Darenimo iezuni Hitori de nakaeta nayameru Kotomo arudarou

Vivian obudziła się w pustej kajucie, czując, że mdłości ustąpiły. Rozejrzała się, ale nikogo nie dostrzegła. Najwyraźniej Arianne i Arte pozostawili ją w spokoju, żeby przespała chorobę morską nie niepokojona przez nikogo.
To było dziwne. Vivian nigdy wcześniej nie miała dolegliwości związanych z podróżowaniem po wodzie. Zresztą w obecnym stanie równowagi w ogóle nie chorowała, lekkie osłabienie organizmu było najgroźniejszym, co mogło jej się przytrafić, nie licząc ran, a gdy tylko statek wypłynął z portu, zaczęła czuć się gorzej. Nie wiedziała dlaczego. Chorować zaczynała, kiedy równowaga organizmu była zachwiana, a przecież nic takiego się nie działo, nie czuła tego. Cały czas utrzymywała harmonię pomiędzy mocami, więc nie wiedziała, jak to interpretować.
Teraz czuła się lepiej. Najwyraźniej zioła i trochę snu zrobiły swoje i objawy ustąpiły. Obróciła się na plecy, analizując swój stan. Nadal była trochę osłabiona, ale kołysanie nie wprawiało już jej żołądka w ruch. Za kilka minut będzie mogła wstać i odnaleźć towarzyszy, a nawet wyjść na świeże, morskie powietrze. Dawno go nie czuła i było przyjemnie poczuć je znowu w płucach.
Co innego jednak przykuło jej uwagę. Sen, który miała. Różnił się od tych, które dotąd śniła. Nie było to wspomnienie sprzed Trzech Dni Ciemności, kolejna Apokalipsa czy spotkanie z Niszczycielem Czasu. Był niemalże normalny, pełny rzeczywistości, w której chciałaby żyć. Bez ciągłego strachu, walki, obaw. Taka, której nigdy nie miała i mieć nie będzie. Szczęśliwa.
Przez chwilę zastanawiała się, jakby jej życie wyglądało według tamtego, sennego scenariusza. Pewnie byłoby nudniejsze i spokojniejsze. Nie byłoby tego ciągłego ruchu, przygód, podróży, wiedzy o rzeczach, które nie dotyczą zwyczajnych, szarych ludzi. Prawdopodobnie nigdy nie spotkałaby tych, których zna. Tych, na których zależy jej najbardziej. Jego.
Przetarła twarz dłońmi, uśmiechając się nieco gorzko. Że też w drodze na kolejną misję znowu zaczyna rozpamiętywać pragnienia własnego serca. Ono powinno zostać w Berlinie bezpieczne przed wszelkimi zagrożeniami i niebezpieczeństwami. Uczucia, którymi obdarza się bliskich, należy schować najgłębiej, jak się da, żeby z czystym, wolnym umysłem stanąć przeciwko wrogom. To postawa prawdziwego Cienia.
W końcu wstała. W cholewkę buta wsadziła jedynie sztylet z innocence, resztę broni zostawiła w kajucie, bo nie była jej potrzebna. Płaszczem również się nie przejmowała, nie było aż tak zimno i ciepły sweter, który obecnie miała na sobie, w zupełności wystarczał. Swobodnym krokiem ruszyła na poszukiwanie towarzyszy, co nie było takie proste. Statek do najmniejszych nie należał, podzielony na kilka klas klientów, więc w czasie podróży nie było możliwości narzekania na brak ruchu – było gdzie spacerować.
Arianne dostrzegła na pokładzie opartą o burtę. Kobieta obserwowała spokojne morze i pochmurne niebo. Arte pewnie kręcił się gdzieś w pobliżu, taka pogoda mu odpowiadała, a wśród obcych zwykle trzymał się towarzyszy, jeśli miał taką możliwość, lub na uboczu, obserwując czujnie otoczenie. Zwracanie na siebie uwagi nie było pożądaną cechą Cieni.
Zanim dotarła do mistrzyni, poczuła, jak ktoś łapie ją za łokieć i odwraca do siebie. Nie był to Arte, takich numerów w terenie nie robił, więc Vivian automatycznie spięła się gotowa odeprzeć atak. Przez ułamek sekundy przeszło jej przez myśl, że ktoś ją rozpoznał.
