Hearing your name My memories come back again I remember when it started happening I see you in every thought

Wiem, że niektórzy z Was tego nie robią, ale proszę, przeczytajcie dzisiaj to, co mamy do powiedzenia pod rozdziałem, bo sprawa jest poważna i dotyczy nas wszystkich.

– Gdzie ty się włóczysz, Vivian?!
To był moment pełny nadziei, zaskoczenia i czegoś, co można by nazwać radością. Moment wiary, że ten ostatni rok był tylko głupim żartem, złym snem, z którego właśnie się obudził.
Odwrócił się z nadzieją, że zobaczy tę dziewczynę o ciemnobrązowych, długich włosach, spojrzeniu ciemnozielonych oczu, które doprawiała brązowa plamka na prawej tęczówce, kobiecych kształtach skrzętnie ukrytych pod płaszczem i wyzywającym uśmiechu, za którym kryła się przerażona, skrzywdzona, mała dziewczynka, którą czasami tak wyraźnie w niej widział. Już miał rzucić jakimś nieprzyjemnym komentarzem pod jej adresem, żeby nawet przez ułamek sekundy nie pomyślała, że mógł tęsknić za jej uciążliwym towarzystwem. Na to nie pozwalała duma silniejsza niż radość.
Komentarza został na końcu języka, gdy w końcu na nią spojrzał. Nadzieja i radość zamieniły się w gniew. Gniew na samego siebie, że jest tak głupi i naiwny, że pozwolił sobie na uczucia i teraz czuł gorzki smak zawodu.
To nie była ona. Los zadrwił z niego podwójnie, szczerząc z zadowoleniem kły, że zdołał go okpić. Przed nim stała zupełnie przemoczona dziewczynka. Może ze dwa lata starsza od Abby o długich, ciemnobrązowych włosach i ciemnozielonych oczach. Rysy twarzy miała również trochę podobne, a zawiedziony umysł poprawiał je do wyglądu tej, którą nie była.
Zganił się mentalnie, gdy dostrzegł, że intensywnie przygląda się oczom dziewczynki, chcąc znaleźć brązową plamkę, której tam nie było. Stanowczo przesadzał, a powinien skupić się na misji. Martwi pozostaną martwymi.
– Nie musisz się od razu gniewać, tato – powiedziała, przechodząc obok egzorcystów zupełnie nieświadoma burzy, jaką wywołała.
Parę sekund później Kanda poczuł ciężar dłoni Laviego na ramieniu i oderwał w końcu wzrok od małej. Gdy spojrzał na rudzielca, zobaczył w jego oczach współczucie i zrozumienie. Rękę strząsnął i mruknął coś gniewnie pod nosem. Nie chciał jego współczucia.
Lavi tylko uśmiechnął się smutno na reakcję przyjaciela. Sam przez ułamek sekundy miał nadzieję zobaczyć ich Vivian, więc mógł sobie wyobrazić, co poczuł Kanda, widząc to dziecko. Zwłaszcza dzisiaj, w dniu, który był rocznicą jej śmierci. To musiało go naprawdę mocno uderzyć, choć będzie udawać, że wcale się tym nie przejął. Był zbyt dumny, żeby przyznać się do jakiejkolwiek słabości, a tym dla niego były uczucia.
– A panowie co tak mokną? – zapytał mężczyzna.
Dopiero teraz dostrzegli, że ma na sobie fartuch, więc był to właściciel gospody, do której zmierzali przed chwilą nadziei i zawodu. Jego córka właśnie weszła do środka z niezadowoloną miną, że została zganiona.
– Właśnie do pana idziemy – Lavi posłał mu uśmiech. – Mamy nadzieję na ciepłą strawę i wieści.
– No to zapraszam. Vivian, nagrzej wody! – krzyknął do środka.
Nie dosłyszeli odpowiedzi, ale po gniewnym spojrzeniu mężczyzny domyślili się, że mała nie była zbyt entuzjastycznie nastawiona do obowiązków.
Weszli do środka. Gospodarz zaprowadził ich na piętro do jednego z pokoi, żeby mogli się wysuszyć i odświeżyć. Ciepły posiłek miał być przygotowany trochę później.
