Like an angel you came Every time when I prayed Guardian of my dreams Watching me when I sleep Like an angel you came Every time when I screamed

Otworzył oczy. Przez chwilę nie bardzo wiedział, gdzie jest. Mało go to obchodziło. Ważniejsze było uspokojenie oddechu i niespokojnego bicia serca. To wszystko było chore. Nienormalne. Ile razy ma to jeszcze przeżywać? Niczego już nie rozumiał.
Dopiero po chwili wyczuł jej obecność obok. Siedziała wpatrzona w jeden z lotosów na wodzie i przygryzała jabłko. Jakby nieprzejęta jego koszmarami. Zupełnie niepasująca do scen, które rozgrywały się w jego snach przed chwilą.
– Co tu robisz? – zapytał.
– Wołałeś, więc jestem. Jabłuszko? – zaproponowała.
– Nie kpij sobie ze mnie – warknął.
– Nawet nie próbuję. Chciałam być miła.
Przyjrzał jej się uważnie. Poprzednio naprawdę pomylił ją z Vivian, sądząc, że wyglądają identycznie. To nie była prawda. Teraz dostrzegał różnice. Ich spojrzenia były inne. W oczach Vivian zawsze gościło cierpienie i tęsknota za tym, co utraciła, wskazywały, jak ciężkie miała życie. U tej drugiej widział tylko smutek. Nic więcej. Smutek sprawiający, że jej oczy wydawały się głębsze i ciemniejsze niż w rzeczywistości. Miała dużo dłuższe włosy, inaczej odbijały światło, a jej skóra była nieskazitelnie gładka. Nie było na niej ani jednej blizny. Idealna.
Spojrzała na niego. Na ustach igrał jej złośliwy uśmieszek, choć inny niż ten, który zwykle gościł na twarzy Vivian.
– Porównujesz nas? – zapytała niemal niewinnie.
– Nadal nie wiem, co tu robisz – warknął.
– Jaki niemiły – zaśmiała się. – Jestem twoim aniołem stróżem. To normalne, że jestem przy tobie.
– To chyba się nie sprawdzasz – mruknął.
– To ode mnie nie zależy. Musisz to po prostu zaakceptować.
– Tch.
Podniósł się w końcu do siadu, a potem wstał. Nie miał ochoty wylegiwać się w jej obecności, nie po kolejnym koszmarze o apokalipsie. Był wściekły na jej stwierdzenie, że ma się przyzwyczaić. Jak? Ile można patrzeć na jej śmierć w męczarniach? Nie mógł już tego znieść.
– Zamierzasz mi to wyjaśnić? – zapytał.
Wyglądało na to, że nie przeszkadza jej, że patrzy na nią z góry. Nadal spokojnie siedziała na trawie i pogryzała jabłko. Spojrzała na niego pytająco.
– Te sny.
– Przecież wiesz.
– Nie wiem – warknął. – Nie rób ze mnie idioty.
– Jesteś inteligentnym facetem. Powinieneś się domyśleć. Nie połączyłeś jeszcze wszystkich elementów?
W gniewie chwycił ją za przód sukienki i podniósł gwałtownie, przybliżając jej twarz do siebie.
– Nie kpij sobie – wysyczał.
– Jestem twoim aniołem stróżem, nie przewodnikiem. O wszystkim zadecydujecie sami.
– My? Jacy my?
– Ty i ona.
– Noah nie żyje, kretynko.
Uśmiechnęła się tylko na to stwierdzenie, ale nic nie odrzekła. Puścił ją i odszedł kilka kroków, żeby uspokoić nerwy. Nie zamierzał dać się wyprowadzić z równowagi, co w tej chwili było niezwykle łatwe. Ta dziewczyna potrzebowała tylko krótkiego uśmiechu, żeby doprowadzić go do szału. Wiedziała, znała odpowiedzi, ale nie zamierzała się nimi dzielić. Widział to w jej oczach i postawie. Żadna prośba czy groźba nie mogła tu pomóc, bo co mógł jej zrobić? To był sen, tu nic nie działo się naprawdę, a ona była od dawna martwa. Wszystko, co mógł, nie zrobi na niej wrażenia.
