Close your eyes So many days go by Easy to find what’s wrong Harder to find what’s right

Vivian stała na dachu jednego z budynków w miasteczku. Był to chyba kościół, ale na to nie zwracała uwagi, ważne, że górował nad pozostałymi zabudowaniami i pozwalał jej rozejrzeć się po okolicy.
Szukała śladów obecności demona. Gdy tu przybyli, żadne z nich nie czuło zagrożenia, Arte był tym najbardziej zaskoczony, gdyż wyczuwanie takich istot było wpisane w bycie wampirem, a tu nic. Miasteczko było czyste niczym łza. Zupełnie nie pasowało do opisów z dokumentów, które otrzymali od Rady. Przez to też Vivian stała się bardziej podejrzliwa. Życie nauczyło ją, że jeśli coś jest zbyt idealne, to jest to pułapka. Właśnie dlatego postanowiła się rozejrzeć, kiedy towarzysze zorientują się, jak sprawa wygląda wśród mieszkańców.
Był też inny powód – konflikt pomiędzy Arianne a Arte. Wampir nie zamierzał przepraszać czy wyrażać skruchy z powodu zabicia hrabiego von Bornoe, który zaatakował ją na statku, a jej mistrzyni nie chciała uznać jego zachowania. Od tamtego zdarzenia nie minęło wiele czasu, ale żadna ze stron nawet nie próbowała zmienić atmosfery czy spróbować się pogodzić. Vivian chciała od tego odpocząć, ale też dać im możliwość do porozmawiania w cztery oczy. Nie stawała pomiędzy nimi, bo było to zbyteczne, sami musieli rozwiązać tę sytuację.
Właśnie dlatego stała na ośnieżonym dachu i skanowała okolicę. Szukała jakiegoś śladu, wskazówki, gdzie powinni zacząć szukać. Niestety na razie nie było niczego, co ruszyłoby sprawę do przodu. Tak jakby ten demon naprawdę nie istniał. Atmosfera tego miejsca była wręcz sielska mimo zwałów śniegu i mrozu. Nie pasowała do historii o krwiożerczym demonie, który zagrażałby temu miejscu.
Dookoła, gdzie tylko spojrzeć, wszystko przykrywał śnieg. Jezioro również zamarzło, choć w kilku miejscach lód był cieńszy, co stanowiło pewne niebezpieczeństwo dla kogoś nieuważnego. Niezbyt gęsty las także nie dawał jakiegoś punktu zaczepienia. Równie dobrze mogli tu w ogóle nie przyjeżdżać.
Zniechęcona zeskoczyła z budynku, lądując na lekko ugiętych nogach w bocznej uliczce. Był środek dnia, więc mimo swych działań starała się nie przyciągać zbytnio uwagi. Nie chodziło tylko o jej niezwykłe umiejętności, które dla zwykłych ludzi były co najmniej dziwne, ale o własny komfort psychiczny. Zwracanie na siebie większej uwagi było niepotrzebne, oduczyła się tego już dawno i nie zamierzała do tego wracać. A na pewno nie teraz.
Przez chwilę rozważała, co robić dalej. Mogła przejść się uliczkami miasta, ale był to nieco próżny trud. Arianne i Arte mieli porozmawiać z mieszkańcami, więc przy okazji zrobią obchód. Postanowiła więc zejść nad samo jezioro, żeby tam się rozejrzeć. Niekoniecznie wierzyła, że coś znajdzie, ale nie zaszkodziło sprawdzić. Poza tym profesjonalizm też wchodził tu w grę, więc czułaby się źle z myślą, że coś zaniedbała. Przy takim śledztwie musiała uważać na każdy szczegół.
Jezioro było oddalone od miasteczka o kilka kilometrów. Możliwe, że chodziło o bezpieczeństwo – wezbrane brzegi i powodzie są niebezpieczne dla ludzi – a może był tego inny powód. Nie rozważała tego, to nie miało w tej chwili żadnego znaczenia. Jedynie było trochę irytujące, bo spacery w śniegu nie należały do przyjemności dla Vivian. Owszem, ciężki trening poprzedniej i tegorocznej zimy zbierał owoce, ale to nie znaczyło, że nie brodziła w śniegu i poruszała się wolniej niż normalnie. Taki urok zimowej aury.
