Itsumo sugoku jiyuu na anata wa ima Kono ame no naka donna yume wo oikakete iru no Dokoka de kodoku to tatakai nagara Namida mo gaman shiterun darou

Pogoda nie sprzyjała wyjściu na zewnątrz. Lało, wiatr szarpał nagimi gałęziami drzew, było zimno. Zima w Londynie w niczym nie przypominała zimy z prawdziwego zdarzenia. Owszem, śnieg spadł, ale niedługo później roztopił się w iście jesiennej temperaturze, więc krajobraz był szary i ponury. Brak słońca, ciągłe chmury i deszcz uderzający o szyby – londyńska zima.
Dziś było wyjątkowo paskudnie. Chyba właśnie dlatego Kanda wybrał się na trening na zewnątrz. Przynajmniej nikt za nim nie polezie, żeby przeszkadzać. Nie, żeby lubił taką pogodę, ale dawała wytchnienie od irytującego towarzystwa ludzi.
Zrzucił z siebie płaszcz, chwycił Mugen i zaczął trening. Przemókł w ciągu kilku kolejnych minut, ale to mu nie przeszkadzało. Zimne strugi deszczu przynosiły ulgę po kolejnej koszmarnej nocy. Chłodziły ciało i wymagały od niego jeszcze większego skupienia, większego wysiłku. To miało pomóc i rozwiać wszystko, o czym nie chciał myśleć. Mimo to nadal miał przed oczami jej wykrzywioną bólem twarz. Nie mógł się uwolnić od tego obrazu. Im wyraźniejszy się stawał, tym gwałtowniejsze były jego ruchy, im bardziej chciał zapomnieć, tym bardziej mu o tym przypominało. W każdym ciosie były ból i wściekłość na własną słabość. Była jego słabością, osłabiała go i mimo że chciał nienawidzić, nie potrafił. Wszystkie złe emocje, które czuł, były skierowane na jego samego. Bo nie potrafił jej powstrzymać. Bo nie był dla niej tym, kogo potrzebowała. Bo nadal ma to dla niego znaczenie. Bo nie potrafi zamknąć tego rozdziału raz na zawsze. Bo nie potrafił tego zrozumieć.
Miecz uderzył o ziemię wypuszczony z zziębniętej dłoni. Opadł na kolana bez sił do dalszego treningu. Kiedy ostatni raz doprowadził się do takiego stanu? Czy nie z nią, krzesząc ostatnią odrobinę energii na dotarcie do swojego pokoju, pozostawiając ją w świadomości, że jest lepszy, że zostały mu siły po morderczym treningu? Duma i ego tak rozbudzone w tamtym czasie, świadomość zadania sprawiały, że stawał nad nią z wyższością, żeby tylko nie pomyślała, że coś się zmieniło. By nie zostać z nią, pozwalając, by się na nim oparła i wspólnie czekać na przypływ energii, żeby wrócić do siebie. By nie poczuła się ważna.
Teraz mógł obwiniać tylko samego siebie, ze nie potrafi wykrzesać z siebie energii do powrotu. Że pozwala własnemu ciału opaść na mokre, zimne podłoże i chłonąć deszcz uderzający z zaciętością i drwiną nad pokonanym Japończykiem. Wszystko z niego drwiło, lecz nie on sam, bo normalnie nie miał na to siły.
Usłyszał kroki. Tylko przez moment miał nadzieję, że ktokolwiek to był, zostawi go w spokoju. Było już ciemno, a mimo to doskonale widział postać zmierzającą w jego stronę. Jasne włosy zaplecione w grubego warkocza wymknęły się spod kaptura płaszcza, bladozielone oczy wypatrywały go z niepokojem. Skrzywił się. Że też musiała tu przyleźć.
– Czego chcesz? – zawarczał nieprzyjemnie.
– Przeziębisz się.
Przewrócił tylko oczami, podnosząc się do siadu. Może i był przemoczony, ale nie sądził, żeby to coś zmieniło.
– Martw się o siebie.