– Michelle, co to za strój? – usłyszała.
Wyrwała łokieć, mierząc spojrzeniem postawnego blondyna o ciemnozielonych oczach, prostym nosie i lekko odstających uszach nieudolnie skrywanych pod zbyt długą czupryną. Miał na sobie długi, czarny frak. Ot, typowy arystokrata, jakich wiele.
– Przepraszam, ale z kimś mnie pan pomylił – odparła chłodno.
– Michelle, nie wygłupiaj się. To, że przebierzesz się w męskie ubranie, nie oznacza, że cię nie rozpoznam. Chodź, wracamy do kajuty.
Odsunęła się, gdy wyciągnął do niej rękę. Coś w postawie tego mężczyzny jej się nie podobało. Nie była jeszcze pewna, co takiego, ale nie zamierzała tego sprawdzać na własnej skórze.
– Już mówiłam. Z kimś mnie pan pomylił – powiedziała stanowczo.
Mimo to nieznajomy złapał ją za rękę i pociągnął mocno do siebie. Mimowolnie skrzywiła się na ten pokaz niemalże agresji.
– Michelle, nie czas na wygłupy.
Starała się wyszarpnąć rękę, ale jego palce zacisnęły się zbyt mocno, sprawiając jej ból.
– Puszczaj, człowieku – warknęła. – Nie jestem żadną Michelle.
Szarpała się z nim przez dobrą chwilę. Mężczyzna w ogóle nie chciał słuchać i upierał się przy swoim, jakby był niespełna rozumu. Wolną ręką sięgała już po sztylet, żeby w ten sposób się uwolnić, gdy zostali rozdzieleni, a ona zasłonięta męską sylwetką.
– Arte…
– W porządku, Vivian? – zerknął na nią.
– Tak.
Wtedy odwrócił się do mężczyzny, który przy nim jakby się skurczył.
– Czy moja towarzyszka naprzykrzała się panu w jakiś sposób? – zapytał Arte.
– Jaka towarzyszka? Człowieku, odczep się od Michelle – wyciągnął rękę w stronę Vivian. – Michelle, chodź.
Arte odtrącił mu dłoń stanowczym gestem. Nie zamierzał się też odsuwać i narażać przyjaciółki na towarzystwo tego typa.
– To nie jest Michelle, ale Vivian i nie przypominam sobie, żebyście się znali. Radzę odpuścić, bo można zrobić sobie krzywdę – ostatnie zdanie wysyczał.
Był jeszcze bardziej negatywnie nastawiony do całej sytuacji i nie oszczędzał w środkach. Nie mógł pozwolić, aby jego przyjaciółce coś się stało. Nie, żeby nie wierzył, że nie da sobie rady ze zwykłym człowiekiem, ale po co ma się denerwować? To nie będzie na nią dobrze wpływać podczas misji. Poza tym czuł się za nią odpowiedzialny na tyle, że nie zamierzał tego tak zostawiać.
– Vivian, Arte, co się dzieje? – podeszła do nich Arianne.
Już chwilę wcześniej dostrzegła jakieś zamieszanie, ale niepokój poczuła, gdy zobaczyła swoją uczennicę szarpiącą się z jakimś blondynem. Przez moment chciała zostawić to wampirowi, ale nie wyglądało, żeby nieporozumienie miało się już wyjaśnić, więc postanowiła wkroczyć. W przeciwieństwie do pozostałej dwójki Cieni bardziej panowała nad emocjami.
– Ten pan mnie z kimś pomylił – poinformowała ją Walker. – I nie chce dać sobie tego wyjaśnić.
– Michelle, chodź tu.
Arianne zmierzyła mężczyznę uważnym spojrzeniem. Nie wyglądał na wariata. Ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się Vivian, upierając się przy swoim.
– Przepraszam pana bardzo – Francuzka zwróciła się do mężczyzny – nie wiem, kogo pan szuka, ale ta dziewczyna – wskazała na Vivian – jest moją podopieczną. Może moglibyśmy jakoś pomóc?
– Przecież to jest Michelle. Skarbie, chodź tutaj i przestań się wygłupiać. Takie żarty nie są zabawne.