Zamarznięte jezioro łatwo było pomylić z otoczeniem dookoła. Biel niemal zlewała się w jedno, jeden nieuważny krok mógłby kosztować życie osoby, która z niefrasobliwością weszłaby na lód. Ten nie wyglądał na niestabilny, ale Vivian wolała nie ryzykować. Doskonale wiedziała, że gruba pokrywa może być gdzieś uszkodzona lub cieńsza, a to groziło wpadnięciem do lodowatej wody i pewną śmierć.
Włóczyła się chwilę po brzegu, oddalając się od miasteczka na znaczną odległość. Nadal niczego nie znalazła i to wprawiało ją w irytację. Podróż tutaj zajęła dużo czasu i nerwów, mogliby te dni poświęcić na coś innego – trening albo inną misję. Tylko czy Rada naprawdę się pomyliła? Zwykle nie wysyłali Cieni bez powodu. Rozkaz zadania oznaczał, że coś jest nie tak. Nie zawsze zastawali sytuację z dokumentów, ale Cienie potrafiły się dostosować do warunków, zwykle nie były to też gwałtowne zmiany. Coś było tu nie w porządku. Ich zadaniem było odkrycie, co to takiego. Ktoś musiał pociągać za sznurki, skoro tyle było doniesień o krwiożerczym demonie. Kto i po co? Gdyby Vivian nadal była w Zakonie, podejrzewałaby udział Klanu Noah, ale w tej chwili było to mało prawdopodobne. Nie mieli pojęcia, że jest członkiem Ligi Cieni, może nawet nie wiedzieli o istnieniu tej organizacji, więc nie mogli tego przygotować tak, aby zwrócić jej uwagę. Poza tym przygotowanie opowieści o demonie nie było w ich stylu. Noah mogła wykluczyć.
Usłyszała szybkie kroki na długo przed tym, jak się zbliżyły. Odwróciła się w ich kierunku. W jej stronę biegło dwóch młodych mężczyzn, niemal chłopców jeszcze. Byli opatuleni w ciepłe stroje i bardzo do siebie podobni. Obserwowała ich w milczeniu. Zrozumiała, że to ona jest ich celem i chciała wiedzieć, o co chodzi. Nie obawiała się ataku, bo ludzie nie stanowili dla niej większego zagrożenia. Zresztą w tej temperaturze dużo lepiej jej się walczyło niż osobie nienawykłej do różnych warunków.
Mężczyźni zatrzymali się tuż przy niej. Przez chwilę uspokajali oddech po biegu przez śnieg.
– Trudno panienkę znaleźć – odezwał się jeden z nich.
– O co chodzi?
– Mamy panienkę zaprowadzić na miejsce, gdzie prawdopodobnie zniknęły te trzy zaginione osoby. Poprosiła o to panienki dowódczyni.
– Rozumiem. Chodźmy więc.
To był dobry podział obowiązków, skoro kręciła się po okolicy. Zresztą w ten sposób mogli bardziej wykorzystać jej możliwości i pozwolić dziewczynie na samodzielność. Zmierzenie się z demonem nie powinno stanowić dla niej większego problemu, do tego była szkolona przez ostatni czas.
Mimowolnie sprawdziła, czy Czarna Róża dobrze leży na plecach i łatwo wychodzi z saya. Ostrożności nigdy za wiele, choć nadal nie czuła ani krzty obecności czegoś złowieszczego. Mimo to wyczuliła wszystkie zmysły.
Szła za przewodnikami brzegiem jeziora, milcząc. Marsz trwał jakiś czas i w pewnym momencie Vivian coś się przestało zgadzać. Zatrzymała się i rozejrzała uważnie. Przez chwilę nie wiedziała, o co chodzi, ale w końcu obraz z pamięci nałożył się na rzeczywistość i pojęła, w czym rzecz.
– Dlaczego idziemy po jeziorze? – zapytała.
– Tak jest łatwiej. Śnieg na brzegu nie jest ubity i łatwo zapaść się po kolana. Niech się panienka nie martwi, lód jest wystarczająco gruby, żeby po nim iść. Chodźmy, to już niedaleko.
Nie czuła kłamstwa czy zawahania. Skoro wysłała ich Arianne, nie powinna mieć wątpliwości zwłaszcza, że odpowiedź brzmiała logicznie. Mimo to czuła się niepewnie i przez chwilę stała niezdecydowana. Coś ją ostrzegało przed kolejnymi krokami, ale jeden z przewodników oddalił się kawałek i wszystko było w porządku.
