Za nami wiele kłamstw Czas mi świadkiem Bóg go dał jestem silny Czekałem twoich ust Umierałem już nie raz Dziś spokojniej

Z dedykacją dla Saphiry, która była najbliższej w ustalaniu listy dzisiejszych bohaterów.

Kanda nie był zadowolony, gdy zorientował się, że kolejną misję ma wykonać w towarzystwie Laviego, Lenalee i Allena. Ten ostatni rzucił mu gniewne spojrzenie, gdy wszedł do gabinetu Komuiego i Japończyk przez moment miał ochotę skręcić mu kark. Nie, żeby go obchodził gniew Walkera za tamtą sytuację w Amsterdamie, gdy zginęła Vivian, ale to obnoszenie się z urazą doprowadzało go do szału. Kiełek dawno porządnego łomotu nie dostał, że sobie za dużo pozwala. Na razie jednak dał z tym spokój. Mieli misję do wykonania i na tym skupił swoją uwagę.
– Pojedziecie do Monachium, do Szkoły Ninja rodziny Katsumoto i odbierzecie chłopaka, który zsynchronizował się z innocence – powiedział Komui.
– To po co nas tyle? – zapytał Kanda. – Katsumoto jest sojusznikiem Zakonu, więc dzieciak z pewnością wie, co go czeka.
– Idziecie w czwórkę, ponieważ mogą pojawić się akumy, a poza tym takie było życzenie mistrza Katsumoto. Chce, żeby Andreas najpierw was odrobinę poznał. Właśnie dlatego idziecie teraz i wrócicie jutro. Generał Tiedoll wspominał o Szkole, prawda, Kanda?
– Ta, wspominał. Katsumoto to jego stary przyjaciel.
– Właśnie dlatego musicie zadbać o dobre stosunki pomiędzy Szkołą a Zakonem, skoro generał nie może się tym zająć.
Kanda tylko mruknął coś pod nosem. Konwenanse, uprzejmości i polityka – sprawy, o których nie chciał mieć pojęcia i które go nie dotyczyły. Życie jednak nie może być proste.
– Przygotujcie się i wyruszajcie. Mistrz Katsumoto wprowadzi was w sprawę. Kanda, znasz drogę?
– Tak.
– Właśnie dlatego idziesz. Bawcie się dobrze.
Arka czekała na nich, więc bez problemu przeszli do ośnieżonego Monachium, w którym było dużo zimniej niż w Londynie. Świeciło słońce, które rzadko pojawiało się na angielskim niebie.
Kanda bez słowa zaprowadził ich do Szkoły Ninja Katsumoto. Był tu ledwo raz, ale pamiętał ten potężny budynek, który odznaczał się aurą od całej reszty i był ignorowany przez mieszkańców miasta, którzy chyba trochę się obawiali rezydentów tego miejsca. Na pozostałych egzorcystach zrobił wrażenie. Oglądali budynek z nieukrywanym zachwytem, nie mogli się wręcz doczekać, co zobaczą się w środku.
Ciemne wrota otworzył im młody Azjata w czarnym kimonie o czarnych włosach i błękitnych oczach. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, gdy ich zobaczył.
– Oczekiwaliśmy was – powiedział. – Zapraszam. Mistrz Katsumoto już czeka.
Poprowadził ich korytarzem, którego ściany pokryte były pięknym ogrodem, aż do kolejnych, ciemnych drzwi, za którymi znajdował się błękitny pokój, w którym czekał Katsumoto. Jego kimono przyozdobione było złotem.
– Oczekiwaliśmy was. Siadajcie.
Chłopak podał herbatę i odszedł do swoich obowiązków. Katsumoto za to przyglądał się swoim gościom w milczeniu. Oni również taktownie się nie odzywali, czekając na wyjaśnienie sytuacji.
– Andreasa spotkacie przy kolacji – powiedział w końcu Katsumoto. – Będzie nam miło gościć dziś was w naszych progach. Przy tym mam nadzieję, że nie pojawią się w Monachium żadne akumy. Do tej pory byliśmy chronieni, ale sytuacja Andreasa mogła zwrócić uwagę Milenijnego Earla na nas.
