The secret side of me I’ll never let you see I keep it caged but I can´t control that So stay away from me, the beast is ugly I feel the rage and I just can´t hold that

Słońce przyjemnie grzało w policzki, choć w powietrzu było czuć jeszcze chłód wiosennej nocy. Vivian lubiła takie dni. Nie było ani zbyt zimno ani zbyt gorąco – idealnie. Wyłożyła się wygodnie na dachu gospody, w której zakwaterowali się wczoraj, i relaksowała w pełnym słońcu. Ostatnio była dość nocnym stworzeniem, taką w końcu miała pracę, ale lubiła wyjść gdzieś za dnia. Wygrzewanie się w słońcu było idealnym pomysłem. Gdzieś niżej trwało życie zwykłych ludzi, słyszała gwar i harmider. Ot zwyczajny hałas miasta w środku dnia. Ona zaś jak ten kot niezbyt się tym przejmowała, nikt i tak jej tu nie mógł dostrzec, więc cieszyła się ciepłem słońca i błękitem nieba nad sobą. Taka pogoda w Anglii nie zdarzała się zbyt często. Zwykle było pochmurno i niezbyt przyjemnie, co nie poprawiało szczególnie humoru. No chyba, że ktoś to lubił albo był tak przyzwyczajony, że nie miało to dla niego znaczenia.
Dla Vivian ta odrobina piękniej pogody była jak dobry odpoczynek przed ciężką misją, a ta taka była. Właśnie dlatego cieszyła się nią podwójnie, a nawet potrójnie, bo równocześnie wiedziała, że Arte nie mógł odczuć tej przyjemności. Jako wampir był stworzeniem w pełni nocnym, wyjście na słońce wiązało się z przykrymi konsekwencjami i teraz siedział w pokoju piętro niżej z zasłoniętym oknem, żeby ani odrobina światła słonecznego go nie dosięgła. To byłoby bolesne, a musiał być w pełni sił przed czekającym go zadaniem. Nie mógł popełnić błędu.
Arte przysypiał, gdy Vivian bezszelestnie wsunęła się przez szczelinę w oknie do pokoju. Nie drgnęła mu nawet powieka, jakby jej nie wyczuł, co nie było prawdą. Oboje o tym wiedzieli. Po prostu nie czuł potrzeby przerywania drzemki.
Brązowowłosa przeszła obok niego bez jednego słowa i poszła na dół po jedzenie. Nad ciepłym obiadem przeglądała dokumenty misji, która czekała ich jutro.
– Denerwujesz się? – zapytał Arte, przysiadając się do niej.
– Czym?
– Tym, że nie ma z nami Arianne?
– Nie robi mi to różnicy. Wiem, co mam robić.
Wątpliwości miała, gdy opuszczali Berlin tylko we dwoje. Długo na to czekała, a kiedy w końcu to usłyszała, poczuła odrobinę niepewności. Przyzwyczaiła się już do podróżowania i pracy z mistrzynią. Zaakceptowała to, bo ile można się buntować? Tak musiało być do momentu, gdy będą pewni, że może pracować na własny rachunek. Półtorej roku – tyle trwało jej szkolenie na Cienia. W tym czasie opanowała własne moce, zyskała wiedzę i nowe umiejętności. Była dużo lepiej wyszkolona niż jako egzorcystka. Stała się silniejsza, sprawniejsza i bardziej niebezpieczna. Musieliby się z nią liczyć w razie spotkania, a do tego nie mogła dopuścić. Umiała unikać innych, gdy tylko tego chciała. Była jak cień. Pojawiała się, nie zwracała na siebie uwagi jako część otoczenia i rozpływała w mroku bez najmniejszego szelestu. Jakby nigdy nie istniała.
Teraz miała udowodnić, że zasłużyła na miano Cienia. Że ciężka praca ostatnich miesięcy, pot, łzy, krew nie poszły na marne. Że stała się tym, kim miała być. Że można pozwolić działać jej samej i nie martwić się o to, że nie wróci.
Ta misja też miała być sprawdzianem jej umiejętności. Teoretycznie wspierała jedynie Arte w jego zadaniu, ale w rzeczywistości była istotną częścią całego planu – przynętą. Znowu miała stać się kimś innym. Jak cień wtopi się w otoczenie, wystawiając cele wampirowi. Ta misja miała sprawdzić niemal wszystkie jej umiejętności, esencję bycia Cieniem.
