Są takie chwile Kiedy się wstydzę siebie sam Wtedy żałuję Słów, które rzucam lekko tak

Paryska noc była dość mroźna, ale to nie przeszkadzało Vivian siedzącej na dachu hotelu, w którym byli zameldowani. Otuliła się płaszczem i patrzyła na miasto zmorzone snem, a jednocześnie żyjące nieco rozpaczliwie wśród cieni i pokrywającego wszystko śniegu. Nienawidziła tej sprzeczności, ale zawsze ją pociągała. Może dlatego, że kiedyś była tego częścią, a może po prostu coś było z nią nie tak, choć możliwe, że oba powody są właściwe.
Nadal była zła po kłótni z Arte, choć zdawała sobie sprawę, że z jego strony była to po prostu troska. Obawiał się o nią i nie chciał, żeby znowu cierpiała, a to było niemal pewne w sytuacji, gdy czeka ją starcie z Tyki Mikkiem. Jednak najbardziej ubodły ją nie myśl, że może sobie nie poradzić, ale słowa o Czarnym Zakonie. „Nic niewarta banda” – powiedział. Doskonale wiedział, jak ważni są dla niej egzorcyści, a jednak określił ich w tak krzywdzący sposób. Ją także, bo przecież nadal utożsamiała się z egzorcystami. To bolało. I choć chciała zapomnieć i wybaczyć, wciąż czuła w sercu wściekłość.
Wyczuła jego obecność, ale nawet się nie poruszyła. Uciekanie byłoby dziecinne, nie robiła tak nawet przy Kandzie, choć czasami obecność Japończyka była jej bardzo nie na rękę. Wiedziała też, że wampir jak Kanda nie da się tak po prostu wyrzucić. Mogłaby jedynie spróbować zrzucić go z dachu, ale efekt mógłby nie być zadawalający.
Podniosła spojrzenie na kubek, który brązowowłosy podstawił jej pod nos. Poczuła zapach jeszcze ciepłej herbaty. Przyjęła ją i spojrzała pytająco na wampira.
– Poprosiłem recepcjonistkę, żeby zrobiła nam herbaty – wyjaśnił.
– No tak, zadziałał twój urok osobisty – mruknęła, demonstrując gniew.
Arte usiadł obok, choć wyczuł, że dziewczyna wolałaby zostać sama. Mimo to przez chwilę w ciszy popijał stygnącą herbatę. Vivian poszła za jego przykładem. Mogła mówić, że nie, ale trochę zmarzła przez czas, który spędziła na dachu.
– Przepraszam – usłyszała jego głos. – Bez zastanowienia powiedziałem o parę słów za dużo, choć wcale tak nie myślę. Teraz mi wstyd. Egzorcyści są światu potrzebni, są warci więcej niż taki głupi, zgorzkniały wampir jak ja. Czy potrafisz mi wybaczyć?
– Nadal jestem na ciebie zła – powiedziała.
– Wiem, masz prawo.
– Ale rozumiem. Nie chcesz, żebym tam szła, żeby Tyki Mikk mi zagroził. Wolisz udawać, że to nic nie zmieni niż próbować się temu przeciwstawić, bo w razie porażki to ja będę cierpiała. Nie chcesz tego.
– Owszem. Wiem, ile zła ci już uczynił. Zdaję sobie sprawę, że wasze pierwotne wcielenia były ze sobą związane i to was do siebie przyciąga, ale naprawdę miałem nadzieję, że w Lidze uda się ci tego oszczędzić.
– Życie mnie nigdy nie rozpieszczało – uśmiechnęła się lekko, obracając pusty kubek w dłoniach. – Gdy usłyszałam szczegóły morderstw od Rady, poczułam strach i coś we mnie wrzasnęło, że nie chce tam jechać. Po chwili jednak poczułam żądzę krwi Noah Przyjemności. Nie wiem, czym była ta pierwsza myśl, ale druga na pewno pochodziła ze wspomnień Nii. Mój Noah nie chce go tolerować, bo był dla niej szczególny. Przysięgali sobie miłość zanim Nia odeszła obserwować ludzi.
– Dlatego tak was do siebie ciągnie.