– To dlatego Monachium jest takie spokojne – zauważył Lavi. – Ma całkiem inną aurę niż miasta, które zmagają się z problemem akum.
– Staramy się, aby mieszkańcy Monachium nie musieli się tym martwić, bo tylko tyle możemy zrobić. Nie wezwałem was jednak, aby rozprawiać o smutnych sprawach.
Rozmowa zeszła na Szkołę, Katsumoto odpowiadał cierpliwie na ich pytani związane zarówno z treningiem ninja, jak i znajomością z Tiedollem. Tylko Kanda się nie odzywał zirytowany całym zamieszaniem.
Jadalnia była dużym pomieszczeniem o zielonych ścianach, na jednej wisiała broń treningowa, a stoły stały tak, aby środek był wolny. Kiedy weszli do środka, wiele miejsc było już zajętych, choć przy centralnym stole było dość luźno. Wśród czarnych kimon błękitem wyróżniały się szaty postaci w masce. Siedziała obok chłopaka, który ich wprowadzał i o czymś cicho rozmawiali. Umilkli jednak, gdy zauważyły obecność właściciela szkoły. Pozostałe rozmowy także ucichły.
Katsumoto zaprosił egzorcystów do głównego stołu pomiędzy siebie a swych współpracowników. Po drugiej stronie miał Christiana i dziewczynę w masce. Kilku najmłodszych uczniów przyniosło potrawy i zalewało herbatę, dopiero wtedy usiedli i można było zacząć kolację.
– Mam nadzieję, że będzie wam smakowało.
– Z pewnością – uśmiechnęła się Lenalee, widząc minę Allena. – To miłe z pana strony.
– Kim ona jest? – zapytał Lavi, wskazując na zamaskowaną postać.
– To Tenshi. Co prawda nosi jeszcze szaty terminatora, ale siada do naszego stołu tuż przy Christianie.
– Może to nieuprzejme z mojej strony, ale skąd ta maska?
Czuł na sobie uważne spojrzenie Tenshi, ale tak trzymała głowę, że nie potrafił dostrzec jej oczu. Mimo to był ciekawy, miał już taki charakter, więc nie potrafił się powstrzymać.
– Tenshi uległa wypadkowi i ma okaleczoną twarz – odparł Katsumoto. – Nie mówi za wiele, jej gardło też się nie zagoiło w prawidłowy sposób, co jest jej dość sporą bolączką. Nie ma w tym żadnej ciekawej tajemnicy, młody kronikarzu.
Lavi uśmiechnął się do Tenshi, która skinęła mu głową, po czym wróciła do jedzenia. Wielu uczniów szybko pochłaniało swoje porcje i zerkało w stronę głównego stołu. Christiana zawsze to rozbawiało, ale już się przyzwyczaił. Na razie jednak słuchał rozmowy pomiędzy mistrzem Katsumoto a egzorcystami.
– Chyba czas przedstawić wam Andreasa – stwierdził właściciel Szkoły. – Andreasie, zechcesz zacząć zmagania?
Czarnowłosy Austriak w białych szatach wstał ze swojego miejsca i skłonił się mężczyźnie.
– Z przyjemnością, mistrzu.
– Po kolacji wszyscy, którzy chcą, prezentują swoje umiejętności walki – wyjaśnił egzorcystom Christian. – Następuje również zmiana szat, choć dziś nikt nie dostąpi tego zaszczytu.
Andreas wybrał sobie na przeciwnika innego białego i pokonał go w kilku ruchach, mając do dyspozycji kusarigamę. Ukłonił się egzorcystom i wrócił na swoje miejsce, wiedząc, że jutro stąd wyjedzie wraz z tymi ludźmi.
– Tenshi? – Katsumoto spojrzał na swą zamaskowaną podopieczną, która skinęła głową na zgodę. – Może któryś z egzorcystów zechce się z tobą zmierzyć? – przeniósł spojrzenie na gości. – Może młody podopieczny Froia?
Tenshi nie powstrzymała rozbawionego prychnięcia. Wstała, gestem zaprosiła Kandę na środek, a sama podeszła do zbrojnej ściany po dwie ćwiczebne katany. Używanie prawdziwej broni przy pokazowych, wieczornych walkach było zakazane i w złym smaku. Świadczyłoby jedynie o niedojrzałości przyszłych ninja. Wyjątkiem był pojedynek nowo zaprzysiężonych czarnych.
