Wasurenai yo anata no nukumori mo sono yasashisa mo subete tsutsunde kureta ryoute mo It’s long long good-bye…

Vivian obudziła się, gdy na zewnątrz już ciemniało. Najwyraźniej nikt nie stwierdził, że należy wcześniej przerwać jej odpoczynek, a organizm domagał się większej ilości snu. Cóż, poprzedni dzień był długi, a noc pracowita, więc miała prawo.
Bez problemu znalazła Christiana. Nadzorował trening żółtych z poważną miną, która złagodniała, gdy ją dostrzegł.
– Dobrze spałaś? – zapytał.
– Tak, dziękuję. Mogłeś mnie obudzić.
– Jeden dzień odpoczynku ci się przyda.
– Egzorcyści wyjechali?
– Tak. Andreas był trochę poddenerwowany, ale myślę, że szybko się zaaklimatyzuje.
– Kanda?
– Wyglądał w porządku. Lepiej niż się spodziewałem.
Zaśmiała się krótko. Dla niej była to już normalność.
– Cały Kanda – odparła wesoło, po czym spoważniała. – Masz jakieś wieści o mojej mistrzyni?
– Jeszcze nie wrócili, ale nie martw się. Przed kolacją powinniśmy już coś wiedzieć.
Westchnęła. To jej nie uspokoiło. Nie chciała stracić mentorki, do której się już przywiązała. Może Arianne była surowa i nieustępliwa, traktowała ją szorstko, ale Vivian zawsze mogła na nią liczyć. Nauczyła ją tak wiele, rzadko chwaliła, dużo wymagała, bezlitośnie strofowała, gdy na to zasłużyła, była, gdy jej potrzebowała. Bez niej nie zaszłaby tak daleko, więc to normalne, że teraz się martwiła.
– Jadłaś już coś?
– Nie.
– To chodź. Zjesz coś lekkiego, mały sparing, a potem kolacja – uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Ma być dziś coś szczególnego? – zapytała, widząc jego minę.
– Skąd? Uśmiechnąć mi się nie wolno?
– Wolno.
Vivian porzuciła temat. I tak dowie się prędzej czy później, bo pewnych rzeczy Christian nie potrafił trzymać tylko dla siebie. Taki jego urok.
Reszta dnia nie odbiegała swym rytmem od pozostałych spędzonych w Szkole Ninja. Pojedynek wygrała ona, choć Christian był dziś dużo bardziej poważny niż zazwyczaj. Musiał się jednak ugiąć przed jej sprytem i gracją, które już zawsze będą mu się kojarzyć z jej stylem.
Kolacja również przebiegła bez niespodzianek, choć Vivian była trochę nieobecna myślami. Nadal nie było wieści o Arianne i Christian nie potrafił powiedzieć, co mogło zatrzymać zwiadowców. Nie pozwolił jej jednak ruszyć za mistrzynią. Czy tego chciała czy nie, musiała przyznać mu rację – działanie pod wpływem emocji nikomu nie pomoże. Może wystarczy poczekać, a sprawa sama się rozwiąże.
– Moi drodzy, dziś kolejna osoba zostanie wcielona w szeregi czarnych – oznajmił Katsumoto. – Najwyższy zresztą czas na zmianę szat. Christianie, przynieś miecz. Tenshi, wystąp.
Vivian na własnej skórze przekonała się, co znaczy zaskoczenie zmianą szat. To była niepisana tradycja Szkoły Ninja, że główni zainteresowani nic nie wiedzą aż do ogłoszenia. Teraz rozumiała, co znaczył tamten uśmiech. Christian wiedział o dzisiejszym wydarzeniu i słowem się nie zająknął.
Wyszła na środek i usiadła w odpowiedniej pozycji. Znała ceremoniał zmiany szat, widziała go parokrotnie, przy czym była to jedna z pierwszych lekcji, jaką dostała, szkoląc się na ninja.
Wraz z Christianem na środek wyszła Chiyoko. Chłopak na czarnej poduszce niósł miecz, kobieta na białej złożone szaty. Oboje byli dość poważni i skupieni, choć robili to nie pierwszy raz.
Vivian ukłoniła się tak jak powinna i czekała cierpliwie aż Christian pozwoli jej podnieść głowę.