– Nadal się boję, gdy uświadamiam sobie, że on jest gdzieś tutaj, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Tylko jedno z nas może przeżyć, a może nie przeżyje żadne. Ważne, żeby nie utrudniał tego, co już sobie zaplanowałam.
– Długo nie da się ogłupiać Zakonu, że nie żyjesz, jeśli Noah będą upierać się przy swoim – westchnął. – Rada chciałaby uniknąć konfliktu z egzorcystami.
– Nie to jest najgorsze. Jeśli przekonają ich, że zdradziłam Zakon i dołączyłam do Milenijnego, będzie dużo gorzej.
– Egzorcyści w to nie uwierzą.
– Ci, którzy mnie znają, pewnie nie albo długo będą wątpić, ale pamiętaj, że Czarny Zakon jest znacznie większy. Z siłami Leverriera ciężko negocjować.
– Vivian, jesteś Aniołem Lucyfera. Masz moc zmieniania świata i Leverrier nie ma nad tobą żadnej władzy – powiedział dobitnie. – To ty ustalasz warunki. Zapamiętaj to.
Uśmiechnęła się. Ona decydowała i dlatego była zagrożeniem dla żądnych władzy przedstawicieli obu stron. Dlatego chcieli ją stłamsić, uwięzić pod swoją tyranią, grozili lub mamili obietnicami. Teraz jednak wiedziała wszystko, choć jeszcze nie czuła się na siłach, żeby z nimi walczyć. Na to przyjdzie jeszcze czas.
– Zapamiętam – obiecała. – Przepraszam za ten policzek.
– Zasłużyłem. Może przynajmniej nauczę się nie rzucać słów bez zastanowienia. To co? Idziemy spać?
– A zagrzałeś mi łóżko? – zadrwiła.
– Trzeba było powiedzieć, że mam zapakować do torby Akirę – wyszczerzył się.
– Kretyn.
– Sama zaczęłaś.
Wystawiła mu język, oddała kubek i ruszyła na dół. Arte jeszcze przez chwilę stał na dachu, próbując wyczuć wrogą obecność, ale nic takiego nie zauważył. Gdziekolwiek Tyki Mikk był, nie potrafił go wyczuć, a Vivian nie wspomniała o tym słowem. Może go tu już nie było, a może kryje się poza ich zasięgiem.
Vivian starała się być cicho. Pokój dzieliła z Arianne i nie chciała niepotrzebnie budzić mistrzyni. Wystarczająco dużo problemów jej dzisiaj sprawili swoją kłótnią.
– Pogodziliście się? – usłyszała w ciemnościach.
– Tak, jest już dobrze. Przepraszam, mistrzyni.
– W porządku. Dla nas wszystkich to trudna sytuacja.
– Byłoby łatwiej, gdyby to był demon.
– Nie zawsze dostajemy tego, czego chcemy. Spróbuj się wyspać, Vivian.
– Dobranoc, mistrzyni.
– Dobranoc.
Rano po kłótni nie było śladu. Wspólnie ustalili plan działania, uwzględniając wszystkie ewentualności, które przyszły im do głowy. Wiedza Vivian na temat ukształtowania terenu i budynków była bardzo pomocna.
– Skąd tak dobrze znasz okolicę? – zapytał Arte.
– Mieszkałam przez jakiś czas w Paryżu. Kościół św. Patryka, a zwłaszcza jego podziemia mają dość bogatą, choć mało rozpowszechnioną historię. O paryskich katakumbach wiedzą wszyscy, nieliczni słyszeli o historiach związanych z podziemiami kościoła św. Patryka. Większość to bzdury, urojenia pijaków i wystraszonych dzieciaków, które tam wchodziły. Nic szczególnego. Natomiast nie jestem pewna, co do tunelu łączącego podziemia z katakumbami i wolałabym tego nie sprawdzać.
– Byłaś tam już kiedyś? – zapytała Arianne.
– W podziemiach? Raz. Tylko zbliżyliśmy się do tunelu. Tam jest coś, czego lepiej nie budzić. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
– Pamiętasz rozkład podziemi?
– Powinnam sobie poradzić.
– Więc będziesz naszym przewodnikiem. Ruszamy za godzinę. W ciągu dnia powinno być bezpieczniej. Poza tym goni nas czas.
– Egzorcyści już wiedzą? – zapytała Vivian.
