Dare mo shinjirarenakute Hikutsu ni naru toki mo aru Sore de mo kimi no kotoba wa Itsu de mo mune ni hibiiteru

Vivian odchyliła się przed kulą, jednocześnie odpychając do przodu Mariannę. W mgnieniu oka sięgnęła po katanę i spięła konia do szybszego tempa. Bandytów naliczyła około dziesięciu przynajmniej ze swojej strony, więc założyła, że banda jest dwa razy większa. Część z nich była uzbrojona w pistolety, część w noże, zobaczyła też kilka starych mieczy.
Skierowała wierzchowca w ich stronę. Czarna Róża lśniła niepokojąco w blasku gwiazd i po chwili pokryła się czerwienią. Vivian zadawała ciosy bezlitośnie, broniąc własnego życia. Wiedziała: oni albo ona.
Któryś z bandytów zahaczył ją i ściągnął z grzbietu konia. Ledwo zdążyła wyciągnąć nogi ze strzemion zanim wierzchowiec wierzgnął i ruszył przed siebie.
– Ściągnij go! – krzyknęła do Marianny.
Wylądowała, opierając się na prawej, uzbrojonej ręce, lecz nie dała przewagi przeciwnikom. Pierwszy atakujący dostał kopniaka w brzuch, drugi został już przecięty w pół, gdy Vivian wstała. Nie mieli z nią szans. W przeciwieństwie do nich była wyszkolonym zabójcą, którego nie przygniatała nawet przewaga liczebna. Właśnie dlatego szybko zarządzili odwrót i ci, którzy byli w stanie uciekać, ruszyli tam, skąd przyszli. Nie kłopotali się ciałami poległych towarzyszy czy rannymi, którzy nie nadążali za resztą.
Vivian straciła zainteresowanie bandytami, gdy tylko rzucili się do ucieczki. Spojrzeniem odnalazła oddalającą się sylwetkę własnego wierzchowca wraz z Marianną na grzbiecie. Dziewczynka nie opanowała konia, który poniósł. Brązowowłosa zmięła w ustach przekleństwo. Nawet w tych warunkach będzie trudno ich dogonić.
– Vivian, poczekaj tu – poleciła Arianne, ruszając za ich małą towarzyszką.
Brązowowłosa nie miała za wielkiego wyboru. Rozejrzała się po polu bitwy, ale wyglądało na to, że natknęły się po prostu na bandę rabusiów, którzy chcieli je okraść. Nic szczególnego. Takie rzeczy się zdarzają, więc całkiem straciła zainteresowanie i ruszyła w kierunku swoich towarzyszek. Z daleka widziała, jak Arianne dościga Mariannę i łapie za wodze wystraszonego wierzchowca. Niedługo będą z powrotem.
W pewnej chwili obraz na moment rozmazał się przed oczami dziewczyny. Oparła się o najbliższy konar drzewa, starając się zrozumieć, co się z nią dzieje. Była przekonana, że to chwilowe, ale poczuła ogarniającą ją słabość. Przecież nie została zraniona, więc dlaczego?
Gdzieś na granicy przytomności wyczuła obecność zagrożenia. Sięgnęła ręką po Czarną Różę, wyciągnęła ją z saya i osunęła się w śnieg. Nawet chcąc walczyć, nie miała na to siły.
Coś ją goniło. Dookoła była tylko ciemność, ale wiedziała, że musi uciec. Że to coś ją zabije, jeśli nie ucieknie, więc biegła. Nie była pewna, dokąd zaprowadzi ją ta droga, ale nie miała wyboru.
Nagle uświadomiła sobie, że nie wie, kim jest. Nie miała żadnych wspomnień, żadnych obrazów, kompletna pustka. To przerażało ją bardziej niż potwór goniący ją w ciemności. Po policzkach spłynęły jej łzy. Potknęła się na czymś i upadła, obijając rękę. Wiedziała, że musi wstać, bo to coś jest już tuż-tuż. Lada chwila ją pożre i nic już nie zostanie. Nie potrafiła jednak zrobić żadnego ruchu.
– W tej chwili wstawaj i walcz! – usłyszała jakiś głos ociekający furią.
– „To skomplikowane” nie wyjaśnia sytuacji – inny głos, lekko zdeprymowany.
– Nie nadążam za tobą – westchnięcie zrezygnowania.
– Voi! Chyba sobie kpisz! – wściekłość i drwina.
– Czy do ciebie nic nie dociera? – złość i troska.