– Czemu niczego nie wyjaśnisz? – warknął.
– Nie wolno nam dzielić się z wami naszą wiedzą. Wszystko musicie odkryć sami. To się nazywa wolny wybór.
– Kpisz sobie? Wolnym wyborem nazywasz dręczenie ludzi koszmarami?
– Ostrzeżenia są niezbędne, byście pamiętali o stawce. Poznajecie historię, która doprowadziła do tego punktu. Jesteście inteligentni i potraficie dostrzec właściwe wnioski. Decyzja jednak należy do was. My możemy was jedynie wspierać w chwili zwątpienia.
– Pomyliłaś się. Nie mnie powinnaś dręczyć.
– Nadal się upierasz? – zaśmiała się wdzięcznie.
– To takie zabawne?
– Tylko odrobinę. Połóż się i odpocznij. Już nic cię nie będzie dzisiaj dręczyć. Obiecuję.
Spojrzał na nią podejrzliwie, ale ona z powrotem siedziała już na swoim miejscu. Ogryzek po jabłku gdzieś zniknął, ale nie zamierzał się tym przejmować. To nie było takie ważne.
– Przecież nie gryzę – powiedziała z rozbawieniem.
Prychnął w odpowiedzi. Prawdą było, że był zmęczony fizycznie i przede wszystkim psychicznie. Koszmary go obciążały i dotąd nie potrafił znaleźć właściwej odskoczni od tego. Jej obecność też nie pomagała.
Ułożył się na trawie, mając nadzieję zasnąć i nie budzić się aż do rana. Niemal od razu podłożyła kolana pod jego głowę i przyłożyła mu palec do ust, które już otwierał, żeby się sprzeciwić.
– Śpij.
Drugą dłonią zaczęła przeczesywać mu włosy delikatnym, czułym ruchem. To w jakiś sposób go uspokoiło i rozluźniło, więc już nie próbował się buntować. To było nawet miłe doznanie.
Spojrzał na nią, gdy usłyszał, jak śpiewa. Znał tę melodię doskonale – Kołysanka kontrolująca Arkę Noah. Vivian zawsze ją nuciła, gdy było jej źle i myślała, że nikt nie słyszy. Uśmiechnęła się tylko i gestem wskazała, żeby spał. Posłusznie zamknął oczy i zasnął wsłuchany w tak znany, choć obcy głos.
O tej porze stołówka świeciła pustkami. Większość spała albo właśnie się budziła, zanim zejdą, minie jeszcze trochę czasu. To sprawiało, że zwykle gwarne pomieszczenie było ciche i spokojne.
Lubił tę porę. Dzięki temu unikał głupich pytań zadawanych przez rudego królika, ich głupich, porannych pogaduszek, rozgardiaszu, kolejek po jedzenie i krzywych spojrzeń. Nie, żeby go to obchodziło, ale po co mu to? Zawsze szybciej przygotowałby się do misji albo zacząłby trening, gdy inni gniliby jeszcze przy stołach.
Cenił ciszę poranka. Zwłaszcza w takie dni jak ten. Po serii koszmarów i spotkaniu we śnie z Aniołem Lucyfera miał zdecydowanie gorszy niż zwykle humor i czuł, że jedno nieopatrzne słowo mogłoby przechylić szalę, a to skończyłoby się źle dla osoby, która je wypowiedziała. Wolał więc uniknąć konfrontacji, skoro nie była potrzebna. Przede wszystkim dla własnego komfortu psychicznego.
