Have to save To save my beloved There is no escape Because my faith is horror and doom

Cios był silny. Ramiona zadrżały jej, kiedy intuicyjnie obroniła się przed atakiem i odskoczyła. Gdyby nie doświadczenie wielu lat i gruntowne szkolenie jej ciało zostałoby rozszarpane. Nie wątpiła w to. Doskonale znała siłę przyjaciela.
Przed nią bowiem stał Arte. Jego oczy błyszczały czerwienią w mroku, dostrzegała kły wystające spomiędzy warg, a postawa wampira wypełniona była chęcią walki. Teraz był jej przeciwnikiem. Nie partnerem sparingowym, nie wygłupiającym się przyjacielem, ale prawdziwym, śmiertelnym niebezpieczeństwem. Zagrożeniem dla niej, którego nie mogła zignorować.
W jej serce wkradł się strach. Takiego scenariusza nie przewidziała. Sądziła, że w najgorszym przypadku będzie musiała ich wyciągnąć, nie zaś z nimi walczyć. To było ciężkie. Wiedziała, że Arte bierze to na serio i zabije ją, jeśli go nie doceni. Widziała to w jego spojrzeniu i to ją sparaliżowało. Nie chciała robić mu krzywdy, ale wyglądało na to, że nie miała wyboru. Nie powinna się wahać, nie mogła. Powinna potraktować to jak każdą inną walkę na śmierć i życie. Ukryć serce, oczyścić się z emocji, przestać myśleć o innych rzeczach niż zadanie do wykonania. Cień pokonuje wszelkie przeciwności i wraca do domu żywy – tego ją nauczyli.
Arte nie dał jej czasu na myślenie czy uspokojenie emocji. Gdy tylko uskoczyła, zaatakował ponownie. Znów ledwo uniknęła ataku, zrobiła to raczej instynktownie niż myśląc trzeźwo. Z łatwością ją odczytywał i szybko znalazł się za jej plecami. Zaczepił o jej ubranie, Vivian straciła na moment równowagę i wylądowała na jednym kolanie. Ledwo powstrzymała kolejny cios. Mogła się tylko bronić.
Zablokowała zaklęcie Arte, sama recytując pod nosem inkantacje przeciwko wampirom. To dało jej przewagę na kilka sekund. Odetchnęła głęboko i uspokoiła rozbiegane myśli. Dzięki temu zauważyła to, co wcześniej jej umykało. Arte wcale nie walczył z nią z własnej woli, był spętany zaklęciem, prawdopodobnie alchemicznym, ale co do tego nie miała pewności. To coś wymuszało na nim walkę z nią. Widziała też, że próbuje się uwolnić. Musiała mu pomóc.
Wykorzystała pozostały czas na stworzenie prostej inkantacji, która miała ujawnić naturę wiążących go zaklęć. W ten sposób najszybciej mogła uwolnić wampira niż działając po omacku. Oczami wyobraźni zobaczyła siatkę wokół jego ciała. Skrzywiła się, dostrzegając najbardziej jaskrawe kolory. Było źle.
Na każdego z Cieni inkantacja ta działała inaczej. Jedni obrazowali wyniki jako barwy, inni zapachy, przedmioty, smaki itp. Dla Vivian były to kolorowe linki oplatające badany przedmiot. Im jaskrawsze kolory, tym gorsze i trudniejsze do zdjęcia zaklęcia i klątwy.
– Vivian… – głos Arte brzmiał dość boleśnie. – Musisz uciekać.
To ją na moment powstrzymało przed ruchem. Pewna nuta w jego głosie mówiła, że jest coś, czego się tu nie spodziewali.
– I was zostawić? Mowy nie ma.
– Nie poradzisz sobie sama. Alchemik kontroluje tu wszystkich i chce ciebie na ofiarę dla demona. Nie dasz rady.
Wbrew sobie rzucił się na nią. Zablokowała cios i przez chwilę siłowali się. Tym razem nie przypominało to zmagań z treningów, wkładali w to całą siłę. Vivian aż zacisnęła zęby, choć wiedziała, że lada moment będzie musiała ustąpić pola. Arte przewyższał ją siłą fizyczną, była tego świadoma.
– Musisz stąd uciekać. Powiem ci, co wiem, póki mogę, ale nie do końca nad tym panuję.