Wątpliwości opuściły ją kilka kilometrów za Berlinem. Nie trzeba było jej trzymać całe życie za rączkę. Umiała sobie radzić. Wystarczy skupić się na swoim zadaniu zamiast odwracać się na innych. Teraz pozostały w niej jedynie adrenalina i oczekiwanie na początek zadania.
– Teraz tak.
– Arte, masz mnie za amatorkę? – zapytała zimno.
– Nie, ale to będzie trudne. Jeden błąd może kosztować cię zdrowie i życie, nas powodzenie zadania. Nie lubię narażać innych i dobrze o tym wiesz.
– Po prostu mi zaufaj – ucięła dyskusję.
Wiedziała, czym Arte się denerwuje. Cienie rzadko wystawiały się na bezpośrednie starcie, atakowały raczej znienacka tak, aby zachować jak największe własne bezpieczeństwo. Najważniejsza zasada Ligi – wrócić do domu po wykonaniu zadania.
Ta misja wymagała jednak od nich narażenia jej na bezpośredni kontakt z celami. Inaczej nie było szansy ich zaskoczyć i dorwać. Byli dobrzy w te klocki. Na nich trzeba było sposobu. Znaleźli, choć sporo ryzykowali. Musieli sobie jednak zaufać – jedyne wyjście, by wrócić do Berlina bez szwanku.
Arte tylko westchnął. Dusił się w ciasnocie pokoju, ale wciąż było za wcześnie, by mógł spokojnie wyjść na zewnątrz i pospacerować. Tego właśnie potrzebował. Przestrzeni i ruchu, które zniwelowałyby niepokój. Zwykle tego nie odczuwał, ale wtedy pracował sam. Nie był odpowiedzialny za czyjeś istnienie. Teraz było inaczej. Jeden jego błąd i zapłaci za to Vivian. Tego nie chciał.
Gdy tylko zapadł zmrok, wyszedł. Nie był w nastroju do rozmów czy słownych przepychanek. Nawet niepokój o Vivian nie stanowił aż takiego problemu. Uświadomił to sobie na zewnątrz. To natura bestii dawała o sobie znać. Łaknął ludzkiej krwi.
To była jedna z misji, którymi zajmował się tylko ze względu na swój wampiryzm. Mógł egzystować na krwi zwierząt, nie stanowiło to dla niego większego problemu, choć walory smakowe były raczej niespecjalne. Jednak w połączeniu z normalnym pożywieniem utrzymywała go w doskonałej kondycji. Tak żył w Pałacu przez te wszystkie lata. Można? Można. Każdy wampir, który był w tamtym wymiarze choćby przez krótką chwilę, to wiedział. Jednak świat ludzi rządził się swoimi prawami. Tu łatwiej było złamać prawo, którym sam się spętał. Do tego bycie członkiem Ligi Cieni wymagało od niego dostępu do zdolności wampirów, a nad tymi mógł panować tylko dzięki ludzkiej krwi. Od czasu do czasu więc musiał zapolować. Obietnica dana Radzie i Chrisowi zawęziła krąg potencjalnych ofiar, a Liga w dowód uznania za porządne wykonywanie swoich obowiązków dbała o jego potrzeby. O to, by miał dostęp do ludzkiej krwi. Krwi tych, którzy przelewali krew innych z głupich powodów, dla własnej satysfakcji, dla zabawy. Zwyrodnialców i potworów w ludzkiej skórze.
To była właśnie ta misja. Bestia wewnątrz doskonale o tym wiedziała i podnosiła łeb, wietrząc zwierzynę. Kły swędziały niemal złośliwie, a on sam był rozdrażniony oczekiwaniem.
Jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz. Słyszał niejednostajne szumy – pulsująca krew w ludziach dookoła zapraszała zgłodniałą bestię. To go wykańczało. Obecność Vivian obok też nie pomagała. Już kilka razy łapał się na tym, że obserwuje tętnicę na jej szyi, mając ochotę wgryźć się w nią. To było niebezpieczne, a ta tortura miała skończyć się dopiero jutro wieczorem.