Przez chwilę obserwował przybywających na śniadanie egzorcystów. Robił to na tyle nieświadomie, że kiedy się na tym przyłapał, stwierdził, że ten zwyczaj przejął od Vivian. Ona też tak robiła – siedziała niby nad herbatą, ale w rzeczywistości obserwowała otaczających ją ludzi. Chyba to lubiła. Często łapał ją na obserwacji, zawsze znajdowała sobie miejsce na uboczu, ale tak, aby wszystko widzieć. Może to przyzwyczajenie z jej dawnego życia – musiała być czujna w każdej sytuacji – a może po prostu rozrywka. Nie był pewny, choć stawiał na obie te opcje.
Tylko jakie to miało teraz znaczenie? Nie było jej, nie żyła. To tylko wspomnienie, które niepotrzebnie wyciągnął. Skojarzenie, które było niepotrzebne, bo tylko zaprzątało mu głowę bzdurami. Powinien to zamknąć raz na zawsze. Tak byłoby najlepiej przede wszystkim dla niego.
Tylko, że nie mógł. Raz, że nie potrafił, dwa, że to wszystko nie pozwalało mu zamknąć tego raz na zawsze. Wciąż o niej śnił, o koszmarze apokalipsy, w której brutalnie ginie, a on może tylko na to patrzeć, o przeszłości, która należała do jej poprzedniczki, a Anioł Lucyfera nawiedzała go w snach. Była nią i jednocześnie nie była. Wyglądały podobnie, jednak charaktery i spojrzenie miały inne. Miał świadomość, że to dwie różne osoby, ale przez Nię nie mógł zamknąć się na myśli o Vivian.
Ten jej uśmiech go niepokoił. Uśmiech w odpowiedzi na jego stwierdzenie, że Vivian nie żyje. Co miał znaczyć? Że się myli? Nie chciał w to wierzyć, doszukiwać się teorii, pytać. To było zbyt destrukcyjne. Tylko jeśli sprawa Klucza została zakończona, to dlaczego Anioł Lucyfera go nawiedza? To byłoby bezsensowne. Jak inaczej to zinterpretować? Nic nie przychodziło mu do głowy. W końcu te dwie dziewczyny były ze sobą ściśle powiązane.
Odrzucił od siebie myśl o tym. To było za dużo dla niego, a nie lubił bawić się w skomplikowane zagadki i układanki. Stanowczo bardziej wolał jasne sytuacje, a ta taka nie była. Poza tym lepiej nie drążyć tematu. Skoro zniknęła, musiała mieć ku temu ważny powód. Jedno wiedział na pewno – nie było jej z Klanem Noah. To mu wystarczało. O reszcie nie zamierzał myśleć.
Wstał w końcu. Odniósł tacę i wyszedł z gwarnej już stołówki pod czujnym spojrzeniem Laviego, który martwił się stanem przyjaciela. Widział, że coś jest dzisiaj bardziej nie tak niż zwykle. Jednak nic nie mógł z tym zrobić, nawet zapytać o powód, bo Kanda i tak się wszystkiego wyprze, udając, że nie ma problemu. Jak zawsze, a szczególnie przez ostatnie półtorej roku.
– Coś nie tak? – zapytała Hikari zaniepokojona poważnym wyrazem twarzy swojego chłopaka.
– Nie, w porządku – skłamał.
Czerwonowłosa tylko się uśmiechnęła smutno. Szybko skojarzyła fakty. To nie było zmartwienie tylko Laviego, wszystkich to jakoś uderzało. Właśnie dlatego wstała, ucałowała rudzielca w czoło, odniosła tacę i wyszła szybkim krokiem ze stołówki. Przez chwilę zastanawiała się, którą drogę powinna wybrać. Mogła, co prawda, użyć innocence, ale już sobie wpoiła zasadę, żeby nie nadużywać tej mocy. Poza tym mogłaby przypadkiem poznać coś, czego nie powinna.
Na wyczucie skierowała się w kierunku bramy na zewnątrz, mając nadzieję, że wybrała właściwie. Instynkt jej nie zawiódł – gdy tylko wyszła, dostrzegła oddalającą się w las sylwetkę Japończyka. Pobiegła za nim.