Dziewczyna ściągnęła z gałęzi jego płaszcz – także przemoczony, bo jakże inaczej po całym niemalże dniu – i okryła nim bruneta.
– Czemu nikomu nie pozwalasz się o siebie zatroszczyć? – zapytała.
Przyglądała mu się ze smutkiem i troską. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego cały dzień spędził na tym okropnym deszczu, trenując do utraty sił. Czemu tak bardzo o siebie nie dba?
– Czego tu chcesz, Mio? – zaakcentował jej imię.
Większość mieszkańców Zakonu omijało tę część lasu, wiedząc, że to jego terytorium. Mieli problem, żeby go znaleźć, tylko ona potrafiła bezbłędnie określić jego lokalizację i nie bała się tu wchodzić. Na tę myśl oczy pociemniały mu z gniewu, strasząc przy okazji Mię, która się cofnęła.
Kanda wstał. Każdy jego krok sprawiał, że blondynka cofała się, nie wiedząc, do czego Japończyk zmierza. Na co dzień można powiedzieć, że potrafili się dogadać, o ile nie była zbyt nachalna. Miała jednak świadomość, że jest nieobliczalny. Właśnie tak jak teraz. Nie wiedziała, co zrobi ani jak się zachowa i to ją trochę przerażało.
Zatrzymała się, opierając plecy na pniu drzewa. Dalej nie pójdzie. Kanda przystanął krok przed nią, na tyle blisko, żeby musiała podnieść głowę, by spojrzeć mu w oczy. Te parę centymetrów różnicy sprawiało, że teraz nad nią górował.
– Po coś tu przyszła? – zapytał ponownie.
Odwróciła spojrzenie, nie mogąc znieść jego wzroku świdrującego ją od momentu, gdy się podniósł. Jeszcze wtedy, gdy zobaczyła go z daleka leżącego na ziemi niczym pokonanego przez własne słabości, przestał być niezależnym, nieco groźnym egzorcystą, a stał się samotną, przeraźliwie smutną osobą, która coś straciła. Nawet teraz w jego oczach było coś niepokojącego. Coś, co do niego nie pasowało – tęsknota za utraconym skarbem. Może dlatego złościł się i irytował, trenował w strugach deszczu, choć to nie mogło przywrócić tego, co odeszło.
– Mia.
Podniosła na niego spojrzenie, czując, że się czerwieni. Był za blisko i za każdym razem, nawet w zwykłym treningu płoniła się na jego bliskość. Przy nim stawała się płochliwa, co przecież mógł łatwo wykorzystać dla swoich korzyści.
– Martwiłam się o ciebie. Cały dzień spędziłeś na tym deszczu.
– To nie jest powód, żebyś tu przyłaziła.
– Czasami mam wrażenie… – zaczęła niepewnie.
– Że?
– Że kiedy wychodzisz na te samotne treningi, kogoś niemal rozpaczliwie szukasz.
– Czujesz się zazdrosna? – zapytał rozbawionym tonem.
Zaczerwieniła się jeszcze bardziej i uciekła spojrzeniem, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Kanda chyba z niej kpił, ale tego nie była do końca pewna. Nie potrafiła go rozgryźć.
Uniósł jej podbródek, żeby spojrzeć w oczy. Kciukiem pogłaskał gładki policzek. Drobna, eteryczna i taka niewinna – zupełne przeciwieństwo obrazu egzorcysty. Zupełne jej przeciwieństwo.
Sam nie wiedział, dlaczego je porównuje. To był pierwszy raz. Może za dużo o niej myślał i skojarzenia same pchały się teraz do głowy.
– Nie jestem zazdrosna – powiedziała cicho.
– I nie masz o co. Nikogo nie szukam.
Chciała jeszcze o coś zapytać, ale zawahała się. Kiri surowo zabroniła jej poruszać tego tematu w obecności Kandy. Nie wyjaśniła tego, ale musiał być jakiś powód.
– Pytaj.
