No sleep, no sleep until I’m done with finding the answer Won’t stop, won’t stop before I find a cure for this cancer

Było jeszcze wcześnie, gdy wyczuła jakiś ruch w pokoju. To ją wyrwało ze snu. Ręka automatycznie wsunęła się pod poduszkę w poszukiwaniu broni. To na pewno nie był Arte. Kroki były zbyt ostrożne jak na wampira. Zresztą nie wchodził do jej pokoju w środku nocy, gdy wiedział, że śpi. To było niebezpieczne i groziło awanturą nawet, jeśli zamierzał z niej tylko pożartować. Już raz tak zrobił i gorzko tego pożałował.
Do tego czuła zagrożenie. Ktokolwiek był intruzem, chciał zrobić jej krzywdę. Złapała za rękojeść sztyletu w chwili, gdy napastnik przyłożył jej jakąś szmatę do twarzy. Szarpnęła się gwałtownie, ale przewidział ten ruch i unieruchomił jej uzbrojoną rękę. W ciemności dojrzała tylko ciemny kształt z kapturem głęboko naciągniętym na twarz, żeby nie było widać, kim jest.
Zapach szmaty był dziwnie znajomy. Po chwili poczuła się senna, powieki same opadały. „Eter” – przeszło jej przez myśl. Szarpała się bezskutecznie, opór był coraz mniejszy aż Vivian ponownie zapadła w sen zupełnie bezbronna i zdana na łaskę przeciwnika.
Policzek zapiekł, gdy została uderzona. To ją przebudziło. Przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje aż wspomnienie ataku wróciło. Wiedziała, że to nie był wytwór jej wyobraźni, naprawdę ktoś ją zaatakował. Tylko po co? W kwaterze Ligi nie miało to żadnego sensu.
Próbowała podnieść powieki, ale to i tak nie dało efektu. Oczy miała zasłonięte czarną szarfą. Szarpnęła rękami, ale te związano ciasno za jej plecami. Zrozumiała – została porwana. Przez kogo i po co? Kto był na tyle głupi, by wywinąć taki numer? Nie miała pewności, gdzie jest, leżała na jakimś materiale, ale pod spodem była twarda powierzchnia. Prawdopodobnie podłoga, ale tego też nie mogła być do końca pewna. Słyszała syk lampy naftowej, więc w pomieszczeniu było światło.
Drgnęła, gdy wyczuła aurę demona. Nie do końca była w stanie rozpoznać, jakiego dokładnie, ale sam fakt działał na jej niekorzyść. Spętana i bez broni nie miała większych szans na odparcie ataku, nie mówiąc już o pokonaniu bestii.
W jej głowie pojawiały się coraz to nowe pytania. Nie rozumiała tego. Przecież była w kwaterze Ligi Cieni, do której dostęp mieli jedynie pracownicy. Odpowiednie bariery chroniły to miejsce przed zagrożeniami, z którymi zmagają się na co dzień. Żaden demon nie mógł wejść niezauważenie, porwać jej i wyjść. Co to miało znaczyć? Ktoś mu pomógł? Dlaczego? Jakim prawem? To wszystko było jakieś nierealne.
Zdławiła panikę. Na większość pytań nie mogła teraz znaleźć odpowiedzi. Nie pomogą jej wydostać się z tej sytuacji. Aby tak się stało, musi wiedzieć, na czym stoi. Strach nie działał na jej korzyść, także warunki jej przetrzymywania. Nie opierała się na wzroku, skoro nie mogła go użyć. Reszta zmysłów powinna dać wyobrażenie tego miejsca i natury zagrożenia. Przecież to nie było takie trudne do zrobienia.
– Panikujesz? – usłyszała znajomy głos.
Spokój, który właśnie odzyskała, prysnął niczym mydlana bańka, kiedy rozpoznała jego właściciela. Krew w niej zawrzała.
– Arsen – warknęła.
– Owszem – odparł rozbawiony. – Trafiłaś.
– Co ty wyprawiasz, draniu?! Masz mnie w tej chwili rozwiązać!
– To wykluczone. Uwolnij się sama, skoro tego pragniesz. Czy może to poza twoimi możliwościami, egzorcystko? – zadrwił.
– Co ty planujesz? Chcesz mnie zabić? To twój tchórzliwy plan?