Wymieniali się ciosami. Vivian jedynie się broniła, nie chcąc zranić przyjaciela. Od czasu do czasu musiała jednak wyprowadzić kontrę, żeby odrzucić go od siebie, gdy był za blisko. Używała inkantacji obronnych, które blokowały ruchy wampira albo go spowalniały.
Arte wykorzystał to, żeby opowiedzieć jej, czego się dowiedzieli. Opowieści mieszkańców były bardzo spójne. Wszyscy mówili o krwiożerczym demonie, jego opis był dość znany i precyzyjny. Każdy, z kim rozmawiali, prosił ich o pomoc w rozwiązaniu tego problemu. Nie czuli jednak obecności jakiś demonicznych mocy. Nawet starych śladów. Opowieści też zbytnio się zazębiały. Ich rozmówcy używali niemal tych samych słów, tak jakby ktoś nauczył ich tylko tej jednej wersji. Wątpliwości było dużo, odpowiedzi żadnych.
Problemy zaczęły się, gdy jeden z mieszkańców rozpoznał w Arte wampira. Nagle przestali być uprzejmi. Przy tym zdążyli wprowadzić ich w pułapkę, z której już się nie wyplątali i zostali uwięzieni w pracowni alchemika, który stał za tym wszystkim. Ma pod kontrolą całe miasteczko, poi ludzi eliksirem, który wymaga na nich posłuszeństwo i ogłupia ich. Wszystko po to, by mieć zaplecze energetyczne dla swoich eksperymentów. Chce sprowadzić bardzo niebezpiecznego demona, by mu służył. Zostało już niewiele przygotowań, choć problemem była odpowiednia ofiara. Do momentu, gdy Vivian wróciła do miasteczka. Właśnie dlatego teraz muszą ze sobą walczyć.
– Jest bardzo dobrze przygotowany. Tylu zaklęć ochronnych w życiu nie widziałem. Nie ma szans, by go zaskoczyć.
Arte przekazał jej również informacje o zaklęciach, które udało mu się rozpoznać. Była to tylko cząstka tego, co ukrywało pracownię alchemiczną, ale tyle mógł jedynie zrobić.
– Uciekaj stąd – rozkazał.
– Nie mogę was zostawić – sprzeciwiła się.
Gdy Vivian zmagała się z Arte, towarzyszący jej lodowy demon miał inny problem. Mieszkańcy miasteczka zaatakowali go na rozkaz alchemika. Chcieli go zabić, bo mógł być przeszkodą w planie. Matti zaś nie chciał walczyć z ludźmi, nie używał swoich zdolności nawet do obrony, żeby nikogo nie zranić. Z kilkoma przeciwnikami dałby radę, ale tych było po prostu za dużo. Wiedział, że powinien się wycofać. Nie chciał jednak zostawiać Vivian samej. Może i nie był to jego problem, może nie powinien się mieszać, ale nie potrafił porzucić tej brązowowłosej dziewczyny na pastwę tego miejsca.
Zbliżył się do niej, gdy Arte skończył swoją opowieść. Słyszał część, ale bez tego wiedział, że są na straconej pozycji. Teraz niewiele mogli zrobić.
– Musisz – Arte był stanowczy. – Nie masz wyjścia.
– Ma rację – odezwał się Matti. – Tu trzeba planu.
Vivian skrzywiła się, odbijając cios przyjaciela. Wiedziała to, ale nie potrafiła tak po prostu odpuścić. Nie do końca też mieli szansę na ucieczkę, wampir szybko by ich dogonił. Póki był spętany zaklęciami, nie odpuściłby tak łatwo.
Wtedy Arte wyciągnął z kieszeni trzy niewielkie kulki. Vivian otworzyła szerzej oczy. Doskonale wiedziała, co to jest. Kule z imitacją światła słonecznego. Musiał je jej wyjąć z płaszcza w czasie walki.
– Arte, nie! – wrzasnęła.
Brązowowłosy upuścił kulki, które w zderzeniu z podłożem rozbiły się, dając poblask światła dziennego. Po okolicy rozniósł się bolesny skowyt. Wampir opadł na kolana, zasłaniając oczy.
– Idź – dosłyszała głos pełny bólu.
Matti złapał ją za ramię.
– Teraz mamy szansę. Chodź.