Do tego zbliżała się rocznica śmierci Elizabeth. Noc, w którą stał się potworem i stracił wszystko, co miał. Co było mu najdroższe na świecie. W okolicach tego dnia zawsze czuł się rozdrażniony i poddenerwowany. Coś w środku nadal ściskało się w niewygodny, bolesny węzeł i nie puszczało nim przeminął tamten dzień. Już chyba zawsze będzie pamiętał i przeżywał żałobę po ukochanej. Nigdy do końca się z tym nie pogodzi.
Ten czas zwykle spędzał samotnie. Wyruszał na misje albo zaszywał się gdzieś, zaprzyjaźniając się bliżej z alkoholem przeróżnej maści. Wszystko by jakoś przeżyć i szybko wrócić do formy. Nie mógł wiecznie użalać się nad sobą. Wybrał życie i walkę. Nie mógł tak po prostu zrezygnować. Nie byłby sobą.
Gdy wrócił, Vivian powtarzała układ, a błękitne szaty leżały na krześle. Najwyraźniej pod jego nieobecność pojawiła się Hestia i uświadomiła brązowowłosą, jak wygląda rola, w którą miała się wcielić. Od tego zależało powodzenie misji.
Pięciu mężczyzn, których Liga nie mogła namierzyć, miało zjawić się na balu w rezydencji sir Arthura Doyana. Nie łączyło ich zupełnie nic prócz tego, że zagrażali innym i Liga skazała ich na śmierć. Problem polegał jednak na tym, że byli zbyt przezorni i doskonale chronieni. Zaatakowanie ich w normalnych warunkach było niczym misja samobójcza. Przy tym wciąż się wymykali. Najlepsze Cienie miałyby z nimi problem.
Bal jednak wszystko zmieniał. A raczej jego atrakcja – piękne, indyjskie bajadery, które miały zaprezentować swój taniec, a potem zaspokoić żądze wybranych gości. To była wyjątkowa szansa, której nie zamierzali przepuścić.
Vivian miała wcielić się w bajaderę i uwieść swym tańcem ich cele. Potem pójdzie do każdego z nich, dając Arte znać, gdzie są jego ofiary. Reszta należała do niego.
Dla dziewczyny to był sprawdzian przede wszystkim tego, czy potrafi w krótkim okresie czasu stać się kimś innym. Kamuflaż był dla Cieni bardzo ważną umiejętnością, bez której czasami dobro misji mogłoby być zagrożone. Vivian miała tylko dzień na zostanie bajaderą tak, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Każdy błąd mógł ją kosztować powodzenie zadania i życie.
Z każdym stawianym krokiem, ruchem przestawała być Vivian. Znikała ostrożność, napięcie, czujność. Rysy twarzy wygładziły się. Powoli przestawały być znanej mu brązowowłosej egzorcystki. Jej ciało poruszało się, jakby robiła to od zawsze i nic jej w tym nie urągało. Emanowała zmysłowością, namiętnością, erotyzmem. Nie było w tym wahania, uwagi czy ostrożności, lecz naturalność.
Arte obserwował ją z uwagą, dostrzegając zmiany. Cienie potrafiły się szybko przeobrażać, dostosowywać do sytuacji, ale Vivian robiła naprawdę piorunujące wrażenie. Umiała schować siebie tak głęboko, że pozostawała po niej tylko powłoka, którą mogła dowolnie manipulować. Stawała się inną osobą, w której nie było śladu po Vivian Walker. Tak jakby zniknęła.
– Odetchnąłeś? – zapytała niespodziewanie.
Nadal tańczyła pozbawiona własnego „ja”. Jednak pytanie wytrąciło Arte z zamyślenia i obserwacji. Zamrugał, dostrzegając, że siedzi na łóżku, choć nie pamiętał, żeby siadał. Musiał to zrobić bezwiednie oczarowany tańcem i zmianami przyjaciółki.
– Owszem.
– Powiesz mi, o co chodzi?
– O nic takiego – skłamał.
Zatrzymała się i spojrzała na niego. Czar prysł. To znowu była Vivian świdrująca go zaniepokojonym spojrzeniem. Zasadą Ligi było pozostawianie problemów w domu, gdy ruszali na swoje misje. Jutro będzie musiała mu w pełni zaufać, aby wyjść z tego bez szwanku.