– Prawdopodobnie. Właśnie dlatego musimy być ostrożni. Wątpliwości zostawcie w hotelu.
– Tak jest.
Przemykali ulicami jakby w ogóle niezauważeni przez mieszkańców zaaferowanych własnym życiem. Nikt szczególnie nie przejmował się, że w mieście podkładane się ciała pozbawione organów. Obchodziło to tylko rodziny ofiar, jeśli jakieś były, policję oraz prasę, która wymyślała kolejne teorie spiskowe. Nie było paniki, bo i kto mógłby się tym martwić, kiedy jest zimno i większość ludzi zamyka się w swoich ciepłych domach. Myśleli tylko o tym, jakie to szczęście, że nie oni są na celowniku mordercy. Prawdy nikt znać nie chciał.
Kościół św. Patryka wzniesiony był w mieszczańskiej dzielnicy, trochę na uboczu. Według opowieści planowano przy nim cmentarz, ale w rezultacie ten nigdy nie powstał. Może nigdy nie miał, bo o tym miejscu opowiadano wiele rzeczy, a każda bardziej fantastyczna od poprzedniej. Większość to zwykłe bujdy, ale kilka… Vivian nie chciała o tym myśleć. Przynajmniej nie teraz.
Pewnym krokiem weszła do środka. Obcasy jej butów postukiwały cicho o kamienną posadzkę, dźwięk przepłoszył jakąś dziewczynkę, zapewne ulicznicę, która uciekła bocznym wyjściem zanim zwrócili na nią większą uwagę.
W środku wszystko wyglądało jak w każdym innym czynnym kościele. Nie brakowało krzyża, białego obrusu na ołtarzu i wiecznie palącej się świecy. Tylko atmosfera tego miejsca nie przypominała świątyni.
– Akumy – wyszeptała Vivian.
Przez chwilę czekali gotowi odeprzeć atak, ale nikt nie wyszedł im na spotkanie. Arianne dała znać uczennicy, żeby poprowadziła dalej. Akumami zajmą się później lub zostawią egzorcystom.
Brązowowłosa przeszła boczną nawą aż do końca sali, gdzie w podłodze odnalazła klapę. Arte odsunął ją na bok i sam pociągnął za rączkę, otwierając zejście do podziemi. Co dziwne, były oświetlone pochodniami umieszczonymi w jednej ze ścian.
Cienie spojrzały po sobie.
– Chyba nas oczekują – szepnął Arte.
– Nie każmy na siebie dłużej czekać – zironizowała Vivian, wyciągając zza paska sztylet.
Korytarz był na tyle wąski, że walka kataną byłaby poważnie utrudniona, więc nie było sensu sięgać po Czarną Różę.
Arte wyciągnął karykaturalnie rękę, zapraszając dziewczynę do środka. Ta tylko pokręciła głową i zamiast użyć schodów, zeskoczyła na dół. Pod nogami poczuła litą skałę tak jak wtedy, gdy była tu po raz pierwszy i ostatni. Nie sądziła, że tu wróci. Nie czuła obecności żadnego z Noah, co było dość dziwne. Bardziej prawdopodobne było, że Tyki czeka na nią w jednej z sali podziemi z szerokim uśmiechem na szarej gębie i paroma frazesami, które powodują u niej mdłości. Jego nieobecność wzmogła czujność dziewczyny, bo w takim razie mogli spodziewać się wszystkiego. Skupiła się na wyczuciu obecności innocence, ale niczego nie poczuła. Odetchnęła z ulgą, przynajmniej zmniejszyła prawdopodobieństwo, że znajdzie trupy egzorcystów.
– Idziemy? – zapytał Arte.
On i Arianne zdążyli zejść na dół i teraz przyglądali się jej uważnie. Skinęła głową, poprawiła kaptur i ruszyła przed siebie. Stwierdziła, że na razie najlepiej iść śladem pochodni. Nie paliły się przecież przypadkowo, więc najprawdopodobniej wskazywały im drogę wyznaczą przez przeciwnika.
Otaczała ich kompletna cisza. Nie wyczuwali żadnej obecności, podziemia były całkowicie puste, pozbawione nawet szczurów. Jedynie atmosfera tego miejsca sprawiała, że Vivian miała ciarki na plecach.