Niespodziewany rozblask zdezorientował również mieszkańców. Cień i lodowy demon wykorzystali te cenne sekundy na ucieczkę. Dobiegli do zaprzęgu, gdy wokół znów nastały ciemności. Nie tracili czasu, lecz odjechali stamtąd najszybciej, jak się dało.
Powrót do opuszczonej chatki nie zajął im dużo czasu. Chyba nawet mniej niż podróż w drugą stronę. Cały czas uważali na pościg, ale wyglądało na to, że zarówno Arte, jak i mieszkańcy odpuścili. Możliwe, że alchemik nie chciał ryzykować utraty kontroli nad sytuacją. Wyglądało więc na to, że poza miasteczkiem niewiele może zrobić. Na swoim terenie działał sprawnie, ale nie zapuszczał się poza niego. Rozwaga i tchórzostwo w jednym.
Vivian rozpaliła niewielki ogień w kominku. Zdążyła porządnie zmarznąć, a do rana, gdy zrobi się odrobinę cieplej, jeszcze daleko. Musiała pomyśleć i znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji. Nie miała szansy, żeby wezwać pomoc z Ligi. Za długo by to trwało, a ona nie miała tyle czasu. Alchemik mógł zdecydować o wysłaniu za nią pościgu albo wykorzystać to, co ma, do swojego celu. Jeśli uda mu się wywołać demona, sprawa zostanie przesądzona. Sama może nie dać sobie rady ze wszystkimi zagrożeniami jednocześnie. Miała najwyżej kilka godzin na obmyślenie planu i ruszenie do walki. Potem może być już za późno.
– Może to głupio brzmi, ale w porządku? – usłyszała.
Matti siedział na podłodze przy drzwiach i obserwował, jak niespokojnie spaceruje po pokoju. Do tej pory się nie odzywał, bo i tak nie bardzo wiedział, jak jej pomóc. To było trochę ponad jego możliwości. Poza tym zdawał sobie sprawę, że Vivian martwi się o swoich uwięzionych przyjaciół. Nie chciał jej urazić niepotrzebnym słowem.
– Potrzebuję planu – usiadła przy ogniu. – Najlepiej byłoby wślizgnąć się niezauważenie do pracowni tego alchemika i go zabić. To rozwiązałoby większość problemów. Tylko przy tej ilości zaklęć ochronnych jest to praktycznie niemożliwe. Zorientuje się, że ktoś próbuje się włamać.
Była zła. Prosta misja przerodziła się w naprawdę twardy orzech do zgryzienia, z którym musiała poradzić sobie samodzielnie. Wszystkie plany, które przychodziły jej do głowy, miały poważne dziury w najważniejszym momencie.
– Mnie też będzie ciężko wejść znowu do miasteczka – zauważył.
– Arte powiedział, że mieszkańcy są pod kontrolą alchemika. Prawdopodobnie rozkazał, żeby spróbowali cię zabić, jeśli wejdziesz pomiędzy budynki. Najwyraźniej przeszkadzasz mu w planach.
– Potrzebujemy elementu zaskoczenia.
– Wiem. Trzeba pozbyć się zagrożenia i uwolnić Arte i moją mistrzynię.
– Czyli wejść do jaskini lwa.
– Właśnie, tylko jak? – westchnęła. – Przychodzi mi na myśl tylko wymiana.
– Wymiana?
– Alchemik chce mnie wykorzystać jako ofiarę dla demona, którego chce wywołać. Gdybym poszła z nim na układ, mogłabym uwolnić zakładników.
– I zbliżyłabyś się do niego.
– Tu bym się akurat nie cieszyła. Żeby go zabić, musiałabym mieć możliwość podejścia do niego co najmniej na wyciągnięcie ręki. Wątpię, by był na tyle nieostrożny. Do tego raczej pozbawi mnie broni i swobody. To jest największa luka w tym planie.
– A twoi przyjaciele mogą nie zdążyć – domyślił się.
– Właśnie. Nie mogę ryzykować, że wywoła tego demona.
Skrzywiła się. Nawet nie chodziło o jej własne bezpieczeństwo. Owszem, przerażała ją myśl, że coś pożre jej duszę, już kilkukrotnie ledwo udało jej się tego uniknąć i nie chciała powtarzać tego doświadczenia. Zasada o powrocie po misji też miała trochę mniejsze znaczenie. Ważniejsze było, by nie dopuścić do przywołania. W takich sytuacjach było to najlepsze rozwiązanie. Nic dobrego nie przyjdzie z pozwolenia na obecność demona w tym świecie – to dodatkowa praca, której wcale nie musieli wykonywać, skoro można do tego nie dopuścić.