– Arte, ta mina nie wróży nic dobrego. Nie chodzi tylko o krew, prawda?
– Wolałbym, żebyś mnie takim nie widziała.
– Rozmawialiśmy już o tym – westchnęła, kucając tuż przed nim. – Nie boję się tego. Nie myśl o tym, bo przecież to niczego nie zmienia. Nadal jesteś Arte – uśmiechnęła się.
Nie lubiła takich nastrojów wampira. Przypominało to jej własne zachowanie dawniej, wiedziała, że jego też. Przy tym nie bardzo potrafiła się odnaleźć w sytuacji, kiedy nie był ironiczny i wyszczekany. To było do niego niepodobne.
– Elizabeth też tak mówiła – westchnął cicho.
Niespodziewanie dostał w twarz od przyjaciółki, która doskoczyła do niego w mgnieniu oka. Spojrzał na nią zszokowany.
– Weź się ogarnij, durny wampirze – warknęła. – Mamy zadanie do wykonania. Użalać nad sobą będziesz się po powrocie do Berlina.
Zeskoczyła gwałtownie z łóżka, ściągnęła z siebie większość ubrań i w samej koszuli położyła się na swoim posłaniu, gasząc lampkę. Chwilę później już spała, było słychać tylko jej spokojny oddech.
Arte uśmiechnął się pod nosem. Miała rację. To on ją zawsze wyciągał z dołka, bo byli tacy sami. Dziś to ona doprowadziła go do porządku. Był paskudną bestią, nad którą czasami ledwo panował, ale to nie miało w tej chwili znaczenia. Ma się skupić na zadaniu i zapewnieniu Vivian bezpieczeństwa. To się teraz liczyło. Serce powinno zostać w domu, gdzie nikt go nie ruszy i nie będzie ich rozpraszać.
– Osiągnąłeś dno, Arte – szepnął do siebie.
– To się od niego odbij – usłyszał Vivian.
– Śpij. Przed tobą ważny test. Musisz być wyspana.
– Bluźnisz, durny wampirze.
– Dobranoc.
– Dobranoc, Arte.
Około południa rozdzielili się. Vivian dołączyła do grupy bajader, wcześniej przygotowując się do całego przedsięwzięcia. Włosy odrobinę rozjaśniła specjalną mieszanką ziół, miały teraz złotawy poblask. Ukryła wszystkie blizny i znamiona swych mocy, a twarzy nadała trochę inny wygląd odpowiednim makijażem. Dzięki temu trudno w niej było zobaczyć Vivian Walker. Zaczęła też zachowywać się inaczej, weszła w swoją rolę, zamierzając opuścić ją dopiero, gdy ukończy swoje zadanie.
Arte miał się pojawić u sir Doyana jako gość dopiero wieczorem, by nie wzbudzić podejrzeń. Oczywiście pod fałszywym nazwiskiem, więc nikt nie miał prawa wiedzieć, kim jest naprawdę. Zachował wszystkie środki ostrożności jak zawsze, gdy w grę wchodziło zadanie.
Szybko zlokalizował swoje cele. Nadal byli czujni, w pobliżu kręciła się ochrona. Zaatakowanie ich tutaj bądź próba wyciągnięcia w ustronne miejsce były zbyt ryzykowne. Nie mogli pozwolić uciec któremukolwiek, a zwracanie na siebie uwagi nie wchodziło w grę. Miał nie zostawić po sobie żadnego śladu w pamięci innych, więc wmieszał się w tłum, grając swoją rolę bądź obserwował wszystko gdzieś z boku.
On pierwszy dostrzegł cztery postacie, które tu w ogóle nie pasowały mimo odpowiedniego odzienia. Dziewczyn nie kojarzył, ich towarzyszy owszem. Uśmiechnął się pod nosem do siebie rozbawiony tym spostrzeżeniem. Zaraz jednak powstrzymał wesołość. Rada nic nie wspominała o ich obecności tutaj, nie miał pojęcia, po co przyszli. Rozglądali się po sali niby ukradkiem, ale każdy głupi zauważyłby, że czegoś lub kogoś szukają. Totalni amatorzy. To było utrudnienie, ale bardziej dla Vivian. Jeśli straci zimną krew i pozwoli się rozpoznać, zdradzi jakimkolwiek gestem, szlag trafi całą operację. Mógł jej tylko zaufać.