Obaj potrzebowali chwili, by trochę się uspokoić po niespodziance, jaką zafundował im los. Nie rozmawiali na ten temat, Lavi był pewny, że Kanda tylko warknie coś niemiłego pod nosem, żeby zamknąć mu usta. Wolał go nie drażnić, a temat Vivian już zawsze będzie dla Japończyka punktem zapalnym. Właśnie dlatego wolał zmilczeć całą sprawę.
Gdy zeszli na dół, obiad już na nich czekał, a mała Vivian, już sucha i przebrana, zalewała właśnie herbatę. Zauważyła, że Lavi przygląda jej się ukradkiem w przeciwieństwie do Kandy, który udawał, że bardziej interesuje go talerz przed nim.
– Coś nie tak? – zapytała, stawiając przed nimi kubki.
– Nie, dlaczego?
– Intensywnie mi się pan przygląda.
– Masz na imię Vivian, tak?
– Vivienne, ale wszyscy tutaj wołają Vivian.
– Ładne imię.
Dziewczynka zmrużyła oczy, chcąc wyegzekwować wyjaśnienie tej uwagi.
– To nie wszystko, prawda? – zapytała w końcu.
– Nasza przyjaciółka miała tak na imię – odparł pomiędzy kęsami. – Takie skojarzenie.
– A gdzie ona teraz jest?
– Umarła.
– Vivian, wracaj do swoich obowiązków i nie zaczepiaj gości.
Jej ojciec zbliżył się, wycierając jakiś kufel. Posłał córce groźne spojrzenie, na które się skrzywiła, ale posłusznie wróciła na zaplecze.
– Przepraszam za nią. Zawsze zaczepia gości.
– Nic się nie stało. W końcu jest tylko ciekawa świata, a to nie grzech. Długo tak pada?
– Z tydzień albo i dłużej. Normalnie nie przejmowalibyśmy się, ale tym razem tama może nie wytrzymać naporu wody, a do tego pojawiły się jakieś dziwne stwory. Początkowo myśleliśmy, że to bobry, bo takie podobne są, ale bobry się tak nie zachowują. Te dziwadła atakują ludzi, a kogo ugryzą, ten zamienia się w popiół i umiera. Bronią nam dostępu do tamy, więc nie jesteśmy w stanie dokładnie określić jej uszkodzeń i ich załatać.
Dla egzorcystów było jasne, że te niby bobry są akumami, więc niedługo później ruszyli w stronę tamy sprawdzić, jak w rzeczywistości wygląda sytuacja.
Atak nastąpił kilka metrów przed celem. Grupa była dość duża, wszystkie akumy wyglądały jednakowo, choć zwykle różniły się szczegółami. To zwróciło uwagę Laviego, który przez chwilę tylko obserwował toczącą się walkę. I rzeczywiście dostrzegł jeszcze coś niepokojącego. Podzielił się tym z Kandą dopiero, gdy padła ostatnia akuma.
– To były kopie – powiedział. – Prawdopodobnie oryginał ukrywa się w pobliżu tamy i to się nie skończy, dopóki go nie dorwiemy.
– Lepiej powiedz to im – mruknął Japończyk.
Lavi spojrzał ponad jego ramieniem na grupkę mieszkańców, którzy im się przyglądali. Jeden z mężczyzn, prawdopodobnie burmistrz miasteczka, podszedł do nich.
– Tama to nasza jedyna szansa na uniknięcie powodzi, a zaczyna przeciekać. Potrzebujemy waszej pomocy i ochrony przed tymi bestiami – powiedział.
– Jeśli nie znajdziemy głównej przyczyny, to i tak nic nie da – odparł szczerze Lavi.
– Więc na ten czas muszą wystarczyć doraźne środki.
Lavi dostrzegł, że mężczyzna nie daje im wyboru odmowy. Teoretycznie mogliby się odwrócić i zająć tylko swoim zadaniem, ale w sumie na jedno wychodzi. I tak musieli tu zostać, żeby znaleźć oryginał i niszczyć kopie, więc jest to równoznaczne z ochroną mieszkańców, którzy będą naprawiać tamę.
– Niech tak będzie – powiedział w końcu.
Widział, że Kanda jest niezadowolony ze zgody, ale innego wyjścia nie widział. Ci ludzie chcieli tylko chronić swój dom przed powodzią, a oni od czasu do czasu mogli zrobić coś dla innych. Na podziękowanie jednak nie liczyli, praca egzorcysty tego akurat nie gwarantowała.