Japończyk obejrzał broń już chyba z przyzwyczajenia niż z chęci przygotowania się do walki. Nie wiedział nic o stylu dziewczyny, ale czy to miało aż takie znaczenie? Nie uważał tego za poważny pojedynek czy trening.
Zmienił zdanie, gdy tylko poczuł siłę jej pierwszego ciosu. W jej ruchach nie było wahania, lecz gracja i pewność siebie. Dała mu jasny przekaz, że ma potraktować tę walkę poważnie. Odczytanie jej ruchów nie było proste, chwilami odnosił wrażenie, że ją zna, ale nic na to nie wskazywało. Nie pozwalała też, aby jej oczy wyszły z cienia, w którym je starannie kryła, nie tracąc jednak uwagi z walki.
Starli się po raz kolejny w zwarciu. Tenshi blokowała jego ciosy z łatwością tak, jakby wiedziała wcześniej, gdzie uderzy. Niespodziewanie odsunęła się, ustępując mu pola. Była jednak przygotowana i podbiła mu miecz, gdy tylko zaatakował. Przesunęła się pół kroku, obracając katanę w dłoni tak, aby zaatakować tępą stroną ostrza, jakby go lekceważąc. Zza krawędzi maski dostrzegł rozbawiony uśmieszek, gdy po raz kolejny uniknęła jego ciosu. Z gracją i lekkością odchyliła się przed ostrzem katany. Oprała się na wolnej ręce, odsłaniając brzuch, który zamierzał zaatakować. Nie zauważył jednak wymierzonego w swoje udo kopniaka, który wytrącił go z równowagi. Tenshi podniosła się błyskawicznie, miecz uderzył o miecz, wytrącając go z ręki egzorcysty. Ostrze przyłożone do gardła zakończyło pojedynek.
– Wygrywa Tenshi.
Dziewczyna odsunęła się ma dwa kroki i ukłoniła się Kandzie, dziękując za pojedynek. Podniosła drugą katanę i odniosła je na miejsce. Nachyliła się do Christiana i coś mu powiedziała.
– Mistrzu – odezwał się chłopka.
– Tak, idźcie.
Oboje ukłonili się i wyszli z sali. Zatrzymali się dopiero na piętrze mieszkalnym, gdzie był pokój Vivian. Ściągnęła maskę, a jej oczy skrzyły się z satysfakcją po wygranej walce.
– W porządku? – zapytał Christian.
– Tak, w porządku. Dawno nie czułam się tak dobrze. Robimy jeszcze jakiś trening?
– Myślę, że mistrz Katsumoto będzie miał dla mnie inne obowiązki. Odpocznij już dzisiaj.
– To dobranoc, Christianie.
– Dobranoc, Tenshi.
Vivian weszła do siebie i oparła się o drzwi. Dopiero teraz opadło z niej napięcie, ale też euforia. Nie była przekonana do tego pomysłu, kiedy zobaczyła Laviego. Wiedziała, że jego ciekawość może sprawić problemy, więc nie zamierzała się wystawiać. Zaufała jednak Katsumoto, który zgrabnie wyjaśnił jej miejsce i fakt noszenia maski. Wtedy wątpliwości ją opuściły. Nie powstrzymała się przed przyglądaniem się egzorcystom. Mina Allena, gdy nadeszła pora jedzenia, uśmiech Lenalee, ciekawość Laviego, który zerkał w jej stronę zaintrygowany, niezadowolenie na twarzy Kandy – brakowało jej tego. Przez moment czuła się, jakby znów była w Czarnym Zakonie i to wprawiało ją w doskonały humor. Może właśnie dlatego pozwoliła sobie na tę walkę z Japończykiem. Miała nad nim przewagę, bo wiedziała, z kim ma do czynienia, on nie. Jej styl się trochę zmienił, więc nie miał prawa jej rozpoznać. Z radością przyjęła ten przyjemny dreszczyk emocji, odrobinę adrenaliny, które zawsze towarzyszyły ich walkom. Mogła go bezkarnie dotknąć, zbliżyć się, a nawet kpiąco uśmiechać za maską. To była dobra walka i była z niej zadowolona. Przynajmniej wiedziała, że jeszcze potrafi stanąć przed nim i zachowywać się normalnie. Fakt miłości niczego nie zmieniał, walczyła przeciwko Kandzie tak, jakby nadal była tego nieświadoma. Nieważne, że nie wiedział, kim jest Tenshi, to nie miało znaczenia, bo zawsze będzie traktować ją tak samo. Zresztą dla niego była martwa. Przynajmniej nie musi się martwić o własne serce, nie cofnęła się i nie straciła głowy. Trening w sali iluzji dał efekty.