Pokręciła głową niepewna, czy powinna. Nie chciała psuć relacji, która pomiędzy nimi była, ale ponaglające spojrzenie Kandy sprawiło, że w końcu otworzyła usta:
– Czy ta zmarła siostra Allena… czy ona naprawdę była kimś szczególnym?
– Dlaczego akurat o to pytasz? – nie drgnęła mu nawet powieka.
– Może staram się ciebie zrozumieć.
– Popełniasz błąd za błędem, Mio. Martwi nie mają znaczenia dla egzorcystów. Noah jest martwa, nie wróci, więc nie ma sensu nad tym myśleć. Zakonowe plotki nie powinny zaprzątać ci głowy.
– Wybacz. Nie chciałam być zbyt ciekawska.
– A może po prostu zazdrosna? – zakpił znowu.
Chciała odwrócić wzrok, ale jej na to nie pozwolił. Przyciągnął ją do siebie na kilka centymetrów, wyraźnie sugerując, co chce zrobić. Czekał też na jej reakcję ciekawy, co się stanie, gdy zbliży się bardziej.
– Kanda… – szepnęła.
– Hm?
Położyła dłoń na jego torsie, ale nie odepchnęła go. Nie była zdecydowana, co chce zrobić. Kanda odsunął się na tyle, by już nie czuła się zagrożona. Mimo to nie zabrała ręki, pod którą wyraźnie czuła jego bijące serce. Dużo spokojniejsze niż jej własne.
– Czasami naprawdę wyglądasz tak, jakby nic cię nie ruszało. Jakbyś nie miał żadnych uczuć – wyszeptała. – A przecież bije w tobie serce tak podobne do mojego. Też coś czujesz, prawda?
– Masz mnie za potwora?
– Nie, ale…
– Nie próbuj mnie zrozumieć. Nic dobrego ci to nie przyniesie, Mio. Zmokniesz, jeśli będziesz tu zbyt długo stała.
– Ty już jesteś przemoczony.
– W przeciwieństwie do ciebie nie zrobi mi to różnicy. I na przyszłość: nie szukaj mnie, jeśli wyszedłem. Twoja obecność jest tu zbyteczna.
Odwrócił się po porzucony wcześniej miecz. Przestał zwracać uwagę na dziewczynę, która w milczeniu towarzyszyła mu w drodze powrotnej do Kwatery Głównej. Zaraz po wejściu do budynku oddaliła się w sobie znanym kierunku, może na stołówkę – była pora kolacji. Kanda wolał opuścić posiłek, żeby uniknąć niepotrzebnego ględzenia, że nie powinien włóczyć się po deszczu przez cały dzień. Wrócił do siebie z zamiarem kąpieli i położenia się do łóżka. Liczył, że zmęczenie przegna koszmary, które trawiły go od kilku dni nieustannie w każdą noc. Nic dziwnego, że łatwo było go wytrącić z równowagi.
Dopiero po gorącym prysznicu poczuł bunt mięśni. Zdecydowanie brakowało mu partnera do takich wyczynów, ostatni raz czuł się tak podczas ostatniego sparingu z Vivian. Tylko ona potrafiła go tak wykończyć. Może Lavi miał rację, że to dla nich substytut seksu? Do łóżka przecież nie mógł jej zaciągnąć.
Pokręcił głową, wyrzucając te myśli z głowy. Naprawdę, jakby nie miał o czym myśleć… Lavi to akurat najmniej miał na ten temat do powiedzenia, bo o niczym nie wiedział i nie rozumiał. Gadanie trzy po trzy nie robi z tego rudego zająca kronikarza.
Gdy wrócił do pokoju, zobaczył w środku Mię. Odkładała właśnie tacę na stolik. Cofnęła się do drzwi trochę niepewna, bo doskonale wiedziała, że Kanda nie znosi naruszania jego prywatności.
– Pukałam, ale chyba nie słyszałeś – zająknęła się.
– Naprawdę nie masz innych zmartwień? – zapytał, opierając się o szafę i zakładając ręce na nagim torsie. – Bo na kolację cię nie zaproszę.