– Idziemy? – usłyszała.
– Tak, oczywiście.
Zaczęła się bardziej pilnować, żeby nie wpaść w jakąś pułapkę. Zwracała uwagę na kroki przewodników, żeby dostrzec bezpieczną ścieżkę. Wolała im nie ufać w każdym względzie. To mogłoby się źle skończyć.
– To ta okolica.
Kiwnęła głową i ruszyła w stronę brzegu. Powierzchnia jeziora wyglądała na nienaruszoną, raczej stawiała na to, że coś się wydarzyło w lesie, który docierał niemal do granicy lodu. Chciała tam poszukać śladów, których mogli nie dostrzec mieszkańcy. Czasami szczegóły umykają niezauważone, a mogą być kluczowe dla rozwiązania zagadki.
Usłyszała trzask. Przez moment nie była pewna, z której strony ją dobiegł, gdy poczuła, że się zapada. Odruchowo odskoczyła, co okazało się błędem, bo uszkodzenie lodu ruszyło za nią. Instynktownie aktywowała innocence, żeby z jego pomocą wydostać się, odwróciła też spojrzenie na swoich przewodników. Jeden z nich nadal stał w bezpiecznej odległości i przyglądał się całej scenie, drugiego dostrzegła po chwili. W momencie, gdy zamierzał się na nią długim kijem. Zasłoniła się ręką, ale drugi, szybki cios nie chybił i ogłuszył ją na tyle, by straciła równowagę. Wpadła po pas do wody, która wciągała ją głębiej. Ubranie namakało zimną wodą, krępując ruchy i ochładzając ciało. Stawała się coraz cięższa. Rozpaczliwie łapała za ułamki lodu, ale napastnik starał się jej w tym przeszkodzić.
Nie przyszli z polecenia Arianne. Chcieli ją zabić. Pozostałe Cienie też mogły być w niebezpieczeństwie, a ona nie mogła ich ostrzec. Jaki mieli w tym cel? Kto za tym stał?
Lodowata woda wdarła jej się do płuc, wyduszając resztki powietrza. Pod nogami poczuła dno, nie było aż tak głęboko, więc odbiła się i próbowała wypłynąć. Uderzenie w głowę ogłuszyło ją na tyle, że zaczęła opadać na dno. Topiła się w lodowatej wodzie niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Woda wypełniała jej organizm. To będzie jej grób. Już nie wypłynie.
Nie pamiętała, co się stało później. Kolejnym faktem, który zarejestrowała, było to, że leżała na boku na czymś miękkim. Żyła. Nie wiedziała, jak do tego doszło, ale przeżyła próbę utopienia w zimnym jeziorze.
Otworzyła oczy i rozejrzała się niepewnie. Leżała na posłaniu ze skór zwierząt przykryta grubym kocem, niedaleko płonął ogień w kominku – wyglądał na dawno nieużywany. Jej broń leżała tuż obok, niczego nie brakowało, a ubranie suszyło się niedaleko ognia.
– Ocknęłaś się już? – usłyszała.
Odruchowo sięgnęła po sztylet, odwracając się do właściciela głosu. Długie, jasne włosy splecione miał w luźnego warkocza, żeby nie przeszkadzały, srebrne oczy wpatrywały się w nią z troską. Wydawał się w jej wieku, może niewiele starszy, ale było to tylko wrażenie.
Uniósł ręce w obronnym geście.
– Nie bój się. Nie chcę ci zrobić krzywdy.
– Ty mnie tu przyniosłeś? – zapytała podejrzliwie.
– Tak. Zamarzłabyś bez ciepła, a ta chata jest od wieków pusta.
– Jesteś lodowym demonem. Czego ode mnie chcesz?
– Niczego.
– Nie wierzę ci.
– Co mam zrobić, żebyś uwierzyła? Nikomu nie chcę robić krzywdy.
Vivian przyglądała mu się uważnie. Nie czuła od niego ani odrobiny żądzy mordu czy złych intencji. Było to odrobinę zaskakujące, ale pozwoliła sobie na rozluźnienie. W końcu wyciągnął ją z wody i zajął się nią.
– To ty zabiłeś troje zaginionych mieszkańców miasteczka niedaleko stąd? – zapytała.