Coś ją obudziło. Początkowo nie wiedziała, o co chodzi, ale po kilku sekundach znów to poczuła. Akumy i coś jeszcze. W pierwszej chwili chciała zostawić to egzorcystom, w końcu to ich robota, a ona miała się nie wystawiać. Jednak obecność demona zmieniała postać rzeczy. Musiała chociaż dopilnować, czy na niego nie wpadną, a jeśli już, to nie będzie on dla nich zbyt niebezpiecznym przeciwnikiem. Była Cieniem i nie mogła tego zignorować.
Sięgnęła po swoje normalne ubranie i naciągnęła na głowę kaptur czarnego płaszcza. W błękitnych szatach terminatora będzie zbyt widoczna, więc odrzuciła ten pomysł. Cicho wyszła ze swojego pokoju i ruszyła na górę, pamiętając, które okno należy otworzyć, żeby dostać się na dach. Górą będzie jej łatwiej poruszać się po mieście.
– Dokąd idziesz? – usłyszała.
Z cienia wyłonił się Christian praktycznie gotowy do wyjścia. Brakowało tylko maski i broni.
– Wiesz – odparła krótko.
– Egzorcyści wyszli pięć minut temu. Zostaw to im, Tenshi.
– Gdyby chodziło tylko o akumy, nie ryzykowałabym. Tam jest demon, z którym oni sobie nie poradzą, a którego ja zignorować nie mogę.
– Pójdę z tobą – zadecydował.
– Christian…
– Dopilnuję twojej tajemnicy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nawet się nie zorientują, że tam byliśmy.
Kiwnęła głową i poczekała aż się uzbroi. Lepiej, żeby miał coś do obrony w razie, gdyby nie wszystko poszło tak, jak powinno. Razem ruszyli w kierunku walki pomiędzy egzorcystami a akumami. Vivian miała nadzieję, że demon, którego wyczuła w tamtym miejscu, nie zdążył dołączyć, bo inaczej mogło być naprawdę źle. Z każdym krokiem była coraz pewniejsza co do natury przeciwnika, więc tym bardziej nie życzyła egzorcystom spotkania z nim.
Z daleka dostrzegła kreaturę, którą akumą nie była. Twarz to jedyna część demona, która upodobniała go do człowieka. Długie łapy zakończone miał ostrymi szponami, był przygarbiony i pokryty ciemnym futrem. Szykował się właśnie do ataku na Laviego, ale nie pozwoliła na to, wskakując pomiędzy nich. Nie rozglądała się, pozostawiając egzorcystów z problemem akum pod czujnym okiem Christiana.
Instynktownie pokierowała walką tak, aby oddalić się z tamtego miejsca. Dzięki temu miała większą swobodę ruchu i skupiła się jedynie na przeciwniku, którego pazury pokryte były dość niebezpieczną trucizną. Dla niej jednak nie stanowiło to problemu, doskonale wiedziała, jak się przed tym bronić, a sam demon był osłabiony. Może z głodu, może po jakiejś walce, nie wnikała. Lepiej dla niej, bo szybciej się z nim uporała.
Przez chwilę stała nad rozpadającym się truchłem, pozwalając adrenalinie w żyłach opaść. Akum nie czuła już od jakiejś chwili, więc miała pewność, że wszystko poszło dobrze. Mimo to była jakaś niespokojna, choć nie potrafiła jeszcze określić źródła tych obaw.