– Doskonale wiesz, że przed nami nie uciekniesz – rozbawienie i groźba.
– Wrócisz, prawda? – nadzieja.
– No już, już. Przecież żartowałem – radość i zaczepka.
– Rozmawialiśmy już o tym – ucięcie tematu i zniecierpliwienie.
Głosy. Męskie, żeńskie, dziecięce. Obojętne, pełne uczuć i emocji, kpiące, proszące, pełne nienawiści i pogardy, złości, nadziei, dobroci i miłości.
Słowa. Raniące i przynoszące ukojenie. Pełne emocji i uczuć. Delikatne i dosadne. Nic nieznaczące i znaczące wszystko.
Nie potrafiła ich przyporządkować do żadnej twarzy, żadnego imienia. Odbijały się w ciemnościach, tworząc bolesną kakofonię.
– Przestań – wyszeptała. – Przestańcie. Zamknijcie się! – wrzasnęła.
Głosy umilkły, pozostawiając ją w kompletnej ciszy. Boleśnie raniła uszy i kpiła sobie z dziewczyny, która podniosła się na kolana. Nadal nic nie widziała w ciemnościach, ale wiedziała, że to, co ją ścigało, stoi tuż za nią i czeka. Nie poruszyła się zbyt przerażona, żeby zrobić cokolwiek. Wobec bestii czuła się naga i bezbronna. Zupełnie jak dziecko.
Poczuła dłoń czy może łapę na gardle. Gładziła skórę jakby w namyśle, co zrobić ze swoją ofiarą. Jak zabić?
Zacisnęła powieki, szykując się na śmierć. Wiedziała, że nadejdzie w tych samotnych, niegościnnych ciemnościach, gdzie nie było ani jednego dźwięku.
Znów usłyszała te głosy. Otworzyła oczy. Ciemności zniknęły na rzecz obrazów ludzi, miejsc, sytuacji. Mieszanina, która nie miała jednolitego ciągu. Niczego nie poznawała, nie umiała nazwać.
Czarnowłosy chłopak syczący z nienawiścią i pogardą na twarzy, śmiech rudzielca, szept pełny uczucia długowłosego mężczyzny, tuląca się do niej dziewczynka o jasnym warkoczu, białowłosy chłopak o brzydkiej bliźnie na twarzy patrzący ze zniecierpliwieniem, koronkowa sukienka czerwonowłosej, śmiejącej się dziewczyny, inna dziewczyna płacząca w ramionach jakiegoś mężczyzny, brunet o złotych oczach i przerażającym uśmiechu, dłoń obleczona w czerń. Coraz więcej obrazów, coraz więcej uczuć i emocji.
– Przestań – szepnęła. – Zabierz to.
– Na pewno? – zapytał jakiś głos. – Na pewno chcesz to odrzucić?
– Vivian! – krzyknął czyjś przerażony głos.
– Vivian – zmysłowy szept.
– Vivian – stanowczy głos.
– Vivian – prośba.
Czego głosy chciały od tej Vivian? Kim ona w ogóle była? Dlaczego nie odpowiada? Czemu jej przeszkadza i zawraca głowę, gdy coś próbuje ją zabić?
Uścisk na gardle stał się silniejszy i dziewczyna powoli zaczynała się dusić. Złapała za łapę, żeby ją odciągnąć, ale nadal czuła się zbyt słaba. Głosy nadal wołały tą całą Vivian, której nie znała, ale nie miała siły, żeby kazać im się zamknąć. Traciła przytomność, nadal widząc te niezwiązane ze sobą obrazy. Na chwilę przed omdleniem coś sobie uświadomiła. „To ja jestem Vivian” – i pamiętała już wszystko.
Ocknęła się gwałtownie i poderwała do siadu. Oddychała niespokojnie, nadal czując nierealny uścisk na gardle. Ktoś położył jej dłoń na ramieniu, więc instynktownie zaatakowała, ale została złapana za nadgarstek.
– Uspokój się, Vivian. To tylko ja – usłyszała głos Arianne.
Podniosła spojrzenie na Francuzkę, która właśnie ją puściła. Wyglądała na zaniepokojoną i brązowowłosa nie bardzo wiedziała, jak to interpretować.
– Co się stało? – zapytała nieco chrapliwie.
Arianne podała jej kubek wywaru z ziół. Mimo gorzkiego, nieprzyjemnego smaku Vivian wypiła wszystko duszkiem i nawet się nie skrzywiła. Po chwili leżała znów na poduszkach.