– Tenshi, zostałaś wybrana, by z dumą i honorem zostać jedną z nas. Podnieś głowę i wypowiedz słowa przysięgi.
Wykonała polecenie i, patrząc mu prosto w oczy, wyrecytowała:
– Świadoma odpowiedzialności noszenia miecza wykutego przez ród Katsumoto oraz czarnych szat ninja ślubuję: danego słowa dotrzymywać, sekretów i tajników swego mistrza strzec, zasad mnie obowiązujących nie łamać, honoru swego nie plamić, wierności rodowi Katsumoto dochować, przykład innym dawać, swe obowiązki pieczołowicie wykonywać, ostrza swego niewinną krwią nie plamić. Ciebie zaś, Christianie Katsumoto, pokornie proszę, byś mą przysięgę przyjął i mnie jako członka wspólnoty ninja opieką i przyjaźnią obdarzył.
– Przysięgę twą przyjmuję. W imieniu rodu Katsumoto ślubuję: opiekę roztoczyć nad tobą i tymi, których bliskimi nazwiesz, wieczną przyjaźnią obdarzyć, w potrzebie pomóc, hańbą nie okryć. Na znak tej przysięgi przyjmij szaty czarne jak noc, które twą obecność z otoczenia wymażą oraz miecz, który częścią ciebie się stanie. Niech ci służy wiernie.
Dopiero teraz wziął katanę do rąk. Vivian zacisnęła dłonie na czarnym saya, dostrzegając różany wzór w drewnie. Powstrzymała jednak uśmiech. Ceremonia na to nie pozwalała. Gdy Christian puścił miecz, przesunęła jedną rękę bliżej środka, żeby utrzymać równowagę broni, drugą złapała za rękojeść i wysunęła ostrze z pochwy. Pod skórą czuła jedwab, w ostrej stali odbiło się światło i już wiedziała, że ta katana była wykuta specjalnie dla niej i jest częścią niej samej.
Chiyoko rozłożyła koszulę kimona i zarzuciła ją Vivian na ramiona – przebierze się później. Dopiero teraz dziewczyna mogła wstać. Miecz trzymała w lewej ręce tuż przy swoim boku i ukłoniła się mistrzowi Katsumoto, który skinął jej głową. Chiyoko i Christian odsunęli się tak, aby mogła dobyć broni i wykonać parę podstawowych ruchów. Dopiero wtedy ceremonia została uznana za zakończoną i mogła pójść się przebrać. Czekała ją pierwsza walka jako ninja.
Zmiana szat nie zajęła jej dużo czasu. Więcej poświęciła na obejrzenie otrzymanej broni. Jako miecz ninja nie mogła się za bardzo wyróżniać, więc zarówno rękojeść, jak i saya były czarne. Drewniana pochwa pokryta była misternym wzorem w róże, prawdopodobnie wyrzeźbienie tego zajęło tyle samo czasu co wykucie ostrza. Dopiero teraz zauważyła niewielkie haki na szarfę, aby móc nosić miecz na plecach. Ta również była dołączona, starannie owinięta na saya, więc początkowo nie zwróciła na to uwagi. Rękojeść miecza owinięto czarnym jedwabiem tak, aby uchronić jej dłonie przed uszkodzeniem. Uśmiechnęła się na to. Mogła się domyśleć, że był to pomysł Christiana, który prawdopodobnie osobiście wykuwał katanę. Była po prostu piękna.
Gdy wróciła do jadalni, na środku czekała na nią Chiyoko. Uśmiechnęła się do Vivian, podnosząc się z podłogi i sięgając po własne ninjato. Mimo że był to jedynie pokazowy pojedynek, obie włożyły w niego wysiłek i pasję. Tym razem jednak była egzorcystka musiała oddać pola kobiecie. Mimo to była zadowolona z własnego osiągnięcia.
Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, podszedł do niej Christian.
– Pani Arianne nic nie dolega. Wróci jutro w towarzystwie naszych ludzi – oznajmił.
– Kamień z serca. Znasz szczegóły?
– Nie, ale z pewnością jutro się wszystkiego dowiesz.
Resztę wieczoru spędzili w swoim towarzystwie. Pewnie gdyby była inna pora roku, weszliby na dach i stamtąd spoglądali na niebo nad Monachium, ale w tej chwili było po prostu za zimno na takie wyczyny. Ograniczyli się do wspólnego salonu, który był już pusty. Rozmawiali o różnych rzeczach, czasami o bzdurach, czasami o poważnych sprawach. Tak po prostu, bez zobowiązań.
