shinjitsu wo shiru hodo ni miushinai sou nanda jibun no erabu michi ga tadashii no ka douka sae akaruku furimau tabi samishi sa mo yoko kiru yo honto no boku wa ima donna kao wo shiteru

Niewiele było momentów, kiedy „Szalony Kruk” cichł. Na dole zwykle ktoś siedział nad kieliszkiem, piętra też wydawały się ciągle żywe. Jednak te kilka godzin około świtu milkły i budynek pogrążał się w ciszy. Większość zasypiała po nocnych szaleństwach upojeni alkoholem i rozkoszą, dając wytchnienie Hansowi i innym pracownikom „Szalonego Kruka”. Te kilka godzin odpoczynku oddzielały od siebie dni, które mogły się zdawać zbyt podobne w tym szalonym tempie życia.
Obserwował niebo, które powoli rozjaśniało się, zwiastując początek nowego dnia. Tęsknił za ciepłem słońca na twarzy, popołudniowymi spacerami i wolnością od więzów, w które zakuto go wbrew jego woli. Nigdy o to nie prosił, nie pragnął wiecznego życia, cieszył się tym, co miał. A miał wiele i to mu wystarczało. Niczego więcej nie potrzebował. Może miał niskie wymagania jak na człowieka swojego pokroju, ale czuł się szczęśliwy. Może dlatego zbagatelizował czające się w pobliżu zagrożenie. Nie wiedział i pewnie nigdy się nie dowie, czemu akurat on spośród wszystkich. Za kilka chwil szczęścia zapłacił zbyt wysoką cenę, tracąc niemal wszystko. Nigdy już tego nie odzyska.
Chłodny świt był coraz bliżej. Gwiazdy zbladły, ciemność nocy usuwała się na rzecz błękitu nieba. Na razie jednak blada smuga na wschodzie powoli przybierała różowy odcień, by niedługo zabarwić się na nowo w spektaklu barw aż całkiem się rozjaśni i wzejdzie słońce.
Chciałby to obserwować, ale wiedział, że jest to dla niego zbyt niebezpieczne. Odrobina światła słonecznego mogła sprawić mu tyle bólu, że nie warto było ryzykować. Już nigdy nie będzie mu to dane.
Zasłonił okno z cichym westchnięciem. Ciemność, jaka zapanowała w pokoju, nie przeszkadzała mu w żadnej mierze. Doskonale widział w mroku, w końcu był nocnym stworzeniem. Drapieżnikiem. To była jego przewaga nad ofiarami, które wpadały mu w ręce.
Przy łóżku stało sporo pustych butelek po alkoholu. Pił od wczoraj, pragnąc zagłuszyć pustkę w sercu. To zbyt mocno bolało, żeby bez odpowiedniego wsparcia przeżyć ten dzień. Nie dostał żadnej misji, więc nie było, na czym się wyżyć i sięgnął po alkohol. Zresztą Hans był przyzwyczajony, że co roku o tej porze Arte melinuje się z trunkami w pokoju na dwa dni. Nigdy nie pytał, o co chodzi, w myśl zasady „Szalonego Kruka” Cienie miały tu zapomnieć o swojej ciemności.
Czuł, że wypity alkohol wyparowuje mu z krwi. To była jednocześnie dobra i zła strona jego organizmu. Trudno było mu się upić, ale też szybko trzeźwiał. Pomagało to w pracy, mógł bardzo szybko wrócić do obowiązków, kiedy inni potrzebowali czasu na dojście do siebie, zapomniał niemal, czym jest kac, ale w takie dni jak dziś przeklinał to. Wolałby przespać dzień upojony alkoholem, ale dla niego to niemożliwe. Nie miał w sobie też tyle siły, by przed samym sobą udawać stan upojenia.
Opadł ciężko na łóżko i wtulił twarz w poduszkę. Powinien zejść na dół uzupełnić zapasy trunków, ale nie miał na to ochoty. Za dużo z tym kłopotu, a w tej chwili chciał po prostu leżeć i próbować zniknąć, czując do siebie odrazę. Niewiele dobrego było w byciu wampirem. On dostrzegał niemal same wady, a to tylko pogłębiało jego parszywy nastrój.