W przeciwieństwie do niej Arte rozglądał się uważnie i przelotnie zaglądał w salki czy mniejsze odnogi korytarzy, które nie były oświetlone. Wolał mieć pewność, że nic ich nie zaatakuje od tyłu, bo inaczej znaleźliby się w potrzasku. Nic jednak nie wskazywało na obecność kogoś jeszcze, choć na dokładniejsze przeszukanie nie było czasu. Rozdzielanie się także było głupim pomysłem w tej sytuacji.
Oświetlona część korytarza skończyła się niespodziewanie na rozwidleniu dróg. Nie było widać, czy któraś część jest dalej oświetlona, choć Vivian i Arte słyszeli daleki odgłos trzaskającego ognia i nie były to pochodnie za nimi.
– Którędy teraz? – zapytała Arianne.
– Tędy – Vivian bez wahania wskazała prawą odnogę.
– Jesteś pewna?
– Lewy korytarz prowadzi w plątaninę kolejnych. Za prawym znajduje się okrągła sala, która wręcz pasuje na scenę zbrodni dla Tykiego – wyjaśniła.
Poprowadziła ich wybranym korytarzem w zupełnej ciemności. Droga ciągnęła się niemiłosiernie i Arte powoli wątpił, czy Vivian wybrała odpowiednią odnogę, ale powstrzymał się od głośnego wyrażenia swojej opinii. Powinien jej zaufać. Przecież wiedziała, co robi, a rozdrażnienie przyjaciółki i wywołanie teraz kłótni byłoby bardzo głupie.
Pierwszy, niestały promień światła rozwiał jego wątpliwości. W nozdrza uderzył go zapach krwi. Nie najświeższy, ale nadal dobrze wyczuwalny. Vivian miała rację – zbliżali się do miejsca zbrodni. Teraz musieli być jeszcze bardziej ostrożni, bo nie wiedzieli, co ich tam czeka. Może kolejny trup, może pułapka, a może nic. Kto wie, co łazi po głowie Noah Przyjemności?
Tuż po przekroczeniu progu sali w ich stronę rzucił się rój czarnych zwierzątek. Początkowo wydawało się, że to nietoperze, ale miały inną formę. Przypominały motyle.
– Tease – syknęła Vivian.
Sztylet zamieniła na katanę jednym, płynnym ruchem.
– Innocence, aktywacja. Przeniesienie.
Wystarczył jeden cios, by wszystkie twory Tykiego zostały zniszczone. Oczy Vivian na moment zalśniły złotem, po czym schowała miecz.
– Vivian.
Brązowowłosa spojrzała na ścianę, którą wskazywał Arte. Zamarła na kilka upiornych sekund.
– „Nie uciekniesz przed nami, Aniele Lucyfera” – przeczytała. – Bardzo subtelne.
Podeszła bliżej, choć już stąd widziała, że słowa pisane były krwią. Może ofiar, może kogoś innego. Na pewno ręką Tykiego – tego była pewna.
– Ślady krwi.
– Palce ofiar były zdarte do kości – powiedziała cicho Arianne. – To jest miejsce ich śmierci.
– Błagały o litość – wyszeptała Vivian. – Tease przeżerał ich wnętrzności, powodując ból, jakiego nie znały. Stąd nikt ich nie usłyszał. Umierały długo i w cierpieniu. Przy odrobinie szczęścia serce wysiadało zanim Tease skończył ucztę. Umierały z bólu, niektóre, te silniejsze, na skutek krwotoku wewnętrznego. Sukinsyn.
Uderzyła pięścią w ścianę. Czuła wściekłość i żądzę mordu. Nie mogła tego zignorować. Zrobił to tylko, żeby zwrócić jej uwagę i przekazać trywialną wiadomość. Gdyby go teraz dorwała, rozbiłaby mu łeb o najbliższą ścianę.
Arte rozglądał się uważnie po pomieszczeniu, spacerując we wszystkie strony. Wystrój tego wnętrza był dość dziwny, powiedziałby, że wręcz przygotowany na ich wizytę.
– Czarny jedwab?
Vivian odwróciła się do niego, gdy uniósł rąbek tkaniny leżącej na podłodze. Dopiero teraz sama się rozejrzała.
