This is how it feels, when you take your life back, This is how it feels, when you finally fight back, When life pushes me, I push harder. What doesn’t kill me, makes me stronger.

Minęły trzy dni, odkąd wrócili ze Szwarcwaldu. Arte wszedł do „Szalonego Kruka” z niezbyt zadowoloną miną, rozumiał, że Vivian potrzebuje czasu dla siebie, ale trzy dni wlewania w siebie procentów to gruba przesada.
– Jest na górze? – zapytał Hansa.
– I nie schodzi na dół – odparł barman, układając butelki.
– Nie dawaj jej już alkoholu. Wystarczy.
– Panie Arte, wiesz, że zasady mi tego zabraniają. Poza tym już próbowałem i trzeba było sprzątać pokój, który zdemolowała. Wolę nie próbować tego ponownie.
Wampir skrzywił się wymownie. Nie mógł powiedzieć, że nie rozumie, jak Vivian się czuje. Właśnie dlatego wcześniej nic nie mówił, kiedy stwierdziła, że chce zostać sama. Tylko takie popadanie w marazm jej nie pomoże. Ile można zagłuszać własne demony? W końcu pożrą ją żywcem. Wiedział jednak, że każe mu się wynosić i uparcie nie posłucha. Na nią trzeba mieć sposób.
Uśmiechnął się pod nosem. Tak, zamierzał być wredny, bo tylko porządny kop w tyłek może postawić ją na nogi. A że się nie ma, co się lubi…
Vivian poczuła, że zaczyna trzeźwieć. Na to pozwolić nie chciała, więc sięgnęła po kolejną butelkę. Ilekroć rozsądek podpowiadał jej, że zachowuje się jak nie ona, spychała go gdzieś w kąt i sięgała po kolejną porcję alkoholu. Tak było lepiej. Przynajmniej nie musiała myśleć. A że sama doprowadza się do destrukcji… Czy to pierwszy raz? Taki argument w ogóle do niej nie trafiał. Ze swoim życiem mogła robić, co chciała i nikt nie ma prawa się o to czepiać. Niech sobie znajdą jakieś produktywne zajęcie, skoro nie mają, co z czasem robić.
Podniosła spojrzenie, gdy usłyszała kroki. Skrzywiła się wymownie i prowokacyjnie upiła łyk alkoholu.
– Wynocha – warknęła. – Nie mam ochoty słuchać twoich mądrości.
– Powinnaś przestać już pić – odparł.
– Nic ci do tego, draniu. Zabieraj swoją durną, azjatycką gębę, bo nie mam ochoty na ciebie patrzeć.
Jakoś się nie zastanawiała, dlaczego go tu widzi. To nie miało znaczenia, bo sam jego widok podziałał na nią jak czerwona płachta na byka.
– Już wystarczy – powiedział spokojnie.
– Co? Dzisiaj bez złośliwości? A może to twój kolejny durny pomysł, co? Jeśli myślisz, że wykorzystasz to, że jestem pijana, to się grubo mylisz. Znam wszystkie twoje sztuczki, więc zabieraj się stąd.
Podszedł do niej spokojnie, widząc, w jakim jest stanie. W każdej chwili mogła niespodziewanie zaatakować, a walczyć z nią nie zamierzał. Musiał ją jakoś uspokoić, bo przecież nie chciał robić jej krzywdy.
– Głuchy jesteś?! – wrzasnęła. – Czemu ty mnie nigdy nie słuchasz?!
Chwycił ją za rękę zanim zdecydowała się zaatakować. Nie złapał za nadgarstek, ale splótł ich palce, co było w jej przypadku bezpieczniejsze. Drugą ręką odebrał jej butelkę.
– Oddawaj – warknęła.
– Wystarczy już. Nie trzeźwiejesz od trzech dni.
– Nie twój zasrany interes. Nagle ci się przypomniało o odpowiedzialności? A może pijana napawam cię obrzydzeniem? Wynoś się. Nie potrzebuję ciebie, twojej litości, uwagi i mądrych słówek, których znaczenia nawet nie znasz. Wynoś się.
