No You’ll never be alone When darkness comes you know I’m never far Hear my whispers in the dark

Dookoła szalały płomienie. Tylko one rozświetlały ciemności dookoła, ale wcale nie były pokrzepiające. Odcinały drogę ucieczki, trzaskały głośno i jakby radośnie, parzyły gardła i płuca. Wydawały się żywe, ucieszone z destrukcji dookoła. Dumne z spopielenia świata wokół.
Gdzieś tam trwała zaciekła walka. Teraz już tylko o własne życie. Słyszała krzyki i uderzenia stali, ciał, broni. Bitwa, która miała wszystko zmienić, zakończyć ich zmagania i uwolnić od ciążącego przeznaczenia. Poprowadziła ich do tej walki.
Teraz była sama. Przerażona i słaba. Stała wśród płomieni, nie potrafiąc drgnąć. Swoją bitwę przegrała, nie była już uczestniczką zdarzeń, lecz ich bierną obserwatorką. Nie starczyło jej sił do końca. Poczucie osamotnienia wyżerało ją od środka, a płomienie dookoła odgradzały jej dostęp do innych. Była kompletnie sama. Niedługo spłonie, płomienie pożrą ją żywcem. Ich taniec zacieśniał krąg, lizały już czarne pióra skrzydeł, rąbek sukni, gładką skórę, jakby kosztowały swej ofiary. Jej los był przesądzony.
Otulił ją ramionami, przytulając do siebie jak drogocenny skarb. Jedno spojrzenie sprawiło, że płomienie cofnęły się z głośnym, niezadowolonym trzaskiem.
– Nie jesteś tu sama – wyszeptał jej do ucha. – Zawsze będę u twego boku. Do samego końca.
Po jej policzku spłynęła samotna łza. Podniosła się w jego ramionach gotowa, by znów stanąć przeciwko swojemu przeznaczeniu. Jego szept w ciemności wyciągał ją z mroku. Teraz mogła wszystko.
Vivian przetarła powieki przebudzona nagłym bezruchem. Światło w przedziale nie działało i Arianne właśnie chowała do torby księgę, którą czytała. Brązowowłosa podniosła się do siadu, patrząc w okno, za którym szalała śnieżyca. Mimo to dostrzegła las dookoła.
– Czemu stoimy? – zapytała.
– Prawdopodobnie przysypało tory. Wszystko w porządku? Mamrotałaś przez sen.
Vivian kiwnęła głową, próbując przypomnieć sobie, co jej się tak właściwie śniło. Pamiętała jedynie trzask płomieni i czyjś głos. Czyj? Słów też nie zapamiętała. Rozpłynęły się wraz z resztką snu.
Arianne z niepokojem spojrzała w okno. Czekała je jeszcze daleka podróż, a ten nieprzewidywany przystanek lub w najgorszym przypadku zmiana środka lokomocji mogła utrudnić ich plany. Mimo to nie podniosła się, żeby pójść do konduktora dowiedzieć się o szczegóły. Bez tego z pewnością miał sporo pracy z pasażerami, którym także nie podobała się ta sytuacja.
– Ile jeszcze zostało? – zapytała Vivian.
– Trzy godziny pociągiem.
– A do najbliższej miejscowości?
– W taką śnieżycę roztropniej byłoby zostać w pociągu. Przynajmniej na razie.
Brązowowłosa skinęła głową i wsunęła na nogi buty. Do każdej z cholewek wsunęła sai otrzymane od Christiana, innocence miała przypięte do paska. Światło w pociągu znowu rozbłysło.
Do ich uszu dobiegł krótki, ostry krzyk, a potem płacz i wzburzone głosy. Vivian skrzywiła się, rozpoznając głos dziecka. Nie musiała się przysłuchiwać, żeby domyśleć się, co się wydarzyło. Wstała i przeciągnęła się pod uważnym spojrzeniem mistrzyni, która nic nie powiedziała, choć wiedziała, że Vivian nie potrafi odpuścić. Nie, kiedy wie, jak to jest. Gdy ich spojrzenia się spotkały, ruchem głowy pozwoliła jej iść. I tak by jej nie powstrzymała.
Vivian wyszła z przedziału. Wydawała się rozluźniona i spokojna, nawet spojrzenie miała dość obojętne, choć była to tylko maska łowcy. Łowcy gotowego do polowania.