– Nie. Po co miałbym to robić? Nawet się tam nie zbliżałem.
Musiała przyznać mu rację. Gdyby tam był, wyczuliby jakieś ślady.
– Więc co tu robisz?
– Próbuję żyć. Zostałem przebudzony kilka dni temu przez płacz nad jeziorem. Nie wiem, nad czym rozpaczała ta dziewczyna, ale to sprawiło, że mój trzystuletni sen się zakończył. Nie mam żadnego celu w zabijaniu kogokolwiek, więc staram się trzymać z daleka od ludzi.
– Więc jakim cudem mi pomogłeś?
– Jestem przywiązany zaklęciem do tego jeziora. Nie mogę opuszczać go na większą odległość. Nie pamiętam już, za co to kara. Staram się omijać ludzi, kręcę się w pobliżu wody. Widziałem całe zajście. Gdy przestałaś wypływać, tamci dwaj ruszyli w drogę powrotną. Wtedy cię wyciągnąłem. Przez chwilę nie oddychałaś, ale udało mi się przywrócić twój oddech. Zabrałem cię tu.
– Ty rozpaliłeś ogień?
– Tak. Bez ciepła umarłabyś.
Dopiero teraz dostrzegła, że dłonie, które nadal trzymał w górze, są poparzone. Dla lodowych demonów ogień był największym zagrożeniem.
Odłożyła sztylet. Nie miała powodu, by mu nie wierzyć. Wróg znajdował się w miasteczku. Ta myśl spowodowała, że gwałtownie wstała. Na odsłoniętym ciele poczuła chłód i wzdrygnęła się mimowolnie.
– Powinnaś jeszcze odpocząć.
– Moi przyjaciele są w niebezpieczeństwie.
– Osłabiona im nie pomożesz.
Ten argument trafił do Vivian. Musiała najpierw siebie doprowadzić do porządku. Poza tym Arianne i Arte mieli więcej od niej doświadczenia i radzili sobie nawet w sytuacjach podbramkowych. Wytrzymają do czasu, gdy będzie gotowa wrócić. Musi im zaufać.
Na nowo owinęła się w koc i podeszła do kominka. Ubrania nadal były mokre i minie trochę czasu zanim będzie mogła je założyć. Dołożyła do ognia, ale zaraz odwróciła się do demona.
– Nie będzie ci to przeszkadzać? – zapytała.
– Nie, póki trzymam się na pewną odległość, jest w porządku. Poza tym chyba poczujesz się bezpieczniej, kiedy będę słabszy.
– Nie odpłacam innym złem za dobro. Masz jakieś imię?
– Matti.
– Ładnie.
– A ty?
– Vivian.
– Piękne imię. Rozgrzej się i nie obawiaj. Nic ci tu nie grozi.
– Wprowadzili mnie w pułapkę. Dziękuję za uratowanie życia.
– Nie ma za co.
Siedzieli jakiś czas w milczeniu. Vivian pogrążyła się w myślach o całej tej sytuacji. Demon był wymówką, miał coś ukryć. Tylko co? Coś niebezpiecznego i strasznego, co nie powinno ujrzeć światła dziennego. Coś, od czego należało odwrócić uwagę potencjalnych ciekawskich. Demon był zabezpieczeniem przed takimi jak ona. Wiedzieli, że się kręci wokół miasteczka, węszy, więc postanowili ją zabić. Pozostałe Cienie też mogły być zagrożone, choć wcale nie musiały. To zależy od tego, czy mogła coś odkryć nad jeziorem czy jednak miasteczko było kluczem. Było zbyt wiele niewiadomych, żeby mogła wysnuć jakieś wnioski. To były tylko domysły, które mogła rozwiać jedynie po konsultacji z Arianne i Arte.
Jakiś czas później ubrania Vivian były już suche, a ona sama czuła się dobrze. Odrętwienie i chłód odeszły z organizmu, nie miała też żadnych odmrożeń. Udało jej się zachować sprawność, a to tylko dzięki genom Noah. Wszystko ma swoje dobre i złe strony.
Ubrała się. Na ten moment demon odwrócił twarz, choć go o to nie prosiła. Uśmiechnęła się na ten gest. Było to dość miłe i potwierdzało, że Matti nie ma złych intencji.
– Pomożesz mi? – zapytała.