Drzwi otworzyły się cicho, ale nie zwrócił na to uwagi. Nie podniósł się nawet, gdy usłyszał ciche kroki i poczuł, jak materac ugina się pod czyimś ciężarem.
– Aleś się urządził, durny wampirze.
– Zostaw mnie w spokoju – powiedział w poduszkę.
– Dzisiaj chcesz być sam?
Podniósł spojrzenie na Vivian, która rozlewała właśnie whisky do szklanek. Nie patrzyła na niego jakby niezainteresowana.
– A co jest dzisiaj? – zapytał, odbierając swoją porcję.
Całość wypił za jednym zamachem i nawet się nie skrzywił.
– Ty mi powiedz – odparła spokojnie.
– Vivian, nie jestem w nastroju na żarty.
– Od wczoraj pijesz i użalasz się nad sobą. Isabel powiedziała, że tak jest co roku tego dnia chyba, że cię nie ma.
– Więc nie muszę nic więcej mówić.
– Nie musisz – zgodziła się i upiła łyk whisky. – Ale nie pozbędziesz się mnie stąd.
Dolał sobie alkoholu i znowu przełknął całą porcję naraz. Organizm wręcz żądał kolejnych procentów, nie potrafił się powstrzymać.
Nie zmuszała go do mówienia. Sama też milczała, popijając whisky. Doskonale wiedziała, jak ciężka jest samotność w taki dzień. Wwiercała się głęboko w świadomość, gryzła i nie dawała wytchnienia. Przez to człowiek nie miał siły się podnieść i iść dalej, uśmiechać się choćby ze sztucznością wymalowaną na twarzy. Wszystko, czego się chce, to schować się pod kocem i zniknąć. Przestać myśleć, czuć, być. Po prostu zniknąć.
Puste cztery ściany były jedyną alternatywą, bo przecież duma nie pozwala na ujawnienie słabości przed innymi. To pułapka, która doprowadza człowieka do szału, bo pustka przypomina o tym, co się straciło. Błędne koło napędzane przez samotność. Ile takich dni miała sama? Mogła nie rozumieć w pełni bólu Arte, bo nim nie była, ale w tej chwili była bliżej niż ktokolwiek inny. Ufał jej i to mogło pomóc poczuć się lepiej w taki dzień. Czasami wystarczy maleńki płomyk, by ciemności przestały być wrogie i przerażające.
W milczeniu opróżnili dwie butelki whisky. Większość wypił Arte. Wielokrotnie przymierzał się do zaczęcia tematu, ale zawsze rezygnował, umaczając usta w alkoholu. Jedyną osobą, z którą o tym rozmawiał, był Chris, ale to było lata temu. Wtedy jeszcze mieszkał w Pałacu i daleko było mu do zostania Cieniem. Nawet nie wiedział o istnieniu Ligi. Potem nie zwierzał się nikomu. Nie miał komu. Był wampirem, dookoła żyli ludzie. Owszem, czasem z różnymi, dziwnymi umiejętnościami, po różnych doświadczeniach, ale to wciąż ludzie. Patrzyli na niego własną miarą, a przecież był potworem. Wampiryczni nadal go nie cierpieli i przekazywali tę niechęć kolejnym pokoleniom. Jak więc człowiek miałby zrozumieć jego wstręt do siebie, wstyd i rozpacz po tym, co zrobił? To było niemożliwe. Szybko to zaakceptował i odsuwał się. Nikt w Lidze nie znał go zbyt dobrze, tylko parę osób wiedziało, jak myśli, znało bardziej jego historię. Nie odzywał się i nie potrafił tego zrobić, choć chciał. Chciał się tym podzielić z Vivian, bo ona rozumiała, jak to jest być potworem w ludzkiej skórze. Była w końcu Noah – istotą z natury złą i przeciwną światu. Schemat tak to określał. Rzeczywistość była inna.