Akumy pojawiły się, gdy tylko grupa zbliżyła się do tamy. Deszcz padał dalej, utrudniając pracę zarówno egzorcystom, jak i mieszkańcom. Walki nie było końca, na miejsce zniszczonych kopii pojawiły się nowe, więc nie mieli ani chwili wytchnienia. Udało im się jednak utrzymać akumy z daleka od ludzi, którzy też robili, co mogli, aby tama wytrzymała. Jednak do niektórych przecieków było ciężko się dostać, a to tylko pogłębiało obawę, że nie wytrzyma i miasteczko zostanie zalane.
Krzyk i plusk wody odwrócił uwagę obu egzorcystów od przeciwników. Wcześniej nie zwrócili na to uwagi, ale z grupą odpowiedzialnych za naprawy przyszła również mała Vivian. Może nie miała nic innego do roboty, a może po prostu chciała pomóc. Musiała się poślizgnąć na mokrym podłożu i wpadła do wody. Teraz zaś rozpaczliwie starała się utrzymać na powierzchni – nie potrafiła pływać.
Kanda sam nie wiedział, jak to się stało. Nawet o tym nie pomyślał w tamtym momencie. Po prostu skoczył za nią i wyciągnął ją spod powierzchni zanim nałykała się zbyt dużo wody. Przy okazji dostrzegł coś, co mogło pomóc rozwiązać zagadkę.
– Czy wyście zdurnieli, zabierając tu tę gówniarę? – warknął już na brzegu.
– Ja chciałam pomóc – powiedziała dziewczynka.
Kanda zignorował ją. Był na siebie zły za tę akcję. Uświadomił sobie, dlaczego poszedł za nią bez wahania – nadal widział w niej Walker i o to się wściekał. Przez to nie potrafił myśleć racjonalnie i skupić się na zadaniu jak trzeba. Ten dzień nie mógł być już gorszy.
– Oryginał jest pod wodą – poinformował Laviego.
– Jesteś pewny?
Japończyk przewrócił wymownie oczami, ale odpowiedział:
– Pewność będę miał, gdy wyciągniemy go na górę. Zresztą sam sprawdź, jak coś ci się nie podoba.
– Wierzę ci, wierzę. Po prostu ciężko będzie ją stamtąd wywabić, a my nie jesteśmy w stanie walczyć pod wodą. Potrzebujemy planu, a ty porządnego suszenia.
Na tę ostatnią uwagę Kanda się skrzywił, ale musiał przyznać rudzielcowi rację. Potrzebowali planu działania. Właśnie dlatego bez sprzeciwu wrócili do gospody. Naprawy i tak zostały już poczynione, więc nie było obaw, że ktoś padnie ofiarą akum.
Do niczego nie doszli. Nieważne, jak patrzyli na sprawę, nie było dobrego pomysłu na rozwiązanie problemu. Oni nie mogli zejść pod wodę i walczyć, atakowanie na ślepo też niczego nie zmieni, a zawalenie tamy w ogóle nie wchodziło w grę. Tego jednego nie mogli zrobić, choć teoretycznie byłoby to najłatwiejsze rozwiązanie.
Zrezygnowany Lavi zszedł do głównej sali, zostawiając przyjaciela w spokoju. I tak był mało rozmowny, więc niewielka strata. Poza tym chciał dopytać właściciela gospody o tamę. Może to da mu jakiś pełniejszy ogląd na sprawę.
Na dole siedziało dość dużo osób, najwyraźniej mieszkańcy postanowili porozmawiać na temat sytuacji. Burmistrz dostrzegł rudzielca i przywołał go.
– Jesteśmy wdzięczni za pomoc. Nie udałoby nam się przeprowadzić napraw bez was.
– To i tak nie rozwiąże problemu – zauważył.
– Na deszcze nie ma rady – odparł mężczyzna.
– Właśnie, o ile podniósł się poziom wody?
– Jakieś siedem, może osiem metrów – odpowiedział burmistrz po zastanowieniu. – Dlaczego pan pyta?
– Akumy, te potwory, które was atakowały, w rzeczywistości były kopiami akumy, która ukrywa się pod wodą – wyjaśnił. – To się nie skończy, póki jej nie zabijemy, a w obecnej sytuacji to nie jest możliwe. Musielibyśmy się pozbyć nadmiaru wody.