– Krucze pióra, niezapisane księgi, taca z owocami – wymieniał dalej wampir. – On ma coś nie po kolei w głowie.
– Nie – odparła brązowowłosa. – To wszystko jest wiadomością, którą tylko ja zrozumiem. To informacja, że odzyskał utracone wspomnienia sprzed Trzech Dni Ciemności.
– Utracone wspomnienia?
– Noah nie pamiętali, że Czternasty Noah istnieje i ich zdradził, ściągając na Ziemię skuteczną broń przeciwko nim. Innocence. Tyki odzyskał już pamięć, choć nie wiem, czy dotyczy to tylko go czy pozostałych również.
Patrzyła po sali, czując przypływ wspomnień swojego Noah. Każda rzecz w tym pomieszczeniu przywodziła kolejną sytuację, słowa, gesty. Kiedyś tak bliscy, niemal nierozłączni przysięgali sobie wieczną miłość. Jednak wszystko się zmieniło, nic już nie mogło być takie samo. Oboje o tym wiedzieli. Ich kolejne spotkanie zakończy się śmiercią jednego z nich tak jak ostatnie spotkanie Nii i Joido. Tylko które z nich przegra?
Jej uwagę zwrócił bukiet dziesięciu czarnych róż w wazonie stojącym obok jedwabnego posłania. Kopnęła go w złości.
– Sukinsyn – warknęła. – Idź do diabła, Tyki.
Kwiaty rozsypały się po podłodze. Były świeże, co oznaczało, że ktoś niedawno tu był i je przyniósł. Możliwe, że Noah Przyjemności. Pamiętał, jakie kwiaty ukochała i teraz kpił z niej w perfidny sposób.
– Jest w mieście? – zapytała Arianne.
– Nie czuję jego obecność, więc pewnie już nie.
– Dziwne. Wyglądało, że chce cię wyciągnąć z ukrycia – stwierdził Arte.
– Może wystarczy mu przekazanie informacji – odparła Vivian, po czym odwróciła się do nich gwałtownie. – Egzorcyści. Sukinsyn chce nas skonfrontować i doprowadzić do walki. Moja ucieczka i sfabrykowana śmierć ławo zostać mogą uznane za dowody zdrady. Nie wszyscy egzorcyści, wręcz większość, nie posłucha zanim nie uniosą broni.
– Nieźle to sobie wymyślił – Arte pokiwał głową.
– W swym okrucieństwie jest sprytny. Takie rzeczy go bawią. W końcu jest Noah Przyjemności.
– Powinniśmy wracać – postanowiła Arianne. – Musimy zmniejszyć ryzyko spotkania z egzorcystami.
– Racja. Nie mam ochoty spełniać zachcianek Tykiego.
Spojrzała jeszcze raz na krwawy napis na ścianie. „Nie uciekniesz przed nami, Aniele Lucyfera” – groźba i obietnica. Próba stłamszenia jej wolności dla zwycięstwa, zastraszenia. Kiedyś może odniosłoby to skutek, ale nie teraz, gdy jest świadoma swej mocy i siły. Tym razem nie zamierzała uciekać ani przed nimi ani przed Czarnym Zakonem. „Jeszcze zobaczymy, kto tu będzie, przed kim uciekał” – przeszło jej przez myśl.
– Idziesz?
– Tak.
W ciemności usłyszała kroki od strony, w którą się kierowali. Jej wrażliwy słuch wyłowił także szept. To był bardzo znajomy głos. Skupiła się na wyczuciu akum ponad podziemiami, ale ich nie wyczuła. Wiedziała już dlaczego. Złapała swoich towarzyszy za płaszcze i wciągnęła do bocznej wnęki, żeby przeczekać.
Milczeli wsłuchani w ostrożne kroki egzorcystów. Vivian naliczyła cztery osoby. Im bliżej byli, tym bardziej utwierdzała się w ich tożsamości, więc nawet nie musiała ich wyglądać, choć zobaczyła ich twarze w świetle pochodni, którą ze sobą zabrali. Nie zauważyli Cieni kryjących się w bocznej salce. Odziane w czerni, nieruchome zlewały się z otoczeniem niewidoczne dla przypadkowej osoby. Tak było lepiej, bo Cienie nie chciały być widziane, nie było im to do niczego potrzebne, bo oficjalnie nie istniały i nie działały. Były tym, czego ludzie nie potrafili pochwycić i nie chcieli zrozumieć, bo rujnowało ich światopogląd. Było zbyt niebezpieczne.