– Nie utrudniaj, proszę.
– Teraz prosisz? A za chwilę zaczniesz się do mnie dobierać?
Westchnął i otulił ją ramionami, blokując ruchy. Wiedział, że z łatwością się wyrwie, jeśli tylko będzie chciała, ale przynajmniej tak powstrzymał ją przed kolejnym łykiem.
– Naprawdę, wystarczy już picia. Czas wytrzeźwieć i stanąć na nogi.
Odepchnęła go z gniewem na twarzy. Zawsze musiał przyleźć i narzucić jej własną wolę, zawsze. Nie mógł się przed tym powstrzymać. Czy sprawiało mu to jakąś chorą przyjemność, że się nad nią znęca? Nie miał własnego życia, że akurat jej musi się naprzykrzać?
– Wynoś się i nie wracaj. Nie chcę cię, nie potrzebuję.
– Chcesz tak zostać na zawsze? – zapytał.
– Nie twój interes. Dlaczego ty mi to zawsze robisz? Zawsze przychodzisz, gdy jestem najsłabsza. Sprawia ci to jakąś przyjemność? Poprawia ci humor? Czemu nie dasz sobie ze mną spokoju i nie zajmiesz sobą? Nienawidzę tego w tobie. Przychodzisz, gdy jestem słaba, wykorzystujesz to, a i tak masz mnie gdzieś. Jestem jakąś pieprzoną zabawką dla ciebie?
Ze złości rzuciła butelką w jego stronę, ale nie trafiła. Warknęła niezadowolona i zamierzyła się na niego pięścią. Przed tym ciosem już się nie uchylił. Pociekła krew, lecz nie zwróciła na to uwagi. Bardziej irytował ją fakt, że jej nie odpowiada. Nawet nie warczy, nie kpi, nie robi kompletnie nic. Jest tak bardzo obojętny.
Wściekłość ulotniła się z niej, pozostawiając rozżalenie. Znowu tak było. Doprowadził ją do szału, przyglądając się, jak się miota, ale nie zrobił nic poza tym. Nie mogła się przy nim długo wściekać, na niego. To nie on był wszystkiemu winny, wiedziała, że po prostu stawał się obiektu jej gniewu na samą siebie. Nie dawała sobie rady ze sobą, więc atakowała go, skoro już raczył przerwać jej uprzedmiotowianie samej siebie.
Oparła czoło o jego tors, nie dbając już o pozory. Wiedziała, że jego nie oszuka, przejrzał jej maski. Nie miała siły wściekać się na pokaz, zbyt dużo alkoholu płynęło w jej żyłach. Przez to też pozwoliła sobie na łzy, choć na trzeźwo nie dopuściłaby do tego. Teraz duma nie miała znaczenia. I tak to nie wyjdzie poza ten pokój.
– Czemu mnie tak prześladujesz? Dlaczego to zawsze jesteś ty? Przebiłeś się, nie sprawia ci to trudności. To zawsze ty. Czemu? To niesprawiedliwe, bo nawet nie mogę się na ciebie porządnie wściec. Po co dokładasz sobie problemy? Daj mi utonąć. Ty nigdy nie pozwalasz mi upaść. Robisz to tak, jakby cię to w ogóle nie obchodziło. Zimny i obojętny, a ja zawsze chwytam twoją rękę. Co ty ze mną zrobiłeś? – odsunęła się od niego i odwróciła. – I tak nie odpowiesz. Nigdy nie odpowiadasz. Nigdy nie wpuszczasz mnie tak blisko. Nie znam cię, nie wiem, co myślisz. Ukrywasz to przede mną. To nie fair – poczuła, jak otula ją ramionami. – Nie potrafię cię nienawidzić tak mocno, jakbym chciała. Nie potrafię cię rozgryźć i to mnie cholernie wkurza. Czemu nigdy nie dasz z siebie więcej? Zresztą, o co ja pytam? I tak nie odpowiesz. Zawsze milczysz, zawsze.
