I don’t know what’s worth fighting for Or why I have to scream I don’t know why I instigate And say what I don’t mean

Dłoń przesunęła się po nagich plecach aż do pośladka. Zamruczała cicho z aprobatą i przeciągnęła się nieznacznie. Nie otworzyła jednak oczu, za dobrze jej się leżało. Palce zacisnęły się lekko na skórze, dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie.
– Ktoś tu jest niedopieszczony – zaśmiała się.
– Najwyraźniej rozpuściłaś mnie za mocno i teraz sobie pozwalam – odparł rozbawiony.
– To źle?
– Nie jestem pewny.
– Zmonopolizowałam cię.
Tak to wczoraj określił Arte w żartach, gdy wspólnie pili na dole. Pewien sens to miało, bo w „Szalonym Kruku” rzadko kiedy spędzała czas z kimś innym.
– Lubisz dominować – zaśmiał się.
– Do czego zmierzasz?
– Może do tego, że możesz być tu, z kim chcesz, a ja nie mam nic do powiedzenia?
– Zazdrosny?
– Może odrobinkę.
Zaśmiała się. W jednej chwili znalazła się nad nim i patrzyła w jego ciemnoniebieskie oczy. Wcześniej jakoś nie zwróciła uwagi na ich kolor.
– Chyba masz za dużo czasu, żeby o mnie myśleć, Akira. Powinieneś spożytkować go inaczej.
– I tak mnie zdominujesz.
Mimowolnie spojrzała na zegarek. To było już przyzwyczajenie. U siebie nie miała okna, więc czas odmierzał zegar, oduczyła się szukać promieni słonecznych.
– Chyba zdążysz poszukać argumentów, żeby sobie trochę porządzić – uśmiechnęła się. – Spróbujesz?
Uśmiechnął się i pocałował ją. Pozwoliła na to, leniwie go obejmując. Przyciągnął ją bliżej i ułożył na poduszkach, zsuwając się z pocałunkami na smukłą szyję.
Pukanie przerwało pieszczotę. Vivian mruknęła niezadowolona, ale podniosła się do siadu, patrząc na wchodzącego do pokoju Arte. Był już w pełni ubrany.
– Rada nas wzywa – oznajmił. – To coś pilnego, więc się ubieraj.
– Ty to masz wyczucie – mruknęła, wstając i zbierając części garderoby z podłogi.
– Jeszcze ci mało baraszkowania? – wampir posłał jej kpiący uśmieszek.
– Pięć minut – rzuciła opryskliwie i poszła do łazienki.
Westchnęła do swojego odbicia w lustrze. A liczyła na taki spokojny poranek. Marzenie ściętej głowy, bo demony nie mogą poczekać i dać jej jeszcze godziny odpoczynku.
Minął już ponad miesiąc od wyprawy do Paryża i makabrycznej wiadomości od Tyki Mikka. „Nie uciekniesz przed nami, Aniele Lucyfera” – krwawe słowa, które długo miała przed oczami, gdy kładła się spać. Ten miesiąc był dla niej dość ciężki, w snach wędrowała pomiędzy wspomnieniami Nii a koszmarami o Apokalipsie. Kiedy nie była na misji, wszystkie wieczory spędzała w „Szalonym Kruku” z butelką whisky i kończyła w ramionach Akiry, co kończyło się tym, że przesypiała tylko godzinę. Odreagowywała w każdy możliwy sposób, choć to wciąż było za mało. Gryzła się tym. W każdej chwili w jej życiu mogli pojawić się Noah i wszystko skomplikować. Nie czuła się na siłach, by się z nimi zmierzyć, a pozwolenie im na potwierdzenie faktu jej życia nie wchodziło w grę. Jeden zły ruch oznaczał porażkę. Zbyt wiele mogła na tym stracić.
Opłukała się, ubrała i związała włosy w kitkę. Przez rok zdążyły dość sporo odrosnąć, niedługo znów będzie mogła szczycić się długą fryzurą. Najwyraźniej niepisane są jej krótkie włosy. Jakoś jej to nie dziwiło, bo Nia w swoich wspomnieniach też miała je długie aż do ud.