Dojrzała zgromadzenie przy końcu wagonu. Trzech mężczyzn i kobieta w dość bogatych strojach znacznie górowali nad zwiniętą na podłodze, przeraźliwie chudą dziewczynką w cienkiej sukience i dziurawym swetrze. Obok niej rosła plama krwi. Arystokratka krzyczała na pochlipującą małą, zaś jeden z mężczyzn z sadystycznym uśmiechem satysfakcji uniósł do kolejnego ciosu dłoń uzbrojoną w pejcz.
Vivian odchrząknęła głośno zanim zbliżyła się do uczestników sytuacji. Jeden z mężczyzn wycofał się, żeby zrobić jej przejście, sądząc, że właśnie o to chodzi dziewczynie w czerni. Nawet nie zauważyli, kiedy pejcz został przytwierdzony do ściany wagonu czarnym sai. Jego właściciel spojrzał na broń z niezrozumieniem, a potem spojrzeniem zaczął szukać przeciwnika. Jego wzrok zatrzymał się na Vivian, która nadal chowała dłonie w kieszeniach płaszcza. Uśmiechnęła się do niego uprzejmie, choć bez radości. Zbliżyła się jeszcze na dwa kroki i przystanęła. Miała ochotę zachichotać, gdy mężczyzna nie mógł wyciągnąć „widełek” ze ściany i zgrzytał zębami.
– Czego panna tu chce? – zapytała kobieta. – Nie panny sprawa.
– Moja, nie moja. Jakie to ma znaczenie? – odparła.
– Niech się panna nie wtrąca.
– Bo synowie mnie też spróbują zatłuc na śmierć? – pozwoliła sobie na ironiczny uśmiech.
Spojrzała na małą, która podniosła na nią przerażone, czarne oczy. Twarzyczkę miała spuchniętą, a łuk brwiowy rozcięty – stąd krew.
– To ścierwo nie zna swojego miejsca.
– Okradłaś ich? – zapytała dziewczynkę, ignorując arystokratkę.
Mała pokręciła głową. Miała coś powiedzieć, gdy mężczyzna pozbawiony pejcza uniósł nogę, żeby kopnąć swoją ofiarę. Vivian była szybsza, obcas jej buta uderzył w goleń przeciwnika. Usłyszeli trzask i krzyk mężczyzny – kość piszczelowa została złamana. Dziewczyna spokojnie wyciągnęła ze ściany sai, schowała je, a pejcz złamała na pół.
– Dobrze wychowany dżentelmen nie przeszkadza damie w rozmowie – orzekła niewzruszona.
– Złamałaś mu nogę! – wrzasnęła kobieta.
– Połamał jej wszystkie palce u rąk – odparła spokojnie. – I nie tylko, więc nie jest to zbyt wysoka kara. Wystarczy ją usztywnić, a potem pokazać lekarzowi. Będzie chodzić.
Spojrzała na małą, oczekując odpowiedzi na swoje pytanie. Ta skuliła się bardziej, jakby obawiała się, że dziewczyna w czerni jej także zrobi krzywdę. Odpowiedziała tak cicho, że nawet Vivian nie usłyszała.
– Nie musisz się obawiać kolejnego ataku – powiedziała Walker. – Lekcja została zapamiętana, więc możesz mówić.
– Chciałam poprosić o kawałek chleba. Niczego nie ukradłam.
Brązowowłosa spojrzała na arystokratów w taki sposób, że się cofnęli. Potem westchnęła i odrzuciła niesforne kosmyki do tyłu. Podniosła wytartą torbę, z której wystawał jakiś pojemnik owinięty szmatką.
– Twoje? – zapytała małej.
Ta kiwnęła głową. Vivian rzuciła jeszcze jedno spojrzenie arystokratom.
– Żal mi was – powiedziała. – Nie macie nic, a zachowujecie się jak władcy świata. Szkoda was ratować.
Wzięła małą na ręce, odwróciła się i ruszyła w drogę powrotną do przedziału, gdzie czekała na nią Arianne. Nic nie powiedziała na obecność dziewczynki, którą Vivian posadziła na siedzeniu. Uklęknęła przed nią.
– Wyciągnij przed siebie ręce – poleciła.
Mała trochę trwożliwie wykonała polecenie, chyba spodziewała się kolejnej fali bólu spowodowanej uderzeniem. Vivian jednak nie zamierzała jej bić. Aktywowała część innocence, która odpowiadała za leczenie, po czym zajęła się ranami dziewczynki. Ta obserwowała ją z coraz większą ciekawością, a mniejszym strachem. Kilka chwil później po złamaniach nie było śladu. Brązowowłosa wyciągnęła ze swojej torby jabłko i wręczyła je dziewczynce.