Wolniejszym krokiem wracała do Szkoły niewidoczna i niesłyszalna dla przypadkowych świadków. Christian jednak nie miał problemu z jej odnalezieniem. Opadł obok z niepokojem w błękitnych oczach.
– Jest źle – powiedział. – Ten Japończyk, z którym walczyłaś, starł się z demonem i został ranny. Rana się nie zasklepia, jest coraz gorzej.
– Kurwa – syknęła. – Ten to się zawsze musi zapchać. Jak wygląda rana?
– Trzy podłużne cięcia. Poszarpane i purpurowe krawędzie.
– Struty – orzekła. – A ja nie mam wszystkich ziół.
– Możesz skorzystać z naszych składów. Coś jeszcze mam przygotować?
– Będę potrzebować gorącej, przegotowanej wody, opatrunków i spokoju, więc przegoń stamtąd tych panikarzy. Jeśli nie chcą stracić przyjaciela, mają się stamtąd wynieść i nie kręcić mi się tam.
– W porządku.
Rozdzielili się. Vivian wróciła do siebie zrzucić wierzchnie ubranie, zabrać potrzebne rzeczy i maskę – tak na wszelki wypadek – po czym poszła do zielarni Szkoły po resztę składników. Nie potrzebowała ksiąg czy notatek, Arianne, a swego czasu Saiichi, tłukły jej do głowy wiedzę o ziołach, truciznach i odtrutkach tak długo aż zapamiętała i potrafiła zastosować tę wiedzę w praktyce. Mistrzyni była na tyle nieugięta i stanowcza, że potrafiła ją otruć, żeby zmusić uczennicę do pracy pod presją. Tak jakby przeczuwała tę noc, choć może to było właśnie doświadczenie.
Vivian odetchnęła spokojnie zanim weszła do pokoju, w którym leżał Kanda. Zastała tam jedynie Christiana ustawiającego rzeczy na stole.
– Podziałało – powiedział.
– Co?
– To ostatnie zdanie.
Uśmiechnęła się nieco złośliwie, ściągając maskę.
– Zawsze działa.
– Nie obudzi się? – wskazał na Kandę.
– Nie. Trucizna go zżera, więc na pewno mam kilka godzin spokoju, o ile nie będą mi tu łazić.
– Dopilnuję tego.
– Dziękuję.
– Zadaniem Szkoły i jej mieszkańców jest wspieranie egzorcystów i Cieni. Będę w pobliżu, gdybyś mnie potrzebowała.
Kiwnęła tylko głową, rozkładając składniki na stole. Po chwili została sama. Dopiero wtedy spojrzała na Kandę, który był w ogóle nieświadomy jej obecności. Czoło miał chłodne, więc nie było tak źle, choć bez pomocy i tak za wiele by to nie dało. Wbrew pozorom wcale nie był nieśmiertelny. Wystarczyłaby chwila nieuwagi i mógłby stać się przeszłością.
– Kiedy ty wreszcie zmądrzejesz? – mruknęła, oczyszczając ranę.
Pracowała w ciszy, zajmując się jedynie swoimi obowiązkami. Uważnie dobierała składniki, pilnowała, żeby niczego nie przegapić. Tożsamość rannego niewiele zmieniała, a może bardzo dużo, bo gdyby straciła zimną krew na ułamek sekundy, mogłoby to kosztować jego życie. A to nie było pożądane.
Kilka razy słyszała krótką wymianę zdań gdzieś na korytarzu, ale nie przysłuchiwała się. To tylko oznaczało, że Christian czuwał nad całym procesem i jej tajemnicą.
Od razu zobaczyła efekty, gdy purpura z krawędzi ran ustąpiła, kiedy tylko nałożyła lekarstwo. Uśmiechnęła się sama do siebie. Najgorsza część za nią, a z resztą organizm Kandy upora się sam jeszcze tej nocy.
Posprzątała i usiadła na odwróconym oparciem do łóżka krześle. Brodę oparła na złożonych rękach i obserwowała śpiącego spokojnie Japończyka. Chciała mieć pewność, że wszystko już w porządku i zagrożenie minęło. Mimo wszystko nie chciała go stracić. Nawet jeśli dzieli ich ocean pragnień, lęków i kłamstw.
– Tenshi.