Vivian cofnęła się bardziej za Arte, chcąc uniknąć bezpośredniego starcia z tym mężczyzną. Miała coraz wyraźniejsze wrażenie, że ta Michelle, którą rzekomo miała być, uciekła z jakiegoś powodu. Cokolwiek to było, znaczyło, że temu blondynowi w żadnym razie nie wolno ufać.
– Michelle…
– Ja nie jestem Michelle – warknęła.
– Hrabio – podszedł do nich jakiś mężczyzna.
Arte wykorzystał chwilę nieuwagi blondyna i pociągnął Vivian pod pokład. Arianne poszła za nimi. Zatrzymali się dopiero w korytarzu.
– Coś z nim jest nie tak – warknął wampir. – Ale na wariata nie wygląda.
– Vivian, jak ty się czujesz?
– Lepiej, mdłości mi przeszły.
– To dobrze.
– Co zrobimy z tą sprawą? – brązowowłosa wskazała na pokład.
– Niech Arte ma na ciebie oko i spróbujcie się nie wychylać, a ja poszukam tej dziewczyny – zadecydowała Arianne.
– A jeśli ona nie istnieje?
– Sprawdzę to. Przypilnuj Vivian.
Arianne nie zamierzała tracić czasu na zbędną dyskusję. Mężczyzna został nazwany hrabią, więc z pewnością miał kajutę w pierwszej klasie, a te były rezerwowane imiennie. Najpierw zamierzała sprawdzić, czy ta Michelle w ogóle istnieje, żeby nie szukać ducha. Tylko tak mogli wyjaśnić sytuację, skoro blondyn nie słuchał ich tłumaczeń, że Vivian nie jest osobą, której szuka.
Informację zaskakująco łatwo było zdobyć. Drugi oficer sprawdził w papierach, czy mają pasażerkę o tym imieniu.
– Owszem. W pierwszej klasie jest niejaka Michelle Monette. Towarzyszy hrabiemu von Bornoe. Czy coś się stało?
– Hrabia pomylił pannę Monette z moją towarzyszką podróży i nie chce dać sobie przetłumaczyć, że się myli. Głupia sytuacja – uśmiechnęła się Francuzka.
– Czy jest potrzebna państwu pomoc?
– Nie, poradzimy sobie. Znalezienie panny Monette nie powinno być trudne. Dziękuję za informację.
– Nie ma za co. To obowiązek służyć pomocą pani i pani towarzyszom.
Czarny płaszcz Cienia i ta niepokojąca aura wokół nich jasno świadczyły o przynależności do czegoś, o co lepiej nie pytać. Należało robić swoje i nie dyskutować, bo to gwarantowało bezpieczeństwo.
Arianne skinęła głową i ruszyła na poszukiwania. Zakładała, że dziewczyna jest podobna do Vivian, skoro zostały pomylone. Francuzka także czuła, że coś tu jest dziwnego, bo przecież każda normalna osoba uznałaby pomyłkę, a hrabiemu koniecznie zależało na towarzystwie tej Michelle czy raczej w tym przypadku Vivian. To nie było zwyczajne i kobieta podejrzewała, że dziewczyna uciekła. Dokąd można uciec na statku? Albo gdzieś się schowała i czeka na dopłynięcie do portu albo wskoczyła do lodowatej wody, zabijając się. Lepiej to pierwsze, bo samobójstwo na morzu trudniej będzie udowodnić. Arianne naprawdę nie chciała, żeby sprawa wymknęła im się spod kontroli. Powinni być skupieni na dotarciu do celu, nie zaś rozpraszać się jakimiś sytuacjami z innymi ludźmi. O siebie i Arte się nie martwiła, zbyt długo byli na służbie, żeby dać się łatwo rozproszyć, ale Vivian była inna. Nadal młoda i niedoświadczona, a do tego emocjonalna. Może zewnętrznie wydawała się otoczona grubym murem chłodu i obojętności, ale w środku niekoniecznie radziła sobie ze swoimi uczuciami. W stosunku do ludzi takie niedopowiedzenie sprawdzało się, ale jako Cień nie mogła sobie na to pozwolić. Poza tym nie była ze skały, któregoś dnia to się na niej zemści i rozkruszy ją, niszcząc jej duszę raz na zawsze. Należało więc unikać sytuacji, które by ją naznaczały kolejnym cierpieniem psychicznym.