W pokoju zastała tylko Arte opartego o ścianę. Nie było po nim widać skutków krótkiej nocy czy kaca – organizm wampira szybko sobie radził z alkoholem, a sen też nie był dla niego tak bardzo konieczny jak dla niej. Cóż, nawet Noah mają ludzkie ograniczenia.
– Znasz jakieś szczegóły? – zapytała, zapinając płaszcz.
– Nic nie wiem.
– Trudno. Dowiemy się na miejscu.
Berlin nadal leżał pod śniegiem, ale było już znacznie cieplej i niedługo pojawią się pierwsze oznaki wiosny. Niemal połowa czasu, który Vivian spędziła w Czarnym Zakonie. Wyglądało na to, że w Berlinie zapuści dużo dłuższe korzenie.
Arianne już na nich czekała w sali Rady Starszych. Tylko spojrzała na swoją uczennicę, która wyglądała mizerniej niż jeszcze miesiąc temu. Rozmawiały o tym wiele razy, ale Vivian nie ze wszystkim potrafiła sobie poradzić. Największym kłopotem było to, że nie dosypiała, a nie chciała żadnych ziół, które mogłyby jej pomóc zasnąć. Twierdziła, że musi nauczyć się to w pełni kontrolować, więc Arianne jej na to pozwoliła.
– Ta misja jest dość nietypowa – zaczęła Minerwa. – Waszym celem jest miasteczko nad jeziorem Oulu. Według doniesień mieszkańców nęka ich lodowy demon.
– Co w tym nietypowego? – zapytał Arte.
– Nie jesteśmy w stanie znaleźć jego źródła. Tak jakby go tam nie było.
– Iluzja?
– Niekoniecznie. Demon może rzeczywiście tam żyć, ale niekoniecznie jest zagrożeniem dla mieszkańców. Mogą kłamać, a może być jeszcze inna przyczyna. Sprawdziliśmy. Ostatnio zniknęły tam trzy osoby. Wyszły z domów i nie wróciły.
– Mogły zamarznąć. O tej porze roku w Finlandii jest naprawdę zimno.
– Jest zbyt wiele niejasności, Arte. Właśnie dlatego pojedziesz z Arianne i Vivian jako wsparcie. Wszystkie wytyczne znajdziecie w dokumentach. Uważajcie na siebie.
Czekała ich długa podróż: kolej, statek, kolej, konie lub inny sposób w zależności od warunków. Vivian aż się skrzywiła na ten plan, ale przecież nic z tym nie zrobi. Nie mogła używać Arki, choć czasami w takich sytuacjach miała na to ochotę. Trzeba się przygotować, przecierpieć i zrobić swoje. Jak zawsze.
W sumie cieszyła się na myśl o misji. Siedzenie w Berlinie i zastanawianie się nad intencjami Mikka niczego nie zmieniało. Tak mogła zająć głowę innymi sprawami, zacząć działać, udowodnić, że w każdej sytuacji sobie poradzi i żaden wróg nie może jej już zagrozić. Chciała mieć tę pewność i wierzyć w nią niezachwianie. W końcu wiara czyniła cuda.
Miała wrażenie, że ostatnio mimo wielu rzeczy ma zbyt dużo energii, której nie mogła spożytkować, a przecież w ciągu ostatnich tygodni miała kilka misji, trenowała dwa razy ciężej niż zwykle, czasu spędzonego z Akirą też nie przeleżała w bezruchu. Powinna czuć się wykończona, a każdego dnia organizm domagał się jeszcze większej aktywności. Coś z nią musiało być nie tak.
W pociągu za to poczuła odrętwienie. Siedziała niezdolna do jakiejkolwiek aktywności, czując tym coraz większą irytację.
– Co z tobą? – zapytał Arte.
– Nic – wzruszyła ramionami.
– Nie kłam. Przecież widzę.
– Nadmiar energii i przemęczenie organizmu jednocześnie. Albo coś w ten deseń.