– Pewnie jutro ruszycie z powrotem – powiedział w pewnej chwili Christian.
Na jego twarzy pojawił się smutek. To było tylko kilka dni. Wiedział, że tak będzie, w rzeczywistości niewiele mogli ją nauczyć, więc szkolenie, na które przeciętni ludzie muszą poświęcić miesiące, w jej przypadku trwało zaledwie parę dni. Nie chciał się z nią rozstawać, choć miał świadomość, że nie ma, o co walczyć. Sprawa była już zamknięta.
– Zobaczymy, co powie mistrzyni – odparła, nie patrząc na niego.
– Uznaję swoją porażkę – przyznał.
– Porażkę?
– Z nim, z tym Kandą. Widziałem, jak na niego patrzysz. Nic z tym już więcej nie zrobię.
Zaśmiała się gorzko i podeszła do okna. Spojrzała przez nie, po czym obróciła się do Christiana, opierając plecy o parapet.
– Nieważne, jak bardzo staram się to ukryć i zapomnieć o tym draniu, wszyscy widzą moją słabość. To i tak nie ma znaczenia, bo dla niego jestem trupem. Dla ciebie zaś przyjaciółką. Nie mogłabym cię kochać. Z Kandą czy bez, to nie ma znaczenia. Zasługujesz na kogoś lepszego, kto będzie potrafił cię kochać. Nie zapomnę dobra i ciepła, które dla mnie miałeś. Zaakceptowałeś mnie taką, jaka jestem, choć mogło być ci trudno. Niczego nie wymagałeś, do niczego nie zobowiązywałeś, niczego nie oczekiwałeś. Pozwoliłeś wyznaczać mi granice, trzymałeś się nich, ale okazałeś mi zainteresowanie, nie ukrywając niczego. Jesteś wspaniałym człowiekiem i najlepszym przyjacielem, więc o tym pamiętaj. To nie była nasza wspólna droga.
– Owszem – odpowiedział. – Łączą nas jednak słowa przysięgi i o nich nie zapomnę. Nie będziesz jednak nieosiągalnym marzeniem, lecz najdroższą przyjaciółką. Nigdy cię o nic nie prosiłem, ale wybaczysz mi tę odrobinę egoizmu?
Przez chwilę patrzyła na niego. Nie ruszył się ze swojego miejsca, co tylko potwierdzało, że nie chce niczego fizycznego. Z lekkim wahaniem kiwnęła głową.
– Chcę spędzić z tobą jeszcze jeden dzień. Nie jako mistrz i uczennica, ale jako przyjaciel i przyjaciółka. Rozmawiałem z mistrzem Katsumoto. Chiyoko zastąpi mnie przy obowiązkach. Reszta zależy od ciebie.
– Dobrze. Cokolwiek postanowi mistrzyni, porozmawiam z nią i dostaniesz jeden dzień na pożegnanie.
Wieść o powrocie Arianne zastała Vivian przy śniadaniu. Zanim jednak poszła na spotkanie z kobietą, skończyła posiłek. Francuzka też potrzebowała czasu, żeby zająć się sobą, a skoro nie wezwała jej od razu, sprawa nie była aż tak pilna.
Weszła, gdy otrzymała pozwolenie. Arianne była już przebrana i teraz czesała włosy. Uśmiechnęła się do uczennicy.
– Przepraszam, że cię zmartwiłam i nie byłam przy tobie wczoraj.
– Najważniejsze, że nic ci nie jest.
– Rozmawiałam z Katsumoto. Zrelacjonował mi wizytę egzorcystów.
Vivian odwróciła spojrzenie niepewna, co zaraz usłyszy. Arianne wiedziała, że poszła za nimi tamtej nocy.
– Uratowałaś temu chłopakowi życie. Powinnaś być z siebie dumna. Zachowałaś się jak prawdziwy Cień. Prawidłowo oceniłaś sytuację i wykonałaś misję, którą nam powierzono. Tym razem to ja zawiodłam. Nie dobiłam bestii, kiedy miałam okazję. Wybrałam ratowanie życia młodej dziewczyny i zwaliłam na ciebie swój obowiązek.
– Co z nią? – zapytała Vivian.