Ułożył się z głową na jej kolanach. Zanurzyła palce w jego włosach i przeczesywała je delikatnie, z wyczuciem. Widziała, jak ponownie otwiera usta i zamyka je zniechęcony. Nie potrafił zacząć tej rozmowy. Było to dla niego zbyt trudne.
– Nie mów, jeśli nie chcesz – odezwała się. – Do niczego nie musisz się zmuszać dzisiaj.
– Dziś jest trudniej niż zwykle. Alkohol mało pomaga.
– Zwykle nie pomaga – parsknęła śmiechem. – Ale dobrze odsuwa od nas to, o czym nie chce się myśleć. Albo to pogłębia.
– Coś o tym wiem.
– Ja też – wzruszyła ramionami.
– Chyba nie umiem o tym mówić.
– To nie mów. Nie po to przyszłam. Może nawet nie chcę wiedzieć – odchyliła głowę wpatrzona w sufit. – To rozdrapywanie rany przez istotę, która nie potrafi zostawić za sobą swojej przeszłości. Zrobiłeś coś, czego bardzo żałujesz, ale nie potrafisz tego odwrócić. Wszyscy popełniamy takie błędy.
– Nie wszyscy są bestiami.
– Czujesz się samotny?
– Jestem wampirem. Reszta ludźmi.
– Schematy, pozory, uogólnienia…
– Świat się nie zmienił przez te dwieście lat. Ludzie też. Wciąż powtarzają te same grzechy, kochają i nienawidzą tak samo.
– Chyba to sprawia, że wciąż jesteśmy ludźmi. Może dalej już nie pójdziemy – uśmiechnęła się cynicznie.
Zaśmiał się. Żył już tyle czasu, że znał świat na pamięć. Poznał go całkiem dobrze. Wystarczyło poobserwować. Kiedyś nie zwracał na to uwagi, gdy został wampirem, zaczął dostrzegać ludzką naturę lepiej. Może patrzył na innych trochę z góry, ale po którejś kolejnej obserwacji stwierdził, że świat nie zmienia się ani trochę. Wciąż te same tragedie, grzechy, błędy. Ludzie niczego się nie nauczyli, chyba po prostu nie chcieli. Może byli na to zbyt tępi, a może to im odpowiadało. Nie miał pojęcia. Nie potrafił tego zrozumieć i znaleźć odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. W rzeczywistości niewiele wiedział.
– Czasami mam wątpliwości, czy to właśnie tu powinienem być – przyznał cicho. – Ja, wampir, nocny potwór, niszczący inne potwory. Brzmi jak kpina.
– Ja, Noah, działająca przeciwko Klanowi Noah – odparła. – Każdy czasami ma takie wątpliwości. Wiesz, ile razy sama się nad tym zastanawiałam?
– Ty masz dwie drogi. Jesteś Noah i egzorcystą, ja tylko wampirem. Nie mam czystego serca czy duszy bojownika o lepszy świat. To mnie nie obchodzi.
– Ale nie potrafisz przejść obojętnie, gdy ktoś niesłusznie cierpi. Nie mów, że nie, bo cię znam. Może krótko, ale widzę takie rzeczy. Sam mi to pokazałeś, gdy przyszedłeś o mnie walczyć. Ktoś inny miałby mnie gdzieś, a ty mnie nawet dobrze nie znałeś, ale przyszedłeś.
– Nadajemy na tych samych falach.
– Bo oboje jesteśmy potworami, które nigdzie nie pasują. Wiecznie sami, wiecznie samotni. Wszystko, co kochamy, zostaje nam odebrane. Odzierają nas ze wszystkiego, szczują i nie szanują. Ten świat nie znosi inności i każdą próbuje zniszczyć.
Uśmiechnął się. Nie musiał jej nic mówić, bo ona doskonale rozumiała nastrój, jaki nim dziś targał. Była taka sama jak on. Może młodsza, ale jej życie też nie rozpieszczało. Wystarczyło na nią uważnie spojrzeć, żeby to zobaczyć. Jej ciało o tym mówiło, spojrzenie, gesty, mimika. Wystarczyło umieć patrzeć. Rozumiała, jak dla niego jest to ciężkie. Nie oceniała, nie wyciągała wniosków. Przyszła, by nie był dziś sam. Wypełniła tę bolesną pustkę, z której nikt nie mógł go wyciągnąć.