Pewnie przeszłaby obok magazynka, czy też czym było to pomieszczenie, niezauważenie, gdyby nie przeczucie. Otworzyła drzwi i usłyszała czyjś niespokojny oddech. Ostrożnie ruszyła w głąb pomieszczenia przygotowana na każdą możliwość.
Nic nie wyskoczyło, nic nie zaatakowało. W najciemniejszym kącie kuliła się sylwetka młodej dziewczyny. Rzuciła Arianne przerażone spojrzenie, gdy tylko dostrzegła kobietę. Jeszcze chwila i próbowałaby uciec.
– Nie bój się. Nie przyszłam cię skrzywdzić. Ty jesteś Michelle Monette, prawda?
– Kim pani jest?
– Nazywam się Arianne Correlle. Płynę z uczennicą i przyjacielem do Helsinek. Hrabia von Bornoe pomylił Vivian z tobą.
Na dźwięk nazwiska mężczyzny dziewczyna skuliła się jeszcze bardziej, co tylko utwierdzało Francuzkę w przekonaniu, że dzieje się coś złego.
– To nie on mnie przysłał. Jest cały czas przekonany, że Vivian to ty.
– I zostawiła ją pani samą?
– Nasz przyjaciel jest z nią. Opowiesz mi, co się stało, że tu siedzisz?
Dziewczyna nie odzywała się przez kilka chwil, zbierając siły do zwierzeń. Arianne nie poganiała jej, wiedziała, że potrzebuje tego czasu do poukładania wszystkiego w głowie.
– Nie chcę za niego wychodzić. Mój ojciec został wciągnięty w długi przez niego, w zamian za umorzenie długu miałam za niego wyjść. Nie chcę. On jest… – skuliła się w sobie.
– Skrzywdził cię?
Michelle pokiwała głową. W oczach zalśniły jej łzy.
– Co noc robi to samo. To boli, a kiedy próbuję się sprzeciwić, to mnie zmusza – wybuchła płaczem.
Arianne przytuliła ją do siebie, pozwalając się wypłakać. Nawet w ciemnościach dostrzegła, że dziewczyna jest młodsza od Vivian, ledwo weszła w dorosłość i musiała zakosztować jej w najgorszy możliwy sposób.
– Boję się. Uciekłam z kajuty, gdy wyszedł i się tu schowałam, żeby doczekać końca podróży i uciec.
– Już dobrze, kochanie. Nie pozwolę, żeby cię jeszcze skrzywdził. Pomożemy ci. W Helsinkach mam dobrą znajomą, jest szwaczką. Zaopiekuje się tobą.
– Naprawdę zrobi to pani? Dlaczego?
– Bo nie można pozwolić, żebyś się tak męczyła. Potrzebujesz pomocy i ją otrzymasz. Mam tylko jedną prośbę. Chodź ze mną i pokaż się swemu niedoszłemu mężowi, żeby zobaczył, że pomylił cię z Vivian. Jej też chcę zapewnić bezpieczeństwo.
– Ale…
– Spokojnie. Resztę podróży spędzisz pod opieką moją i moich towarzyszy. Nie zrobi ci krzywdy.
– Dobrze.
– Chodźmy.
W tym samym czasie Vivian i Arte wrócili do wspólnej kajuty. Nie było sensu kręcić się po pokładzie i znosić upartego blondyna, bo przyniosłoby to tylko problemy, a tych nie potrzebują. Vivian ułożyła się na koi i obserwowała niebo przez iluminator. Znudzony wampir przysiadł na podłodze. Na tak małej przestrzeni nie za wiele mógł zrobić.
Vivian podniosła się jakiś czas później i skierowała do drzwi.
– Gdzie idziesz? – zapytał Arte.
– Po herbatę. Zaraz przyjdę.
– Idę z tobą.
– Nie trzeba, Arte. Za najwyżej kwadrans będę z powrotem, a potrzebuję trochę ruchu.
– Jesteś pewna?
– Umiem się bronić. To tylko zwykły człowiek.
– No dobra, ale jeśli za kwadrans nie będziesz z powrotem, pójdę za tobą.
– Dobrze – uśmiechnęła się.