– To co chcesz zrobić? – zapytał Matti.
– Nie wiem. Nie mam pomysłu. Gdybym mogła pojawić się tuż przed alchemikiem mimo zaklęć chroniących jego pracownię lub przywołać broń… – spojrzała uważnie na demona.
Przez kilka chwil ważyła ten pomysł w myślach. Był ryzykowny i niebezpieczny, do tego nie do końca zgodny z zasadami Ligi. Gdyby zaproponowała go przy innym Cieniu, mogłaby oberwać. Używanie takich metod nie przystawało osobie, która normalnie je tępi, ale czy miała inny wybór? Nie było czasu na wymyślanie kolejnych dziurawych planów czy sprowadzenie pomocy.
– Matti, podpisz ze mną kontrakt – powiedziała.
– Oszalałaś? Wiesz, jakie to ma dla ciebie konsekwencje?
– Tylko tymczasowy. Jestem Cieniem, potrafię przygotować zastępcze naczynie, więc nie zrobisz mi tym krzywdy. Dzięki temu będziesz mógł pojawić się w pracowni alchemika na moje wezwanie, nie bacząc na ograniczenia.
– Chcesz, żebym go zabił?
– Wiem, że to kłóci się z twoimi przekonaniami, ale nie mamy innego wyjścia. Jeśli wywoła tamtego demona, żadne z nas tego prawdopodobnie nie przeżyje, a jeszcze przyniesie kłopoty. Wiem, o co cię proszę, że to dużo, ale nie mamy za wiele czasu. Pomóż mi.
Jasnowłosy nie był do tego zbytnio przekonany. Kontrakt oznaczał wyzwolenie z okowów, które go wiązały, ale kosztem osoby zakontraktowanej. Wiedział, jak to wygląda. Nie podobało mu się to.
– Jak chcesz podpisać tymczasowy kontrakt? – zapytał.
Vivian pogrzebała chwilę w torbie, uśmiechnęła się, gdy znalazła fioletowy, niewielki kamyk, który rzuciła demonowi.
– Ametyst – wyjaśniła. – Nie robi krzywdy demonom, ale jest składnikiem kilku podstawowych inkantacji Cieni. Wtedy stanowi naturalną barierę pomiędzy duszami. Stanie się znakiem naszego kontraktu. Po wszystkim wystarczy go zniszczyć i kontrakt przestanie się liczyć.
– Jesteś tego pewna?
– W około dziewięćdziesięciu procentach. Jeśli spieprzę inkantację, oberwie się obojgu. Chcę jednak podjąć to ryzyko. Nie mam wyboru. Pomożesz mi?
– Dobrze, podpiszę z tobą tymczasowy kontrakt, pomogę uwolnić twoich przyjaciół i zgładzić zagrożenie. Przygotuj wszystko – odrzucił kamień.
Vivian uśmiechnęła się zadowolona, łapiąc ametyst. Z gotowym planem w głowie poczuła się pewniej. Przynajmniej teraz skupiła się na przygotowaniach, a nie na strachu i niepokoju.
Wyjęła z torby potrzebne rzeczy i rozpoczęła przygotowania. Rozpisała sobie wszystko, porządkując cały proces zanim jeszcze zaczęła. Nie chciała się pomylić. Znała konsekwencje błędu, w czasie treningu teoretycznego Arianne wbijała jej to do głowy równie intensywnie co samą wiedzę. To nie było też coś, co robiła często – w rzeczywistości znała tylko teorię. Właśnie dlatego niektóre części sprawdzała kilkukrotnie nim zaczęła. Wtedy nie będzie już czasu na poprawki.
Przygotowanie ametystu zajęło jej około godziny. Teraz kamień błyszczał jeszcze bardziej fioletowym blaskiem, co było efektem inkantacji wiążącej. Zawiesiła go na srebrnym łańcuszku, który miała założyć na szyję, kiedy już kontrakt zostanie zawiązany. Nadal czuła odrobinę niepewności, jednak zaraz odrzuciła wątpliwości. Najważniejsze jest wykonanie zadania, które sobie założyła.