Odwróciła się w jego ramionach i wpiła zachłannie w jego usta. Wiedziała, że rano będzie tego żałować, ale teraz nie miało to znaczenia. Wykopała rozsądek, pozwalając sobie tylko czuć oddawane z pasją pocałunki. Dłońmi odnalazła kolejne guziki koszuli, która parę chwil później wylądowała na odłamkach szkła. Nic się nie liczyło poza odczuwaniem.
Wiedział, że Vivian nie myśli o tym, co robi. Była zbyt rozbita, by przez chwilę zastanowić się nad czymkolwiek. Mimo to dał jej to, czego oczekiwała. Szept w uchu tylko potwierdzał, że w jej postrzeganiu była tu z kimś innym. To na niego krzyczała, na niego się złościła, jego potrzebowała. Pijana wyobraźnia podsunęła właściwy obraz, odsuwając rzeczywistość. Nie zaoponował jednak, nie mógłby.
Ranek przywitał Vivian tak potężnym kacem jak już dawno. Głowa pulsowała tępym bólem, gardło miała wyschnięte, a w pamięci brakowało wspomnień z ostatniej nocy. Zresztą ostatnie dni niezbyt dobrze pamiętała. Były zlepkiem obrazów, które niekoniecznie wynikały jedne z drugich.
Już dawno nie doprowadziła się do takiego stanu. Ostatni raz jeszcze przed dołączeniem do Czarnego Zakonu, po śmierci Squalo była tego bliska, ale wtedy powstrzymał ją Kanda.
Na myśl o Japończyku skrzywiła się z niesmakiem. Nie dość, że nagadałby jej, to jeszcze wykorzystałby sytuację do swoich pieprzonych gierek. Nienawidziła ich. Po prostu nie mógł jak normalny facet zaciągnąć jej do łóżka i zaliczyć, tylko się musiał pobawić. Nigdy tego nie zrozumie.
Ręką potrąciła jakąś butelkę. Hałas sprawił jej dyskomfort, głowa zabolała bardziej. Zmusiła się do otworzenia oczu, żeby poszukać czegoś, co da się wypić. Najlepiej z procentami, bo klin trzeba zabić klinem.
Usłyszał ruch za sobą. No tak, spędziła z kimś noc. Z trudem odwróciła się na plecy. Wspomnienia powoli wracały, ale coś jej się nie zgadzało.
– Wody? – usłyszała łagodny ton.
Obok niej na łóżku siedział Akira. Nalewał właśnie przezroczystego płynu z dzbanka do kubeczka, który szybko od niego odebrała. Chciwie wypiła zawartość, jakby pragnienie spowodowane było długotrwałym brakiem napojów. Z każdym łykiem rozumiała bardziej sens wczorajszych wydarzeń. Wyciągnęła rękę i dotknęła opuchlizny na jego twarzy.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Wczoraj nie byłam sobą. Wydawało mi się, że…
– Że to nie byłem ja – dopowiedział. – Wiem. On by się uchylił. Nic się nie stało.
– Jak możesz być tak spokojny? Przecież… – teraz pamiętała już wszystko.
– Nie pierwszy raz słyszałem nieswoje imię. Nie musisz się przejmować.
Odwróciła się plecami do niego. Kac przyniósł wyrzuty sumienia. Była zbyt pijana, zbyt szczera, za bardzo się otworzyła. Padły słowa, których nie potrafiła nigdy powiedzieć ich adresatowi w obawie przed zranieniem. Co ona najlepszego narobiła? Znowu potwierdziła rację Kandy – nigdy nie myślała o konsekwencjach. Wkurzało ją, że ten drań zna ją lepiej niż ona sama. To nie powinno tak być.
– Vivian – Akira położył dłoń na jej plecach. – Mnie to naprawdę nie przeszkadza. Jeśli ci to pomogło, to co w tym złego? Poza tym trochę mi ulżyło. Wracasz do siebie, skoro pozwalasz się dotykać.
Fala wspomnień z ostatniej misji zalała ją, sprawiając, że poczuła żółć w gardle. Powstrzymała się jednak przed odruchem wymiotnym. Nie przy Akirze. Nie pozwoli własnemu ciału zbuntować się przeciwko sobie. Nie tym razem.
