They know you’re away They know how to break me They know you’re far away

W gabinecie Komuiego czekali już Lavi i Allen, obaj z dokumentami na kolanach i niezbyt zadowolonymi minami. Zresztą Kierownik też nie wyglądał na najszczęśliwszego, kawa dawno wystygła, a on jej praktycznie nie ruszył. To było dziwne i dość niepokojące. Normalnie mężczyzna byłby już po kolejnej dawce kofeiny.
– Jesteśmy w komplecie, więc nie ma sensu przedłużać – zaczął Komui. – W Paryżu grasuje seryjny morderca. Jego ofiarami są młode kobiety w wieku 20-25 lat o brązowych włosach i zielonych oczach.
Teczka wypadła Kandzie z rąk, zwracając uwagę. Podniósł ją i usiadł obok Laviego, który widocznie zbladł. Żaden z nich nie przejrzał jeszcze dokumentów, lecz dwaj egzorcyści, którzy przyszli wcześniej, wiedzieli już, że sprawa jest poważna.
– Wszystkie ofiary zostały pozbawione organów wewnętrznych bez uszkodzenia ciała od zewnątrz.
– Tyki Mikk – szepnął Allen.
– Właśnie to podejrzewamy. Nie wiemy jednak, jaki jest jego cel. Do tej pory Klan Noah nie zabijał zwykłych ludzi bez określonego powodu. Poza tym ten typ urody kojarzy się jednoznacznie tylko z jedną osobą.
– Vivian – odezwał się Lavi. – Myślisz, że chodzi o Anioła Lucyfera?
– Nie wiem. Nie mam pojęcia, o co może chodzić. Doskonale wiecie, jak niebezpiecznym przeciwnikiem jest Tyki Mikk. Właśnie dlatego wysyłam waszą trójkę do rozwiązania tej sprawy. Nie zgińcie przy okazji.
Przejrzenie dokumentów nigdy nie było tak trudne. Allen poddał się po pierwszej stronie, doskonale wiedział, jak zabija Tyki Mikk i nie miał ochoty o tym czytać zwłaszcza, kiedy w grę wchodziła Vivian. Kanda tylko przejrzał teczkę, pobieżnie czytając niektóre informacje. Ofiary nie były ważne, miał inny cel – zabić Noah Przyjemności.
Tylko Lavi przebrnął przez każdą stronę, choć powodowało to u niego mdłości. O sprawie wiedział wcześniej, lecz nie znał jej szczegółów. Normalnie spojrzałby na to obiektywnym, chłodnym, kronikarskim okiem, ale tym razem nie mógł. To dotyczyło ich wszystkich – rany, która jeszcze się nie zabliźniła tak jak powinna. Wiedział, że musi się opanować, bo najpewniej tylko on z ich trójki będzie w stanie rozwiązać zagadkę, samego zaś sprawcę zostawi przyjaciołom lub zabiją go razem. Nie będzie litości.
W Paryżu było zimno i śnieżnie jak przystało na tę porę roku. Zmarzli przyzwyczajeni raczej do mokrej brei charakteryzującej Londyn o tej porze roku. Nie zwracali jednak uwagi na pogodę. Pierwsze kroki skierowali na komisariat policji, który zajmował się tą sprawą. Lavi chciał dopytać jeszcze o szczegóły komisarza prowadzącego śledztwo. Podchodził do sytuacji profesjonalnie, próbując rozgryźć pomysły Noah Przyjemności. To musiało mieć jakiś cel.
– O to samo nie pytała ta kobieta z wczoraj? – zapytał inny policjant.
– Jaka kobieta? – zainteresował się rudzielec.
– Matka jednej z ofiar. Pytała, czy mamy już mordercę jej córki.
Ten temat Lavi zostawił, ale gdy wychodzili, zauważył, że komisarz prowadzący sprawę łaja tamtego. Najwyraźniej nie powiedział mu całej prawdy. To było ciekawe, bo kto mógł zainteresować się tą sprawą i chcieć pozostać anonimowym?