Odnalazł ją spojrzeniem, gdy wraz z innymi bajaderami ciekawsko zaglądały na salę niedługo przed występem. Nieznacznie wskazał jej niespodziewanych gości. Podążyła za nim wzrokiem i nieco zbladła. Jeszcze jej tu egzorcystów brakowało do szczęścia. I to jeszcze tych konkretnych. Arte musiał mieć właśnie niezły ubaw, ona za to wycofała się i podeszła do okna. W odbiciu szyby dostrzegła siebie pod błękitnymi szatami i makijażem. To było nieprofesjonalne. Nie mogła im się zdradzić, bo miałaby kłopoty, a do tego zagroziłaby powodzeniu misji. Zadanie – ono było najważniejsze, na nim powinna się skupić, a nie na grupce dawnych towarzyszy broni. Ich już nie ma w jej życiu.
Kilka oddechów pomogło się uspokoić i wejść z powrotem w rolę. W samą porę, bo był już czas wyjścia do gości.
Zbliżyła się do drzwi. Spojrzeniem odnalazła sylwetki swoich ofiar. To było ważne, żeby się nie pogubić i załatwić to odpowiednio, choć udając, że nie było to planowane. Wszystko ma być naturalne.
Weszła na zaimprowizowaną scenę wśród innych bajader, w kierunku egzorcystów nawet nie spojrzała. Wyrzuciła fakt ich obecności z głowy. Tańczyła, zwracając na siebie głównie męską uwagę. Czuła te spojrzenia na sobie, jedne muskały ją delikatnie, inne kąsały z siłą, która wzbudzała w niej obrzydzenie. Odsunęła od siebie tę myśl. W końcu uwodziła. Powoli zbliżała się do mężczyzn, którzy byli celami. Pozwoliła im się dotknąć, zauroczyć i wybrać na noc.
Kątem oka dostrzegła, jak Kanda wychodzi do ogrodu. Wyglądał na zirytowanego, więc pewnie Lavi znowu nagadał coś głupiego. Nie przejęła się jednak nimi, naznaczając ostatnią ofiarę.
Bajadery skończyły swój występ i wyszły z sali. Miały się teraz przygotować do „solowych występów”. Jeden ze służących przyniósł dla każdej z kobiet plan pięter gości ze szczególnym zaznaczeniem wybranych pokoi. Reszta dla większości nie miała żadnego znaczenia, lecz dla Vivian owszem. Szybko zlokalizowała pokoje egzorcystów – na szczęście na niższym piętrze niż to, na którym czekały jej ofiary. Nie powinni przeszkadzać.
– Do dzieła – mruknęła do siebie, wchodząc po schodach.
Zapukała do pierwszego wyznaczonego pokoju. Ich cel, wysoki blondyn o szarych oczach, uśmiechnął się lubieżnie na jej widok. Czuć było od niego alkohol, zresztą karafka z bursztynowym płynem stała przy łóżku opróżniona do połowy.
Skłoniła się z szacunkiem, uśmiechając delikatnie.
– Wejdź, nie wstydź się – zaprosił, zamykając drzwi na klucz.
– Czy mam ponownie zatańczyć? – zapytała.
– Owszem. Chcę to zobaczyć jeszcze raz.
Skłoniła się ponownie i zaczęła swój taniec. Nie potrzebowała muzyki, szybko odnalazła odpowiedni rytm, tanecznym krokiem przemierzając pokój. Nieznaczny gest dłoni w kierunku okna, wyszeptane niemal bezgłośnie słowo i jej uwaga przeniosła się całkowicie na blondyna, który pożerał ją wzrokiem.
Podszedł do niej, ujmując jej twarz w dłonie. Zanim jednak zrobił cokolwiek, poczuł czyjeś palce na karku. Nie należały do niej, a drzwi przecież były zamknięte. Kątem oka zauważył uchylone okno. Tylko jak? Nie otwierał go.