To przed tym uciekała. Gdy piła, nie pamiętała bólu, strachu, podniecenia. Plugawienia własnego ciała przez dwa demony, które bez trudu ją opętały. Bała się, że sobie z tym nie poradzi, więc kolejny raz uciekała wszelkimi dostępnymi środkami. Znów była o krok od szaleństwa.
– Wyjdź – poleciła zduszonym głosem.
– Ale…
– Wyjdź, Akira. Zostaw mnie samą.
Chłopak ociągał się przez parę chwil, nie chcąc zostawiać jej w takim stanie. Przyzwyczaił się do niej, szanował ją i nie chciał, by cierpiała. Nie mógł jednak nic zrobić, jeśli tego nie chciała. Właśnie dlatego ubrał się i wyszedł bez dodatkowych sprzeciwów.
Nie poczuła się lepiej, gdy została sama. Koszmar nacisnął na nią mocniej, odbierając dech i poczucie własnej godności. Do tego doszedł gniew. Na siebie, że pozwoliła sobie na zastąpienie obrazu Akiry innym, że była taka słaba. Na Arte, bo to był jego pomysł, żeby podesłać jej Azjatę. Złośliwy, uparty wampir, któremu się wydaje, że pozjadał wszystkie rozumy. Miała ochotę go udusić.
Najpierw jednak chciała pić. Podniosła się ciężko na łokciach i zaczęła przeglądać butelki. Każda kolejna była pusta, nie zostało ani odrobiny alkoholu, który mógłby przysłonić rzeczywistość i złagodzić objawy kaca. Wściekła poroztrącała szkło. Jak zwykle, jak coś jest potrzebne, to tego nie ma. Zaczęła żałować, że nie kazała Akirze przynieść kolejnej porcji.
Opadła z powrotem na poduszki. Wstanie i zejście na dół było w tej chwili zbyt trudne, a gardło nie nadawało się do wołania Hansa. Może Akira się zlituje i przyniesie jej coś?
Usłyszała otwierające się drzwi. Podniosła się trochę i odwróciła do nich, mówiąc:
– To jednak ktoś o mnie… A, to ty.
– Co to za powitanie? – fuknął Arte. – Kacyk tak bardzo doskwiera?
– Odwaliłbyś się i powiedział Hansowi, że wszystkie butelki są puste – warknęła.
– I dobrze. Czas skończyć użalanie się nad sobą i ruszyć dalej w życie. Trening się sam nie dokończy, misje się same nie wykonają.
– Wal się, zdrajco.
– Tylko bez takich – prychnął.
– Bez takich? – zapytała, wstając i podchodząc do niego. – A kto tu przysłał Akirę, co? Bo sam raczej nie wpadł na pomysł, żeby mnie nachodzić, gdy jestem pijana i nie w humorze. Jest na to zbyt rozsądny.
– Bo chciałem, żebyś się ruszyła. Przed samą sobą nie uciekniesz, więc czemu znowu próbujesz? Stało się, trzeba to przełknąć i ruszyć dalej. Jak zawsze.
Tego było Vivian za wiele. Zaczęła okładać go pięściami, wykrzykując coraz to nowe obelgi. Arte jednak nie zamierzał spokojnie czekać aż się uspokoi, kontrował ataki, co szybko przerodziło się w walkę, okraszoną przekleństwami i wzajemnymi wyrzutami.
Oparła się o niego, dysząc. Nie miała już sił, a kac nie pomagał. Mimo to nadal była na niego zła. Sama nie wiedziała, kiedy spłynęły pierwsze łzy, a usta zaczęły mówić. Powiedziała mu wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami, z każdą emocją. Czuła się źle, splugawiona i zupełnie rozbita. Nie miała sił ruszyć dalej.
Arte otulił ją ramionami i słuchał uważnie. Od tego tu przecież był. Głaskał ją po plecach uspokajającymi ruchami, ale nic nie mówił. Żadne pocieszające formułki nic tu nie dadzą, więc szkoda jego czasu. Poza tym wiedział, jak bardzo Vivian ich nienawidzi. Wolała dostać mentalnego kopniaka w dumę. Co prawda, doprowadzało ją to do szału, ale pozwalało odnaleźć energię do dalszego życia.