Nie znaleźli wskazówki co do miejsca zbrodni. Odwiedzenie miejsc podłożenia ciał było tylko stratą czasu. Właśnie dlatego Lavi uparł się na wynajęcie pokoju w gospodzie, żeby się trochę rozgrzać i odpocząć.
– To nie ma sensu – mruknął Allen.
– Nie wydaje mi się, żeby Tyki Mikk robił cokolwiek bez sensu – odparł Lavi ślęczący nad papierami. – Musi mieć powód.
– A może to naprawdę seryjny morderca?
– Zostawiający takie ślady? – spojrzał na białowłosego. – Przyjrzyjcie się – wskazał na zdjęcia.
Ofiary zostały dokładnie sfotografowane na dowód, że ich ciała w żaden sposób nie zostały rozcięte. Dzięki temu egzorcyści mogli obejrzeć ofiary z dość sporą dokładnością.
Lavi postukał w miejsce, gdzie były łopatki. Na wszystkich zdjęciach było to samo – ślad, który dla policji nie miał sensu. Dla nich miał.
– Skrzydła – podpowiedział rudzielec. – Mniej więcej w tym miejscu u Vivian wyrastały skrzydła. Tyki o tym wie. Wyrwał je przecież, roztrzaskując jej innocence.
– Przecież to jest nienormalne – wybuchł Allen. – Vivian nie żyje.
– A gdyby żyła? – zapytał Lavi.
– Nie pleć bzdur – warknął białowłosy. – Widziałeś!
– Ale tak czysto hipotetycznie – młody kronikarz pozostał niewzruszony. – Vivian miała powody, żeby odejść. Sfingowanie własnej śmierci pewnie nie byłoby dla niej trudne i zapewniałoby jej spokój. Nikt z nas by jej nie szukał.
– Dlaczego miałaby to robić? Lavi, to nie ma sensu.
– Ma, Allen. Wiesz, jaka była Vivian. Śmierć Squalo była dla niej ciosem, coś w niej musiało pęknąć. Skoro Noah o nią pytają, to nie ma jej z nimi. Szukają jej.
– Chcesz powiedzieć, że Tyki próbuje wywabić ją z ukrycia? – Allen powątpiewał w całą tą teorię.
Jego siostra była martwa. Zginęła w czasie misji, ratując tyłki Laviemu i Kandzie. Mógł być z tego niezadowolony, ale fakt pozostawał faktem. Nie chciał wierzyć w słowa Tyki Mikka, że Vivian żyje. Taka fałszywa nadzieja przyniosłaby tylko więcej złego.
– A czemu nie? Byłoby to logiczne. Prędzej czy później Vivian usłyszałaby o tym i doszłoby do konfrontacji.
– Ale dlaczego akurat w Paryżu?
– Nie wiem. Może ma to jakieś znaczenie, może nie ma żadnego. Yuu, ty się lepiej orientujesz. Vivian jest jakoś związana z Paryżem?
Kanda dotąd nie uczestniczył w rozmowie, pozostawiając całą sprawę na barkach Laviego. On się i tak do tego niezbyt nadawał, kryminalne zagadki nigdy go nie nęciły.
– Mieszkała jakiś czas pod Paryżem. W samym mieście też, ale nie znam szczegółów.
– To by oznaczało, że Tyki będzie mordować w każdym miejscu związanym z Vivian – odparł Allen.
– Niekoniecznie. Paryż to duże miasto, a takie wieści rozejdą się prędzej czy później i dotrą, gdzie trzeba. Poza tym może chodzić o coś innego.
– Niby o co?
– O konfrontację z nami. Z Zakonu nie można odejść, zwłaszcza jeśli jesteś egzorcystą. A w przypadku Vivian byłoby to tym bardziej niemożliwe. Link, jak ta sprawa by wyglądała dla góry? Rozmawiamy czysto hipotetycznie – przypomniał.
Pamiętał, że Link należy jednak do Centrali. Miał, co prawda, dług wdzięczności u Vivian, ale to nie oznaczało, że w raporcie dotyczącym Allena nie znajdzie się wzmianka o tej rozmowie. Jeśli Vivian rzeczywiście uciekła, utrudniliby jej sprawę.