– Straciłaś przytomność po walce z bandytami. Miałaś wysoką gorączkę i nie można było cię wybudzić.
– Jak długo spałam?
– Prawie dwanaście godzin. Nie znalazłam śladu trucizny ani czarów, więc nie wiem, czym to było spowodowane. Nie wiem też, czy nie będziesz miała nawrotu. Jak się czujesz?
– Trochę skołowana, ale jest w porządku. Mogę kontynuować podróż.
– I tak zostaniemy tu do jutrzejszego ranka. Nie możemy ryzykować. Powiadomiłam już Radę o naszej sytuacji.
– Mistrzyni, nie możemy opóźniać Isabel i misji – sprzeciwiła się Vivian. – Jest w porządku. Jedźmy.
– Nie. Po drodze nie ma żadnych miejsc, w których mogłybyśmy przeczekać ewentualny kolejny atak. Nie możemy tak szafować twoim życiem.
– Isabel potrzebuje naszego wsparcia – upierała się Walker.
– Isabel także jeszcze nie dotarła. Rada poinformowała ją o sytuacji, więc nie ma obaw, że pójdzie sama. Najpierw musimy zyskać pewność, że jesteś zdolna do walki. Nie kłóć się ze mną, Vivian. To moje ostatnie słowo.
Dziewczyna trochę się nachmurzyła, ale nie miała innego wyjścia, jak ulec mistrzyni i zostać w łóżku. Kobieta miała rację, dopóki nie upewnią się, co tak właściwie się stało i czy jest szansa na powtórkę, nie mogą ruszyć do walki. To mogłoby zaprzepaścić całą misję i narazić na niebezpieczeństwo także Isabel. Takie zachowanie byłoby niezgodne z zasadami Ligi.
– Gdzie Marianna? – zapytała Vivian jakiś czas później.
– Wyprawiłam ją dalej.
– Samą?
– Oczywiście, że nie. Po przyjeździe od karczmarza dowiedziałam się o trupie cyrkowej, która podróżuje w tę samą stronę co Marianna. Poprosiłam ich, żeby zabrali ją ze sobą. Jak dobrze pójdzie, już z nimi zostanie. Martwiła się o ciebie.
– Przynajmniej jeden problem z głowy – mruknęła Vivian.
– Pamiętaj, że to ty wzięłaś ją pod swoje skrzydła – wytknęła jej Arianne. – Nie możesz odpowiedzialności za czyjeś życie traktować jako utrapienia.
– Wiem, wiem, mistrzyni. Po prostu przy nas Marianna nie byłaby bezpieczna, a my nie możemy się rozpraszać.
Francuzka rzuciła uczennicy uważne spojrzenie, ale już się nie odezwała. Pewnych rzeczy w Vivian zmienić nie można było i Arianne odpuszczała w tych kwestiach. To było zbyt głęboko w dziewczynie i sama musiała w końcu zrozumieć, że źle pojmuje niektóre pojęcia.
Dziwna gorączka już się nie powtórzyła. Vivian czuła się dobrze i nic nie wskazywało na to, że coś może się wydarzyć. Nie znalazły też przyczyny, choć analizowały całość kilkukrotnie. Wydawało się, że nie ma konkretnego powodu i to trochę niepokoiło Arianne. Nie mogła jednak bardziej opóźnić misji. I tak były już spóźnione.
Pogoda się poprawiła, choć nadal było dość mroźno. Mimo to życie wróciło na drogi, które zaczynały być w lepszym stanie niż tuż po śnieżycy. Arianne i Vivian pośpieszały konie, chcąc dotrzeć na miejsce spotkania jak najszybciej. Od czasu do czasu mijały innych podróżnych, ale zbytnio nie zwracały na nich uwagi.
Vivian zatrzymała konia i rozejrzała się niespokojnie. Arianne spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami, też to poczuła.
– Chyba jest gorzej niż się spodziewałyśmy – odezwała się dziewczyna. – Zbytnio zwlekałyśmy.
– Nie bądź lekkomyślna. Wchodzenie teraz do tego lasu może być zbyt niebezpieczne.
– Wiem.
Drgnęła, gdy usłyszała niemal niesłyszalny szelest. Odruchowo sięgnęła po Czarną Różę, obserwując uważnie otoczenie. Coś tu było i nie miało najlepszych zamiarów. Naraz oba wierzchowce zaczęły wierzgać i rżeć niespokojnie. Zupełnie nie chciały się uspokoić. Strząsnęły z siebie jeźdźców i pogoniły przed siebie.