Kanda zamierzał zignorować postać, która właśnie go goniła. Trochę to irracjonalne z jego strony, bo równie dobrze mogło to być wezwanie na misję, ale niekoniecznie miał ochotę zwracać uwagę na intruza. Nawet na nią nie spojrzał, gdy się z nim zrównała.
– Mogę ci dzisiaj potowarzyszyć? – zapytała Hikari.
– Rób, co chcesz.
Uśmiechnęła się lekko na to przyzwolenie. Gdyby chciał, żeby odeszła i pozostawiła go w spokoju, przegoniłby ją. W ten jednak sposób pozwolił sobie towarzyszyć.
Szli w milczeniu. Poranny chłód wiosny jeszcze długo będzie gościł w lesie, który budził się po zimie do życia. Nie przeszkadzało im to. Kanda pochłonięty był własnymi myślami i nie zwracał uwagi na idącą obok Hikari. Ta też miała poważniejszą minę, w jej krokach był jakiś smutny spokój, jakby nie cieszył jej ten spacer. Sam fakt, że dawno nie spędzała czasu z Kandą, w którym widziała swego zmarłego brata, nie miał jakiegoś większego znaczenia. Ważniejsze było, że bardzo chciała mu ulżyć. Nie musiała używać swego innocence, żeby widzieć, jak bardzo te ostatnie półtorej roku dało mu w kość. Mimo to nie potrafiła mu pomóc. Nikt nie potrafił, a on tej pomocy nie chciał. Gardził nią, chowając się za murem chłodu i obojętności. Skrzywdzony o jeden raz za dużo. Kolejne wychylenie się zza osłony było niemożliwe – nie chciał kolejnego rozczarowania. Tak łatwo było to zobaczyć. To musiało być dla niego ciężkie, kiedy widział, jak ona i Lavi cieszą się swoim szczęściem. Dlatego zaczęli się jeszcze bardziej powstrzymywać przed publicznym okazywaniem sobie uczuć. Sama tego świadomość musiała w niego uderzać.
Dotarli do polany, na której Kanda zwykł trenować. Japończyk sięgnął po miecz, przygotowując się do pierwszych dzisiaj sekwencji. Nawet nie spojrzał na Hikari, która oparła się o pień jednego z drzew. Nie czuła potrzeby odzywania się, po prostu patrzyła, jak brunet trenuje.
Gdyby wiedziała wcześniej, zabrałaby ze sobą łuk, żeby poćwiczyć. Po misji w Baltimore i poznaniu Oliwera potraktowała to bardzo poważnie. Nieraz zabierała łuk ze sobą na misje, nie była to aż tak wystarczająca broń przeciwko akumom, ale dawała pewną przewagę. Taki trening też pomógł jej w lepszym opanowaniu własnych zdolności. Kiri nauczyła się precyzji, której nóż jej nie dawał. Ostrzem mogła atakować na odlew, nieprecyzyjnie tak, aby się tylko zasłonić. To samo dotyczyło walki wręcz. To były tylko dodatki pozwalające jej obronić się, gdy używała swoich zdolności, które w rzeczywistości były mało ofensywne. Z łucznictwem było inaczej. Wymagało od niej wiele uwagi i cech, których wcześniej nie doceniała. Do tego wszystkiego uczyła się niemalże sama – tych kilka lekcji Oliwera było tylko podstawą – bo Jens, którego innocence było w łuku, odmówił jej pomocy, twierdząc, że nie ma na to czasu. Na szczęście rady Socalo i jej przyjaciół trochę pomagały. Może nie znali się na samym łucznictwie zbyt dobrze, ale walkę mieli we krwi. To była metoda prób i błędów, ale czerwonowłosa nie zamierzała się tak łatwo poddać. Nie byłaby sobą.
Drgnęła nerwowo, gdy klinga Mugenu zatrzymała się tuż przed jej twarzą. Podniosła spojrzenie na Kandę, który patrzył prosto w jej oczy.
– Nie odpływaj – powiedział chłodno i zabrał ostrze.