– Zachary Hierro w imieniu Ligi Cieni skazuję cię na śmierć za twe zbrodnie wobec świata – warknął mu do ucha Arte.
Vivian odsunęła się na krok, obserwując przyjaciela. Jego oczy jarzyły się krwistą czerwienią, kły widocznie wystawały z ust, a on sam wydawał się inny niż dotychczas. Bardziej krwiożerczy, groźny i niebezpieczny.
Mężczyzna nie zdążył nawet nic powiedzieć, gdy Arte wgryzł się w jego szyję, zasłaniając mu ręką usta, żeby stłumić krzyk bólu. Szare oczy były pełne przerażenia, mężczyzna szarpał się bezskutecznie, wampir jednak ani drgnął. Ssał nieco łapczywie, odbierając w ten sposób życie celowi.
Spojrzał na Vivian, która obserwowała go z nieodgadnionym wyrazem twarzy. To był pierwszy raz, gdy widziała przyjaciela, gdy się pożywiał. Nie czuła strachu czy niepokoju nawet, kiedy puścił bezwładne ciało i podszedł do niej. Z policzka starł jej kropelkę krwi.
– Nie stój tak blisko – polecił, wracając do swojego naturalnego koloru oczu.
– Jeden za nami. Jeszcze czterech.
– Chodźmy.
Wyszli z pokoju razem, mając pewność, że nikt ich nie widzi. Słyszeli dźwięki świadczące o upojnych chwilach z wielu pokoi, bajadery nie próżnowały. Przynajmniej nikt nie plątał się po korytarzach, przeszkadzając. Ciała zapewne znajdzie służba dopiero rano, ale wtedy ich tu już nie będzie. Nie zostanie ślad po tym, co się naprawdę wydarzyło, a opowieść o wampirze niczego nie zmieni.
Trzech kolejnych mężczyzn udało się załatwić w ten sam sposób bez żadnych problemów. Żaden z nich nie spodziewał się, że zostanie zaatakowany. Na nic zdały się zabezpieczenia i ostrożność, gdy sami wpuścili wroga do środka. To bawiło Cienie, choć nie padło na ten temat ani jedno zbędne słowo. Nadal byli skupieni na swoim zadaniu, a to się jeszcze nie skończyło.
Vivian pierwsza usłyszała płacz dziecka. Zatrzymała się pod drzwiami i wsłuchała się w cichą kłótnię. Mocniejszy głos na pewno należał do mężczyzny, ten drugi do dziewczynki. Sądząc po tonie nie starszej niż trzynastoletniej.
Wampir też się przysłuchiwał, marszcząc brwi. Wśród bajader nie było dzieci, Vivian to sprawdziła, a po tym, co usłyszeli, właściwie wywnioskowali, że nie dzieje się to za obopólną zgodą. Brązowowłosa zacisnęła zęby na tę myśl. Zadanie przez chwilę przestało się liczyć. Nieważne, że była bez broni, chciała rozerwać drania choćby gołymi rękoma. Już łapała za klamkę, gdy za dłoń chwycił ją Arte.
– Wyluzuj – szepnął. – Nerwy tu nie pomogą.
– Nie mogę tego zignorować.
– Wiem, ale to nie jest nasze zadanie.
– Sama to załatwię.
– Idziemy razem – postanowił. – Uspokój się. Nie możesz być Vivian, gdy wejdziesz do środka.
Miał rację. Rozsądek wrócił. Odetchnęła i zostawiła siebie gdzieś poza sobą. Dopiero wtedy Arte pozwolił jej wejść do pokoju. Wsunął się tuż za nią. Początkowo nie zostali dostrzeżeni, więc mogli ocenić sytuację.
Dziewczynka była przygniatana do łóżka z zadartą sukienką przez tłustego mężczyznę, który dyszał obleśnie prosto w jej zapłakaną twarzyczkę.
– Zatańczyć dla pana, sir? – odezwała się Vivian.
Mężczyzna podniósł się zdezorientowany. Nawet nie usłyszał ich wejścia i był tym dość zszokowany.
– Czego tu? – warknął.
Nie zdążył zareagować, kiedy Arte odrzucił go od dziewczynki. Vivian zbliżyła się do małej i zasłoniła jej oczy, żeby nie widziała, jak wampir zabija jej oprawcę. To nie był widok dla niej, wystarczająco nacierpiała się tego wieczoru.