– Już jest w porządku.
– Więc jest dobrze. Nauczyłaś mnie właściwie nadawać sprawom priorytety i nie widzę w tym nic złego, że wykorzystałaś moje wsparcie, sama zajmując się sprawą pilniejszą w tamtym momencie. Zaufałaś mi.
– Myślę, że wiosną staniesz się już pełnoprawnym Cieniem.
– Jesteś pewna, że jestem na to gotowa?
– Więcej już cię nie nauczę. Teraz zostanie doszlifowanie twoich umiejętności. Tym zajmiemy się po powrocie do Berlina.
Vivian skinęła głową. To przypomniało jej o rozmowie z Christianem poprzedniego wieczoru.
– Na kiedy planujesz wyjazd? – zapytała.
– Potrzebuję odpoczynku, więc myślę, że jutro rano możemy ruszać. Ty również masz coś do zrobienia, prawda?
– Tak, mam jedno, długie pożegnanie do odbycia.
– Idź. Niech nie czeka zbyt długo.
– Dziękuję. Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa.
– Bawcie się dobrze.
Christiana znalazła u niego w pokoju. Akurat sprzątał.
– Mistrzyni się zgodziła. Ten dzień jest twój – oznajmiła.
– Ubierz się ciepło, bo wychodzimy. Pokażę ci moje Monachium.
Nigdy wcześniej nie miała okazji poznać młodego Katsumoto z tej strony. Owszem, wiele opowiadał, ale wychodziło na to, że jeszcze niewiele o nim wiedziała, o jego rodzinnym mieście nie wspominając. Teraz patrzyła na niego z całkiem innej perspektywy i to było naprawdę miłe. Uśmiechała się, widząc jego beztroską minę i słysząc lekki ton. Miejsca, które jej pokazywał, mogły nie mieć znaczenia lub być mało istotne, ale stworzyły go takim, jakim jest teraz. To było ważne.
Weszli na cmentarz, gdzie był grób Satoriego. Milczeli przez kilka chwil wpatrzeni w nagrobek. Każde pochłonięte przez własne myśli.
– Zazdroszczę ci – odezwała się cicho Vivian.
– Czego?
– Tego, że masz rodzinne miasto i możesz o nim opowiedzieć. Ja jestem niczyja.
– Nie masz rodzinnego miasta?
– Prawie go nie pamiętam. Spędziłam tam tylko cztery lata życia. Nie mam odwagi tam wrócić i stanąć przed grobem mamy, bo kim ja jestem? Mogę jej tylko przynieść wstyd i blizny. Nie mam prawa pokazywać jej się na oczy.
– Zbyt surowo się oceniasz.
– Mimo to nie potrafię zmusić się, by tam pojechać. Może kiedyś, ale nie teraz.
Christian położył dłoń na jej ramieniu. Nie potrafił zrozumieć, jak to jest być bez rodziny, bo on miał nadal ojca i dwóch młodszych braci. Ona nie miała nikogo.
– Chyba nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest być samym na świecie.
– Mam brata – przyznała.
– Nigdy o tym nie mówiłaś, więc sądziłem, że byłaś jedynaczką.
Uśmiechnęła się.
– Poznałeś go. Też jest egzorcystą. Ten białowłosy chłopak z olbrzymim apetytem.
– Nie jesteście w ogóle podobni – palnął, po czym w końcu skojarzył. – No tak, to samo nazwisko. Chyba pomyślałem, że to zbieg okoliczności.
– Nie jesteśmy rodzonym rodzeństwem – odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z cmentarza. – Allen został adoptowany przez mojego ojca chrzestnego. To była Wigilia Bożego Narodzenia. Nie… To było już Boże Narodzenie. Zanim umarła mama, Mana był klaunem w cyrku. Gdy się mną zaopiekował, zamieszkaliśmy w niewielkim miasteczku. Wtedy nie wpadałabym na to, dlaczego, byłam dzieckiem. Trzeba było mnie po prostu ukryć. Na Wigilię zaprosiliśmy cyrk Many. Po kolacji poszedł ich odprowadzić. Nie wiem, czy to planował czy nie, ale przyniósł go do domu. Był taki mały i bezbronny. Nazwaliśmy go Allen. Jego rodzice go nie chcieli – podniosła lewą rękę i odwróciła ją, jakby chcąc ją pooglądać. – Tylko z powodu innocence. Dla nich to było coś złego.