– Wybacz. Zamyśliłam się. Coś mówiłeś?
Spojrzeniem wskazał na ścieżkę, którą tu przyszli. Przez chwilę nie wiedziała, o co chodzi, ale kilkanaście sekund później spostrzegła biegnącego w ich stronę Laviego. Czyżby jej szukał?
Rudzielec zatrzymał się kilka kroków od nich i przez chwilę uspokajał oddech. Najwyraźniej biegł całą drogę tutaj, narzucając sobie ostre tempo.
– Mamy misję – wydusił w końcu z siebie.
– Wszyscy? – upewniła się.
– Tak. Lenalee już na nas czeka u Komuiego.
Kanda skrzywił się nieznaczeni na samą myśl, że musi jechać z nimi. Jeszcze tego mu brakowało, a znając życie, gra nie będzie warta świeczki. Naprawdę nie rozumiał postępowania Komuiego. Nie, rozumiał, ale nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie ma możliwości, żeby dostał samotne zadanie. Te czasy skończyły się na dobre.
Teczka z dokumentami misji była wyjątkowo cienka. Albo było tak mało danych albo naprawdę był to banał, z którym poradziłby sobie najsłabszy egzorcysta.
– Waszym celem jest Liverpool. Pojawicie się na dość wyjątkowym balu w rezydencji sir Arthura Doyana i odbierzecie innocence od posłańca.
– Konieczna jest nasza czwórka? – zapytał Lavi, widząc, jak Kanda pochmurnieje.
– Owszem. Pojawienie się akum jest wielce prawdopodobne, a tam będzie dużo ludzi.
– Dlaczego odbiór nie może odbyć się w mniej zatłoczonym miejscu? – zapytała Hikari. – Ryzyko byłoby mniejsze i nam byłoby dużo łatwiej.
– Cała sprawa jest dość… – przez chwilę zastanawiał się nad doborem słów – niecodzienna.
– Pułapka?
– To akurat można prawie w stu procentach wykluczyć. Co prawda, nadal nie ustaliliśmy, kim jest osoba, która chce nam przekazać innocence, ale dostaliśmy wiarygodne potwierdzenie, że nie jest to nic niebezpiecznego dla egzorcystów.
– Rzeczywiście dziwna sprawa – zastanowił się Lavi. – Mamy tam iść jako egzorcyści czy wtopić się w tłum?
– Wtopicie się w otoczenie. Wszystko zostało przygotowane już na miejscu, włączając w to stroje. Po tym posłaniec ma was rozpoznać.
– Powiedziałeś, że bal jest dość wyjątkowy. Co miałeś na myśli, braciszku? – odezwała się Lenalee.
– Jest dość ekstrawagancki. Trudno na niego dostać zaproszenia, ma pewną, nie do końca jasną, renomę. To was, oczywiście, nie dotyczy, ale uważajcie na siebie, gdy już tam będziecie.
Kanda przewrócił wymownie oczami i prychnął.
– Wchodzimy, odbieramy innocence, wychodzimy. Nie ma w tym nic trudnego.
– To zależy od tego, kiedy posłaniec się z wami skontaktuje. Godzina spotkania nie została określona, więc może zdarzyć się tak, że będziecie musieli zostać w rezydencji sir Doyana do rana.
– Więc musimy czekać na jego ruch? – zapytał Lavi.
– Owszem. Nie macie innego wyjścia.
– Trzeba będzie to przeboleć – westchnęła Hikari. – Miejmy nadzieję, że gra jest warta świeczki.
– Uważajcie na siebie i wracajcie bezpiecznie.
Nie potrzebowali dużo czasu na przygotowanie do misji i niedługo później byli już w Liverpoolu. Jeden z poszukiwaczy czekał na nich w gospodzie, gdzie mieli wynajęte pokoje. Rzeczywiście wszystko czekało na ich przybycie: stroje i zaproszenia. Mieli na tyle dużo czasu na doprowadzenie się do porządku przed balem, że nie czuli presji. Poza tym mieli określone zadanie, a to wszystko było tylko dodatkiem. Niezbędnym dla tej misji, więc nie narzekali.