Gdy było po wszystkim, usiadła z nią na łóżku i poprawiła jej ubranie. Mała nadal popłakiwała cicho, przytuliła się do Vivian, która głaskała ją uspokajająco po szarawych włosach. Dopiero, gdy przestała płakać, brązowowłosa zapytała:
– Masz dokąd wrócić?
– Nie.
Cienie spojrzały po sobie. Mała musiała być dzieckiem ulicy sprowadzonym na specjalne zamówienie trupa, żeby miał się, z kim zabawić, gdy bal go znudzi. Dla nich był to nie lada problem. Nie mogli jej tu zostawić i wystawić na nieprzyjemności ani ciągnąć za sobą, narażając tym samym misję. Odesłanie ją teraz na ulicę też nie było najlepszym rozwiązaniem, bo szybko znów wpadnie w kłopoty.
– Piętro niżej po przeciwnej stronie korytarza pokój mają Hikari i Lenalee – odezwała się Vivian. – Zaprowadź ją tam. Zajmą się nią dobrze.
– A ty?
– Poczekam na ciebie na miejscu.
– W porządku. Uważaj na siebie.
Vivian spojrzała na małą.
– Pójdziesz teraz z moim przyjacielem na dół do miłych dziewczyn, które ci pomogą, dobrze?
Dziewczynka kiwnęła głową i podała wampirowi rękę, gdy wyciągnął do niej swoją. Zeszli piętro niżej i Arte zapukał do odpowiedniego pokoju, mając nadzieję, że zastanie choćby jedną z dziewcząt. To by rozwiązało problem, w który wpakowali się na własne życzenie.
Drzwi otworzyła czerwonowłosa dziewczyna nadal w sukni z balu. Spojrzała pytająco na wampira, którego twarz aktualnie skrywała się w cieniu, wykorzystując półmrok w korytarzu.
– Tak?
– Panna Hikari, jak mniemam?
– O co chodzi?
– Mam prośbę. Trzeba zająć się do rana moją małą towarzyszką – wskazał dziewczynkę. – Komu jak komu, ale egzorcystom można zaufać, prawda?
Hikari przypatrywała im się chwilę w milczeniu. Komui mówił o innocence, nie o użytkowniku, ale może to była właśnie ta chwila.
– Oczywiście. Proszę się nie martwić. Dobrze się nią zaopiekujemy.
– Dziękuję.
– Chodź, skarbie.
Mała podała dłoń Hikari, która wprowadziła ją do środka, nie przejmując się mężczyzną. Lepiej dla niego, że tak szybko poszło. Dzięki temu mógł bez przeszkód ruszyć do Vivian, która zabawiała ich ostatnią ofiarę.
Wszedł na balkon odpowiedniego pokoju. Zamek był zamknięty do połowy, co go zaniepokoiło. Przez szybę dojrzał, dlaczego. Na łóżku dwóch mężczyzn przytrzymywało Vivian, gdy trzeci – ich cel – rozbierał się. Nie przewidzieli, że dobierze sobie kompanów, a przecież w dokumentach była o tym mowa. Nie dopilnował tego.
Nie było jednak czasu na obwinianie się czy panikę. Odpowiednią inkantacją otworzył drzwi na balkon i niemal wpadł do środka. Tych dwóch niespodziewanych intruzów zabił od razu, skręcając im karki. Nie zdążyli nawet zauważyć, co się wydarzyło, nim umarli. Wampir dobrał się do szyi swej ostatniej ofiary, sprawiając mu dodatkowy ból za to, co chciał zrobić Vivian.
Dziewczyna przez chwilę uspokajała oddech i rozdygotane serce. Że też tego nie przewidzieli. Tak łatwo weszła w pułapkę, że jej samej było głupio, a przecież obecność jeszcze dwóch innych mężczyzn wzbudziła jej niepokój. Było jednak za późno, żeby się wycofać.
– W porządku? – zapytał Arte, ocierając usta z krwi. – Nic ci nie zrobili?
– Przyszedłeś w porę.
– Powinienem to przewidzieć. Przepraszam.
– W porządku. Ryzyko zawodowe. Jak mała?