– Trzeba by wykopać kilka kanałów odprowadzających wodę – odparł burmistrz. – To zajmie trochę czasu, ale może się udać. Tylko co z tym deszczem?
– Tym chyba nie musimy się przejmować – stwierdził Lavi, uśmiechając się półgębkiem.
– A co jeśli potwór zanurzy się głębiej?
– Mam nadzieję, że nie. Teraz jest już późno, ale jutro moglibyśmy się tym zająć.
– Oczywiście. Wszystkie przygotowania do tego czasu zostaną poczynione.
– Świetnie.
Zaraz też poszedł poinformować o postępie Kandę. Ten spojrzał na niego uważnie.
– To i tak potrwa.
– Część wody się odparuje z pomocą Ognistej Pieczęci – dodał. – Tobie zostanie zniszczenie akumy i jej kopii, jeśli się pojawią.
Kanda już nie odpowiedział, akceptując plan. Lepszy taki niż żaden. W sumie to chyba nawet była szansa powodzenia, jeśli nie nastąpią jakieś niespodziewane okoliczności.
Rano Lavi użył Drewnianej Pieczęci, żeby rozwiać chmury i deszcz. Pierwszy raz od kilku dni nad Ruenou świeciło słońce, co nastawiało optymistycznie mieszkańców gotowych do ciężkiej pracy przy kopaniu kanałów. Obowiązki zostały rozdzielone jeszcze przed wyruszeniem w stronę tamy, więc wszyscy wiedzieli, co mają robić.
Było dość spokojnie, gdy zaczynali pracę. Ogniste węże Laviego odparowywały masę wody, przez co dookoła zebrała się mgła. Nikomu to jednak za bardzo nie przeszkadzało, wszyscy byli skupieni na swoich zadaniach. Co ciekawe, kopie akumy się nie pojawiały, więc Kanda tylko obserwował otoczenie.
Poziom wody stopniowo, choć powoli malał. Lavi otarł spocone czoło, starając sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak intensywnie używał innocence. To zadanie wymagało od niego naprawdę sporo energii, więc dobrze zrobił, główną część zostawiając Kandzie. W ten sposób mieli pewność, że akuma im nie ucieknie. Naprawdę liczył na to, że demon nie postanowi zanurzyć się głębiej. W innym wypadku to wszystko było bezsensowne.
Nie zdążył zareagować, gdy usłyszał plusk wody, a przed nim pojawiła się akuma. Pewnie oberwałby, gdyby nie szybka reakcja Kandy, który zablokował atak.
– Ja jestem twoim przeciwnikiem – warknął Japończyk.
– Jak chcesz, egzorcysto.
Walka była dość zacięta. Wściekła akuma miała dość sporo sił w zapasie, w sumie już po sile kopii można było zakładać, jak bardzo niebezpiecznym może być przeciwnikiem. Na Kandę to jednak było za mało, szybko przejął kontrolę nad pojedynkiem i kilka chwil później po akumie nie został ślad.
– Dzięki – rzucił w jego stronę Lavi.
Japończyk tylko wzruszył ramionami, lekceważąc wdzięczność przyjaciela. Rudzielec jedynie uśmiechnął się na to, niczego więcej się nie spodziewał, bo zbyt długo go znał, żeby liczyć na jakiś komentarz z jego strony.
Po chwili podszedł do nich burmistrz Ruenou. Sam był zmęczony całodzienną pracą przy kopaniu kanałów odprowadzających wodę, w paru miejscach ubranie miał zabrudzone ziemią, ale uśmiechał się.
– Uratowaliście Ruenou – powiedział. – W imieniu mieszkańców bardzo dziękuję.
– Zabijanie akum to nasza praca – stwierdził Lavi, mierzwiąc sobie włosy. – Dacie sobie radę z nadmiarem wody?
– Oczywiście. To jest coś, co musimy sami zrobić.
Egzorcyści wrócili do gospody. Lavi zadzwonił do Kwatery Głównej, żeby zameldować o wykonaniu zadania i poprosił o otwarcie bramy do domu.
– Musimy poczekać pół godziny – poinformował towarzysza.
– Tch.