Sama rezydencja znajdowała się na obrzeżach miasta, dojechali tam wynajętym powozem. Był to duży i stary budynek w renesansowym stylu, kilkukrotnie przebudowywany, co było widać w zmianach, które wprowadzono w czasie remontów. Lokaj starannie sprawdzał zaproszenia z listą gości w ręce, przyglądał się egzorcystom dłuższą chwilę z podejrzliwością, ale nic nie rzekł i wpuścił ich do środka. Nikt też nie zauważył przemyconego Mugenu – w takich sytuacjach długa katana była bardzo nieporęczna i zwracała niepotrzebną uwagę, a tego przecież nie chcieli. Jak zwykle musieli się nakombinować, żeby wszyscy byli uzbrojeni w razie ataku akum.
Początkowo wydawało się, że bal będzie wyglądać jak każdy inny. Egzorcyści starali się trzymać razem i ukradkiem rozglądali się za posłańcem, choć nie mieli pojęcia, kim może być. Potencjalnie była to każda osoba obecna w rezydencji. Nie mieli żadnych wskazówek co do tego, więc pozostało im czekanie i udawanie, że się bawią.
Z czasem wyczuli narastające wśród gości napięcie. Najwyraźniej było coś, z czego nie zdawali sobie sprawy, ale niedługo mieli się dowiedzieć. Trochę ich to niepokoiło, doskonale wiedzieli, że wśród arystokracji na takich wydarzeniach czasami dochodzi do rzeczy, które były niebezpieczne i nieakceptowalne przez ogólnie przyjęte normy. Mieli już doświadczenia z taki niebezpiecznych wydarzeń i odrobinę obawiali się, że ten bal jest czymś podobnym. To było niebezpieczne.
– Drodzy goście – sir Arthur Doyan, grubawy mężczyzna o łysiejącej już głowie przystanął na stopniu, żeby było go lepiej widać – zapewne wszyscy na to czekacie. Część z was pewnie się domyśla, reszta zostanie mile zaskoczona atrakcją dzisiejszego wieczoru. Zjawiskowo piękne, powabne i egzotyczne bajadery, których taniec poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serce.
Teraz zrozumieli, skąd to wolne miejsce na sali. Z bocznych drzwi wyszło najpierw kilku grajków, a potem grupa kobiet w zwiewnych, kolorowych strojach. Ich ruchy były zmysłowe i działały na wyobraźnię widzów. Początkowo trzymały się tylko wydzielonej sceny, ale z czasem zaczęły tańczyć pomiędzy gośćmi. Zaczepiały niektórych mężczyzn, jakby oferując im swoje wdzięki.
Uwagę zwracała jedna z nich. Błękitny strój prezentował się na niej niezwykle dobrze, odsłonięta skóra była gładka i bez żadnej widocznej skazy. W jej ruchach była obietnica rozkoszy, zmysłowość i nuta namiętności. Ona nie tańczyła, lecz czarowała mężczyzn, którzy nie mogli oderwać od niej wzroku. Każdy gest przepełniał erotyzm, widzom zapierała dech w piersiach i sprawiała, że krew w żyłach płynęła szybciej. Mimo to była odległa, jakby jej tu w ogóle nie było. Można było ją dotknąć, poczuć zapach jej perfum, ale w rzeczywistości była nie do uchwycenia niczym cień. Czy tak głęboko ukryła siebie czy było to tylko niepokojące wrażenie?
Magia bajadery oczarowała również Kandę i Laviego. Rudzielec jakoś się pilnował, w końcu obok stała Hikari, która w życiu by mu nie popuściła, gdyby dał otwarty znak, że chce się zbliżyć do kobiety w błękicie. Samo to, że patrzył na nią, było niebezpieczne. Kiri była znana ze swej zazdrości, więc z trudem oderwał oczy od tej piękności, żeby nie prowokować partnerki.