– Bo powinnaś się porządnie wyspać.
– Wiesz, że nie jestem w stanie. Idę się przejść.
Opuściła przedział zanim wampir zaczął drążyć temat. Miała wrażenie, że jeśli tego nie zrobi, rozniesie przyjaciela, a tak mała powierzchnia jej nie sprzyjała. Wydawało jej się, że się dusi. No cóż, klaustrofobia nie pomagała w życiu.
Wiedziała, że zachowuje się co najmniej dziecinnie, ale nie panowała powoli nad gwałtownymi zmianami nastroju. Wolała się więc wycofać zanim powie o parę słów za dużo i zatruje atmosferę. Awantura w czasie podróży to ostatnie, czego potrzebowali i czego by sobie życzyła.
Przeszła na koniec składu i usiadła w otwartych drzwiach wagonu. Zimny wiatr przyjemnie chłodził twarz, bawił się pasmami, które uciekły z kucyka. Vivian przymknęła oczy, odprężając się odrobinę. Pozwoliła myślom płynąć swobodnie, nie skupiała się na żadnej, nie analizowała niczego. Powoli wyciszała umysł, stukot kół pociągu działał w tej chwili lepiej niż dobry alkohol. Uśmiechnęła się sama do siebie, bo tego jej właśnie było trzeba.
– Lepiej? – usłyszała za sobą.
– Trochę.
Arte usiadł tak, że mogła oprzeć się o jego tors. Objął ją w pasie i dla postronnych mogli wyglądać jak para. Jakże się mylili. Ta dwójka nie czuła do siebie ani odrobiny pociągu seksualnego, o miłości nie wspominając. Arte był jej bardzo bliski, ale jako przyjaciel, któremu może wszystko powiedzieć, bo jej nie wyśmieje i do którego może się przytulić bez żadnych konsekwencji, gdy tego potrzebuje. To było ważne. Kontakt fizyczny z drugą osobą dla Vivian zawsze wzbudzał w niej odrobinę odrazy. Nie kojarzył jej się dobrze, często był dość nieprzyjemny, oznaczając ból i upokorzenie. Ciało instynktownie spinało się, gdy ktoś ją dotykał nawet, jeśli nie robił jej krzywdy. Nieważne, czy to Abba czy Squalo czy jeszcze ktoś inny z przyjaciół, wzdrygała się niemal niezauważalnie. Potrzebowała naprawdę dużo czasu, żeby nad tym zapanować i się tego oduczyć. Nie chciała, żeby kochane osoby poczuły się odrzucone przez jej przykre doświadczenia. W końcu się tego pozbyła i na większość egzorcystów tak nie reagowała. Wyjątkiem był Kanda, bo jego nie potrafiła rozgryźć. Zresztą po tych wszystkich akcjach trudno było się dziwić, że ciało reagowało na niego jak na wroga.
Z Arte nie miała tego problemu. Owszem, na początku, gdy jeszcze mu nie ufała, starała się zdystansować i była gotowa do ucieczki w razie jakiejś dziwnej akcji. Wystarczyło przypomnieć sobie pierwszy pobyt w łaźni. Teraz się z tego śmiali, ale wtedy cała się spięła w obawie przed zakusami mężczyzny. Arte jednak nie widział w niej obiektu pożądania, a wchodzenie w jej sferę prywatności było raczej gestem poufałości. Nie widział w tym niczego niewłaściwego. Dla niej początkowo było to naprawdę irytujące, ale w końcu się przyzwyczaiła, więc siadanie mu na kolanach czy przytulanie się do niego nie stanowiło czegoś niezwykłego. Tak samo było z nagością, nie robili na sobie żadnego wrażenia.
Teraz oparła się o niego i odchyliła lekko głowę, układając ją na jego ramieniu.
– Nadal męczą cię te słowa? – zapytał.
– Prędzej czy później i tak się z nimi zmierzę. Może tak jak Nia, może inaczej. Przeznaczenia nie można zmienić. Nie można przed nim również uciec. Można się tylko przygotować, żeby się z nim zmierzyć.