– Należałoby ją schwytać – odparł blondyn. – Nadal jest dla nas cennym źródłem informacji, chociaż nie wiem, czy inspektor Leverrier nie oskarżyłby jej o zdradę. Gdyby tylko był dowód, że Vivian żyje, Centrala wysłałaby za nią Kruki. Jest silnym i dość niebezpiecznym egzorcystą.
– Lavi, czy ty naprawdę wierzysz, że Vivian żyje? – zapytał poważnie Allen.
– Nie jest ważne, w co wierzę, ale to, że Tyki Mikk przygotował wszystko tak, jakby jej oczekiwał. Te hipotezy wyjaśniają tylko jego motywacje. Teraz ważniejsze jest znalezienie miejsca zbrodni.
Nie chciał odpowiadać na to pytanie, bo zaczynał mieć mętlik w głowie. Tyle pytań i zero odpowiedzi – tego jego natura nie potrafiła znieść, więc wolał na razie zostawić tę kwestię w spokoju i skupić się na Tyki Mikku.
– Jak chcesz to zrobić? – zapytał Allen.
– Jeśli zostawił ślad dotyczący Vivian… – zaciął się na chwilę i wziął do ręki zdjęcie ostatniej ofiary. – Ten symbol… – wskazał pozostałym. – Gdzieś go widziałem.
– W Arce – podpowiedział białowłosy. – Jest na drzwiach, które nie są nigdzie zaczepione. Vivian powiedziała, że oznacza koniec drogi.
Lavi przyjrzał się ponownie wszystkim zdjęciom i w końcu zauważył. Wtedy go olśniło. Wyciągnął plan Paryża i zaczął zaznaczać jakieś punkty.
– Te zbrodnie to prawdziwe zaproszenie – powiedział w końcu. – Zostawił nawet mapę, drań jeden.
– Co masz na myśli?
– Niżej niż ślady rzekomego innocence na ciałach są inne rysy. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale jeśli je połączyć w kolejności od pierwszej do ostatniej ofiary, wyjdzie droga. Naniosłem to na plan Paryża i bingo. Wychodzi na to, że Tyki czeka na Vivian lub na nas w kościele św. Patryka.
– Jesteś pewny? – zapytał Kanda.
Nie miał ochoty ganiać po całym mieście za tym psychopatą. Wystarczy, że dręczy go po nocach.
– Tak, jestem pewny.
– Więc nie ma sensu tu siedzieć i czekać nie wiadomo na co.
Nie ociągając się, ruszyli we wskazane przez Laviego miejsce. Była to dzielnica mieszczańska, ale sam kościół stał trochę na uboczu. Możliwe, że z jakiegoś konkretnego powodu, a może tak po prostu. To nie było tak ważne jak fakt, że w pobliżu kręciły się akumy. Allen czuł je coraz wyraźniej z każdym postawionym krokiem.
Zostali zaatakowani tuż przy kościele. Z jakiegoś powodu na straży stały tylko słabe akumy, z którymi rozprawili się bardzo szybko. W rzeczywistości tylko jeden z nich mógłby się nimi zająć i wychodziłoby na to samo.
Trzymając broń w pogotowiu, weszli do kościoła. Spodziewali się czekającego na nich Tyki Mikka lub sceny rzezi, ale wnętrze wyglądało dość normalnie. Nie zastali tam nikogo, cisza tego miejsca była jednocześnie niepokojąca i kojąca.
– Czyżbyś się pomylił? – zasugerował Allen.
Stracił resztki humoru, gdy Lavi zaczął wymyślać te swoje teorie spiskowe o Vivian. Nie zamierzał uznać tych bzdur za prawdę. Jego siostra umarła i ten temat powinien zostać zamknięty. Tyki Mikk chciał ich tym uderzyć, nic więcej. Tego powinni się trzymać, a nie niczym niepodpartego pomysłu, że Noah chce zwrócić uwagę Vivian. Martwi nie wracają.