Mężczyzna roześmiał się jeszcze bardziej rozbawiony sytuacją. Zupełnie nie przejął się jej wrogą postawą, jawnie ją lekceważąc.
– Naprawdę sądzisz, że muszę sobie brudzić ręce? – odparł. – Nie wydostaniesz się stąd spętana i słaba. Wystarczy, że cię tu zostawię i po krzyku – wzruszył ramionami.
– Ty draniu – warknęła.
– Miłego gnicia – zaśmiał się.
Słyszała jego oddalające się kroki i syk lampy, którą zabrał ze sobą. Zostawił ją tutaj na pastwę losu rozbawiony swoim tchórzliwym atakiem. Była pewna, że to on zakradł się do jej pokoju i ją zaatakował. Parszywy, dwulicowy drań, niewarty funta kłaków dupek.
Przeklinała na głos pod adresem Arsena, który po raz kolejny skierował swoje ostrze przeciwko niej. Wszyscy wiedzieli, że z jakiegoś głupiego powodu nienawidzi jej i zawsze wykorzysta szansę, by wbić jej szpilę. Przy każdej możliwej okazji rzucał kąśliwymi uwagami i niesprawiedliwymi osądami, prowokując ją do walki. Gdy dochodziło do pojedynku, żadna strona nie znała litości, zachowywali się, jakby próbowali się pozabijać. Jednak dziś Arsen stanowczo przesadził. Porwanie i uwięzienie? Jak go dorwie, pożałuje, że się urodził.
Moment gniewu odszedł. Miotanie się po posłaniu niczego nie zmieni, traci tylko czas i energię na niepotrzebne wyrzucanie z siebie emocji. Arsen zapłaci za lekceważenie jej, gdy tylko się stąd wydostanie. Na tym musi się teraz skupić.
Przez chwilę leżała nieruchomo, uspokajając się. Emocje były tu zbyteczne, potrzebowała trzeźwego osądu sytuacji, który pomoże rozwiązać jej zagadkę tego miejsca.
Demoniczna aura ulotniła się wraz z wyjściem Arsena. Najwyraźniej była to Technika Czarnego Krzewu, której mężczyzna używał. Pewnie chciał ją wystraszyć i zdezorientować, więc aktywował ją na kilka chwil. Stąd poczucie, że w pobliżu kręci się demon. W końcu była to piekielna technika, którą trudno było kontrolować i bardzo niebezpieczna zarówno dla ofiar, jak i użytkownika.
Tylko raz widziała, jak Arsen jej używa. Było to dość imponujące, kiedy na jego dłoniach rosły ciernie, które powolutku schodziły ze skóry, by dorwać swą ofiarę i rozedrzeć ją na strzępy. Skuteczność była niemal stuprocentowa, więc lepiej nie stawać mu na drodze, gdy ją aktywuje.
Jednak miała ona też swoją drugą stronę – była dość energochłonna. Nie można było jej używać w nieskończoność, bo użytkownik szybko tracił siły. Trzeba było uważać albo mieć dobre wsparcie. No i jak wszystko, co piekielne, miała negatywny wpływ na użytkownika. W przypadku Arsena uwypuklała jego podły charakter.
Podniosła się do siadu. Wtedy zauważyła, że nogi ma wolne od więzów. To napawało odrobiną optymizmu, choć nadal była w dość kiepskiej sytuacji. Czuła chłód pełzający po skórze, do tego wilgoć w powietrzu była większa niż w Lidze. Najwyraźniej to miejsce również znajdowało się pod ziemią. Nie przypominała sobie, żeby w kwaterze było coś takiego, wszystko tam było utrzymywane w odpowiednim porządku, aby Cienie bez przeszkód mogły korzystać z własnej przestrzeni. Najwyraźniej Arsen wyniósł ją niepostrzeżenie i gdzieś ukrył.
Nie słyszała już żadnych dźwięków prócz własnego oddechu i bicia serca. Kroki Arsena dawno ucichły, na pewno też nie siedział w pobliżu, bo przy jej wrażliwym słuchu taki szczegół nie umknąłby jej uwadze. To oznaczało, że została sama. Jednocześnie dobra i zła wiadomość. Nikt w pobliżu nie przyjdzie jej z pomocą, ale mogła robić, co chciała.