– Masz tę możliwość.
– Wiem. Minie jeszcze trochę czasu nim nadejdzie ta pora. Mogę zrobić wszystko, co mogę, by być gotową na to starcie. Mimo to boję się. Nia nie powstrzymała ich nim było za późno. Zapłaciła za to najwyższą cenę. Straciła wszystko, okupiła to strasznym bólem.
– Bólem, który ty czujesz w snach.
– Zawsze przegrywam. Zawsze jestem karana jako zdrajca. Zawsze obserwuję wszystko przez mgłę bólu. Jestem bezsilna i to boli najbardziej. Mimo swej potęgi nie mogę nikogo ocalić. Boję się, Arte. Boję się, że to wszystko na próżno. Nie wiem, czy to jest warte walki.
Wampir zapatrzył się na chwilę na uciekający krajobraz. Trochę ją rozumiał. Całe życie było podporządkowane roli. Mogła prowokować, walczyć, ale i tak wszystko szło ku jednemu. Owszem, dostała wybór, choć co to za wybór? Tak czy inaczej czekała ją śmierć. Nigdzie nie zagwarantowano, że Anioł Lucyfera przeżyje wojnę. Zresztą, kiedy znikną Noah i innocence, nie będzie już potrzebna. Z pewnością sama zdawała sobie z tego sprawę. Nie mówiła o tym, ale jej czas powoli się kończył. Mogła jedynie zdecydować o sposobie. O stronie, po której stanie w tej wojnie. Ktokolwiek wygra, ona przegra. Koszmary były odzwierciedleniem tych obaw. Cokolwiek ją czekało, nie było to szczęśliwe zakończenie.
– Nie myśl o tym w ten sposób. Wcale nie musisz skończyć jak Nia.
– A co jeśli?
– Myślenie o tym niczego nie zmieni. Wpakuje cię tylko w większy dołek.
– Nie potrafię o tym nie myśleć, kiedy budzę się po kolejnym koszmarze. Nie umiem zapomnieć o tym wszystkim, choć nie wiesz, jak bardzo tego pragnę. Wiem, że przed tym nie ucieknę. Staram się i wychodzę na tym jeszcze gorzej.
– Kamienista droga, co?
– Chyba pokryta odłamkami szkła.
– A ty uparcie po niej idziesz – uśmiechnął się.
– Nie mam wyjścia. Przecież nie usiądę i nie będę czekać na księcia na białym rumaku.
– Czemu nie?
– Mnie taki nie przysługuje.
Arte zaśmiał się.
– No tak, ciężko Kandę nazwać księciem na białym rumaku.
– A żebyś wiedział – mruknęła. – To raczej typ antybohatera.
– Tak źle to chyba z nim nie jest, co? W końcu czymś sobie zasłużył na twoją miłość.
Vivian zaśmiała się i spojrzała na przyjaciela.
– Prawdziwością, nie dobrym sercem czy szlachetnymi pobudkami.
– A nie przystojną twarzą i pięknym ciałem?
– Nie jestem aż tak małostkowa – pokręciła głową. – Owszem, przyznaję, że uznaję go za przystojnego mężczyznę. Pewnie jak większość kobiet, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Wielu mężczyzn uznaję za przystojnych. To nie oznacza, że stają się obiektami fascynacji.
– Obiektami fascynacji – powtórzył za nią.
– Czepiasz się szczegółów. Tak to przecież wygląda. Nie zakochuję się w każdej osobie, którą zobaczę.
– A która ci się podoba?
– Też nie. Poza tym niewiele jest osób, które mi się podobają.
– Nie?
– Arte, zadajesz głupie pytania.
– Dotąd nie rozmawialiśmy o związkach i podrywie.
– A po co to komu? Cienie cenią sobie przyjaźń, „Szalony Kruk” zapewnia nam zaspokojenie potrzeb seksualnych i na tym się kończy. Inne kwestie są zbyteczne.
– A co, jeśli kiedyś wrócisz do Zakonu?