– Witamin ci brakuje – powiedziała, skupiając uwagę na pozostałych obrażeniach.
– Dziękuję – szepnęła mała. – Pani jest bardzo dobra.
– Nie „pani”, tylko „Vivian” – odparła. – To jest pani Arianne – wskazała mentorkę. – A ciebie jak zwą?
– Marianna.
– Ładne imię.
Zanim kontynuowały tę rozmowę, do przedziału zapukał konduktor. Minę miał niezbyt zadowoloną. Mała skuliła się w sobie, obawiając się, że zostanie wyrzucona w śnieżycę.
– Bardzo panie przepraszam, ale zgłoszono mi napaść na innych pasażerów i wskazano młodą damę – wskazał na Vivian.
– Napadnięto na mnie i tę drobną istotę – odparła brązowowłosa. – Była to obrona własna.
– Z całym szacunkiem, ale panienka złamała temu panu nogę.
– Owszem. Zamierzył się na mnie z pejczem – trochę przekręciła sytuację, ale wolała nie wdawać się w szczegóły. – Zaś moją małą towarzyszkę uderzył parokrotnie – odwróciła jej buzię do konduktora.
Ranki już nie krwawiły, ale nadal były widoczne, co dawało mężczyźnie właściwy obraz sytuacji.
– Czy mogę więc zobaczyć bagaż młodej damy? – wskazał na małą.
Vivian spojrzała na Mariannę, która pokiwała głową. Konduktor przejrzał starą torbę, ale nie znalazł nic wartościowego, co mogłoby z niej zrobić złodziejkę. Nie miał więc podstaw do wszczęcia jakiejś poważniejszej sprawy.
– Bardzo panie przepraszam za kłopot.
– Kiedy orientacyjnie ruszymy? – zapytała Arianne.
– Tory są zasypane, więc do najbliższej miejscowości możemy dotrzeć dopiero jutro rano w zależności od pogody. Dalsza podróż może być przesunięta w czasie.
– Rozumiem.
– Bardzo przepraszam za nieudogodnienia. Postaramy się, żeby sytuacja została jak najszybciej opanowana.
Arianne podziękowała konduktorowi skinięciem głowy i mężczyzna wyszedł. Francuzka spojrzała surowo na Vivian, która nie zamierzała wycofać się ze swoich postanowień.
– Ściąganie kłopotów nie jest rozsądne. Nie musiałaś być tak dosadna.
– Kto nie poznał bólu, będzie zadawać go bezmyślnie.
– Kto poznał go zbyt mocno, może nie zobaczyć różnicy pomiędzy lekcją a okrucieństwem – odparła Arianne.
Przez chwilę mierzyły się spojrzeniami. To nie tak, że mistrzyni potępiała Vivian za jej poczucie obowiązku wobec słabszych, ale czasami środki, których używała dziewczyna, były znacznie przesadzone. Nie była pewna, czy to wpływ krwi Noah czy odbicie przeszłości.
Vivian pierwsza dała za wygraną. Z torby wyciągnęła dwie fiolki i opatrunki, po czym wyszła z przedziału. Bez pukania wtargnęła do tego zajmowanego przez arystokratów, od razu lokalizując właściciela złamanej nogi. Po pierwszym spojrzeniu wiedziała, że opatrunek jest założony byle jak. Sięgnęła po jedno z sai i rozcięła bandaże, nie kłopocząc się delikatnością.
– Co ty wyprawiasz?
Nie podniosła wzroku, gdy rozcinała również nogawkę drogich spodni. Płyn z jednej fiolki wylała na miejsce złamania. Doskonale wiedziała, że kości nie są przesunięte, więc wystarczyło je usztywnić. Drugą fiolkę podstawiła mężczyźnie pod nos.
– Wypij – poleciła.
– Co to jest?
– Pij i nie myśl, że to miłosierdzie czy poczucie winy. To poczucie obowiązku, choć dla was pewnie różnicy nie ma.
Usztywniła porządnie nogę, obwiązując ją dodatkowym bandażem dla świętego spokoju. Z satysfakcją dostrzegła, że mężczyzna wypił zawartość fiolki.
– Uderz jeszcze jedno dziecko, to połamię ci wszystkie kości tak, że nigdy się nie zrosną – zagroziła i wyszła.