Wstała nieco chwiejnie, zamierzając określić wielkość tego miejsca. Bez problemu się wyprostowała, po kilku niepewnych krokach dotarła do ściany. Ostrożnie poruszała się wzdłuż niej, sunąc po kamieniu ramieniem. Dzięki temu „obejrzała” pomieszczenie, znała jego rozmiary i pozycję wyjścia. Stała tam przez chwilę, ale nie czuła ruchu powietrza. To potwierdzało tezę o podziemiu.
Wydawało się, że pomieszczenie jest w pełni puste, nie licząc materiału, na którym Arsen ją ułożył. Nie ważyła się jeszcze na wyjście, byłoby to niebezpieczne, mając do dyspozycji jedynie nogi. W razie walki postawiłoby ją to na niekorzystnej pozycji. Na razie skupiła się na poznaniu swojej celi. Może dzięki temu na coś wpadnie, co pomoże jej się stąd wydostać.
Stopą zahaczyła o jakiś kształt. Coś twardego leżało na ziemi, poruszyło się, gdy pchnęła to lekko. Naga skóra pozwoliła zbadać obiekt, Vivian wyczuła fakturę. Znajomą fakturę. Uśmiechnęła się.
– Czarna Róża.
Nie miała wątpliwości, że przed nią leży jej katana. Rozpoznałaby ją wszędzie bez żadnych problemów. Znała każdą wypukłość, każdą ryskę zarówno na mieczu, jak i na saya.
Odwróciła się i kucnęła tak, aby chwycić katanę w dłonie. Po kilku nieudanych próbach udało jej się tak wymanewrować mieczem, że wyciągnęła go z saya i zaczęła rozcinać więzy. Uważała, żeby nie zaciąć rąk, choć nie było to proste. Arsen związał ją dość ciasno, żeby jak najbardziej utrudnić jej sprawę. Męczyła się przez kilka minut aż w końcu uwolniła ręce. Roztarła nadgarstki, powoli odzyskując właściwe krążenie krwi w dłoniach. Wtedy też ściągnęła opaskę z oczu, choć niewiele to zmieniło. Dookoła panowała aksamitna ciemność. Najwyraźniej lampa, którą zabrał Arsen, była jedynym źródłem światła.
To jej nie przeszkadzało. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zresztą w tej chwili polegała przede wszystkim na pozostałych zmysłach. Z ziemi podniosła Czarną Różę, dłońmi odnalazła też wszystkie sai – innocence i sztylety sprezentowane przez Christiana. Było to trochę zaskakujące, ale nie narzekała. Dzięki temu poczuła się pewniej w tej dziwnej sytuacji.
Cała sprawa była niepokojąca. Porwanie, zostawienie broni – trochę nielogiczne zachowanie. Drwina czy ukryty cel? Nie miała pewności, co mogło chodzić po głowie Arsenowi. Nigdy go nie rozumiała, więc teraz tym bardziej trudno było powiedzieć, jaki był sens tego wszystkiego. Może go po prostu nie było, a to tylko głupia gierka bruneta, żeby ją podrażnić.
Tu się tego nie dowie, a puste medytacje też nie dadzą odpowiedzi. Musiała się stąd wydostać. Wtedy się wszystkiego dowie i skopie tyłek temu szajbusowi tak, że raz na zawsze zapamięta, żeby z nią nie zaczynać. Będzie spieprzał na sam dźwięk jej imienia.
Jeszcze przez chwilę błąkała się po salce w poszukiwaniu czegoś przydatnego lub wskazówek, ale nic nie znalazła. Najważniejsze jednak, że odzyskała broń. To znacznie ułatwi sprawę.
Ostrożnie wyszła na korytarz, sugerując się pozostałymi zmysłami. Gdzieś musiało być wyjście, wystarczyło je znaleźć. Z taką myślą ruszyła przed siebie.
Przez parę kolejnych metrów nic się nie zmieniło. Nadal było ciemno, chłodno i wilgotno. Jednak z jakiegoś powodu Vivian zaczęła drżeć, obracając się nerwowo na wszystkie strony. Wyobraźnia podpowiadała różne nieprawdziwe rzeczy, poczuła się zagrożona, jakby w każdej chwili miała zostać zaatakowana.