– Jesteśmy dość daleko, więc droga może być dla ciebie niezbyt bezpieczna. Odprowadzę cię.
– W sumie trudno powiedzieć, jaką sytuację zastaniemy – westchnęła raczej do siebie.
Na zewnątrz było już ciemno i dużo mroźniej niż poprzednio. To nie była dobra pora na podróżowanie, ale Vivian nie mogła dłużej czekać. Niepokoiła się o towarzyszy pozostawionych w miasteczku. Mogła im ufać, ale nadal się martwiła. Uspokoi się, gdy będzie razem z nimi.
Demon zabrał ją kawałek dalej. Usłyszała ujadanie i zdziwiła się, gdy zobaczyła sanki i psi zaprzęg. Tego się akurat nie spodziewała.
– Siadaj na sanie.
– To bezpieczne?
– Oczywiście. I najszybsze rozwiązanie, jeśli chcesz jak najszybciej być w miasteczku.
– No dobra.
Miała pewne obawy wobec tego, ale w chwili, gdy ruszyli, pozbyła się ich. Dawno nie czuła takiego zrywu wolności jak teraz, siedząc w sankach ciągniętych przez wilki – po przyjrzeniu się zwierzętom dostrzegła swą omyłkę, wcześniej założyła, że to psy. Przez moment nawet zapomniała, dokąd i po co jadą, liczyło się tylko to uczucie. Zew wolności ukryty w pędzie.
– Zaraz będziemy.
Głos demona przywrócił ją do rzeczywistości. Wróciła jasność umysłu i poczucie zadania. Gdy tylko się zatrzymali, sprawdziła dostępność broni. Tym razem nie zamierzała dać się zaskoczyć.
Cisza nie powinna jej dziwić. Było późno, mieszkańcy winni spać w swoich domach. Coś tu jednak było nie tak. Atmosfera się zmieniła, stała się bardziej złowroga, a Vivian poczuła się obserwowana ze wszystkich stron. Dłoń położyła na rękojeści Czarnej Róży.
– Tu zawsze cuchnie czarną magią? – zapytał Matti.
– Nie, wcześniej było tu całkiem normalnie.
– Tym bardziej trzeba znaleźć twoich przyjaciół. Myślisz, że u kogoś nocują?
– O tej porze, czując tę atmosferę, na pewno są w ruchu.
Rozglądała się uważnie, starając się wyczuć źródło problemu. Tam najszybciej znajdzie Arianne i Arte, bo pewnie już się tym zajęli. Nie chciała myśleć, że coś im grozi, zostali pokonani. To wzbudziłoby tylko strach o nich, a to mogłoby ją osłabić. Oczyściła umysł z tak rozpraszających myśli. Skupić się na zadaniu – tylko to zaprzątało jej teraz głowę.
– Nie musisz mi towarzyszyć – powiedziała demonowi.
– Nie umiałbym cię tu teraz zostawić.
– Prawdziwy z ciebie rycerz.
– Czasami nawet demony są szlachetne.
– Widać – uśmiechnęła się lekko.
– Chodźmy. Wyczuwasz ich gdzieś?
– Nie, ale gdzieś tam – wskazała kierunek – jest źródło naszych problemów. Tam powinni być.
Ruszyli w tamtą stronę z dozą ostrożności. Ta ciągła obserwacja nie pomagała Vivian, jej zmysły były napięte do granic możliwości. W każdej chwili była gotowa odeprzeć atak.
Zmroziło ją. Stanęła niczym sparaliżowana, gdy poczuła tę aurę. Wiedziała, że sprawa się skomplikowała. Tylko odruchowo odbiła atak i odskoczyła.
– Arte…

***

Vivian: Tak naprawdę nasza misja zaczyna się dopiero teraz.
Lavi: Ta końcówka trzyma w napięciu.
Vivian: A na odpowiedzi trzeba będzie poczekać aż dwa tygodnie. Dobrze słyszeliście, dwa, bo w przyszłym tygodniu są Walniętynki. Jeszcze nie wiem, co dostaniecie, bo Laur się do końca nie zdecydowała. Na razie ziewa.
Lavi: W związku ze specjalnym w przyszłym tygodniu widzimy się w sobotę, nie w piątek.
Vivian: Potem jednak wracamy w piątek. Takie małe ustępstwo. Pozdrawiamy i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s