– Matti, twoja część – odezwała się.
Zbliżyła się do niego tak, aby mógł wykonać swoje zadanie i nie narażać się na kontakt z ogniem.
– Co mam robić? To nie jest zwykły kontrakt.
– Normalny kontrakt wymaga podania odrobiny krwi zakontraktowanej osobie i wyryciu na jej ciele pieczęci. Nam do tego posłuży ametyst. Wystarczy parę kropel na jego powierzchni.
– Jesteś pewna?
– Tak. Zawiąż kontrakt.
Wypuściła ametyst z dłoni, zawisł na łańcuszku, który nadal trzymała w palcach. Przez chwilę kamień kołysał się w powietrzu, mieniąc się fioletową barwą i rzucając odblask na podłogę. Ogień w kominku trzaskał cicho, burząc ciszę, która pomiędzy nimi zapadła. Przez moment mieli wrażenie, że świat wokół wstrzymał oddech, oczekując ich dalszych poczynań.
Matti stworzył ostry sopel, którym rozciął sobie lewą dłoń. Objął nią na kilka sekund ametyst, który zaświecił się. Odsunął rękę, rana zasklepiła się w mgnieniu oka. Nie zwrócił na to jednak uwagi. Oboje obserwowali ametyst, który przez kilka chwil skrzył się biało-fioletowym blaskiem. Gdy zgasł, w jego wnętrzu dostrzegli cień pieczęci.
– Udało się – powiedziała Vivian. – Od teraz łączy nas kontrakt. Póki mam ten ametyst, masz obowiązek spełnić każdy mój rozkaz, przybyć na moje wezwanie.
Założyła przygotowany wisiorek na szyję i ukryła pod płaszczem. Matti tymczasem uklęknął przed nią i ucałował jej dłoń.
– Jak rozkażesz.
– Jedziemy. Poczekasz za miasteczkiem, żebyś nie wdał się w konflikt z mieszkańcami. Wezwę cię, kiedy będę już w środku. Nie wolno doprowadzić do przywołania.
– Oczywiście.
Trwał już dzień, gdy dotarli do okolic miasteczka. Tam się rozdzielili. Dzięki kontraktowi Matti będzie mógł pojawić się u boku Vivian, gdy tylko dziewczyna go wezwie. Miał czekać. Dzięki temu nie będzie miał problemów z mieszkańcami. Tego nie chciał, a dla Vivian było to niepotrzebne. Chciała zminimalizować straty i ryzyko przynajmniej w tych kwestiach, co do których miała pewność. Spodziewała się, że może stać się coś, nad czym nie będzie miała kontroli.
Weszła do miasteczka pewnym krokiem. Nie dotykała broni, nie zamierzała z nikim walczyć. To chyba trochę zdezorientowało mieszkańców, którzy obserwowali ją podejrzliwie. Pewnie zastanawiało ich, co kombinuje i gdzie jest towarzyszący jej wcześniej demon.
– Chcę zawrzeć umowę z alchemikiem – odezwała się, gdy skupiła na sobie ich uwagę. – To, czego pragnie, za wolność moich towarzyszy.
Przez chwilę wydawało się, że nic się nie zmieniło i może sobie tak stać przez resztę dnia. Wiedziała jednak, że ktoś poszedł do alchemika przekazać jej słowa. Cierpliwie czekała na odpowiedź. Pozornie była rozluźniona, w rzeczywistości czujna i przygotowana do ewentualnej walki. Czas oczekiwania wykorzystała na przeskanowanie otoczenia, ale wyglądało na to, że przez te kilka godzin nic się nie zmieniło. Alchemik nadal nie miał swojej ofiary. Teraz przyszła sama.
Kilka minut później zbliżył się do niej jasnowłosy, starszawy mężczyzna.
– Pan Oveldroff czeka na panienkę – odezwał się. – Poprowadzę.
Kiwnęła głową i ruszyła za mężczyzną. Pozostali mieszkańcy jakby stracili nią zainteresowanie i wrócili do swoich zajęć. Vivian podejrzewała, że alchemik jakoś kontroluje ich również pośrednio, co było dość niespotykaną umiejętnością u ludzi. To tylko wzmogło jej niepokój co do tego, z kim ma do czynienia. Przeciwnik zdawał się być naprawdę niebezpieczny.