Zatrzymała się i oparła plecami o zimną ścianę. Wiedziała, gdzie jest. Labirynt. Zabłądziła i wpadła w jego pułapkę. To zawsze działało tak samo. Labirynt wyciągał z ludzi to, co najgorsze, lęki, obawy, wątpliwości, błędy. Ktoś słaby wpadłby w szaleństwo, dając się pokonać panice. Dosłownie był pożerany przez własną ciemność, karmił labirynt samym sobą. To była bestia wyimaginowana przez przerażenie.
Te uczucia towarzyszyły jej, gdy po raz pierwszy przekroczyła próg Ligi. Próba labiryntu miała ostatecznie potwierdzić, że nadaje się na Cienia. Wtedy spanikowała i niemal dała się pożreć. Od porażki dzieliło ją naprawdę niewiele. Nie mogła popełnić znów tego samego błędu. Zmieniła się. Potrafiła kontrolować własny strach, odrzucić go i skupić na swoim celu. Wystarczyło zaufać samej sobie. Poprowadzi ją instynkt, przecież nigdy jej nie zawiódł.
Kilka głębokich oddechów wystarczyło, by uspokoić nierówny rytm serca. Nie miała, czego się bać. Tu wrogiem mogła być tylko ona sama, a przecież z sobą była już pogodzona. Nie miała powodu, by walczyć z własnym „ja”. Strach i obawy rozpłynęły się w ciszy. Mogła iść dalej. Z uśmiechem postawiła pierwszy krok, który tylko utwierdził ją w tym postanowieniu. Iść wciąż przed siebie z podniesionym czołem, nie obracać się na przeszłość i nie żałować wciąż straconych szans. Tylko w ten sposób odnajdzie wyjście.
Nie miała pewności, jak dużo czasu minęło, odkąd weszła do labiryntu. Kilka ścieżek było błędnych i musiała się wrócić, ale w końcu poczuła świeże powietrze. Była już blisko. Z rozwagą stawiała każdy krok aż zobaczyła poblask światła. Wyszła. Labirynt nie miał nad nią władzy. Zwyciężyła.
Znalazła się na jakiejś polanie. Nie przypominała sobie tego miejsca, ale prawdopodobnie było w pobliżu Berlina. Nie sądziła, by Arsen wywiózł ją gdzieś dalej. To mogło być dla niego ryzykowne.
Słońce było już wysoko na niebie, więc było około południa. Do tego czuła chłód wiosennego poranka, który nie do końca zniknął. Instynktownie potarła ramiona. Nadal miała na sobie tylko kusą koszulę nocną, która zupełnie nie nadawała się do spacerów na zewnątrz.
Odskoczyła instynktownie, gdy wyczuła atak. Tylko to ją uratowało przed ciosem w plecy. Odwróciła się, wysuwając Czarną Różę z saya.
– Arsen – warknęła.
Brunet stał tylko kilka kroków od niej z krótkim, srebrnym mieczem w dłoni i cynicznym uśmiechem na twarzy.
– Niezły czas – pochwalił ją z kpiną. – Dużo lepszy niż można było spodziewać się po egzorcystce.
– Lekceważysz mnie – warknęła. – Co to ma znaczyć, draniu?
– Kto wie – zadrwił.
Wyczuwała od niego dość intensywną żądzę mordu skierowaną wprost na nią. Nie miała wątpliwości, ta cała zabawa była po to, by ją zabić. Po prostu przygotował sobie odpowiednią oprawę, by móc czerpać z tego jak najwięcej satysfakcji. Pieprzony drań.
Obnażyła Czarną Różę i własne innocence, resztę zostawiając na trawie, żeby nie zawadzało. Nie było sensu traktować tego jak zwykłego treningu, ta walka mogła kosztować ją życie, więc automatycznie spoważniała. Nie zamierzała się powstrzymywać.
Arsen ponownie zaatakował. Teraz już nie zatrzymywał się i nie czekał na jej kroki. Jego ciosy były pełne żądzy mordu, siły i nienawiści, którą darzył dziewczynę. Vivian z łatwością dotrzymywała mu kroku, choć to nie jej sprzyjały warunki. Łączyła walkę dwoma ostrzami z innymi atakami, blokowała jego ciosy lub unikała ich z lekkością motyla i gracją dzikiego kota. Nie przeszkadzało jej nawet podkręcenie tempa. Oboje szukali najsłabszego miejsca w obronie przeciwnika, wykorzystywali każdy, najmniejszy chociaż błąd.