Delikatny dotyk na ramieniu sprawił, że otworzyła oczy i spojrzała na Christiana. Nie miała pojęcia, kiedy przysnęła.
– Już świta? – zapytała.
– Nie, ale lepiej, żebyś tu nie spała. Czas wrócić do siebie.
– Zaraz.
Sprawdziła, jak rana Kandy, ale ta była praktycznie zaleczona. Uśmiechnęła się na to. Wtedy też sobie o czymś przypomniała i podniosła spłoszone spojrzenie na Christiana.
– Ten demon mógł być tym, po którego poszła moja mistrzyni – powiedziała.
To oznaczało, że kobieta z jakiegoś powodu nie wykonała powierzonego jej zadania. Vivian przełknęła nerwowo ślinę, nie chcąc dopuścić do siebie myśli o najgorszym.
– Wiesz, w którym kierunku pojechała? – zapytał Christian.
– Nie, ale dokumenty ze szczegółami powinny być u niej w pokoju.
– Chodź, sprawdzimy to i wyślę ludzi. Ty musisz odpocząć.
– Ale…
– Zaufaj mi. Lepiej, jeśli zostaniesz tutaj.
– Dobrze.
Papiery Arianne zostawiła na wierzchu, więc sprawdzenie lokalizacji nie było problemem. Zaraz po tym Christian odesłał Vivian na spoczynek, a sam zajął się sprawdzeniem, co się stało z Arianne. Musiał mieć też na uwadze egzorcystów, którzy z pewnością niedługo będą chcieli wracać do siebie. Wyrazili zresztą taką chęć zaraz po śniadaniu.
– Wypadałoby podziękować Tenshi – stwierdziła Lenalee.
– Tenshi odpoczywa – odparł Christian. – Przekażę jej wasze podziękowania.
– Będziemy wdzięczni.
– Andreasie, tylko nam wstydu nie przynieś – młody Katsumoto uśmiechnął się do Austriaka.
– Postaram się, ale czy to na pewno w porządku tak przerywać szkolenie? No i ta broń…
– Z innocence nie ma co negocjować. Dasz sobie radę.
– Dziękuję za opiekę.
– Chodź – odezwał się Lavi. – Na nas czas.
Dla Andreasa było to całkiem coś nowego, choć został miło powitany przez pozostałych egzorcystów i mieszkańców Czarnego Zakonu. Problem powstał, gdy miał zostać zakwaterowany.
Allen wkroczył do gabinetu Komuiego bez pukania i z taką miną, jakby Jerry powiedział, że dzisiaj już nie gotuje.
– Co to znaczy, że Andreas zamieszka w pokoju Vivian? – zapytał gniewnie.
Komui i Reever, którym przerwał rozmowę, spojrzeli na niego.
– Ten pokój jest już wolny – odparł spokojnie Kierownik. – Nie widzę więc powodu, żeby nie umieścić tam Andreasa.
– To pokój Vivian.
– Vivian nie żyje i już nie potrzebuje tego pokoju. Allen, nie rób problemu tam, gdzie go nie ma.
– Jest tyle miejsca, a ty go umieszczasz akurat tam.
– Nie będę na ten temat dłużej dyskutować – orzekł Komui. – Jeśli nie masz mi nic więcej do powiedzenia, pozwolisz, że wrócimy do obowiązków.
Allen wściekły wymaszerował z gabinetu i trzasnął drzwiami z taką siłą, że gdyby Link nie miał się na baczności, oberwałby nimi, trafiając pod opiekę Sanatorium.
– Wiedziałeś, że tak zareaguje – zauważył Reever.
– Muszą się przyzwyczaić – westchnął Komui. – To dla ich dobra. Vivian już nie wróci i nie ma sensu na nią czekać. Przejdzie mu.

***

Arte: Porządna dawka egzorcystów. Czuję się niepocieszony.
Laurie: A to niby z jakiego powodu?
Arte: Dawno mnie nie było. Stracę wszystkie fanki.
Vivian: Dobra, dobra. Popularniejszy od tego japońskiego głupka to i tak nie będzie.
Arte: Powiedziała jego fanka nr 1.
Vivian: Dawno ci ktoś nie przylał, widzę.