– Dzięki wam przeżył.
– A Mana nie był samotny, gdy mnie już nie było.
– Nie rozumiem.
– Pół roku później trafiłam do sierocińca.
– Dlaczego?
– To skomplikowane, ale Mana po prostu musiał mnie zostawić, żeby byli bezpieczni.
– „To skomplikowane” nie wyjaśnia sytuacji – odparł zanim zdążył się powstrzymać.
Odwróciła się do niego z uśmiechem i odpowiedziała:
– To jedna z dwóch najczęstszych moich wypowiedzi.
– A druga?
– „Nie zrozumiesz”.
Zaśmiała się i odwróciła z powrotem, nie zwalniając tempa. Christian pozwolił jej prowadzić, bo wiedział, że nie chce mu patrzeć w twarz, gdy o tym opowiada. Może ton był lekki, a na ustach igrał uśmiech, ale to wciąż bolało.
– Wiesz, że moim ojcem był przebudzony Noah. Dołóż do tego innocence i masz Anioła Lucyfera, a to nie jest chwalebne i bezpieczne. Wszyscy, którzy się ze mną zadają, muszą być świadomi, że śmierć może się o nich upomnieć wcześniej niż sądzili. To jednak nie było w tym najgorsze. Mój ojciec był kretynem i najgorszym, samolubnym draniem, jakiego ta ziemia wydała. Zdradził Milenijnego, chciał wydrzeć mu władzę i zginął z jego ręki, narażając przy tym wszystkich, którzy byli z nim jakoś powiązani, a przede wszystkim mnie, jego bezpośrednią potomkinię. Mama zginęła, ja zostałam sierotą, no i cała reszta.
– Masz jeszcze brata – rzekł pocieszająco.
– A nawet nie wiem, jak to jest mieć rodzeństwo.
– Dlaczego?
– Nie byliśmy w najlepszych stosunkach. Cała rodzina Walkerów jest skomplikowana – powiedziała z ironią. – W Allenie siedzi Nea, mój ojciec. Nie pytaj jak, bo nie wiem, ale któregoś dnia wykopię go stamtąd prosto do najniższego kręgu piekła, gdzie jego miejsce. Przez niego Allen czasami zachowywał się dziwnie, więc starałam się trzymać z daleka. Najlepszej siostry to ze mnie nie robi.
Christian nie odpowiedział. Przyglądał jej się w milczeniu na tyle intensywnie, że rzuciła mu pytające spojrzenie.
– Bardzo swobodnie o tym mówisz – powiedział.
– Nauczyłam się od ciebie – odparła. – Poza tym mówienie o tych, których się kocha, nie jest grzechem, prawda?
– Prawda. Co się stało z twoim ojcem chrzestnym?
– Zginął w wypadku. Allen był tego świadkiem i potem zamienił go w akumę. Był mały, samotny, nie wiedział. Zarobił przy tym bliznę na twarzy, białe kłaki, możliwość widzenia dusz akum – skrzywiła się nieznacznie – i traumę, która do końca życia będzie mu przypominać, że zabijanie akum jest ratowaniem uwięzionych w środku dusz. Nawet nie wiem, gdzie Mana został pochowany. Chciałabym, żeby przynajmniej symboliczny grób miał obok mamy.
– Może kiedyś uda ci się spełnić to pragnienie.
– Może… – westchnęła, patrząc w niebo. – Na razie czekają mnie obowiązki wobec żywych. Może wtedy będę mogła stanąć przed mamą i Maną bez obaw. To gdzie idziemy dalej?
Do Szkoły wrócili dopiero na kolację, z której nie mogli zdezerterować. Cały dzień dobrze się bawili, będąc bliżej siebie niż dotychczas, ale żadne nie przekroczyło granicy przyjaźni. Nie czuli takiej potrzeby.
Po wieczornym posiłku Arianne wezwała do siebie Vivian, żeby ustalić plan na kolejne dni. Nie wracały jeszcze do Berlina. Miały wyruszyć do Szwarcwaldu zająć się paroma demonami oraz pewną czarownicą, więc dołączy do nich Isabel. Dopiero wtedy wrócą do domu, gdzie Arianne zajmie się dalszym szkoleniem Vivian, która powoli miała przygotowywać się do zaprzysiężenia i samodzielnych zadań. Najwyższy czas.
