nie biegać do dorosłych z każdym problemem, choć różnie się to później kończyło. Częściej też było można zobaczyć ją trenującą tylko z Aurenem bądź z książką w jakimś zaciszu.
Była też jedyną osobą, którą omijały jego humory. Po śmierci Vivian na nowo postawił pomiędzy sobą a innymi gruby mur, a te wszystkie koszmary i emocje sprawiały, że łatwiej było go doprowadzić do furii. Już codziennością stały się jego wybuchy i konflikty z innymi. Egzorcyści starali się unikać takich sytuacji, Komui po którymś z kolei wyskoku odpuścił mu słuchania po raz kolejny tego samego kazania, a inni pracownicy Zakonu podchodzili do tego różnie.
Abba była wyjątkiem. Nie warczał na nią, nie ignorował jej, pozwalał sobie towarzyszyć, kiedy wyraziła na to ochotę. Mogła zawracać mu głowę błahostkami, choć tego nie robiła. Miała też dostęp do jego pokoju, z którego z uporem maniaka wyrzucał każdego, kto choćby nos wystawił za próg.
Zaplótł jej porządnego warkocza, kiedy rozplątał już wszystkie kołtuny i ułożył je. Zresztą to jedyne, co mu wychodziło na jej włosach i nie rozsypywało się po kilku chwilach.
– Daj wstążkę.
Podała mu ciemnozieloną tasiemkę, która automatycznie skojarzyła mu się z pewnymi oczami. Miały ten sam odcień.
– Gotowe – oznajmił.
– Dziękuję – objęła go za szyję.
Zwykle po chwili puszczała, ale dziś wtuliła się w niego mocniej. Domyślał się powodu, więc pozwolił jej na to, obejmując dziewczynkę ramieniem. Od niej ten dzień również wymagał dużych pokładów siły i jeśli w ten sposób ma stać się silniejsza, nie miał obiekcji.
Gdy się od niego oderwała, został obdarzony pięknym uśmiechem. Kąciki jego ust również się podniosły, choć bardzo nieznacznie.
– To ja nie będę ci już przeszkadzać i pójdę na śniadanie – powiedziała.
– Najwyższy czas – rzucił łagodnie.
On też powinien już wstać, bo to dość niezwykłe, że tak długo nie schodzi. Najwyżej odczeka aż kolejka do Jerry’ego się skończy. Korona mu z głowy nie spadnie.
Po chwili został w pokoju sam i mimo postanowienia wstania opadł na poduszkę. Nie wrócił jednak do krainy Morfeusza, ale poleżał jeszcze kilka minut zanim wkroczył w dzień.
Stołówka była już pełna ludzi, kiedy w końcu zszedł na dół, choć część personelu właśnie szykowała się do powrotu do swoich obowiązków. Egzorcyści jednak nie śpieszyli się z jedzeniem, nie wszyscy dostaną dzisiaj jakieś misje, więc zmarnowanie kilku dodatkowych minut nikomu nie powinno przeszkadzać.
W oczy rzucało się, że na ramieniu Hikari nie ma już czarnej przepaski, o którą tak zaciekle wykłócała się z Komuim rok temu. Zgodnie z zapowiedzią ściągnęła ją w rocznicę śmierci Vivian, kończąc oficjalnie żałobę. Mimo to na ich twarzach gościły same negatywne emocje. Tylko parę osób dyskutowało o jakiś bzdurach, bo nie byli oni w żaden sposób związani z Vivian.
Odnosił właśnie tacę, gdy w drzwiach stołówki pojawił się Reever.
– Kanda, Lavi, Kierownik was wzywa – poinformował ich.
Misja. Japończyk powstrzymał się od skrzywienia, bo nie miał ochoty na towarzystwo, a tym bardziej rudzielca, który miał irytującą potrzebę rozmawiania o tym, o czym nie chce się rozmawiać. Zresztą Kanda w ogóle wolał samodzielne zadania, o czym Komui z łatwością zapominał (ignorował ten fakt), twierdząc, że wysyłanie pojedynczego egzorcysty to ryzyko, na które nie mogą sobie obecnie pozwolić.
Nie czekał na rudzielca, który w końcu wstał od stołu i dołączył do niego w drzwiach gabinetu. Komui przez moment nie zauważył, że przyszli, zapatrzony w jakiś punkt na ścianie. Dopiero gdy Kanda sięgnął po teczkę, wrócił do rzeczywistości.
– Nie ta – wyciągnął dokumenty z ręki Japończyka i podał mu inne, których kopia wylądowała po chwili także w dłoniach Laviego. – To jest wasza misja.
Przypadkowa teczka został wrzucona do szuflady, którą zatrzasnął gwałtowniej, jakby nie chciał, żeby wiedzieli, co jest w środku. Rudy kronikarz mimo parszywego nastroju zauważył to, ale nie drążył tematu, żeby nie zaognić sytuacji.
– Ruszycie do Ruenou we Francji. Ostatnio zwiększyła się tam obecność akum, dodatkowo coś jest nie tak z pogodą. Nie jesteśmy jednak pewni, czy to innocence czy wróg. Sprawdzicie to.
– Dużo jest tych akum? – zapytał Lavi.
– To nie akumy są tu problemem. Ufam, że sobie poradzicie.
– Masz nas za amatorów? – warknął Kanda.
– Nie, ale rozumiem, że wasza uwaga może być skupiona na innych sprawach.
Brunet prychnął rozdrażniony, ale nic więcej nie powiedział. Wszyscy trzej rozumieli, co Komui miał na myśli.
– Kiedy mamy ruszyć? – zapytał Lavi, ucinając dyskusję.
– Za pół godziny. Zdążycie się przygotować i przeczytać wytyczne. Uważajcie na siebie – zakończył odprawę.
Kanda wyszedł bez słowa, więc nie widział zatroskanego spojrzenia Komuiego rzuconego w jego stronę. Lavi też się nie odezwał, wzruszył tylko ramionami i poszedł się przygotować.
Gdy rudzielec zszedł na dół, Kanda stał pod jednym z filarów z założonymi na piersi rękami i pochmurnym spojrzeniem, które świadczyło o niechęci do towarzysza. Ten uśmiechnął się krótko, ale nie rzucił żadnym luźnym komentarzem. To było odrobinę zaskakujące, ale Kanda nie rozwodził się nad tym.
We Francji zastała ich prawdziwa ulewa. Deszcz spływał nieustannie zimnymi strumieniami, więc szybko przemokli, a do miasteczka mieli jeszcze kawałek drogi. Przy tym było pochmurno, ciemnawo i zimno.
– Yuu… – zaczął Lavi.
– Nie chcę słyszeć ani słowa, jeśli nie ma to związku z misją – warknął.
– Jasne. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że zbliża się towarzystwo – wskazał kierunek.
Kanda rzucił mu przeciągłe spojrzenie, bo nie spodziewał się, że rudzielec tak łatwo odpuści. Najwyraźniej on także nie miał ochoty rozmawiać na temat Vivian. Cóż, może nadal gdzieś w środku obwinia się o to, co się wydarzyło tamtego dnia.
Grupa akum nie była problemem dla nich dwóch. To pogoda utrudniała im pracę, przez tę ilość wody czuli się ciężsi, a ataki Laviego nie miały takiej efektywności jak powinny.
Mimo to udało im się opanować sytuację w dość krótkim czasie i ruszyli dalej do wioski. Z daleka widzieli rzekę, która mimo ulewy nie wezbrała tak mocno jak to zwykle bywa w takich sytuacjach.
Miasteczko nie było zbyt wielkie, ale też niezbyt małe. Niedaleko stąd przechodził jeden z głównych traktów, więc podróżni czasami nocowali w tutejszej gospodzie – wiedzieli to z dokumentów. Z powodu deszczu nie widzieli nikogo pomiędzy budynkami, ludzie pochowali się w domach i miejscach pracy, nie wychodząc niepotrzebnie na zewnątrz. Właśnie dlatego odnieśli wrażenie, że jest opustoszałe, choć tak nie było.
– Mogłoby przestać padać – mruknął pod nosem Lavi. – Chociaż na chwilę.
Kanda rzucił mu tylko spojrzenie. Musieli od czegoś zacząć, więc najlepszym wyborem było przepytanie poszukiwacza, który powinien tu jeszcze na nich czekać. Właśnie dlatego skierowali się do gospody.
Ta była widoczna z daleka dzięki szyldowi z namalowanym koniem w biegu. Byli niedaleko, gdy wyszedł z niej jakiś mężczyzna i zawołał:
– Gdzie ty się włóczysz, Vivian?!