Odczekali aż egzorcyści oddalą się od tego miejsca i dopiero wtedy ruszyli w drogę powrotną. Vivian odwróciła się na moment, żeby spojrzeć za dawnymi towarzyszami broni. Przez chwilę zastanawiała się, czy słowa na ścianie sprawią, że zaczną wątpić w jej śmierć czy może uznają to za durną gierkę Noah. Czy ich w ogóle poruszą? Szybko jednak odrzuciła tę myśl i ruszyła za Arte, porzucając całą sprawę i to miejsce. Nic już nie mogli zrobić, ale prawdopodobnie zakończyli cykl potwornych zbrodni. Tyki już nie miał po co zabijać, wiadomość dotarła.
Było już ciemno, gdy wyszli z kościoła. Do tego zaczął padać śnieg. Była w tym jakaś magia, choć żadne z nich tego nie dostrzegało. Wrócili w milczeniu do hotelu.
– Idźcie coś zjeść – poleciła Arianne. – Skontaktuję się z Radą.
– Zrozumiano.
Jeszcze tej samej nocy wsiedli w pociąg powrotny do Berlina. Nie byli w Paryżu do niczego potrzebni, resztę mogli zostawić egzorcystom, bo to mieściło się w ich kompetencjach. Właśnie dlatego trójka Cieni mogła wracać.
Lekki wiaterek poruszył huśtawką, na której leżała. Pod głową czuła jego kolana, podłożyła pod nią rękę, układając się na plecach i spojrzała na niego pytająco.
– Martwisz się – usłyszała. – Nie wiesz, czy uwierzą.
– Nie mając punktu zaczepienia, mogą jedynie szukać wiatru w polu.
– Chciałabyś do nich wrócić – to nie pytanie, lecz stwierdzenie.
– Teraz mi to odradzisz, bo za szybko upadnę. W chwili obecnej jest większe prawdopodobieństwo, że tak się stanie.
– Racja – uśmiechnął się. – Nie czujesz się jeszcze gotowa. Nadal masz wątpliwości i nie rozwiązałaś wszystkich problemów. Poza tym masz zobowiązania, których nie możesz ot tak porzucić.
– Upadnę? – zapytała.
– To zależy tylko od ciebie, Aniele.
– Byłoby o wiele prościej, gdybyś powiedział mi o wszystkim. O tym, co było i o tym, co może się stać, o zadaniu, które przede mną stawiasz.
– Aniele, ty wybierasz ścieżkę. Mnie nie wolno ingerować. To nie jest już mój czas.
– Na razie zasłaniasz mi oczy i każesz iść na oślep.
– Gdybym powiedział ci wszystko, co wiem, mogłabyś zrobić sobie krzywdę, a do tego nie chcę dopuścić. Pozwól się choć odrobinę chronić.
Wolną rękę położyła na jego policzku i spojrzała w jego czarne oczy. Przez chwilę próbowała zastanowić się, czy są identyczne jak te Kandy czy tylko podświadomość płata jej figle. Czasami nie wiedziała już, co jest ułudą a co rzeczywistością.
– Żałujesz? – zapytała.
– Czego?
– Tego, że jej nie ochroniłeś, nie powstrzymałeś.
– To była jej walka i nawet gdybym chciał, nie powstrzymałbym jej. Nie pozwoliłaby na to zbyt dumna i uparta. Chciała naprawić to, co zniszczył Klan Noah. Czuła się odpowiedzialna za własną niewiedzę i rodzinę. Wiesz to, Aniele.
– Ale wciąż nie wiem, dlaczego akurat ona zdradziła Milenijnego. Nie chodziło przecież o władzę ani nic tak trywialnego.
– Noah, choć zrodzeni jako diabelscy apostołowie, mają więcej z ludzi niż potrafią przyznać. Dotyczy to także pierwszej generacji. Właśnie dlatego byli tak dumni i wywyższali się ponad ludzi ze względu na swe unikalne zdolności. U Nii początkowo nie było widać dodatkowych atrybutów. Traktowano ją raczej jako maskotkę niż rzeczywistego członka Klanu. Cóż się dziwić, była najmłodsza. Do tego miała w sobie ostatni element układanki, więc woleli trzymać ją z daleka od świata.