Mała Vivian opatulona kocem przyniosła im herbatę. Była trochę niezadowolona, bo po wpadnięciu poprzedniego dnia do wody ojciec zabronił jej ruszać się z łóżka. Mogłaby się rozchorować, poza tym przy tamie było niebezpiecznie, zwłaszcza dla dziecka.
– Tam naprawdę był inny potwór? – zapytała.
– Owszem, ale już go nie ma.
– Opowie pan?
Lavi westchnął, ale podzielił się z nią relacją z wydarzeń dnia. Pominął tylko szczegóły, które dla dziewczynki mogłyby być niezrozumiałe i nieistotne. To i tak im nie zaszkodzi, a mała była po prostu ciekawa świata poza domem. Czasami zbyt, ale to był już ten wiek, kiedy dzieci zadają sporo pytań i pragną wyrwać się na wolność.
– No, na nas już czas – stwierdził rudzielec na zakończenie. – Nie rozrabiaj za mocno i uważaj na siebie, Vivian.
– Dobrze.
Obaj egzorcyści wyszli. Kanda nie rzucił nawet spojrzenia dziewczynce. Mimo udanej misji wydawał się jakiś bardziej niezadowolony z życia niż zwykle.
– Nie pożegnasz się z nią? – zapytał Lavi.
Japończyk rzucił mu zirytowane spojrzenie. Rudzielec tylko westchnął. W sumie mógł się tego po nim spodziewać, więc porzucił ten temat. Kilka chwil później byli już w domu.

***

Vivian: Zanim zlinczujecie Laur, posłuchajcie o sprawie, o której dowiedzieliśmy się wczoraj, w sumie przypadkiem.
Laurie: Niejednokrotnie słyszy się, że autorzy blogów wydają powieści na podstawie swoich blogowych opowiadań. To piękna idea, ale tym razem sprawa jest bardzo przykra. Nie znam żadnej ze stron, które uczestniczą w całej sprawie, ale gdy to wczoraj przeczytałam, poczułam literacką złość. O co chodzi? Leitha od lat pisze bloga. Pomagała pewnej czytelniczce, która też postanowiła pisać własną opowieść, po czym okazało się, że gówniara splagiatowała bloga Leithy, a do tego na podstawie tego wydała książkę. Do tej pory sprawa nie została zakończona, sąd umorzył sprawę, co moim zdaniem jest chore. Kradzież to kradzież, a plagiat i oszustwo to szczyt chamstwa. O całej sprawie możecie przeczytać na blogu Leithy: http://akrylove.blogspot.com/2014/10/breakin-law.html
Arte: Nie wolno nam tego ignorować. Wielu z Was pisze, więc potrafi postawić się w sytuacji Leithy. Poza tym to jest szkodliwość społeczna, którą należy tępić i właśnie my jako społeczeństwo czy subkultura blogowa (nazywajcie to jak chcecie) musimy zwracać na to uwagę i nie chować głów w piasek. A jeśli ktoś może wspomóc Leithę radą czy nawet rozgłoszeniem sprawy dalej, zróbcie to. Nie bądźmy obojętni wobec takiego świństwa, bo następnym razem ktoś z nas może zostać ofiarą takiego chamstwa, a to trzeba tępić.
Laurie: Mam szczerą nadzieję, że Leitha wyjdzie z tego ze zwycięstwem. Słowa wsparcia na pewno jej się przydadzą, jak i bardziej pomoc w sprawie. Pilnujcie też swoich historii i reagujcie, jeśli widzicie, że ktoś działa nie fair wobec innych. Ja mówię stanowcze NIE dla takiego chamstwa i nie chodzi tu o pieniądze czy popularność, ale o zwyczajną ludzką uczciwość i poszanowanie dla cudzej pracy. Z tym Was zostawiam, a w przyszłym tygodniu zapraszam do Monachium. Pozdrawiam.

One thought on “Hearing your name My memories come back again I remember when it started happening I see you in every thought

  1. Foxi pisze:

    O, przyszłam nagłośnić sprawe Leithy, a tutaj juz o niej wiecie… No nic, to ja lece o tym gadać gdzies indziej :3
    Swoją drogą, dawno mnie tutaj nie było… Czas wszystko ponadrabiac! …na poczatek znajde notkę, na ktorej skończyłam….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s