– Cholera – warknęła Vivian, otrzepując płaszcz ze śniegu. – Dwa tchórze.
– Konie to nie nasz największy problem – odparła Arianne.
– Ta… – mruknęła Vivian.
Przez chwilę obserwowały okolicę w poszukiwaniu zagrożenia, ale niczego nie zauważyły. Tak jakby pojawiło się i zniknęło zanim mogły wyczuć naturę przeciwnika. To było dość niepokojące.
Vivian odwróciła się lekko zaskoczona.
– Muzyka?
Spojrzała na Arianne, która kiwnęła głową. Też to słyszała. Złe przeczucia nie opuszczały obu Cieni. Ruszyły w stronę muzyki, żeby sprawdzić, z czym mają do czynienia. To było dziwne, że nagle ktoś gra w środku dnia w opuszczonej części lasu. W pobliżu nie było żadnej osady, więc zatrzymywanie się tutaj w zimie nie miało najmniejszego sensu.
Podkradły się do polany, skąd dobiegały je dźwięki muzyki. Początkowo niczego nie dostrzegły, lecz po chwili zza drzew zaczęły pojawiać się postacie podobne do ludzkich. W pierwszej chwili Vivian myślała, że to nimfy albo podobne stwory, ale poczucie piekielnych mocy zbyt jasno określało typ stworzeń. Demony. Cała zgraja demonów. O tym nikt im nie wspominał.
Arianne dała jej znak, żeby się wycofać. Potrzebowały planu na taką ilość przeciwników i Vivian nie miała nic przeciwko. Nie zdążyły jednak opracować strategii, bo zostały zauważone. Demony rzuciły się na nie jak sfora zgłodniałych psów. Ledwo odpierały ataki – były zajadłe, a jednocześnie precyzyjne i każdy błąd mógł kosztować kobiety życie.
Vivian cofała się, oddzielając się jednocześnie od mistrzyni. Nie miała jednak wyjścia, jeśli chciała wyjść z tego cało. Potrzebowała czasu, pomysłu i miejsca do walki. Piątka demonów zaciekle atakowała dalej, ale teraz dziewczyna mogła swobodniej walczyć. Jednak mimo łączonych technik, nadal miała problem z zabiciem przynajmniej jednego. Za każdym razem, gdy zadawała śmiertelny cios, ten nie docierał do przeciwnika. Szybko doszła więc do wniosku, że mają na sobie jakąś tarczę ochronną. Do tego to prawdopodobnie były marionetki. Chowańce innego, potężniejszego demona. Dopóki go nie dorwą, nie ma szans, żeby poradziły sobie z marionetkami.
Szum rzeki na chwilę odwrócił uwagę dziewczyny. Miała ją już za plecami, spienioną i rwącą, choć wcześniej nie słyszała, żeby była w pobliżu. Musiała się mocno oddalić od drogi.
To teraz nie było aż takie ważne, bo demony wzmocniły swoje ataki i coraz ciężej było je odpierać. Vivian czuła, jak słabnie. Chyba ta sytuacja sprzed dwóch nocy ją osłabiła i teraz czuła konsekwencje. Zacisnęła zęby na własną słabość. Nie teraz, gdy potrzebuje siły do odparcia przeciwnika. Przecież nie mogły być dużo silniejsze od niej, były tylko marionetkami.
Jeden z chowańców skoczył na nią z taką siłą, że aż nią zachwiało. Cofnęła się o kilka kroków, przy ostatnim noga w połowie straciła oparcie i tylko cudem udało jej się nie wpaść do wody. Demon jednak napierał, czepiając się jej ubrania. Pozostałe też nie dawały za wygraną. Podcięły jej nogi i wpadła do rwącej rzeki wraz z uczepionym niej chowańcem, który próbował ją utopić. Szarpała się z nim porwana przez silny nurt, przy tym musiała uważać na wszystkie przeszkody w korycie rzeki, które utrudniały walkę. Szybko nałykała się lodowatej wody, krztusiła się, a demon nie ustępował. Szum wody też narastał.