– To co tu robiły akumy? – odparł rudzielec.
Nie chciał tak po prostu przyznać się do pomyłki, bo nie wiedziałby, jak inaczej podejść do sprawy. Przecież nie będą przeszukiwać Paryża centymetr po centymetrze w poszukiwaniu Noah Przyjemności, bo to zajmie zbyt dużo czasu.
Pewnym krokiem ruszył w stronę ołtarza, rozglądając się uważnie. Nie przejął się tym, że jego towarzysze zostali przy drzwiach niezbyt przekonani do tej teorii. Szukał wskazówki i znalazł ją.
– Chodźcie tu.
Gdy do niego podeszli, ujrzeli otwartą klapę w podłodze prowadzącą do podziemi. Albo ktoś na nich czekał na dole albo nie zdążył jej zamknąć w pośpiechu. Jeszcze chwilę temu Lavi miał wątpliwości, jak Tyki Mikk utrzymał wszystko w tajemnicy, zabijając swoje ofiary w tym miejscu. Podziemia były odpowiedzią. Nikt przecież nie słyszałby ewentualnych krzyków spod podłogi.
Podeszli bliżej i wtedy zauważyli, że korytarz pod nimi jest oświetlony. To nie było normalne – czekano na nich. Jedyna właściwa odpowiedź. Pułapka czy oczekiwanie na starcie? A może rzeczywiście konfrontacja ze zmarłą w ich mniemaniu egzorcystką?
– Schodzimy? – zapytał.
Odpowiedziało mu tylko kiwnięcie głowami. Skoro już tu byli, mogli sprawdzić, co kryje się pod kościołem św. Patryka, a nawet powinni, bo przecież akumy nie czekały na nich tu przypadkowo.
Szli ostrożnie, nie odzywając się niepotrzebnie. Główny korytarz był oświetlony z jednej strony, ale wszystkie odnogi i salki niknęły w mroku. Z jakiegoś powodu mieli wrażenie, że pochodnie są drogowskazami, które nagle skończyły się na rozwidleniu dróg. Obie odnogi były tak samo ciemne, więc trudno było powiedzieć, którą powinni wybrać.
– Rozdzielamy się? – zapytał Allen.
– Lepiej nie. Nie wiemy, dokąd prowadzą te korytarze i ile razy się jeszcze rozejdą. Pogubilibyśmy się – odparł Lavi.
– To którędy?
– Sprawdzimy najpierw prawą odnogę. Jeśli nic nie znajdziemy, wrócimy i sprawdzimy lewą. Tak będzie bezpieczniej.
Ściągnął ostatnią pochodnię z haka, żeby oświetlić sobie drogę. Cisza i złowroga atmosfera nie działały na nich zbyt dobrze, podnosiły włoski na karku i powodowały gęsią skórkę.
Korytarz był ciemny, ale dość prosty. Tutaj było znacznie mniej odnóg czy salek, do których raczej nie zaglądali. Do tej pory nie zauważyli żadnych śladów czyjejkolwiek obecności, nawet szczury się wyniosły.
– Nie chcę wiedzieć, co on tu zostawił – mruknął bardziej do siebie Lavi.
W blasku pochodni zobaczył wściekłe spojrzenia pozostałych egzorcystów. Rudzielec mógł sobie tylko wyobrazić, co czują przez tą całą sprawę. Jeżeli Tyki Mikk chciał im napsuć krwi, to mu się to doskonale udało.
W końcu dostrzegli poblask przed sobą – musieli dotrzeć do oświetlonej części korytarza. Jednak to, co ujrzeli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Była to okrągła sala oświetlona światłem pochodni. Na podłodze i ścianach dostrzegli ślady zaschniętej krwi, a sam wystrój był dość nietypowy. Jednak najbardziej ich uwagę zwróciły krwawe słowa na ścianie: „Nie uciekniesz przed nami, Aniele Lucyfera”.
– O cholera – wyrwało się Laviemu.