Miał wątpliwości. Przez ten cały czas, odkąd trafił do Ligi. W Pałacu nie musiał się o nic troszczyć, mógł całą wieczność przeleżeć w swoim pokoju i nikt by mu słowa nie powiedział. Mógł zamknąć się w swoim bólu i już nigdy nie wychodzić na świat. Dla świata był przecież martwy. Dawno umarli ci, którzy go znali. Był pewny, że się nie odnajdzie po niemal dwóch stuleciach w Pałacu. Nie miał potrzeby wychodzić, a jednak to zrobił. Chris go przekonał, żeby chociaż spróbował, skoro ma taką możliwość. Może wiedział o nadejściu Anioła Lucyfera i o roli, jaką Arte postanowi przyjąć, gdy ich drogi się zejdą. Chris zawsze wydawał się wiedzieć więcej, ale nigdy się z tym nie afiszował. Miał własne sposoby, sprawy, nikt nie wchodził mu w drogę, jeśli nie chciał być jego wrogiem. To za jego sprawą Arte był właśnie tutaj, choć przez tyle czasu czuł się wyobcowany. Nawet w jego ustach brzmiało to śmiesznie. Wampir w Lidze Cieni. Potwór polujący na inne potwory. Na demony. Kpina. Czy to było na pewno miejsce dla niego? Czy to był jego los? Czy powinien tu być? To trochę jak igranie z ogniem, bo przecież mógłby kogoś zaatakować. Był niebezpieczny. Powinni go zniszczyć, nie przyjmować we własne szeregi. To było niespotykane. Nie miał pewności, czy szedł właściwą drogą. Jego doświadczenia były inne niż pozostałych Cieni, słabo się rozumieli. Nie była to kwestia jego nieco staromodnego języka, bo szybko się przestawił, ale tego, że niewielu chciało mu zaufać. Nadal był ewenementem w składzie Ligi, choć obecnie nikt go już nie atakował. Wampiryczni po prostu okazywali mu swoją niechęć i trzymali się z daleka.
Inną kwestią było to, że sam się odsuwał. Nikomu się nie zwierzał, z nikim nie trzymał się zbyt blisko, przed nikim się nie odkrywał. Twierdził, że tak jest lepiej, ale naprawdę chciał sobie oszczędzić rozczarowania. Nie chciał współczucia i udawanego zrozumienia czy odrzucenia. To miał na co dzień, gdy patrzył na innych. Niedobrze mu się robiło od takich zachowań. Przyzwyczaił się do swojej samotności i przestał zwracać na to uwagę.
W końcu przysnął przytulony do kolan przyjaciółki. Vivian przykryła go kołdrą i sama popijała whisky, krążąc myślami w nieokreślonym kierunku. Było jej trochę niewygodnie, ale nie narzekała. To zawsze on znosił jej humorki i nastroje, wyciągał z dołka, więc od czasu do czasu może zrobić dla niego to samo. Pamiętała te wszystkie obrazy, które pokazał jej w dowód zaufania. Odsłonił wtedy przed nią swoje serce, ryzykując bardzo wiele. Mogłaby go łatwo zranić, ale tego nie chciała. Nie widziała w tym sensu.
Rozumieli się. Mieli inne historie, ale odczucia te same. Potrafili to zaakceptować i w pewnym momencie zaczęli się do siebie zbliżać. Nie było w tym chemii czy zauroczenia, lecz zrozumienie, chęć ochrony tego drugiego i przyjaźń. Nie tak trudna, jak z Kandą. To było całkiem inne odczucie. Arte stał się dla niej powiernikiem, przyjacielem, osobą, która wyciągnie do niej rękę zawsze, nieważne, co zrobi. Czasami musiał ją doprowadzić do porządku, czasem z niej kpił, ale nigdy nie zrobiłby jej krzywdy. Tego była pewna. Był osobą, której mogła pokazać się taką, jaką jest naprawdę i nie doznać odrzucenia. Wiedziała, że on czuje to samo. To działało w obie strony. Ufali sobie, jedno za drugim skoczyłoby w ogień.