Mimo powagi sytuacji Vivian pozwoliła sobie na drwiący uśmiech. Półtorej roku ciężkiego, intensywnego treningu, a wcześniej niezliczona ilość walk z Kandą na sali treningowej przyniosły efekty w odpowiednim momencie. Nie pozwoliła się odczytać Arsenowi, blefowała, zmieniała kąt natarcia w ostatniej chwili, nie bała się wchodzić w sferę ataku przeciwnika, by zyskać przewagę. Powoli acz skutecznie przejmowała kontrolę nad tym pojedynkiem.
Stal zazgrzytała po raz kolejny. Obojgu zadrżały ramiona, oddychali urywanie, czując rozpalającą żyły adrenalinę. To ona pchała ich do przodu w tym szalonym pojedynku, którego stawką było życie jednego z nich.
Vivian uniosła katanę, szorując ostrzem po mieczu Arsena. Zgrzyt drażnił ich uszy, ale to brunet wcześniej wycofał broń. To wystarczyło, by dziewczyna znów zmieniła kąt natarcia i drasnęła go w policzek, ledwo omijając oko. Uratował go tylko refleks, którym wykazał się, odskakując. Przetarł twarz, spojrzał na własną krew rozmazaną na palcach i schował broń. Jego żądza mordu ulotniła się w jednej chwili tak, jakby przestał ją odczuwać.
Vivian zamrugała nerwowo. Czegoś takiego się nie spodziewała i nie bardzo wiedziała, jak ma to intepretować. Arsen wyglądał tak, jakby właśnie odpuścił pojedynek, w który włożył tak wiele sił.
– Co z tobą? – warknęła.
Mogła go zaatakować, ale teraz byłoby to z jej strony niezbyt uczciwe. Z reguły nie atakowała kogoś, kto nie miał zamiaru z nią walczyć, a takie sygnały dostawała od Arsena w tej chwili. Jakiś podstęp? Kolejna gierka?
Brunet tylko prychnął rozbawiony, wkładając dłonie w kieszenie płaszcza. Nie zamierzał odpowiadać świadomy czegoś, o czym Vivian nie miała pojęcia. Obserwowali się wzajemnie: on z drwiną, ona z uwagą.
– Opuść miecz, Vivian.
Na polanę weszło kilkoro Cieni. Wśród nich brązowowłosa rozpoznała swoją mistrzynię, pozostałą trójkę Najwyższych, Isabel, Mirabel i Arte. Tego to już w ogóle nie rozumiała, ale wykonała polecenie. Wycofała się do miejsca, gdzie zostawiła resztę broni, nadal obserwując każdy ruch Arsena.
– Wygrałaś ten pojedynek i zdobyłaś nasze uznanie – powiedziała Arianne.
– Chyba nadal nie rozumiem, o co w tym chodzi.
Kobieta uśmiechnęła się nieco rozbawiona. Wszystko poszło zgodnie z założeniami.
– Dziś jest dzień twojego zaprzysiężenia. Pokonanie labiryntu miało uświadomić ci zmianę, która w tobie zaszła, pojedynek z Arsenem zaś zdobyć uznanie Najwyższych. Pierwszy etap zaliczyłaś.
– Rozumiem – odparła zaskoczona tą rewelacją.
Już wielokrotnie pytała o przebieg zaprzysiężenia, ale nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Nieważne, kogo pytała. Albo zmieniali temat albo stwierdzali, że zobaczy w swoim czasie. Konkretnej daty też się nie doczekała. Teraz zaczynała rozumieć dlaczego. Aby ostatecznie ocenić, jak daje sobie radę w sytuacjach ekstremalnych, musieli ją zaskoczyć i sprawić, by poczuła zagrożenie. Stąd cała sprawa z Arsenem, który był dla niej najlepszym powodem, aby wywołać wymagane emocje.
– Druga część twojego zaprzysiężenia odbędzie się w sali Rady Starszych. Musisz się teraz przygotować – oznajmiła Arianne.
– Dobrze.