Kanda natomiast wpatrywał się w każdy gest bajadery jak urzeczony. Nie chodziło tylko o erotyzm, który wokół siebie roztaczała. Dostrzegł ciemnobrązowe włosy jakby pokryte złotym brokatem, skrzyły się odbitym od świateł blaskiem. Oczy miała chyba zielone. To wszystko sprawiało, że bajadera stała się podobna do Vivian. Coś w jej ruchach było podobnego do egzorcystki, tak samo jak ona dziewczyna nakładała maskę, grała rolę, którą na nią nałożono, ukrywając siebie za murem nie do przebicia. Doskonale znał to zachowanie u Vivian, wielokrotnie robiła to przy nim, kiedy przytrzymywał ją w iluzji, że czegoś od niej chce. Bajadera zachowywała się tak samo.
Czy było możliwe, że te dwie osoby są jedną? Jeśli Vivian naprawdę żyje, byłaby na to jakaś szansa. To jednak było niemożliwe. Nie narażałaby się tak. Poza tym bajadery? Już mu się chyba całkiem we łbie poprzestawiało.
– Nie rozbieraj jej wzrokiem – Lavi szturchnął go lekko, uśmiechając się pod nosem.
Odwrócił na niego wściekłe spojrzenie. Był zły przede wszystkim na siebie, że zamiast skupić się na zadaniu, zawraca sobie głowę jakąś dziewczyną. To bardzo nie w jego stylu.
– Nie rozbieram – syknął.
– Nie wstydź się, Yuu. W końcu jesteś facetem – wyszczerzył się rudzielec.
– Ty też.
– Nie ja mam na nią wielką ochotę. Może się tam po prostu zbliżysz i dasz się dostrzec, co?
– Nie potrzebuję dziwki – warknął i ruszył do drzwi do ogrodu.
– Lavi – syknęła Lenalee.
– No co?
– Naprawdę brak ci wyczucia – syknęła zielonowłosa egzorcystka. – Skup się na zadaniu.
– Oj dobrze, dobrze – uniósł dłonie w obronnym geście.
Pokaz się skończył, a sala jakoś się wyludniła. Mimo to bal trwał dalej bez większych przeszkód. To trochę zdziwiło egzorcystów, ale od jednego z kelnerów dowiedzieli się, że część gości po prostu poszło na spoczynek. Gospodarz kazał przygotować kwatery dla wszystkich zaproszonych. W każdej chwili także mogli pójść odpocząć.
Zdecydowali się na to jakiś czas później. Posłaniec dotąd się nie pojawił, Kanda też nie wracał. Wszystko wskazywało na to, że będą musieli czekać do rana. Mieli nadzieję, że do spotkania w ogóle dojdzie, bo inaczej przybyli tu bez potrzeby, a nawet się dobrze nie bawili.
Ogród był dziwnie opustoszały, gdy Kanda do niego wszedł. Najwyraźniej goście oczarowani bajaderami woleli cieszyć nimi oczy. Przynajmniej miał spokój i w niestałym świetle gwiazd mógł uspokoić gniew, odsunąć od siebie myśli, które wprowadzały tylko zamęt. Powinien skupić się na zadaniu, a nie zastanawiać się, jakie są szanse, że Vivian żyje. Przecież to niczego nie zmieni. Nie zacznie jej szukać, bo nawet nie wiedziałby, gdzie zacząć, a ona nie wróci. Odeszła. Nieważne, z jakiego powodu, choć tego mógł się domyślać. Dla niej nie było powrotu do Zakonu, nie ryzykowałaby tego, bo miała świadomość, co by jej groziło. Nie była aż tak głupia.
Wyczuł obecność wroga i sięgnął po Mugen. Przed pierwszym atakiem odskoczył, drugi już sparował. Akum było kilkanaście, ale najwyżej trzeciego poziomu. To nie była nawet rozgrzewka. Zniszczył je w ciągu kilku chwil bez większego wysiłku. Pozostali nie byli tu potrzebni, nawet pewnie nie zauważyli, bo zdążył się już dość sporo oddalić od samego budynku. Przynajmniej nie plątają się pod nogami.