Niekoniecznie chciała napić się herbaty, bardziej potrzebowała ruchu, bo po tych kilku godzinach snu miała zbyt wiele energii. To ją drażniło. Wykorzystała więc pretekst, żeby się chociaż na chwilę wyrwać. Obecność Arte wcale nie była jej potrzebna. W końcu była Noah specjalizującym się w znikaniu i nie zwracaniu na siebie uwagi, w każdej chwili mogła uniknąć konfrontacji, a w razie czego była w stanie się skutecznie bronić. Zwykły człowiek nie mógł być dla niej zagrożeniem.
Arte chciał za nią iść od razu, ale powstrzymał się. Vivian mogłaby to uznać za brak zaufania i zrobiłoby się nieprzyjemnie. Nie miał na to ochoty, bo ta kwestia nadal była bardzo delikatna i łatwo było doprowadzić dziewczynę do przekonania, że wszyscy patrzą jej na ręce. Właśnie dlatego został na miejscu i tylko wpatrywał się w zegarek, odliczając ustalony czas. Ten wlókł się niemiłosiernie, wzbudzając irytację wampira. Z każdą sekundą czuł coraz większy niepokój. Chciał wierzyć, że jest przewrażliwiony, ale to uczucie nie opuszczało go ani przez chwilę.
Gdy tylko zegarek wskazał upłynięcie kwadransa, wstał i ruszył do drzwi. Vivian się nie pojawiła, więc zamierzał jej poszukać. Nie było żadnego czekania, bo może się zjawi. Nie robiła takich numerów zwłaszcza, kiedy w grę wchodziło choćby niewielkie zagrożenie. Była na to zbyt odpowiedzialna.
Wyszedł na korytarz i starał się wyczuć przyjaciółkę. Dodatkowy, wampirzy zmysł bardzo mu w tym pomógł, choć przy takiej zagęstości było to nieco utrudnione. Znał jednak Vivian na tyle dobrze, że szedł do niej jak po sznurku. Gdy spostrzegł, że nadal jest w korytarzu prowadzących do kajut pierwszej klasy, krew w nim zawrzała. Szybko zrozumiał sytuację.
Wparował bez żadnych uprzejmości do kajuty i rzucił się na hrabiego, którego ręce krążyły po ciele Vivian. Dziewczyna nawet się nie poruszyła, więc musiał w nią wmusić jakiś silny narkotyk. To by wyjaśniało kwestię tego, jak udało się ją tutaj sprowadzić bez walki. Padalec.
Rzucił hrabią o ścianę kajuty z taką siłą, że z mężczyzny uszło całe powietrze. Arte nie czekał, ale wymierzył mu cios w szczękę, po chwili drugi. Zapach krwi sprawił, że oczy rozbłysły mu na czerwono, a kły zaczęły swędzieć. Powstrzymał się jednak przez rzuceniem mu się do gardła.
– Co ci, kurwa, powiedziałem? – syknął, zbliżając swoją twarz do mężczyzny. – Miałeś jej nie dotykać, śmieciu.
Zanim blondyn spróbował się odezwać, wampir obnażył kły, pozwalając, aby je dostrzegł. Poczuł strach swojej ofiary i to napełniało go dziką euforią. Bestia powoli przykrywała rozsądek i tylko myśl o Vivian pozwoliła mu się opanować.
– Dotknij ją jeszcze raz – zasyczał z nienawiścią – zbliż się do niej choćby na dwa metry, a rozszarpię cię na strzępy tak, że rodzona matka cię nie pozna. Zrozumiałeś?
Blondyn tylko pokiwał głową zbyt przerażony, żeby cokolwiek powiedzieć. Arte przyłożył mu jeszcze raz, pozbawiając go przytomności, po czym podszedł do koi, gdzie leżała Vivian. Miała przymknięte powieki i spowolniony oddech, więc z pewnością nie wiedziała, co się z nią dzieje. Rozbebeszone ubranie też wiele dawało do myślenia. Gdyby przyszedł choćby minutę później, Vivian stałaby się krzywda. Ta myśl tylko podsycała jego gniew, ale nie tym ma się teraz zająć. Poprawił jej ubranie, wziął na ręce i wyniósł z kajuty hrabiego. Wrócił do tej przydzielonej Cieniom i ułożył przyjaciółkę na koi. Kilka chwil później podstawił jej kubek z jakimiś ziołami do ust.
– Wypij. Pomoże ci.