2 thoughts on “You’ll never walk alone Anata to yuku Donna tsumi mo seotte ageru Michi naki michi wo aruiteku no Anata to futari de

  1. Saphira pisze:

    Dobra, od początku, bo jestem teraz za bardzo podekscytowana:
    Jest! W końcu pojawiło się coś na temat naszyjnika! Tylko dlaczego on jest czarny? Jest to powiązane z mocami Czternastej?
    Kurczę, aż mi się troszkę żal zrobiło. Viv już rok nie ma w Zakonie… Kanda jak zwykle warczy na wszystkich. Rozumiem to, też tak bym się zachowała, gdybym miała taki charakter.
    Sophie: Chyba coś jeszcze miałaś napisać…
    Właśnie! O masakro, o masakro! Powiedz, że to nie prawda! Dobra, zrozumiałabym, gdyby to było w Berlinie, ale we Francji?! No chyba, że Viv dostała tu misję, choć sądząc po początku rozdziału domyślam się, że to pomyłka. Nie! To musi być pomyłka, za szybko wprowadziłabyś zmiany, poza tym sama mówiłaś, że chcesz jeszcze pociągnąć losy Viv w Lidze…
    Dobra, za bardzo się rozpisałam, ale to przez to, że byłam dzisiaj na imprezie w szkole. Pozdrawiam, życzę weny i czekam na kolejny rozdział🙂

  2. prz_ pisze:

    Oho. Zabawa zaczyna się na nowo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s