Udało jej się oderwać od siebie chowańca i pchnąć go na skałę. Tym razem tarcza ochronna nie zadziałała i demon został zabity. Pozostało jeszcze wydostać się z rzeki, co utrudniał rwący nurt. Wszelkie próby dostania się na brzeg były niweczone, rzeka stała się głośniejsza. Vivian odwróciła się i zamarła z przerażenia. Zbliżała się bowiem do wodospadu, a za nic nie mogła wydostać się z lodowatej wody. Była zbyt przemoczona, a ciało robiło się coraz bardziej zziębnięte. Nawet dla niej było to niebezpieczne. Walczyła jednak dalej, choć szanse dopłynięcia do brzegu były coraz mniejsze.
Spadła wraz z litrami wody. Uderzenie o spienioną taflę pozbawiło ją na moment przytomności. Lodowata woda wytłoczyła z jej płuc całe powietrze, gdy znalazła się pod powierzchnią, chyba cudem wypłynęła, kaszląc, krztusząc się i prychając. Tu nurt był spokojniejszy, więc było łatwiej sterować własnym ciałem. Resztką sił dotarła do ośnieżonego brzegu i wciągnęła się na górę, przytulając policzek do białego podłoża. Była wykończona i przemoczona. Mróz usztywniał mokre ubranie, z łatwością się pod nie wślizgiwał i chłodził ciało. Wiedziała, że musi się ruszyć, inaczej zamarznie. Nie miała sił. Ledwo udało jej się odwrócić na plecy. Niebo już pociemniało, przypominając, że w zimie noce są dłuższe. To nie wróżyło nic dobrego.
Oddychała miarowo, odganiając narastającą senność. Mogłaby się już nie obudzić. Zmusiła się do skupienia na obrażeniach i sytuacji. Lewy nadgarstek rwał tępym bólem, prawdopodobnie był złamany. Ze dwa żebra również. W prawej ręce nadal dzierżyła miecz, gdy podniosła głowę, co kosztowało ją sporo wysiłku, dostrzegła, że wszystkie trzy sai nadal ma przy sobie. Saya katany boleśnie wbijała się w plecy, przynajmniej czuła coś więcej poza przerażającym chłodem.
Nie wiedziała, jak bardzo oddaliła się od Arianne ani czy mistrzyni jest cała. Nie słyszała odgłosu walki, więc musiała być daleko. Wokół był tylko szum wody i skrzypanie mrozu. No i jej własny oddech, wciąż lekko niespokojny.
Powoli starała się zebrać siły, żeby wstać i spróbować odnaleźć się w tym miejscu. Przy odrobinie szczęścia znajdzie Arianne i wrócą na trakt. Może znajdzie się pomoc, bo w tej chwili brak bliskiego osiedla ludzkiego działał na ich niekorzyść. Nie wiedziała, jak długo wytrzyma w przemoczonych ubraniach i przemarznięta do szpiku kości. Teoretycznie nie powinna zachorować, ale nadal była człowiekiem i miała ludzkie słabości.
Wyczuła ich na chwilę przed tym, gdy ich zobaczyła. Ich kroki były niesłyszalne, ukrywali też swoją obecność niemalże idealnie. Za to ona była wyczuwalna bez problemu. Z dwoma demonami nie miała obecnie szans. Zwłaszcza z kontraktowymi, co łatwo poznała. Zostanie rozerwana na strzępy bez walki.
Nie, zamierzała walczyć do samego końca. Była Cieniem i miała swoją dumę. Nie podda się wrogowi tylko dlatego, że jest osłabiona. Nie ma takiej możliwości.
Ścisnęła mocniej rękojeść katany, żeby się uspokoić. Starała się podnieść, kiedy stanęli nad nią. Ich oczy jarzyły się fioletem i mimowolnie Vivian przełknęła ślinę. Zabicie jej teraz było dla nich dziecinnie proste. Chciała ciąć, ale jeden z nich nastąpił jej na nadgarstek, unieruchamiając go. Przygotowała się na ból złamania, ale nacisk był zbyt delikatny, żeby zrobić jej krzywdę. Mimo to nie mogła ruszyć prawą ręką, lewa zaś już była uszkodzona i każdy ruch wbijał igiełki w nerwy. Była bezbronna, nie mogła nawet krzyczeć w bezsilnej złości, bo gardło nie chciało współpracować. Patrzyła na nich w oczekiwaniu.
Ten drugi przykucnął przy niej i wyciągnął rękę nad jej twarz. Vivian poczuła narastającą senność, ale jeszcze z tym walczyła przez kilka krótkich chwil. Gdy demon przesunął dłoń, jej powieki opadły, a oddech wyrównał się we śnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s