Anioł Lucyfera. Tyki Mikk nie kpił, kiedy powiedział im, że Vivian żyje, on naprawdę w to wierzył i szukał jej. To była wiadomość dla niej. Nie zależało mu na sprowokowaniu Zakonu, na skonfrontowaniu dziewczyny z nimi, ale na przekazaniu wiadomości.
Rozejrzał się uważnie po sali, która z pewnością była miejscem śmierci tych kobiet. Jakieś księgi, krucze pióra rozsypane dookoła, taca pełna jabłek, czarny jedwab rozłożony na ziemi, przewrócony wazon czarnych róż. To wszystko musiało mieć znaczenie, nie urządził tego dla własnej zachcianki. Jakie? Dlaczego akurat tak? To wszystko musiało być wiadomością. Co w sobie kryła? Vivian by zrozumiała, tego był pewny. To musiało być coś, o czym wiedziała tylko ich dwójka. Czy Vivian naprawdę żyła?
Na drżących nogach Allen podszedł do przewróconego wazonu. Naliczył dziesięć róż i jedną wziął do ręki. Ulubione kwiaty jego siostry. Pamiętał różę, którą przywiozła ze sobą z Monachium, zasuszona wisiała nad łóżkiem. Gdy dziewczyny sprzątały pokój Vivian, rozsypała się i musiały ją wyrzucić.
– Ktoś tu chyba był przed nami – powiedział cicho. – Kwiaty są świeże, więc nie mogły stać tu od wyniesienia tej ostatniej dziewczyny. Ktoś przewrócił wazon.
– Tylko kto? – zapytał Lavi.
Odpowiedź nasuwała się sama, ale była nieprawdopodobna. Oznaczałaby, że ponad rok żyli w kłamstwie, a ich uczucia zostały koncertowo olane. Nie, to jeszcze nie był dowód. Wszystko mogło zostać zaaranżowane tak przez Tyki Mikka, żeby uwierzyli, że Vivian żyje. Mogło być też inne wytłumaczenie przewróconych kwiatów.
– Wszystko w porządku, Yuu?
Dopiero teraz zauważył, że Japończyk jakoś zbladł i wpatruje się w jedwab rozłożony na ziemi. To było do niego niepodobne.
Kanda nie słyszał rozmowy pomiędzy dwójką pozostałych egzorcystów. Czarna, jedwabna płachta i rozsypane czarne róże przywołały obraz koszmaru z tej nocy. Mimo odległości doskonale czuł zapach kwiatów. Dobrze, że jeszcze dziś nic nie jadł, bo mogłoby to się dla niego źle skończyć, choć żołądek i tak czuł w okolicach gardła. Tego się nie spodziewał.
Lavi trącił go lekko w ramię, co go otrzeźwiło. Odwrócił spojrzenie na rudzielca, który przyglądał mu się uważnie. Najwyraźniej dostrzegł grę emocji na jego twarzy.
– W porządku? – powtórzył rudzielec.
– Nic mi nie jest – syknął przez zęby.
Lavi nie kontynuował dyskusji. To nie był czas i miejsce na takie rozmowy, choć dostrzegał, że z przyjacielem nie dzieje się ostatnio dobrze. Tylko, żeby jeszcze pozwolił sobie pomóc…
Kanda otrząsnął się ze wspomnień koszmaru, co nie było takie proste. Wszyscy odczuwali grozę i ironię tego miejsca. Tak jakby kpiło z ich słabości i tęsknoty.
– Co robimy? Tyki Mikk raczej się nie pojawi – odezwał się Lavi wpatrzony w słowa na ścianie.
– Wierzysz, że Vivian żyje? – powtórzył pytanie Allen.
– Tyki Mikk w to wierzy albo próbuje doprowadzić nas do szału i wątpliwości. Jedno wiem na pewno: Vivian nie dołączyła do Klanu Noah i nie jest wrogiem egzorcystów – spojrzał na białowłosego. – Nie mam dowodów, że Vivian żyje i nie zamierzam dać się sprowokować. Wracajmy. Nic tu po nas.