Nigdy wcześniej nie miała nikogo takiego. Początkowo czuła się tym skrępowana i nie chciała mu ufać. Bała się tego. On to wiedział. Pozwolił jej samej zadecydować, kiedy obdarzy go prawdziwym zaufaniem. Nikogo nie udawał. Dawał jej siebie takim, jakim był. Szczery do bólu, wredny, irytujący – tak go określiła, ale nie chciał nikogo innego za niego. Przy nim czuła się dobrze i mogła być sobą. Cieszyła się, że na niego trafiła. Był dla niej cenny i dziś, gdy musiał zmierzyć się z przeszłością, zamierzała mu towarzyszyć.
Spała, gdy Arte otworzył oczy. Minęło kilka godzin i na zewnątrz trwała już noc. Nie musiał wyglądać przez okno, żeby to wiedzieć. Czuł. Przespał ten dzień i nie miał koszmarów. To wszystko dzięki Vivian. Jej obecność odgoniła przeszłość, pozwoliła mu przeżyć. To było dobre uczucie.
Dźgnął ją palcem między żebra. Obudziła się od razu, odruchowo łapiąc za sztylet.
– Nie bądź taka zadziorna – zaśmiał się.
– Durny wampir – prychnęła.
– Bolało? – zapytał z wyszczerzem.
– W ogóle. Jak ci walnę, to zobaczysz.
– Czyli miałem cię nie budzić?
– Nie w ten sposób, staruchu.
– Ej, nie jestem stary.
– Jesteś, a teraz złaź mi z kolan.
– Dlaczego?
– Bo zdrętwiałam przez ciebie, bystrzaku.
Arte wyszczerzył zęby w odpowiedzi. Vivian zaczęła się śmiać. Znowu było tak, jak trzeba. Cieszyła się, że mu przeszło i znowu był wrednym, irytującym wampirem, który doprowadzał ją do szału.
Zeszli na dół, mając dość ciemnego pokoju. Zresztą ten nadawał się tylko do sprzątania i wietrzenia, więc woleli zamienić to na jasną salę główną. Do tego brakowało im towarzystwa.
– Właśnie miałem wysłać Annę – zwrócił się do nich Hans.
– Stało się coś? – zapytał Arte.
– Rada chce was widzieć.
– Koniec imprezy – stwierdził wampir. – Nie każmy Radzie czekać.
– Zawsze przypominają sobie o człowieku w najmniej oczekiwanym momencie – mruknęła Vivian.
– Robią to specjalnie – zaśmiał się Arte. – Jeszcze się nie przyzwyczaiłaś?
– Nie – burknęła pod nosem.
– Chodź, szkoda czasu.
Musieli chwilę poczekać na swoją kolej, gdyż Rada odbierała raport od jakiegoś Cienia. Nie było im to zbytnio na rękę, bo mogli jedynie zabić ten czas rozmową. Nigdy nie było wiadomo, ile potrwa dana audiencja. Czasami trwało to tylko kilka minut, a czasem przekraczało godzinę. Trudno było to określić, bo każda sprawa rozpatrywana była indywidualnie. Z tego powodu nie mogli odejść spod sali, gdyż w każdej chwili mogli zostać wezwani przed oblicze Rady Starszych.
To zawsze denerwowało Vivian. W Zakonie było inaczej. Kiedy Komui ich wzywał, od razu załatwiał sprawę z wyjątkiem niespodziewanych wydarzeń. Te jednak zdarzały się na tyle rzadko, że były akceptowalne przez większość egzorcystów. W Lidze jednak panowały inne zasady. Przede wszystkim nie mogła wchodzić Radzie na głowę, Komuiego było dużo łatwiej wmanewrować. Zresztą większość czasu go lekceważyła przez jego wieczną maskę błazna, a on częściowo na to pozwalał. Może po prostu nie umiał sobie z nią poradzić, a może obawiał się, że przypadkiem zrobi z domu więzienie. Nie taki był jego cel. W sumie była mu za to wdzięczna, bez niego już dawno byłaby martwa, znając Leverriera. Może kiedyś nadejdzie dzień, kiedy będzie mogła mu za to podziękować.