– Lepiej? – zapytał, gdy przestała płakać.
– Trochę. Nadal mam kaca i jestem zła o Akirę.
– No przepraszam cię bardzo, ale mnie nie wolno, a nie mam pod ręką pewnego przystojnego Azjaty o imieniu Yuu Kanda.
Uchylił się przed pięścią wycelowaną w jego szczękę.
– Ty cholerny wampirze! – wrzasnęła.
Arte zaczął się śmiać i uciekać po całym pokoju przed nią i wyzwiskami. Vivian wydzierała się na niego jak zawsze, gdy tylko wspomniał o egzorcyście.
– Ty mi po prostu zazdrościsz, co? – warknęła, gdy stali przedzieleni łóżkiem.
– Oczywiście.
Dziewczyna zgłupiała na moment. Oczekiwała całkiem innej odpowiedzi, zaprzeczenia.
– No co? – zapytał Arte. – Kto by nie zazdrościł ci miłości, która nadal jest w pobliżu? Chyba mam prawo być zazdrosny, że w każdej chwili możesz wrócić i powiedzieć mu, co czujesz.
– Doskonale wiesz, że nie mogę.
– Leverrier to twój najmniejszy problem. Gdy tylko skończysz szkolenie, będzie musiał się z tobą liczyć, bo już nie zrobi z ciebie marionetki.
– Nie chodzi o Leverriera – usiadła na łóżku plecami do przyjaciela. – Nie mogłabym mu powiedzieć. To niczego by nie zmieniło, a on…
– A on co? – wyłożył się w poprzek posłania tak, aby spojrzeć na przyjaciółkę. – Nie odwzajemni? Wzgardzi? Tego nie wiesz. Znasz go, chowa się za mur tak jak i ty.
– Właśnie mam wrażenie, że w ogóle go nie znam. Nie rozumiem. Bałabym się mu powiedzieć, bo nie wiem, jak by zareagował. Gdybym miała pewność, nawet gdyby miał mnie wykpić, byłoby łatwiej.
– E tam, przesadzasz.
– Nie wiesz, jaki on jest.
– Zdolny do wszystkiego – wzruszył ramionami. – Póki nie spróbujesz, nie dowiesz się.
– Po co w ogóle o tym rozmawiamy? Dla niego jestem martwa i to nie ma już znaczenia.
– Znowu zaczynasz?
– Nie chcę sobie robić nadziei i rozpraszać się niepotrzebnymi rzeczami.
– A nie masz ochoty kiedyś tam wrócić?
– Nie wybiegam tak daleko w przyszłość. Kilka dni temu mało nie zginęłam, więc jak miałabym myśleć o powrocie do Zakonu?
– Jak nie masz celu w życiu, łatwiej zginąć. Zaś to, co się wydarzyło, nie powinno cię złamać, lecz wzmocnić. Przeżyłaś. To jest najważniejsze.
– Dzięki waszej interwencji.
– Dzięki temu, że stworzyłaś więzy. Cienie są potężne, ale nadal pozostają tylko ludźmi, a ludzka natura ma ograniczenia. Powinnaś o tym zawsze pamiętać.
– Jestem Aniołem Lucyfera.
– Ale nadal człowiekiem. Pełnym wątpliwości, lęków i wad. Taka już jesteś i tego nie zmienisz. Najważniejsze to iść zawsze swoją ścieżką i się nie poddawać. Życie jest wredną suką, dobrze o tym wiesz.
Vivian opadła na plecy i zaczęła się śmiać. Arte aż podniósł się do siadu, żeby zobaczyć, co się stało. Przez moment miał nawet wrażenie, że dziewczyna przekroczyła granicę swoich możliwości i naprawdę zwariowała.
Wybuchła jeszcze głośniejszym śmiechem, gdy zobaczyła jego ogłupiałą minę. Chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie się wysłowić. Po prostu się śmiała, nie przejmując się tym, że nadal się nie ubrała, dookoła jest bałagan, a głowa wciąż boli po trzydniowym piciu. Czy to było takie ważne?