Dopilnował, żeby się nie zakrztusiła, a potem zasnęła spokojnie. To go trochę uspokoiło, choć nadal czuł gniew na myśl, co hrabia mógł jej zrobić. Tego nie zamierzał tak zostawić. Na razie jednak stróżował przy brązowowłosej, choć nie sądził, żeby ten człowiek próbował ich jeszcze jakoś atakować.
Jakiś czas później do kajuty wróciła Arianne. Wraz z nią przyszła niewysoka, wystraszona dziewczyna o jasnobrązowych włosach i szarych oczach. Skuliła się, gdy tylko ujrzała wampira, który jej się przyglądał.
– A więc to jest Michelle – odezwał się.
– Tak. Michelle, poznaj Arte. Dziewczyna na koi to Vivian. Wszystko w porządku, Arte?
– Teraz już tak, ale hrabiemu dostało się po łapach.
– Później wyjaśnisz. Odstąpisz Michelle swoją koję na resztę podróży?
– Nie ma problemu. Idziecie do hrabiego wyjaśnić sprawę?
– Tak. Potem Michelle zostanie z nami aż do Helsinek.
– Iść z wami?
– Nie trzeba.
Hrabia nauczony przykrym doświadczeniem z Arte nie robił żadnych problemów. Michelle mogła nawet zabrać swoje rzeczy. Początkowo była dość spięta w obecności wampira, ale szybko przełamał w niej tę niechęć, dając poczucie normalności. Tego jej trzeba było po koszmarze, który zafundował jej były narzeczony.
Arianne przebudziła się w nocy i rozejrzała po kajucie. Coś jej nie pasowało i szybko zrozumiała co. Brakowało Arte. Vivian spała na swojej koi sama, choć wieczorem, gdy się ocknęła po nieprzyjemnej przygodzie, stwierdziła, że może część miejsca udostępnić przyjacielowi. Było to dla niej naturalne. Teraz jednak wampira nie było w pomieszczeniu.
Brązowowłosy wsunął się do kajuty niemal bezszelestnie. Zwykle błękitne oczy teraz miały lekko czerwonawą barwę, co tylko potwierdzało domysły przebudzonej Arianne, że nie wyszedł bez powodu.
– Gdzie byłeś? – zapytała cicho.
Wampir spojrzał na nią nieco zaskoczony, a jego spojrzenie wróciło do normy.
– Po szklankę wody.
– Wiem, kiedy kłamiesz, Arte.
– Obudzisz dziewczyny.
– Porozmawiamy rano.
Wampir wzruszył ramionami i ułożył się na skraju koi Vivian. Nie zamierzał się z niczego tłumaczyć. Taką decyzję podjął i jeśli Arianne się to nie spodoba, to trudno. Jej problem. On był konsekwentny.
– Cienie się tak nie zachowują – głos Francuzki obudził Vivian.
Było już jasno, więc przyszedł ranek. Podniosła powieki, żeby zobaczyć mistrzynię i Arte kłócących się o coś półgłosem, by nikogo nie obudzić.
– To była moja decyzja – warknął wampir.
– Zachowujesz się nieodpowiedzialnie.
– Coś się stało? – zapytała Vivian.
Oboje spojrzeli na nią trochę zaskoczeni. Nie zauważyli, że już się obudziła, a chcieli zostawić to między sobą.
– Nie, wszystko jest w porządku. Za jakąś godzinę powinniśmy być na miejscu – poinformowała ją Arianne.
– Aha.
Vivian odpuściła, bo doskonale wiedziała, że niczego od nich nie wyciągnie. Mieli swoje tajemnice i to szanowała, choć trochę niepokoiło ją to napięcie pomiędzy Arianne a Arte. Zwykle trudno było ich doprowadzić do wściekłości, nawet jeśli byli na coś źli, to potrafili to ukryć i nie afiszować się z tym.