Posłaniec zaprowadził ją do jednego z ostatnich domów po drugiej stronie miasteczka. Wręcz się skrzywiła na smród czarnej magii. Najwyraźniej przygotowania do przywołania były już zakończone. Teraz najmniejszy błąd mógł skończyć się tragicznie. Prawdopodobnie będzie miała tylko jedną szansę.
Zatrzymali się w holu. Bez użycia magii Cieni wiedziała, że to miejsce jest zabezpieczone praktycznie przed wszystkim. Alchemiczne pieczęcie widniały na różnych powierzchniach, jeden z kręgów wyryty został na podłodze tuż przed nią. Musiał stanowić odpowiednią barierę.
– Rozbrój się i daj sobie związać ręce za plecami – usłyszała męski głos.
Jego właściciel musiał czaić się gdzieś w pobliżu poza zasięgiem jej spojrzenia. Prawdopodobnie za drzwiami, które dostrzegła przed sobą. Bardziej rozwaga czy tchórzostwo?
– Umowa? – zapytała.
– Naprawdę sądzisz, że możesz stawiać jakiekolwiek warunki w swojej sytuacji?
– Naprawdę sądzisz, że nie rozwalę tego miejsca o własnych siłach? – sparafrazowała.
– Chciałaś umowy, więc ci na nich zależy. Wyglądasz na inteligentną, więc wiesz, że nie zdołasz rozplątać moje splotu nim zginiesz lub zginą twoi bliscy. Zaryzykujesz?
Uśmiechnęła się kpiąco. Alchemik dobrze się przygotował. Nie wszedł z nią w kontakt, póki była dla niego zagrożeniem, więc nie mogła się z nim rozprawić. Myślał, że przygotował się na każdą ewentualność. Vivian nie sądziła, że wziął pod uwagę jej kontrakt z lodowym demonem. W teorii była ostatnią osobą, którą mógł o to podejrzewać, a nie było możliwości, że wyczułby ten fakt. Właśnie dlatego wybrała ametyst – kontrakt był niewyczuwalny dla osób z nim niezwiązanych.
Ściągnęła torbę, puszczając ją delikatnie na podłogę, obok wylądowała Czarna Róża i sztylety.
– Płaszcz również.
– Płaszcz nie jest bronią – odparła.
– Wiem, że masz tam kilka niespodzianek. Ściągaj.
– Coś jeszcze?
– Nie, nie musisz się całkiem rozbierać. Twoje ciało mnie nie interesuje.
– Twoja strata – zaśmiała się.
Zrzuciła z siebie płaszcz, pozostając jedynie w koszuli. Od razu odczuła chłód, pracownia alchemiczna nie była zbyt dobrze ocieplona. Najwyraźniej alchemikowi to nie przeszkadzało.
Gdy wykonała już jego żądania, posłaniec spętał jej ręce za plecami. Utrudniało to życie, ale bez nich też potrafiła zabijać. Mimo to spokojnie dała się poprowadzić do głównego laboratorium.
Pomieszczenie było spore o zasłoniętych oknach i pogrążone w półmroku. Oczy Vivian automatycznie przestawiły się na nowe warunki, ale udawała, że przez moment jest pozbawiona pomocy tego zmysłu. Nie zamierzała odkrywać kart tak wcześnie.
Ściany pokryte były regałami z książkami, tylko jedna była ich pozbawiona. Pod nią stał sporych rozmiarów, drewniany stół, nad którym wisiała tablica z różnymi notatkami. Pod jednym z regałów przygotowane było palenisko – małe, ale wystarczające do eksperymentów. Nawet teraz płonął w nim ogień, nad którym wisiał wypełniony jakąś substancją kociołek. Z drugiej strony związani byli Arianne i Arte. Wybałuszyli na nią oczy, gdy tylko ją dostrzegli. Nie powinna się tu pojawiać, to było dla niej niebezpieczne, a związane ręce dziewczyny komplikowały sprawę.
Jej uwagę przykuł krąg wyrysowany na podłodze. Poczuła dreszcze strachu na widok symboli tworzących połączenie. Nie musiała pytać o imię demona, po randze wiedziała, że jeśli zostanie przywołany, będą w prawdziwym niebezpieczeństwie.
– Na kolana.