Zostało pakowanie i sprzątanie. Jutro nie będzie na to czasu, więc Vivian nie marudziła. Zostawienie po sobie bałaganu byłoby nieuprzejme, a przecież tyle zawdzięczała Katsumoto, jego synowi i pozostałym podopiecznym. Nuciła pod nosem, myślami błądząc wokół wydarzeń kilku ostatnich dni. Mimo kilku chwil niepewności i strachu, były to dobre wspomnienia. Chciałaby spędzić tu jeszcze trochę czasu, ale obowiązki na to nie pozwalały. Może kiedyś.
– Wejdź – powiedziała zanim usłyszała pukanie.
Nie przerwała jednak pakowania, gdy intruz wchodził do środka.
– Skąd wiedziałaś? – zapytał Christian.
– De javu – zaśmiała się. – Słyszałam twoje kroki i oddech. Nie puściłbyś mnie bez pożegnania.
– Cały dzień się dziś żegnamy – zauważył.
– Owszem, ale tobie ciągle mało – mrugnęła do niego figlarnie.
Dostrzegła w jego dłoniach podłużną paczkę i pokręciła głową.
– Nie musisz mi nic dawać. Ja nic dla ciebie nie mam.
– Byłaś moją uczennicą. Obowiązkiem mistrza jest wyprawienie ucznia w świat.
– A Czarna Róża? – wskazała na katanę leżącą na łóżku.
– Każdy ninja dostaje broń dostosowaną do siebie. Prezent od mistrza jest czymś innym. Przyjmij, bo się obrażę – uśmiechnął się.
– To szantaż.
– Perswazja.
– No dobrze – zrezygnowała z oporu. – Dziękuję.
Odebrała od niego paczkę, usiadła z nią na kolanach i otworzyła. W środku znalazła dwa sai w skórzanych, czarnych saya. Sięgnęła po jeden ze sztyletów i obnażyła go. Był tak samo idealnie wykuty co katana. Wąsy pokryte były ciemniejszym metalem, żeby się zbytnio nie odznaczać, a rękojeść również owinięta w czarny jedwab. Po uważnym przyjrzeniu dostrzegła, że zarówno na samej broni, jak i na pochwach obecny był wzór róż.
– Są piękne – szepnęła.
– Z pewnością ci się przydadzą i będą dobrze komponować się z Czarną Różą.
– Są zrobione do kompletu – przyznała na głos.
– Bo na nie zasłużyłaś.
– Dziękuję. Będę o nie dbać.
– Zostawię cię już. Widzę, że masz jeszcze parę rzeczy do spakowania, a musisz się przecież wyspać. Jutro czeka was długa droga.
– Owszem. Do zobaczenia, Christianie.
– Do zobaczenia, Vivian.

***

Arte: I w ten sposób żegnamy się ze Szkołą Ninja.
Lavi: Prawdopodobnie na zawsze, ale to zależy już tylko od Laur.
Laurie: Zobaczymy. Na razie nie przewiduję dodatkowych wątków ze Szkołą Ninja.
Vivian: Na razie to ty się weź za pisanie, bo koniec roku się zbliża, a ty nic. Tylko nowe opowiadania ci w głowie, a reszty to nie masz kiedy pisać.
Laurie: Nie musisz mi przypominać. Na szczęście na przyszły tydzień rozdział jest gotowy. Wystarczy go tylko przepisać, więc nie przewiduję opóźnień.
Vivian: Chyba ci nie wierzę.
Laurie: Chyba za bardzo się wściekasz. Zluzuj.
Arte: To ja tu powinienem mieć najwięcej pretensji, bo nie było mnie już tak dawno i chyba będę musiał jeszcze poczekać.
Laurie: Dajcie spokój. Tylko marudzicie zamiast trochę pomóc.
Lavi: Na dziś to tyle. Za tydzień Szwarcwald. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

2 thoughts on “Wasurenai yo anata no nukumori mo sono yasashisa mo subete tsutsunde kureta ryoute mo It’s long long good-bye…

  1. Sandra - chan pisze:

    Już nie mogę się doczekać next’a!🙂
    Pozdrowionka od Sandry-chan

  2. prz_ pisze:

    Kolejny fajny odcinek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s