Już miała zapytać, jak mają dotrzeć stąd do kwatery Ligi, gdy podbiegły do niej Isabel i Mirabel. Obie miały na sobie szaty Cieni oraz upięte elegancko włosy.
– Pomożemy ci – oznajmiła blondynka. – Chodź.
Pociągnęły ją za sobą podekscytowane. Vivian wiedziała, że zaprzysiężenie było ważnym wydarzeniem w życiu Ligi. W końcu miała oficjalnie stać się jedną z nich. Teraz, gdy zdolnych kandydatów było coraz mniej, to było ważne dla przetrwania organizacji. Dziewczyny też cieszyły się jej sukcesem. W końcu były przyjaciółkami, może niezbyt bliskimi, ale zawsze.
Szybko okazało się, że w lasku jest jeszcze jedno wejście do kwatery Ligi, z którego teraz skorzystali. Isabel skierowała się prosto do pokoju Vivian, gdzie czekała na nie balia gorącej wody.
– Nie ma czasu na długą kąpiel, więc się rozbieraj, a resztę zostaw nam – poleciła blondynka.
Normalnie Vivian odmówiłaby pomocy, ale dziś był zbyt ważny dzień, by marnować go na słowne przepychanki. Pozwoliła, by dziewczyny wyszorowały ją porządnie, wysuszyły i pomogły się ubrać. Mirabel rozczesała jej włosy, które sięgały już za piersi. Szybko odrastały. Pozostawiła je jednak rozpuszczone.
– Nie powinnam ich spiąć? – zapytała Vivian.
Wszystkie kobiety, które widziała na polanie, miały elegancko upięte włosy nawet, jeśli zwykle zostawiały je rozpuszczone lub wiązały.
– Nie – odparła Isabel. – Twoje włosy zostaną upięte w sali Rady.
– To jakaś tradycja?
– Tak. Zauważyłaś już, że nie mamy uroczystych szat, które odróżniają się od naszych mundurów. Kobiety, które zostają wcielone w szeregi Cieni, przy ważnych uroczystościach upinają włosy.
– A co z mężczyznami? – zapytała z ciekawości.
– Przy zaprzysiężeniu dostają złote pasy. Możesz ich nie dostrzec u Rady, ale na pewno wszyscy będą je mieli na sobie – uśmiechnęła się Wiedźma.
– Denerwujesz się? – zapytała Mirabel.
– Czeka mnie jeszcze coś w stylu pierwszego etapu?
– Nie, ta część była dla Najwyższych. Teraz czeka cię już tylko przysięga.
– To chyba nie mam czym – uśmiechnęła się Vivian.
– No to chodźmy. Na każmy im dłużej czekać.
Mimo to brązowowłosa poczuła delikatny stres, kiedy były pod salą Rady Starszych. Odsunęła to jednak od siebie. Teraz nie mogła się już wycofać. Odetchnęła głębiej, gdy Isabel otworzyła drzwi i weszła za nią do środka.
Rada siedziała na swoim miejscu na podwyższeniu, po obu jej stronach stało po dwoje Najwyższych, a pod bocznymi ścianami pozostałe Cienie, prawdopodobnie według kast i stażu. Brakowało tylko pozostałych uczniów, którym nie wolno było uczestniczyć w zaprzysiężeniu kogoś innego.
– Uklęknij tam – wskazała jej Isabel.
Obie z Mirabel poszły na swoje miejsca, pozostawiając ją na środku samą. To trochę przytłoczyło Vivian, która czuła spojrzenia wszystkich na sobie, ale pewnie podeszła do wskazanego miejsca i uklęknęła, układając przed sobą Czarną Różę.
– Wiwianno Walker – głos Minerwy, przewodniczącej Rady, przerwał ciszę – dziś nadszedł dzień, w którym przestajesz być dawną Wiwianną Walker. Staniesz się Cieniem, który wykonuje swoje obowiązki bez zostawiania po sobie najmniejszego śladu, rozpływa się w ciemności, nie zwracając na siebie uwagi. Przez półtorej roku twojego szkolenia nabyłaś wiedzę i umiejętności, którymi posługujesz się w doskonały sposób. Udowodniłaś to niejednokrotnie podczas swoich misji. Czy ktoś z Najwyższych zgłasza sprzeciw przeciwko zaprzysiężeniu tej oto uczennicy na prawowitego Cienia?