– Tego nie oczekuję.
– Więc czego oczekujesz?
– Podziękowania? – zasugerowała.
Kanda poczuł rozbawienie tą prostą odpowiedzią. Mia chyba sama plątała się w swoich odczuciach, była po prostu za dobra do tego miejsca i do tych ludzi. Za łagodna i zbyt naiwna. Niewinna, co tylko pogłębiał jej wygląd. Pamięci nie odzyskała, więc tak naprawdę nie wiedzieli, kim była, ale to nie miało znaczenia. Mogła być tym, kim chciała w przeciwieństwie do tych, którzy znali już swój los – był przypieczętowany.
Podszedł do niej i ujął jej twarz w dłonie. Zanim zdążyła zrozumieć, co Kanda chce zrobić, pocałował ją delikatnie w czoło. Gest był krótki i czuły, zupełnie niepasujący do gruboskórnego drania, jakim widział go świat.
– Dziękuję – usłyszała.
Puścił ją i usiadł na łóżku, przysuwając sobie tacę. Dopiero teraz poczuł głód. Zupełnie stracił zainteresowanie blondynką, która stała oniemiała przy drzwiach.
– Czas na ciebie – rzucił.
– A, tak. Dobrej nocy, Kanda.
Wyszła pod jego czujnym spojrzeniem. Miał szczerą nadzieję, że dziewczyna już tu nie wróci z kolejnym pomysłem. Tolerował ją, ale teraz sam złapał się na myśli, że Mia mogła sobie coś wymyśleć, chociaż raczej była świadoma, że nic z tego. Rozumu naprawdę jej nie brakowało.
Zapach krwi mieszał się z zapachem róż, które wypełniały całe pomieszczenie. Czarne kwiaty, które kojarzyły się tylko z jedną osobą. Nie chciał podnosić głowy i znów na to patrzeć, spodziewał się, co zobaczy. Zawsze było tak samo.
Ktoś szarpnął go za włosy, brutalnie unosząc mu głowę. Gdy zobaczył zadowolony uśmiech Noah Przyjemności, poczuł wściekłość. Pulsującą, zalewającą czerwoną posoką oczy, rozdzierającą żyły pełne gorącej krwi. Nie usłyszał jego pierwszych słów. Szarpnął się, żeby zaatakować, ale Tyki Mikk odskoczył bez najmniejszego wysiłku.
– Nie sądziłem, że masz tyle energii, rycerzyku – zakpił Noah. – Trzeba by ją jakoś wykorzystać. Co myślisz?
Nie odpowiedział, nie chcąc dać się sprowokować. Spętane z tyłu ręce ograniczały mu ruchy, przez co nie mógł walczyć. Zresztą wątpił, że tak obolały byłby w stanie pokonać Tyki Mikka, a nie zamierzał dawać mu satysfakcji.
– Języka ci nie obciąłem. A ty, królewno, co myślisz? – rzucił przez ramię.
Leżała zakrwawiona na czarnej jedwabnej płachcie wśród czarnych róż, których kolce rozdarły jej skórę. Ten widok mógłby być piękny, ale teraz było w tym coś przerażającego i chorego.
Odwróciła głowę w ich stronę. Wymagało to od niej sporego wysiłku, w oczach miała ból. Tyki Mikk doprowadził ją na skraj możliwości. Poruszyła ustami, ale nie usłyszeli ani słowa. Nawet cichego jęku. Gardło musiała mieć naprawdę w kiepskim stanie.
– No cóż, królewna raczej też nie skomentuje tego faktu – Tyki wyszczerzył się. – Wydaje się wykończona.
Kanda zacisnął zęby we wściekłości. Noah Przyjemności mówił tak, jakby zapomniał, że to on doprowadził dziewczynę do takiego stanu. Nadal w uszach rozbrzmiewały mu jej bolesne wrzaski błagające o litość. Zniszczył ją dla własnej, chorej satysfakcji. Nie liczyła się ona, lecz zwycięstwo, panowanie nad Aniołem Lucyfera. Była tylko narzędziem, zepsutą zabawką, która właśnie mu się znudziła, bo nie mogła wytrzymać bólu i upokorzenia.