Arte: A niby po co zostałaś z nim w pokoju, skoro swoją robotę zrobiłaś? Chciałaś się na niego bezczelnie pogapić.
Vivian: Dopilnować gojenia ran, głupku. W przeciwieństwie do ciebie nie jestem zboczona.
Arte: Nie byłbym tego taki pewny.
Vivian: Laur, trzymaj mnie, bo nie wytrzymam z tym wampirem.
Arte: Tak to jest, jak się mnie ciągle olewa.
Vivian: Niedopieszczony jesteś? Przykro mi.
Laurie: Dobrze, wystarczy tego dobrego. Ogłoszenia.
Arte: Za tydzień Halloween. Na wszystkich blogach pojawi się specjalny. U nas będzie o pewnym diable.
Vivian: Nie uśmiechaj się tak. Skoro przy Halloween jesteśmy, to ogłoszenie nie dotyczy jedynie Anioła i Corrien, ale również Córki Szefa. Tak, Anika wraca do gry i od listopada rusza ponownie.
Arte: Za tydzień zaczyna się też nowy miesiąc, więc wyjdzie Nowy Olimp z opowiadaniem Laur. Możemy też serdecznie zaprosić Was na Projekt Apo. Pojawiły się trzy nowe rozdziały.
Laurie: Po Halloween jeszcze na chwilę wrócimy do Szkoły Ninja, a potem już coś nowego. Trzymajcie się ciepło i do następnego.

2 thoughts on “Za nami wiele kłamstw Czas mi świadkiem Bóg go dał jestem silny Czekałem twoich ust Umierałem już nie raz Dziś spokojniej

  1. Saphira pisze:

    Jej! Dziękuję za dedykację. Dość łatwo było zgadnąć skład. Zmyliło mnie jedynie to, co powiedział Arte. No mniejsza o szczegóły, przecież tu Vivian walczyła z Yuu!! Jezu, jak ja się bałam tego ich spotkania… Tyle ich nie widziała, a tu nagle BAM! Sala iluzji naprawdę pomogła.
    Aż mnie ciarki przeszły, kiedy Viv walczyła z tym demonem i kiedy leczyła Kandę. Właśnie, co do tego. Arte, ty cholero, zawsze musisz się jej o to czepiać? Stęskniła się za nim, to wszystko. (uwaga skierowana do wyżej wymienionego wampira) Aj, jeśli to był ten demon, to Arianne będzie mieć takiego małego „zonga”, albo gorzej…
    Rozumiem Allena, ale także i Komuiego. Dla nich Vivian nie żyje i trzeba to w końcu zaakceptować. Chociaż, cieszę się, że zamieszka tam ktoś kto ją znał. Może nie jako „prawdziwą” Vivian…
    Nie wiem jak ty to robisz, ale zawsze wprawiasz mnie w dobry nastrój, a czasami nawet dostaję głupawki. Czekam na rozdział Halloween, którym u siebie zamierzam się zrehabilitować…
    Sophie: To się, kurna, bierz do pracy, bo się nie wyrobisz!
    Tak wiem, bo jak nie to się ze mną policzysz. Mam jeszcze taką jedną drobniutką uwagę, co do tytułu mojego ostatniego rozdziału. „Niebezpieczna misja” miało dotyczyć Allena i Laviego, bo gdyby nie Sophie, to Wodnik by ich zeżarł.
    Dobra, rozpisałam się. Powodzenia w dalszym pisaniu i weny!

    • laurie16 pisze:

      Arte: No bo taka prawda i to nie ja robię z tego wielkie halo, tylko Vivian. Mogłaby wreszcie przestać wmawiać sobie i innym, że jest inaczej.
      Vivian: Pogrążasz się, durny wampirze.
      Arte: Ale Saphira-san przyznała mi rację. To nie jego rany cię interesowały.
      Możecie dać spokój z samego rana? Ja też nie wiem, jak to robię, że poprawiam Ci humor rozdziałem/-ami, jakoś tak wychodzi. Wiem, kogo dotyczył tytuł, ale ja naprawdę nie czułam tu żadnego dreszczyku niebezpieczeństwa. Wiem, marudzę.
      Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s