Nikt z tej czwórki się nie odezwał. Jej pojedynek z Arsenem rozwiał wszelkie wątpliwości i zamierzali ją zaakceptować jako członka Ligi.
– Arianne, do ciebie należy ostatni obrzęd.
– Oczywiście, pani Minerwo.
Francuzka podeszła do swojej uczennicy, nie kryjąc wzruszenia. Przez te półtorej roku zbliżyły się do siebie, zaczęła traktować Vivian jak niesforną córkę. Przekazała jej całą swoją wiedzę, dbała o nią bardziej niż ktokolwiek inny, ale też była dla niej surową nauczycielką, która karała każde przewinienie i wymagała od niej każdego dnia coraz więcej.
Przystanęła za nią. Od razu przyniesiono grzebień i srebrną spinkę, którą Arianne miała upiąć włosy uczennicy.
– Dziś moja opieka nad tobą się kończy – powiedziała. – Od dziś sama podejmujesz decyzje, działania i bierzesz na siebie ich konsekwencje. Oficjalnie nie jesteś już uczennicą, lecz zawsze jestem do twojej dyspozycji, kiedy będziesz potrzebować pomocy czy rady. Tej więzi nic nie zmieni.
W czasie tych słów upięła brązowe włosy Vivian w eleganckiego koka, spinając je klamrą.
– Ta spinka to mój ostatni dar. Oby służyła ci dobrze – zakończyła.
– Dziękuję za twoją opiekę, mistrzyni – Vivian ukłoniła się z szacunkiem Arianne. – To była cenna lekcja i nigdy tego nie zapomnę.
Wyprostowała się, kiedy Francuzka wróciła na swoje miejsce.
– Złożysz teraz przysięgę wierności – odezwał się Sigrue. – Powtarzaj za mną. Ja, Wiwianna Walker, świadoma odpowiedzialności noszenia miana Cienia ślubuję…
– Ja, Wiwianna Walker, świadoma odpowiedzialności noszenia miana Cienia ślubuję…
– …swe obowiązki pieczołowicie wykonywać…
– …swe obowiązki pieczołowicie wykonywać…
– …zasad mnie obowiązujących nie łamać…
– …zasad mnie obowiązujących nie łamać…
– …raz danego słowa dotrzymywać…
– …raz danego słowa dotrzymywać…
– …wierności ideałom Ligi dochować…
– …wierności ideałom Ligi dochować…
– …honoru swego i dłoni krwią niewinnych nie plamić…
– …honoru swego i dłoni krwią niewinnych nie plamić…
– …z drogi swej nigdy nie zbaczać.
– …z drogi swej nigdy nie zbaczać.
– Wszyscy tutaj staliście się świadkami przysięgi Vivian – dodał po chwili ciszy Sigrue. – Ja zaś jako jeden z członków Rady Starszych w jej imieniu ślubuję ci opiekę, wierność, pomoc Ligi. Twe grzechy będą przez nas noszone. Hańbą cię nigdy nie okryjemy. Stań się wspaniałym Cieniem, Vivian. Niczego nie żałuj i idź drogą, którą podpowiada ci serce.
– W dowód przyjęcia przysięgi wymienisz teraz z Radą kielich wina – odezwała się ponownie Minerwa. – Witaj wśród nas, Vivian.
Wniesiono na salę sześć kieliszków wina. Najpierw odebrała je Rada, na końcu brązowowłosa. W tej kolejności też zostały one opróżnione. Ten ostatni gest kończył oficjalnie ceremonię zaprzysiężenia.
Gdy tylko odebrano od niej pusty kieliszek, poczuła, jak Arte podnosi ją na równe nogi i mocno ściska.
– Gratulacje, maleńka.
– Udusisz mnie – jęknęła.
Kolejne gratulacje posypały się niemal od razu, nie było ważne, jak blisko jest z tymi ludźmi. Większość Cieni chociaż wymieniła z nią uścisk dłoni, mówiąc parę słów uznania. To nie było tylko jej święto, ale też pozostałych członków Ligi. Poczuła się trochę dziwnie tak w pełni zaakceptowana jako jedna z nich. To w tej chwili było jej miejsce na ziemi.