Wrzasnął, czując, jak trzy żebra zostają złamane. Tego się nie spodziewał. Kości wbiły się w organy wewnętrzne, w gardle poczuł krew, choć wiedział, że oprawca nie pozwoli mu tak szybko umrzeć. Teraz jego kolej, by zedrzeć gardło.
Głowa Mikka odpadła od tułowia, jego śmiech urwał się jak trzaśnięcie biczem. Podniósł spojrzenie zaskoczony przerwą w torturach. Truchło leżało u jego stóp, zalewając posadzkę krwią. Nie to jednak zwróciło jego uwagę.
Stała tuż przed nim zupełnie naga. Z ran nadal ciekła krew, czarne skrzydła były postrzępione, a długie, brązowe włosy odrzuciła do tyłu. W dłoni trzymała ostrze, chyba Mugenu. Teraz jednak odrzuciła je na bok już nieprzydatne. Kopniakiem odtrąciła truchło i uklęknęła przed nim. Jej oczy skrzyły się złotym blaskiem i były tak przerażająco zimne, że poczuł dreszcz strachu na plecach. To, co zrobił jej Tyki Mikk, sprawiło, że coś w niej się przebudziło.
Zanim zdążył się odezwać, wpiła się w jego suche wargi z brutalnością, jakiej nigdy by się po niej nie spodziewał. Pocałunek był wypełniony furią, nie przypominał nawet tych, którymi on ją niegdyś obdarowywał. Zwierzęcy wręcz.
Jęknął jej w usta, gdy poczuł, z jaką brutalnością obchodzi się z jego ciałem. Ból i rozkosz rozchodziły się po każdej komórce, sprawiając, że stał się uległy i nawet nie próbował się wyrwać. To ona tu rządziła. Czuł jej rozpalone, pokryte ranami ciało, pragnął jej, ale nie takiej. Coraz bardziej uświadamiał sobie własny strach.
Wyszczerzyła zęby w okrutnym uśmiechu. Po pokoju rozniósł się jej złowieszczy szept:
– Właśnie tak. Umrzesz w upokorzeniu i rozkoszy jak szmaciana lalka pieprzony przez swoją panią. Zapłacisz za każdą odrobinę bólu. Nawet najdrobniejszą.
Zerwał się i mało nie spadł z łóżka. Zanim zorientował się, gdzie jest, minęło kilka minut, po których opadł na poduszki.
– Kurwa – warknął.
Tego było już za wiele. Wiedział, że nie zaśnie ponownie. Był zbyt… No właśnie, co go bardziej przepełniało? Strach? Poczucie poniżenia i upokorzenia? Gniew? Niezdrowe podniecenie? To było chore.
Wiedział, wiedział, dlaczego to usłyszał. Też był winny, też doprowadzał ją do szaleństwa. To wszystko, co mówił, co robił, miało znaczenie. Szarpał się sam ze sobą i ona to odczuwała, bo nie potrafił nad sobą zapanować. Nie umiał trzymać się z boku i nie potrafił postawić sprawy jasno. Miał tylko jej nienawiść i poczucie bycia zabawką w jego rękach. Chyba odezwały się wyrzuty sumienia, nie dając spać w nocy. Zasłużył sobie.
Obrócił się na bok, mając cichą nadzieję na jeszcze kilka minut snu. Nic jednak z tego. Cały czas przed oczami miał sceny tego koszmaru, w uszach słyszał jej szept. Mógł się kręcić po łóżku, ale to i tak nic nie dawało. Do rana było zbyt daleko, a on już nie zaśnie.