Dopiero przy śniadaniu domyśliła się, o co im poszło. Hrabia von Bornoe popełnił tej nocy samobójstwo, choć nic nie wskazywało, że ma jakieś skłonności samobójcze. Na pokładzie dziwnym trafem był również śledczy i to on stwierdził, że hrabia zabił się bez udziału osób trzecich. Vivian jednak wiedziała, że to nieprawda. Dla Cienia upozorowanie wypadku lub samobójstwa było zbyt łatwe i nie było takiej siły, która mogłaby stwierdzić, że jest inaczej. Brązowowłosa z łatwością skojarzyła fakty, a Arte był do tego zdolny. Nie zapominała, że na co dzień obcuje z wampirem – bestią, która jest zdolna do wszystkiego. Mężczyzna potrafił być okrutny i mściwy, kiedy ktoś atakował go bezpośrednio lub osoby, na których mu zależało. Niejednokrotnie przecież groził Arsenowi, kiedy Vivian jeszcze nie była w stanie mierzyć się z chłopakiem sama. Wczoraj hrabia prawie ją skrzywdził, to musiało go rozwścieczyć, a że był wrogiem takich ludzi, po usłyszeniu historii Michelle sam wymierzył sprawiedliwość. Był do tego zdolny.
Nie drgnęła mu nawet powieka, gdy usłyszał, co się wydarzyło. Wiedział wcześniej, więc nie było to dla niego zaskoczeniem. Nie żałował. To nie była postawa Cienia, bo bez rozkazu nie zabijają, wziął to na siebie i zamierzał z tym żyć. Nieważne, że Arianne postanowiła uświadomić mu, że zachował się jak ktoś bez honoru Cienia. Nie miał zamiaru przepraszać tylko dlatego, że kobiecie się to nie podoba.
Vivian zachowała tę wiedzę dla siebie. Nie oceniała przyjaciela. Możliwe, że na jego miejscu zrobiłaby to samo. Hrabia krzywdził ludzi dookoła siebie, próbował ruszyć kogoś, kto nie miał z nim nic wspólnego, dla własnej satysfakcji. Z premedytacją wsypał jej narkotyki do herbaty, gdy odwróciła spojrzenie na barmana. Tacy ludzie są zagrożeniem dla innych i należało ich eliminować. Arte zrobił to sam, z własnych pobudek. Bronił tego, co dla niego ważne, mścił się za krzywdę na jego świecie i Vivian to rozumiała. W przeciwieństwie do Arianne widziała świat oczami osoby, która doskonale zna piekło na ziemi i nie bała ubrudzić sobie rąk czy sumienia. Rozumiała, jak to jest być bestią.
W Helsinkach zatrzymali się tylko na czas załatwienia sprawy Michelle. Vivian przekonała Arianne, żeby sama poszła z dziewczyną. Ona zaś z Arte przeczekali ten czas w niewielkiej knajpce przy dworcu. Tak było lepiej, żeby atmosfera się trochę oczyściła. W końcu mieli skupić się na zadaniu.

***

Laurie: Trochę zapychacz, z którego nie do końca jestem zadowolona, ale mam nadzieję, że akcja z następnych rozdziałów Wam to wynagrodzi.
Vivian: Będzie strasznie.
Arte: Laurie wraca do formy.
Laurie: Powiedzmy. Styczeń zleciał szybko, czas na plany na luty.
Arte: Jak co roku, tylko 3 rozdziały i prawdopodobnie w nich zawrze się cała misja nad jeziorem Oulu. Do tego walnięty na Walentynki.
Vivian: O czym w tym roku?
Laurie: Prawdopodobnie o Allenie. Nie jestem jeszcze przekonana.
Vivian: No tak, obiecałaś Kandzie, że w tym roku go nie ruszysz.
Laurie: Jeszcze zobaczymy. Za tydzień misja nad jeziorem Oulu. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

2 thoughts on “Darenimo iezuni Hitori de nakaeta nayameru Kotomo arudarou

  1. Saphira pisze:

    Laurie-san, to wcale nie jest zapychacz, jak to ujęłaś. Rozdział bardzo ciekawy, taka odskocznia według mnie (nie każdy musi tak przecież uważać). Oj, Arte. Ja też bym tak zrobiła na twoim miejscu, choć może niekoniecznie tym sposobem😉 Czekam na kolejny rozdział no i oczywiście życzę weny.

  2. Natsumi Akane pisze:

    Witam. Jestem fanką d.gray mana i szukałam opowiadania takiego jak to. Chciałam się odezwać, że czytam. To opowiadanie jest swietne. Siedzę i czytam już 5 dzień. Korzystam z ferii. Naprawdę super opowiadanie. Jestem na 97 rozdziale 1 serii (jeśli dobrze myślę) mam nadzieję, że niedługo dojde tutaj i będę komentować na bieżąco.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s