Do Kwatery Głównej wrócili w beznadziejnych humorach i z poczuciem zmęczenia. Nie fizycznego, lecz psychicznego. Cokolwiek Tyki Mikk sobie zaplanował, udało mu się uderzyć w egzorcystów. Lavi długo rozmawiał o tym z Komuim, który również był mocno zszokowany treścią krwawej wiadomości. Nie wiedział, co ma na ten temat sądzić. Do tej pory zdążył pogodzić się, że egzorcystka zginęła, ale sprawa nie dawała o sobie zapomnieć.
– Jakkolwiek by było, mam nadzieję, że jest jej tam lepiej niż tutaj – zakończył rozmowę Komui nieco tylko zmęczonym głosem. – Idź odpocząć, Lavi. Musisz być wyczerpany.
– Mam nadzieję, że Leverrier jej nie znajdzie, dopóki sama na to nie pozwoli – odparł rudzielec.
– Znasz ją. Jak się gdzieś schowa, to nikt jej nie znajdzie.
Lavi zaśmiał się tylko i wyszedł. Zamiast jednak wrócić do siebie, skierował się na salę treningową. Właśnie tam znalazł Kandę, który jednak nie trenował, ale siedział pod jedną z kolumn i wpatrywał się tępo w ścianę przed sobą. Najprawdopodobniej tkwił tu tak od powrotu.
– Co jest, Yuu? – zapytał, podchodząc bliżej.
Japończyk nawet nie zaszczycił go spojrzeniem zirytowany tym, że mu przeszkadza.
– Daj spokój. Widzę, że coś jest z tobą nie tak. Tamto w tej krypcie też nie było normalne. Co się dzieje?
– To nie ma żadnego znaczenia.
– Kanda, ostatnio nic tylko snujesz się z kąta w kąt. To już nie jest twoja zwyczajna maska gburowatego dupka, którego nic nie obchodzi. Daj sobie pomóc, co? To nie boli.
– Odwal się.
Lavi stracił cierpliwość. Już nawet nie chodziło o to, żeby Kanda wreszcie przyznał, że śmierć Vivian jego też ubodła. Męczył się, więc powiedzenie, że nie jest taki twardy, za jakiego się uważa, mogło odrobinę ulżyć. Przecież nie będzie wokół niego skakać, bo to nie o to chodzi.
– Czy do ciebie w ogóle cokolwiek dociera? – warknął rudzielec. – Chyba po to ma się cholernych przyjaciół… – nie dokończył.
Kanda podniósł się na równe nogi, ale pierwszy cios należał do Laviego. Słowa nie były już potrzebne, działały pięści. Nie jak w treningu, to była najprawdziwsza bójka.
– Co wy wyprawiacie?! – krzyknęła Hikari.
Właśnie przechodziła obok z Lenalee i Abigail, gdy usłyszały hałas, który nie świadczył o treningu, więc zajrzały. Rozdzielenie ich było dość trudne, ledwo im się udało, a Lavi nadal szarpał się przytrzymywany przez własną dziewczynę. Krwawiąca warga w ogóle mu nie przeszkadzała.
– Uspokoisz się wreszcie? – Kiri straciła do niego cierpliwość i spoliczkowała go. – Powinniście obaj pójść odpocząć, skoro mieliście tak ciężką misję, a wy oczywiście lejecie się po mordach jak gówniarze.
Lavi uspokoił się, gdy poczuł ból policzka i spuścił spojrzenie. Hikari miała trochę racji, powinni odpocząć, bo byli zmęczeni i rozdrażnieni.
– Lenalee, zajmiesz się Kandą? Ja odprowadzę tego rudego durnia.
– Mną się nie przejmujcie – mruknął Japończyk i wyszedł z sali niezatrzymywany przez nikogo.
Dziewczyny spojrzały po sobie i równocześnie stwierdziły, że lepiej zostawić go w spokoju. I tak wyglądał źle. Hikari odczekała kilka chwil, po czym bez słowa pociągnęła za sobą Laviego, żeby już bez przygód znalazł się we własnym pokoju. Było na tyle późno, że szybko poszli spać. I dobrze, w końcu skończył się ten okropny dzień. Kolejny będzie lepszy.