Podniósł się z łóżka i podszedł do okna spojrzeć w zachmurzone niebo. Vivian Walker umarła, a jednak wciąż nawiedzała go w koszmarach. W każdym zawodził, w każdym był świadkiem jej cierpienia i upokorzenia, w każdym był bezsilny. Chyba ta bezsilność bolała go najbardziej. Fakt tego, że nie mógł nic zrobić, niczego zmienić. Nie pasowało do niego bycie obserwatorem, wiedział o tym zbyt dobrze. Przekonał się o tym, gdy zlecono mu obserwację Vivian. Nie nadawał się do tego, bo co rusz konfrontował się z nią. Z jej przeszłością, charakterem, sposobem myślenia. Z bliskością, uczuciami, maskami. Silna, niezależna, zbuntowana. Pyskata, nieznośna, ironiczna. Wkurzająca, samolubna, niestabilna emocjonalnie. Krucha, pogubiona, delikatna. Pragnąca jedynie akceptacji i niemająca na nią większych nadziei. Nienawidziła siebie i świata dookoła. Wrak, jedna wielka blizna. Niemalże wariatka. Utrzymanie jej przez tyle czasu w mniej więcej stabilnej formie było naprawdę czymś niewykonalnym, a jednak możliwym. Musiał jej przyznać, że przy tych wszystkich wahaniach nastrojów była silna psychicznie, bo każda inna osoba na jej miejscu byłaby już kompletnym szaleńcem bądź skończyłaby ze sobą. Ona jednak podnosiła się za niemal każdym razem. Czasem potrzebowała kopniaka, czasami wyciągniętej ręki. Mimo to najwięcej zależało od jej psychiki. Nie miał pojęcia, jak wyniszczona musi być, jak jej się to udaje i czy potrafiłaby zacząć żyć inaczej. Chyba nie chciał tego wiedzieć. Wystarczyło mu to, co zobaczył przez ten czas, kiedy trwało jego zadanie. Widział w niej tak wiele emocji. Nie sądził, że ludzie mogą tak wiele czuć, że tak wiele to od nich wymaga. Wcześniej miał gdzieś ludzi, odtrącał ich, bo nie byli mu potrzebni przy wykonywaniu zadań. On sam niewiele czuł zbyt skupiony na celach misji. Nie chciał się niepotrzebnie rozpraszać. Z nią było inaczej. Zwykle doprowadzała go do szału, drażniła, ale były chwile, które napełniały go radością. Wspólne treningi, misje, możliwość poznania jej bliżej, jej wygłupy, troska, którą czasami mu okazywała, walka ze światem mimo świadomości walki z wiatrakami. Mimowolnie wpuściła go do swojego świata, uczyła tego, czego nie miał szansy poznać wcześniej. Gdy pojawił się Squalo, poczuł zazdrość. Nadal wyraźnie pamiętał ten gorzki smak na języku, który towarzyszył mu od czasu, gdy dostrzegł rodzącą się pomiędzy nimi relację. Jeszcze nie miłość, a wzajemne zainteresowanie. Nawet Lavi nie był dla niego zagrożeniem, nigdy nie traktowała go poważnie, więc miał dla siebie jej wyzwiska, walki, zaczepki. Owszem, nie dawał się tak prowokować jak ten białowłosy furiat, ale tę część jej miał na wyłączność. Nienawidził go. Miał ochotę rozszarpać go na strzępy, gdy tylko się zorientował, że ze sobą sypiają. Później dostrzegł, że Squalo mógł dać jej stabilność i poczucie bezpieczeństwa, których od niego dostać nie mogła przez to cholerne zadanie. To było dla niej lepsze, ratowało resztki jej stabilności psychicznej, więc czy miał prawo się w to mieszać? Jakoś to przebolał, choć dotąd czuł wściekłość, gdy myślał, ile bólu Squalo sprawił Vivian przez ukrywanie własnych kłopotów. Duma – nie, żeby nie rozumiał, ale Kanda miał już inne priorytety.