Gdy wróciła do swojego przedziału, opadła na miejsce. Za oknem nadal szalała śnieżyca, co nie nastawiało optymistycznie. Wyglądało na to, że czeka je ciężka przeprawa.
– Nie zdążymy na spotkanie z Isabel – mruknęła.
– Możliwe, że i ona będzie miała opóźnienie – odparła Arianne.
– Co zrobimy?
– Zobaczymy na miejscu. Jeśli Isabel dotrze pierwsza, z pewnością poczeka na nas przez jakiś czas. My zrobimy to samo, jeśli jej nie spotkamy.
Vivian skinęła nieznacznie głową. Wydawało się, że jej uwagę bardziej przyciąga znienawidzony śnieg. Odwróciła głowę dopiero, gdy poczuła, że Marianna się do niej przytula.
– Zimno ci? – zapytała.
Dziewczynka kiwnęła głową. Brązowowłosa podniosła się, ściągnęła płaszcz i przykryła małą, która i tak do niej przylgnęła. Egzorcystka tylko się uśmiechnęła.
Do stacji pociąg rzeczywiście dotarł dopiero rano i były bardzo małe szanse, że Cieniom uda się kontynuować podróż bez problemów. Ledwo udało im się wynająć pokój w gospodzie, żeby trochę odpocząć i odświeżyć się. Marianna nie odstępowała ich na krok, mając nadzieję, że zabiorą ją ze sobą, bo podróżowała do tego samego celu.
Vivian długo patrzyła w lustro, bawiąc się wilgotnymi jeszcze włosami. Odrosły dość sporo od ścięcia i niedługo wrócą do poprzedniej długości. Z jednej strony było to w porządku, bo nie musiała ich wiecznie zapuszczać, ale zbyt długie niekiedy przeszkadzały. Musiała jednak przyznać, że przyzwyczaiła się do długich na tyle, że dość często łapała się na tym, że szuka pasm tam, gdzie ich nie ma, bo jeszcze nie odrosły.
Piśnięcie odwróciło jej uwagę od lustra. Marianna właśnie tarła zapamiętale oko – najwyraźniej naleciała jej woda albo szampon.
– Nie trzyj – powiedziała i podeszła do wanny. – Pokaż.
– Szczypie.
– Przepłucz ciepłą wodą. Przejdzie.
Pomogła jej później rozczesać skudłaczone, granatowe kosmyki i przejrzała garderobę dziewczynki.
– Nie masz nic cieplejszego? – zapytała.
– Nie.
– Nic dziwnego, że masz ślady po odmrożeniach – westchnęła dziewczyna. – I co ja mam z tobą zrobić?
– Zabierz mnie ze sobą – poprosiła mała. – Mogę ci służyć. Nawet w łożu.
Marianna nie spodziewała się, że zostanie spoliczkowana. Vivian spojrzała na nią surowo.
– Nie rozporządzaj w ten sposób swoim ciałem – warknęła. – Masz je tylko jedno.
– Przepraszam – wyszeptała dziewczynka.
– Wybacz – dopiero teraz Vivian zorientowała się, że ją poniosło.
Wyszła z łazienki i oparła się o ścianę. Na szczęście Arianne jeszcze nie wróciła, więc obędzie się bez pytań. Sama nie wiedziała, jak do tego dopuściła. Nigdy wcześniej coś takiego jej się nie zdarzyło. Może była ostatnio zbyt spięta i stąd ten atak. Musiała się uspokoić.
Arianne weszła do pokoju kilka minut później, zastając uczennicę na parapecie okna.
– Gdzie Marianna?
– Jeszcze w łazience. Czego się dowiedziałaś, mistrzyni?
– Prognozy pogody są pomyślne. Ma przestać śnieżyć, ale zanim kolej ruszy, minie trochę czasu. Z drogami nie jest lepiej, ale konno powinnyśmy dotrzeć na spotkanie z Isabel w trzy dni. Może krócej.
– Co zrobimy z Marianną?
– Nadal upiera się, że chce jechać z nami?
– Ta… – mruknęła brązowowłosa. – Tylko, że w połowie drogi zamarznie, czy pojedzie z nami czy ją zostawimy. Jest zbyt prostoduszna, trochę nieporadna i sama z pewnością nie da sobie rady, a my nie możemy się dodatkowo obciążać.
– Nie chcesz jej zostawiać samej sobie.