– Ale na to nie pozwoliła.
– Jak każdy łaknęła wiedzy o otaczającym ją świecie. W przeciwieństwie do pozostałych Noah dostrzegała w ludziach to, co sprawiło, że zdecydowała się za nich walczyć, kiedy nadeszły Trzy Dni Ciemności. Była wyjątkowa i to było dla Adama przekleństwem. Sam stworzył broń przeciwko sobie.
– Odziedziczyłam po niej wolę? – zapytała.
– Odziedziczyłaś po niej serce buntowniczki – uśmiechnął się. – A buntowniczka chadza własnymi ścieżkami. Kto nie potrafi tego zaakceptować, nie może iść przy twoim boku.
Podniosła się do siadu i objęła dłonią jego policzek. Patrzyła mu w oczy, jakby czegoś szukając. Zbliżyła się. Ostrożnie i powoli. Białowłosy nie poruszył się, pozwalając jej zrobić, co chce. Gdy ich usta były o milimetry od siebie, odsunęła się.
– Nie potrafię – szepnęła.
– Ja i on to dwie różne osoby.
Przyciągnął ją do siebie i otulił ramionami. Poczuł jej oddech na szyi.
– Nasze drogi się rozeszły i nigdy już nie zejdą – wyszeptała. – Chcę wierzyć, że tak będzie najlepiej, ale to nieprawda. Nie chcę, żeby to była prawda. Choć czasem jest na wyciągnięcie ręki, dzieli nas przepaść. Dlaczego doceniamy to, co już straciliśmy?
– Nie wiem, ale nic nie jest przesądzone, dopóki oboje oddychacie. Przyjdzie dzień, kiedy wyciągniesz rękę i uchwycisz jego dłoń, a na razie śpij, mój Aniele. Odpocznij, bo czeka cię jeszcze wiele zadań i walk. Musisz mieć siłę. Jestem tu tylko dla ciebie. Zawsze aż do końca.

***

Vivian: Ostatni rozdział w tym roku, co oznacza, że za chwilę już święta.
Laurie: Nie ma świąt, odwołujemy.
Arte: Jak to? Dlaczego?
Laurie: Nie ma śniegu.
Vivian: Jak co roku Laur dostaje szału, bo nie ma śniegu. Zaraz ci włączę „Last Christmas”, to się uspokoisz. Robotę mamy.
Laurie: Ja się też mogę czasem polecić.
Arte: Dziewczyny, spokojnie. Laurie, ty zajmij się pisaniem, skoro ci tak dobrze idzie, a my z Vivian załatwimy ostatnie ogłoszenia. Możesz nam zaufać.
Laurie: Jasne.
Vivian: Pomijając tę wymianę zdań, czas na informacje dotyczące ostatnich dni roku 2014.
Arte: W środę wypada Wigilia i jak co roku, ukaże się odcinek świąteczny. W tym roku będą to święta Ligi.
Vivian: Tydzień później, w Sylwestra pokaże się odcinek sylwestrowy. Ma być związany z egzorcystami. Ma, bo Laur go jeszcze nie napisała.
Laurie: Muszę nad nim jeszcze pomyśleć.
Vivian: Dobrze, myśl. Tylko, żeby ci to za długo nie zajęło.
Arte: Na kolejny zaś rozdział zapraszamy 9 stycznia, w piątek. Rok zaczniemy od Czarnego Zakonu.
Vivian: Ciekawa jestem reakcji naszych czytelników. Tak poza tym możecie się od czasu do czasu odezwać, żeby ta maruda miała większą motywację do pisania tego, co powinna.
Laurie: Marudzisz. Jeszcze za wcześnie, żeby życzyć Wam Wesołych Świąt, więc tylko pozdrawiamy i do zobaczenia następnym razem.

One thought on “Są takie chwile Kiedy się wstydzę siebie sam Wtedy żałuję Słów, które rzucam lekko tak

  1. prz_ pisze:

    Odzywam się, maruda miała większą motywację do pisania tego, co powinna🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s