– Bezpieczna z egzorcystkami.
– To dobrze. Czas spadać.
– Poczekaj tutaj. Wezmę tylko nasze rzeczy.
– Jestem na balkonie.
Potrzebowała tej chwili, by odetchnąć po niebezpiecznej sytuacji. Mogła, co prawda, ujawnić swoje zdolności, ale obawiała się komplikacji i niepotrzebnego bałaganu. Do tego obecność w pobliżu egzorcystów też nie pomagała. Mogłaby się niepotrzebnie zdradzić, a to przyniosłoby spore kłopoty. Na szczęście Arte jej nie zawiódł.
Wampir w czarnym płaszczu dołączył do niej ledwo dwie minuty później z ich rzeczami, które były w rezydencji. W ten sposób nie pozostanie po nich ślad.
– Spadamy.
Pomógł jej wejść na balustradę i razem zeskoczyli do ogrodu. Na szczęście nikogo nie było w pobliżu. Vivian zarzuciła na siebie płaszcz i pieszo ruszyli do gospody, gdzie mieli wynajęty pokój. Rano czekała ich podróż powrotna do Berlina…
Dopiero rankiem Hikari i Lenalee wypytały Stellę – bo tak przyprowadzona do nich dziewczynka miała na imię – o wydarzenia nocy i jej pochodzenie. Wcześniej mała była zbyt wystraszona, więc dały jej spokój. Teraz jednak strach odszedł i Stella odpowiadała na ich pytania, z ekscytacją opowiadając o błękitnej księżniczce, która ją uratowała. Coś innego jednak przykuło ich uwagę.
– Znała nasze imiona? – zapytała Hikari.
– Tak – powiedziała dziewczynka.
– Dziwne.
Nie miały jednak pomysłu, kto to mógł być. Zresztą mężczyzna, który przyprowadził do nich Stellę, też nie zapadł Hikari w pamięć. Nawet jeśli początkowo myślały, że mała jest posiadaczką innocence, to się pomyliły. Zresztą chwilę później potwierdził to Lavi, informując je o spotkaniu z posłańcem – młodym Hiszpanem o długim warkoczu – i innocence, po które tu przybyli. Mogli wracać.
Nie chcieli zostawiać Stelli na pastwę losu, ale nie mogli jej też zabrać ze sobą. Hikari postanowiła więc znaleźć jej jakąś dobrą rodzinę zastępczą. Udało im się wyprowadzić dziewczynkę z rezydencji bez zbędnych pytań i podejrzeń, sami zresztą nie wiedzieli, że chwilę później zrobiło się zamieszanie, które prasa w Liverpoolu opisywała przez kilka kolejnych dni. To ich jednak nie dotyczyło.
Stella szybko znalazła dobry dom – małżeństwo prowadzące gospodę, w której mieli pokoje, zgodziło się przyjąć małą, a po sprawdzeniu ich innocence Hikari miała pewność, że nie stanie jej się tu krzywda. Przynajmniej tyle mogli dla niej zrobić nim odeszli do swoich spraw. Pozostały pytania bez odpowiedzi, ale nikt ich nie znał, więc w tych sprawach musieli odpuścić. Przynajmniej na razie…

***

Arte: Rozdział długi. Bardzo długi.
Vivian: Chyba najdłuższy jaki udało się Laur ostatnio napisać.
Laurie: Bo musiałam trochę zmienić plany, żeby wszystko się zmieściło do samego końca.
Vivian: Fakt, plany są nieubłagane i trzeba się do nich dostosować.
Arte: Tego nie podejrzewaliście, że naprawdę Vivian była bajaderą w błękicie, co? Tu Was autorka zaskoczyła.
Vivian: Żeby się to jeszcze przełożyło na komentarze, to by było dobrze, ale po co? Nic, za tydzień szumnie już zapowiadane moje zaprzysiężenie. Oczekujcie go.
Arte: Będzie ciekawie. Pozdrawiamy i do następnego.

One thought on “The secret side of me I’ll never let you see I keep it caged but I can´t control that So stay away from me, the beast is ugly I feel the rage and I just can´t hold that

  1. prz_ pisze:

    Oj tam, niektórzy komentują…😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s