– No dobra, ferajna, to teraz impreza – oznajmił z entuzjazmem Arte.
– Co? A ja, głupia, myślałam, że cieszycie się z mojego zaprzysiężenia, a wy, dranie, tylko pretekstu szukacie, żeby się napić – prychnęła z udawanym oburzeniem Vivian.
Wszyscy wybuchli śmiechem. To był dzień radości i zabawy. Szybko przenieśli się do „Szalonego Kruka”, gdzie Hans już szykował trunki i jedzenie dla tej bandy, która zamierzała świętować tu do rana.
– Hans, dawaj, co masz najlepszego! Czas na toast! – zawołała od progu Isabel.
– Ej, jeszcze nic nie jadłam – sprzeciwiła się Vivian.
– Śniadanie dla bohaterki dnia! – Wiedźma nie dała sobie zepsuć humoru.
– Już się robi.
Usiedli przy jednym ze stolików. Niemal od razu Vivian otrzymała śniadanie, które składało się z kilku tostów z dżemem i rogalika z czekoladą w ramach deseru. Zaraz obok pojawił się szampan najwyższej klasy.
– Dziś świętujemy do upadłego – oznajmiła Isabel, wstając. – To jedyna taka okazja, bo tylko raz możemy być zaprzysiężeni. Vivian, zostań z nami jak najdłużej.
– Wiedźmo, czy ty już coś piłaś? – zapytał Arte.
– Nie rób ze mnie pijaczki – oburzyła się.
– Bredzisz, Wiedźmo. Wznieśmy toast nie za zaprzysiężenie, bo to, że jest jedną z nas, wszyscy od dawna wiemy. Wznieśmy toast za Vivian, dla której to jest ważny dzień. Maleńka, cokolwiek postanowisz, zawsze będziesz miała w nas wiernych przyjaciół i towarzyszy broni.
– Teraz to ty bredzisz – wcięła się blondynka.
– Zdrowie Vivian – zakończyła Mirabel.
Stuknęło szkło i wszyscy wypili swoją porcję szampana.
– To teraz na drugą nóżkę! – zawołała Wiedźma.
– Isabel!
Alkohol lał się strumieniami, co chwilę wybuchały śmiechy, każdy miał coś do powiedzenia, wygłupom nie było końca. Każda impreza w „Szalonym Kruku” tak wyglądała, ale dziś miała wyjątkowy klimat, który czuli wszyscy.
Vivian wyszła odetchnąć świeżym powietrzem, gdy było już ciemno. Świętowanie trwało z takim samym impetem, jak się zaczęło, choć większość już dawno przekroczyła normalną dawkę alkoholu we krwi. Brązowowłosa zresztą też. Przyjemnie szumiało jej w głowie, a na twarzy gościł szczęśliwy uśmiech. Dawno nie czuła się tak dobrze.
Patrzyła w gwiazdy oparta o ścianę baru. Jej myśli wędrowały w różnych kierunkach, a ona sama była zrelaksowana i spokojna. Osiągnęła cel i to wypełniało ją uczuciem szczęścia. Do tego czuła się akceptowana i związana z tym miejscem. To był jej dom, do którego chciała wracać. Ta euforia mogłaby trwać wiecznie.
Z baru wyszedł Arte. Nie wydawał się pijany, choć pił dzisiaj chyba nawet więcej niż Isabel, która jak zwykle przodowała, korzystając, że Mirabel wróciła do Berlina. Uśmiechnął się do przyjaciółki.
– Tu się schowałaś.
– Potrzebowałam oddechu.
– Jak się czujesz jako Cień?
– Nic się nie zmieniło. Nadal jestem tą samą Vivian, którą byłam wczoraj. Powinnam coś poczuć? – spojrzała na niego.
– Nie, jest w porządku.
– Ciekawe, jak będą wyglądać kolejne dni.
– Czas przyniesie odpowiedź. Wracajmy do środka.

***

Vivian: I koniec. Zostałam Cieniem.
Arte: Szybko minęło. Półtorej roku użerania się z tobą było naprawdę trudne.
Vivian: Phi, powiedział, co wiedział.
Laurie: Dość tej kłótni. W przyszłym tygodniu widzimy się w środę.
Vivian: Właśnie. Także nie zapomnijcie. Pozdrawiamy i do zobaczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s