Łaził jeszcze jakiś czas po ogrodzie, wyciszając się przynajmniej trochę. W końcu postanowił wracać. Miał nadzieję, że posłaniec spotkał się już z Lavim i dziewczynami, przekazał im innocence i będą mogli wracać. To by mu oszczędziło naprawdę wielu powodów do irytacji. Nie miał ochoty tu zostawać, nie lubił takich zbiegowisk i unikał ich jak ognia, gdy tylko miał taką możliwość. Czasami jednak nie dostawał wyboru – rozkaz to rozkaz i należy go wypełnić.
W pewnym momencie na jednym z balkonów dostrzegł dwie sylwetki. Jedna z nich odziana była w błękit. Stał trochę za daleko, żeby zobaczyć szczegóły, ale miał niemal całkowitą pewność, że to bajadera, która tak zwracała uwagę. Tej drugiej postaci nie był w stanie rozpoznać, zresztą opatulona była w długi, czarny płaszcz, który skrywał nawet płeć. Wspólnie zeskoczyli z balkonu na ziemię, przez drzewa nie widział ani ich lądowania ani dokąd się udali. Zresztą to nie był jego interes i nie zamierzał tego sprawdzać. Spokojnie wrócił do rezydencji, żeby odszukać resztę. Liczyła się tylko misja…

***

Arte: Kto się spodziewał Czarnego Zakonu?
Vivian: Nikt, bo Laur zabroniła mówić i sama też niczego aż do dzisiaj nie zdradzała.
Laurie: A zawsze muszę zapowiadać, co będzie?
Vivian: Za to zostawiłaś kilka wskazówek. Lubisz się bawić ze swoimi czytelnikami w zagadki.
Laurie: A dlaczego nie?
Arte: Za to w przyszłym tygodniu będziemy my.
Laurie: Owszem. Jednak szczegółów zdradzać nie będziemy.
Vivian: Wszystko wyjdzie przy nowych rozdziałach. Dlatego dziś grzecznie się żegnamy, pozdrawiamy i do następnego.

2 thoughts on “Like an angel you came Every time when I prayed Guardian of my dreams Watching me when I sleep Like an angel you came Every time when I screamed

  1. Sandra - chan pisze:

    Witajcie Minna !
    Jak przeczytałam rozdzialik napisany przez Laurie to od razu w mojej głowie wyobraziłam sobie postać Vivienne w przepięknej błękitno-niebieskiej sukni z zgrabnymi ruchami i tańczącej.
    Aż uśmiechnęłam się pod nosem gdy tylko takie obrazy mnie naszły i myślałam że zawału dostane że Yuu nasz kochany odkryje i zobaczy naszego Anioła Lucyfera ( Vivienne )
    Pozdrowionka dla całej ekipy😀
    PS: Jak nie komentuję to nie znaczy że nie czytam !!!
    PSS: Czy przyjmujesz zamówienia na One-shoty , pytam się bo chciałabym złożyć zamówienie na dość niecodzienną parę Vivienne x Lavi❤ ( Nie gniewaj się Yuu , sorki Hikari ) poprostu miałam kilka wizji pod względem miłości jak i namiętności pomiędzy Lavi'm i Vivi.
    Weny😀🙂

    • laurie16 pisze:

      Z reguły nie przyjmuję, zwłaszcza ostatnio zamówień na one-shoty, bo nie mam ostatnio na to czasu, a z VivxLavi skończyłam jakiś czas temu. Nie jest to niecodzienna para, bo kiedyś była bardzo możliwa. Na razie zapraszam Cię na mojego deviantArta. Jak dobrze poszukasz, kilka shotów z tą parą znajdziesz. Na razie niczego nie obiecuję, ale pamiętać będę o Twojej prośbie.
      Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s