– Wtedy się będę martwić – mruknęła na odczepnego. – Zresztą to mało prawdopodobne. Teraz jestem w Lidze i to mi wystarcza.
– Nie chcesz myśleć o przyszłości, bo nie wiesz, czy nadejdzie – domyślił się.
– Zawsze żyłam z dnia na dzień, nie myśląc o jutrze. Na ulicy łatwo zginąć, w Czarnym Zakonie nie było inaczej. Każdy dzień mógł być ostatnim. Planowanie przyszłości było wykluczone i niepotrzebne.
– Nie dbając o przyszłość, można łatwo zginąć.
– Wiem, ale wtedy mi nie zależało. Nie mogłam znaleźć Many, straciłam na to nadzieję. W Zakonie chęć powrotu do domu istniała tylko krótką chwilę.
– Squalo, prawda?
Kiwnęła głową. Chciała wrócić do tamtego czasu, choć teraz wspominanie tego było nadal bolesne. Minęło już tyle miesięcy, a ona nie do końca potrafiła się pogodzić z tym, co się wtedy wydarzyło.
– Nie pamiętam, żeby wcześniej chciało mi się tak wracać do drugiego człowieka, do mężczyzny. Do tego stopnia, że uważałam na to, co robię.
– Kochałaś go.
– Jakąś częścią nadal kocham i pewnie nigdy nie przestanę, choć jego już nie ma. Nawet wybaczyłam mu to durne zachowanie pod koniec. Chciał mnie chronić, ale chyba nie wiedział jak. Poza tym był zbyt dumny, żeby poprosić o pomoc.
– Wszyscy jesteśmy na to zbyt dumni. Łatwiej prowokować zagrożenie niż poprosić o pomoc. Takim ludziom jak my wszystko, co pozostaje, to duma. Jak ją stracimy, co nam zostanie?
– Squalo nie był w takiej sytuacji. Miał dom, przyjaciół, mnie.
– Wiesz, że duma najbardziej boli.
Wtuliła się mocniej w przyjaciela. Musiała przyznać mu rację. Sama na miejscu Squalo postąpiłaby w ten sposób, a gdyby ktoś próbował ją powstrzymać, byłaby z tego powodu niezadowolona. Nie mogła powiedzieć, że tego nie rozumie czy to potępia, ale chciałaby, żeby choć przez chwilę pomyślał o innej opcji.
Teraz jednak było już na to za późno. Mogła tylko gdybać, a to do niczego nie prowadziło.
– Brakuje mi go. Zawsze mogłam się do niego bezkarnie przytulić, gdy już ze sobą nie wytrzymywałam.
– Masz mnie. Marne to zastępstwo, ale lepszy rydz niż nic – uśmiechnął się.
Vivian obróciła się trochę i przytuliła do niego.
– Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałam. Dziękuję – stłumiła ziewanie.
– Chyba wreszcie czas się wyspać.
– A co jeśli koszmary wrócą?
– Obudzę cię.
– Obiecujesz?
– Obiecuję. Chodź, wracamy do przedziału.

***

Vivian: Rozdział przegadany, następny lepszy też nie będzie.
Arte: Bez przesady.
Vivian: No tak, twoje solowe popisy. Według notatek Laurie po misji Oulu będzie jeszcze jedna, a następnie zostanę zaprzysiężona.
Arte: Czyli kończy się pewien okres w życiu Vivian.
Vivian: Dzieląc opowieść na tomy, zostały dwa.
Laurie: Najpierw to trzeba cię zaprzysiężyć, a to jeszcze chwilę potrwa. Dziękuję wszystkim za życzenia, a Mirci za rozbrajający komentarz. Zawsze będzie poprawiał mi humor.
Vivian: Za tydzień popisy Arte. Pozdrawiamy ciepło i do następnego.

One thought on “I don’t know what’s worth fighting for Or why I have to scream I don’t know why I instigate And say what I don’t mean

  1. prz_ pisze:

    Fajna nawet ta pogadanka. Trochę ludzkiej twarzy Vivian się przyda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s