– Wszystkich nie da się uratować, czy tego chcemy czy nie. Wiem o tym.
– Marianna pojedzie z nami. Potem pomyślimy. Wypraw ją odpowiednio.
– Jak sobie życzysz, mistrzyni.
Pół godziny później dziewczynka otwierała oczy ze zdumienia na widok ubrań, które Vivian jej kupiła. W porównaniu z jej cienką sukienką wypadały jak ósmy cud świata.
– Nie podobają się? – zapytała brązowowłosa.
– Podobają, ale ja nie mam nic w zamian.
– O tym porozmawiamy później. Przebieraj się.
Zgromadzenie potrzebnych rzeczy i zaplanowanie trasy zajęło trochę czasu, ale po obiedzie ruszyły w dalszą drogę. Marianna siedziała za Vivian i trzymała się jej trochę wystraszona swoją pierwszą jazdą konną. Z czasem jednak odprężyła się i poczuła swobodniej, pozwalając sobie na oglądanie okolicy.
Droga pokryta była śniegiem, w niektórych miejscach konie grzęzły w białym puchu, co dość mocno utrudniało utrzymanie odpowiedniego tempa. Trzymały się głównych szlaków, choć na nich też nie panował porządek. Jednak czekanie na pociąg mogło się znacznie przedłużyć, a Cienie nie mogły sobie na to pozwolić.
Zatrzymały się tylko na jeden krótki postój niedługo przed zapadnięciem nocy. Konie potrzebowały odpoczynku, a one były głodne, zaś do najbliższej osady miały jeszcze kawał drogi. Według obliczeń Arianne powinny dotrzeć tam o świcie, jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego. Zatrzymywanie się na noc na zewnątrz mijało się z celem, było za zimno na obozowanie i dopóki mogły, miały wykorzystać również noc na podróż.
Marianna przesiadła się teraz do przodu tak, aby Vivian mogła jej pilnować, gdy dziewczynka zaśnie w siodle. Przynajmniej było mniejsze ryzyko upadku, który mógł być przecież bolesny.
Vivian przysnęła, pozwalając, aby koń podążał za wierzchowcem Arianne. Potem miały się zamienić, żeby Francuzka też mogła trochę pospać. Podróżowały już w ten sposób, choć przed poważną, dużą misją lepiej byłoby, żeby jechały pociągiem. Pogoda jednak pokrzyżowała im plany.
Obudził ją trzask gałęzi. Wyprostowała się w siodle i rozejrzała ukradkiem. Gdy jej spojrzenie skrzyżowało się z Arianne, mistrzyni kiwnęła głową. Też to zauważyła. Vivian obudziła Mariannę.
– Jesteśmy już? – zapytała sennie dziewczynka.
– Nie, idą kłopoty. W razie czego przejmiesz wodze.
– Ale ja nie umiem.
– Poradzisz sobie. Wystarczy, że nie będziesz zbyt krótko ściągać wodzy, a on już sam cię poprowadzi.
– Dobrze.
Vivian sięgnęła po Czarną Różę, gdy nastąpił pierwszy atak.

***

Vivian: Zaczyna się akcja i koniec rozdziału.
Arte: Będzie akcja w kolejnych dwóch rozdziałach, a później będę ja. W końcu.
Laurie: Żebyś mi nie marudził. I tak byłeś nieplanowany wcześniej.
Arte: Ja się bardzo cieszę, że o mnie nie zapomniałaś. Jesteś moją ulubioną autorką.
Laurie: Nie podlizuj się. Mam wrażenie, że ten rozdział to taki zapychacz.
Arte: Wprowadzenie nowej akcji. Przy okazji witamy Sandrę-chan, która niedawno zaczęła nas chyba czytać. A może dopiero teraz się ujawniła.
Vivian: Miło zobaczyć jakieś komentarze pod rozdziałem. To pomaga.
Laurie: Racja. Za tydzień akcji będzie więcej, za dwa wraca Arte. Trzymajcie się ciepło i do następnego.

2 thoughts on “No You’ll never be alone When darkness comes you know I’m never far Hear my whispers in the dark

  1. prz_ pisze:

    Jest komentarz. Czujesz, że Ci pomógł?

  2. Saphira pisze:

    Rozdział jak zwykle genialny😉 Czemu niby taki zapychacz? Mi się bardzo podoba i oczywiście czekam na ciąg dalszy. Szczerze mówiąc, zaczęłam tęsknić za Arte😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s