***

Vivian: Druga część Paryża, tym razem od strony egzorcystów. W roli głównej detektyw Lavi.
Lavi: Coś się nie podoba?
Vivian: Nic, nic, panie detektywie.
Arte: Za tydzień wracamy do Ligi i zostaniemy tam na jakiś czas.
Lavi: To jednak nie oznacza, że nas nie będzie. Jeszcze przez zaprzysiężeniem Vivian się pojawimy.
Arte: A zaprzysiężenie coraz bliżej.
Vivian: Plany Laurie trochę ostudziły mój zapał co do tego wydarzenia.
Arte: Oj, przestań. Fajnie będzie.
Vivian: Tylko ci pijaństwo w głowie. Dzisiaj też sobie znalazłeś pretekst, prawda?
Arte: Trzeba wypić zdrowie naszej kochanej autorki.
Vivian: Która się właśnie zakopała w papierach i udaje, że jej nie ma. Chyba nie jest zbyt zachwycona tym, że jest o rok starsza.
Arte: A może po prostu coś szykuje. Nie zapomnijcie złożyć życzeń Laurie, a w przyszłym tygodniu zapraszamy na nowy rozdział.
Vivian: Pozdrawiamy i do następnego.

11 thoughts on “They know you’re away They know how to break me They know you’re far away

  1. Saphira pisze:

    Lavi w roli detektywa – fajny pomysł. Rozdział bardzo mi się spodobał, jak zwykle z resztą. Laurie-san, Twoje urodziny?! Życzę Ci wszystkiego dobrego, szczęścia, radości, powodzenia na studiach (?), dużo weny no i oczywiście mnóstwo cierpliwości, do tych tam wszystkich.🙂🙂🙂🙂

  2. seitoshi pisze:

    Nareszcie nadgoniłam zaległości, cieszę się z tego ^^ Ostatnio wiele ciekawych zdarzeń mnie ominęło więc musiałam, po prostu nie mogłam ich zostawić.Misja w Paryżu podoba mi się zarówno od strony cieni jak i egzorcystów. Budowałaś niesamowite napięcie w tych rozdziałach, aż gęsiej skórki dostawałam. Świetna robota, a na dodatek uwielbiam zagadki kryminalne i bardzo podoba mi się ten klimat. Niby żadnej walki poważnej, a jednak niesamowita walka psychiczna i próba odgadnięcia psychiki mordercy tu się obnażyła. Kocham. Kocham. Kocham. Wątek detektywistyczny tu wyszedł świetnie❤
    Jeszcze raz Wszystkiego Najlepszego życzę :]

  3. Komi pisze:

    Yey, Levi detektyw *-*
    Tego się nie spodziewałam, ale misję w Paryżu opisałaś bardzo zgrabnie Szkoda mi tylko Kandy, troszku taki rozstrojony nerwowo jest ostatnio. W sumię się mu nie dziwię, ale przez przypadek może krzywdę komuś zrobić .-.
    Yey, urodziny. Co prawda życzenia będą trochę spóźnione, no ale WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO. Zdrowia, szczęścia i no tego, żeby wszystkie kolejne rozdziały były tak samo dobre jak te, które już napisałaś^^

  4. prz_ pisze:

    Ciekawy odcinek. Mam tylko nadzieję, iż nie oznacza to rychłego rozwiązania.

  5. Mira pisze:

    Bójka! Lanie! Mordobicie! Angry Lavi i Kanda z depresją! Ty to wiesz jak napisać dobry rozdział. Tak dobry, że twój blog zaczyna mnie prześladować po nocach. I ryje moją już i tak zrytą banię.
    Na przykład taki Kanda uhahany jak dziecko z cukierkiem, tylko dlatego, że Vivian odkryła sens życia, jedząc makaron. Telewizor nie podołał. Albo taki odcinek „córki”, zatytułowany „Abba, która nie lubi żelków i żelki, które pachną jak Abba”, w którym Vivian i właśnie Abba miały pozbyć się mięsożernych dinożelków o smaku truskawkowym i bananowym. Pyszne były.🙂 Co więcej sama tytułowa bohaterka prawie nie występowała, bo zdaje się zjadły ją żelki.
    Mam nadzieję, że poprawiłam ci tym humor i że nie zastanawiasz się właśnie, do jakiego psychiatry mnie wysłać.🙂 Wszystkiego Najlepszego i sto lat!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s