Pchnięcie było dość niespodziewane. Odwróciła się na swojego przewodnika, który wycofał się – najwyraźniej nie był już potrzebny.
Zanim cokolwiek powiedziała, została niedelikatnie złapała za podbródek i pocałowana. W ustach poczuła jakiś płyn, agresor zmusił ją do przełknięcia i dopiero wtedy puścił. Był to blondyn o bladej, niezdrowej cerze i mętnozielonych oczach, dałaby mu około czterdziestu lat.
Obraz zaciemnił się na kilka sekund. Najwyraźniej to, co w nią wmusił, zaczęło już działać. Wiedziała, że jej organizm od razu zaczął niwelować truciznę, ale potrzebowała na to czasu. Nie na wszystko było odporna, ciało Noah też nie ze wszystkim sobie radziło.
Alchemik nie chciał ryzykować i zamroczonej dziewczynie wstrzyknął jeszcze jeden specyfik. Dzięki temu miał pewność, że będzie grzeczna. Uśmiechnął się zadowolony.
– Wszystko zgodnie z planem – stwierdził.
Vivian słyszała go jak przez mgłę. Jej ciało stało się bezwładne, nie miała nad nim kontroli. Umysł jednak był trzeźwy. Albo to zasługa tego, kim jest albo alchemik zrobił to specjalnie. Nie zastanawiała się teraz nad tym. Myślała tylko o zadaniu. Uwolnienie przyjaciół teraz było niemożliwe, sama też nie miała możliwości wyeliminowania celu.
– Rozkazuję ci. Przybądź i zabij – wyszeptała.
Ametyst na jej szyi rozbłysnął fioletem, gdy alchemik miał ją właśnie ułożyć w kręgu. Zaskoczony puścił dziewczynę, której bezwładne ciało opadło na drewnianą podłogę. Częściowo leżała w obrębie wyrysowanych symboli. To jednak nikogo teraz nie zainteresowało.
Znikąd pojawił się w pomieszczeniu Matti. Lodowe sople przedziurawiły brzuch alchemikowi, który wrzasnął boleśnie. Krople krwi padły na podłogę, ochlapały też Vivian i kilka symboli, które od razu zareagowały.
– Cholera jasna – warknął Arte.
Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Krąg sam się aktywował, powietrze w pomieszczeniu zgęstniało, a oni wyczuli złowrogą siłę. Wampir przełamał wiążące go zaklęcia, nad czym pracował od kilku godzin. Było jednak zbyt późno. Dopadł alchemika ze wściekłością i skręcił mu kark jednym ruchem. Nie miał czasu karać go w odpowiedni sposób. Nie teraz, gdy życie Vivian wisiało na włosku.
Nie zdążył jej odciągnąć. Nie zdążył powstrzymać procesu przywołania. Mógł tylko w przerażeniu patrzeć, jak czarny cień pochyla się nad dziewczyną i wnika w jej ciało.
– Vivian!
Przeraźliwy, skowyczący wrzask zagłuszył jego wołanie. Wrzask osoby, której duszę właśnie coś próbowało rozedrzeć.
Ciało Vivian uniosło się samo, rozdarło pęta i, drżąc, zaczęło opuszczać krąg. Zaklęcie zabezpieczające nie zadziałało, coś musiało zostać spartolone. Wampir nie czekał dłużej, najszybciej, jak potrafił, stworzył krąg ochronny, w którym zamknął przyjaciółkę.
– Trzymaj się, maleńka. Wyciągniemy cię.

***

Arte: Powróciliśmy. Rozdział przed Wami, choć z tygodniowym poślizgiem.
Laurie: Niestety nie jestem robotem i mnie też czasami przerastają różne rzeczy, ale nieważne.
Vivian: No jak w przyszłym tygodniu zrobisz kolejną przerwę, to cię zjedzą. Ta misja i tak trwa za długo.
Arte: Bo ty już zaprzysiężona chcesz być.
Vivian: Na to trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać. Za tydzień walka z demonem. Będzie dość ciekawie.
Arte: Ciekawie?
Vivian: Dla naszych czytelników, oczywiście, więc milcz. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

One thought on “Have to save To save my beloved There is no escape Because my faith is horror and doom

  1. fanka12 pisze:

    w takim momencie przerwać !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! toż to niewybaczalne🙂 i jak tu doczekać do kolejnego piątku ?????🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s