Mimo wszystko traktowała go trochę jak wkurzającego przyjaciela. Odczuł to w tej ostatniej rozmowie na dachu. „Dziękuję, że jesteś obok.” „Przepraszam, że napsułam ci tyle krwi.” Milczenie i jej ciepło pod jednym kocem. To było naprawdę wiele. Wtedy był pewny, że gdy przyjdzie na to pora, będzie jej bronić przed Leverrierem, bronić swojego szczęścia. Tylko, że to była ich ostatnia wspólna noc. Im więcej o tym myślał, tym bardziej był pewny, że to było pożegnanie. Ta szczerość do niej nie pasowała. Planowała własną śmierć. Tego było dla niej za dużo. Dwa uderzenia jedno po drugim. To musiało się tak skończyć. „Boję się. Nie chcę jeszcze umierać” – te słowa przeczyły temu, co zamierzała zrobić. Brzmiały szczerze, ale może były tylko kłamstwem? Nie miał pewności.
Noah twierdzili, że Vivian żyje. Nie chciał w to wierzyć, nie chciał się nad tym zastanawiać. Pragną zostawić to za sobą i zapomnieć, ale to wszystko było zagmatwane. „Nie chcę jeszcze umierać”. Te słowa długo odbijały się w jego głowie, gdy ją pochowali. Śmierć w takim miejscu, z takimi przeciwnikami nie pasowała do niej. Może naprawdę sfingowała swoją śmierć? Generałowie nie chcieli nic powiedzieć, Tiedoll wydawał się naprawdę poruszony, ale po co Noah pieprzyliby takie bzdury, skoro wiedzieliby, że jej nie ma? To nie miało sensu. Byli jeszcze ci w czarnych płaszczach. Czy oni mieli coś z tym wspólnego? Nie wiedział, nie był pewny. Poza tym dlaczego nic nie powiedziała? Nie ufała mu w tej kwestii? Nie chciała go tym obciążać? Nie rozumiał. Właśnie dlatego byłoby lepiej uznać, że odeszła raz na zawsze i skupić się na teraźniejszości.
Tylko, że nie potrafił. To wszystko go wykańczało. To była jakaś kara? Zemsta za to, jakim sukinsynem wobec niej był? Przekleństwo? O co w tym wszystkim chodziło?
Pukanie oderwało go od myśli. Nawet nie zauważył, że nastał dzień, a zza chmur wyszło słońce opromieniające jego sylwetkę siedzącą na parapecie. Odwrócił głowę od okna, gdy pukanie się powtórzyło i klamka opadła.
– Yuu, jesteś tutaj?
W szparze pojawiła się ruda czupryna Laviego. Ostatnio był ostrożniejszy po tym, jak Kanda z hukiem wyrzucił go ze swojego pokoju, niemal ucinając chłopakowi głowę.
– Czego chcesz? – zapytał.
– Mamy robotę. Nie było cię na śniadaniu, wiec Komui prosił, żeby cię poszukać.
– Zaraz zejdę.
Został na powrót sam. Oparł czoło o zimną szybę. Pierwszy raz od dłuższego czasu miał ochotę odpuścić misję, ale tego komfortu nikt nie otrzymywał. Może przynajmniej poczuje się lepiej, gdy skupi się na czymś innym niż koszmary, Noah Przyjemności i Vivian.

One thought on “Itsumo sugoku jiyuu na anata wa ima Kono ame no naka donna yume wo oikakete iru no Dokoka de kodoku to tatakai nagara Namida mo gaman shiterun darou

  1. Saphira pisze:

    O, rozdział z punktu widzenia Kandy. Troszkę mnie zaskoczyłaś, ale to nawet dobrze. Jakaś miła odskocznia od Ligii (nie, żeby mi się nie podobało) oprócz Sylwestra. Współczuję trochę Kandzie…
    Sophie: Temu idiocie?
    Bo potrafię sobie to wyobrazić. Sophie, zamknij jadaczkę. Mia. Ciekawa, miła osóbka, która potrafi dotrzeć do Yuu. Zaraz, moment! Kanda, ty pocałowałeś ją w czoło?! I powiedziałeś „Dziękuję”? Nie, żeby było źle, ale zaskoczyłeś mnie trochę…
    Oba ostatnie rozdziały baaardzo mi się podobały i czekam na kolejne🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s