– Dobrze się czujesz, Vivian? – zapytał wampir.
– Tak.
– Skąd ten wybuch śmiechu? Nie powiedziałem nic śmiesznego.
– Nad własną głupotą należy albo płakać albo śmiać się. Ja wolę to drugie. Mam przecież taką siłę. I ciebie, durnego, starego wampira, który ciągle mi o tym przypomina. W końcu, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, prawda?
– Taa… – westchnął. – Ej, czy ty właśnie powiedziałaś, że jestem stary?
– A nie?
– Ty mała… To ja cię tu pocieszam, podsyłam Akirę, a ty do mnie tak? Niewdzięcznica.
Po chwili oboje śmiali się jak wariaci. Szczęśliwi wariaci. Vivian czuła się o niebo lepiej, znów żyła i była gotowa do walki. Nie zamierzała odpuścić, jakieś podrzędne demony nie będą decydować o jej życiu. Mowy nie ma.
– Chodź, idziemy na łyżwy – powiedział Arte.
– Łyżwy? Mam kaca.
– Świeże powietrze dobrze ci zrobi, a mamy dziś pochmurny dzień.
– Najpierw muszę się wykąpać i coś zjeść.
– Właśnie dlatego przyniosłem ci świeże ciuchy, a Hans zaraz zrobi nam śniadanie.
– Zapobiegawczy jak zawsze.
– To jedna z moich wielu zalet.
– Ty nie masz zalet – uśmiechnęła się wrednie.
– Moje wady to moje zalety – odparł z dumą.
– Nie pusz się tak, bo jedyną osobą, która tak uważa, jesteś ty. Przykro mi, ale twój termin przydatności już się skończył.
Zanim ją dopadł, zamknęła się w łazience, śmiejąc się głośno. Słyszała jego złorzeczenia pod swoim adresem, ale w ogóle się tym nie przejęła. To było takie normalne. Tego jej brakowało, gdy niemal sama sobie zawaliła świat przez… No właśnie przez co? Chyba tylko przez własną upartość i jakieś niezrozumiałe argumenty. Przeszłości zmienić nie można, trzeba nauczyć się z nią żyć – zawsze stosowała tę zasadę, więc co się zmieniło? Był czas smutku i rozpaczy, zniechęcenia, ale to nie mogło trwać wiecznie. Trzeba było żyć dalej, bo przecież są rzeczy, które należy jeszcze zrobić. I ludzie, których nie wolno opuścić.

***

Arte: Kto dał się nabrać?
Vivian: Naprawdę sądzisz, że uwierzyliby, że to był Kanda? Chyba kpisz? Co on by tu robił, co?
Arte: A kto go tam wie? Przecież jest nie do ogarnięcia.
Vivian: Tak samo jak twoja głupota.
Laurie: Może byście przestali, co? Są ważniejsze sprawy niż to.
Arte: Prawda. Na fanpejdżu Laur udostępniła artykuł związany ze sprawą Leithy-san. Pamiętacie, prawda? To blogerka, której opowiadanie zostało splagiatowane i wydane jako powieść. Sprawa powoli rusza do przodu.
Vivian: Dla nas tłumaczenie „małej” i wydawnictwa jest dość niesmaczne i wręcz śmieszne. Trzymamy jednak za Leithę-san kciuki w drodze do pomyślnego zakończenia sprawy. Trzeba jej teraz dużo sił psychicznych i my na pewno będziemy ją wspierać przynajmniej w ten sposób, bo przecież świadomość, że nie jest się z problemem samemu, naprawdę pomaga.
Arte: Weź do siebie swoje słowa.
Vivian: Ty…
Laurie: Dość. Leitha-san walczy dalej, a my widzimy się za tydzień już z nowym zadaniem. Stęsknił się ktoś za Klanem Noah?
Vivian: Daj spokój. To było tandetne i niesmaczne. Trzymajcie się ciepło. Pozdrawiamy i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s