W końcu zostali wpuszczeni przed oblicze Rady Starszych. Skłonili się z szacunkiem i bez zniecierpliwienia towarzyszącego im w korytarzu oczekiwali na swoje rozkazy.
– Każde z was pojedzie gdzie indziej. Mam nadzieję, że nie jesteście tym rozczarowani – odezwała się Minerwa. – Zacznijmy od Arte. Twoim celem jest Hiszpania. Pociąg masz za godzinę.
Wampir zerknął do teczki, którą właśnie otrzymał. Skrzywił się, stwierdzając, że ma pozbyć się demona kontraktowego. Z nimi zawsze były problemy, a jakoś nie chciało mu się brudzić. Trudno, rozkaz to rozkaz.
– Muszę wiedzieć o czymś szczególnym? – zapytał.
– Wszystko masz w papierach. Jednak chcieliśmy, abyś w miarę możliwości po drodze odwiedził Morzanę. Ma nam coś do przekazania.
– Oczywiście. Zajmę się również tym.
– Doskonale. Vivian, ty pojedziesz na wschód. Jak już zauważyłaś, otrzymałaś dwa zadania. Pierwsze jest tylko dla ciebie. Tego dotyczy teczka z misją w Wilnie. W Petersburgu zaś będziesz towarzyszyć Jackowi. Jest spore ryzyko, że wiedźma, która jest jego celem, przyzwie demona.
– Mam ochraniać tego Jacka? – zapytała.
– Masz mu towarzyszyć. Takie misje są szczególnie niebezpieczne. Sama się o tym przekonałaś jakiś czas temu.
– Owszem.
– Jack jest doświadczonym łowcą. Nie będziesz miała problemu z dogadaniem się z nim.
– Taką mam nadzieję.
– Masz jeszcze jakieś wątpliwości?
– Nie, pani Minerwo.
– Dobrze. Wszystko masz w dokumentach. Uważajcie oboje na siebie i wracajcie bezpiecznie. Możecie odejść.
– Oczywiście.
Razem udali się do części mieszkalnej. Vivian miała więcej czasu do wyjazdu, choć oboje wyruszą jeszcze tej nocy. Czekała ich długa podróż i dość niebezpieczne zadania. Nie wiedzieli też, co może czekać ich po drodze. To nie była łatwa praca.
– Zdążymy jeszcze zajrzeć do łaźni – stwierdził Arte. – Weź rzeczy i spotkamy się na dole.
– W porządku.
Vivian milczała, doprowadzając się do porządku. Zwykle ciepła woda ją odprężała, ale tym razem jakoś nie mogła znaleźć w tym nic pocieszającego.
– Co jest, maleńka? Jakoś się strasznie krzywisz.
– Znasz tego Jacka?
– Widziałem go parę razy. To wolny strzelec. Rzadko wraca do Berlina, wciąż się włóczy po całym świecie.
– Mam złe przeczucia co do tej misji.
– Spokojnie, dasz radę. Suport nie jest taki ciężki. Najważniejsze i tak należy do Jacka.
– Nie lubię pracować z obcymi. Już nawet z Arsenem byłoby łatwiej.
Arte uśmiechnął się pod nosem. Doskonale wiedział, w czym rzecz. Sam też początkowo nie mógł się przyzwyczaić.
– Cienie ufają sobie w walce. Jesteśmy profesjonalistami i każdy zajmuje się swoim zadaniem. Jak już będziesz w Petersburgu, skup się na demonie, jeśli tam będzie.
– A jeśli nie?
– Dopilnuj, żeby się nie pojawił. To jest dla ciebie najważniejsze. Jack zajmie się resztą. Dobra, czas na mnie.
– Uważaj na siebie, Arte.
– Ty również, Vivian. Widzimy się niedługo.

***

Arte: Kto się stęsknił za nami?
Vivian: Chyba nikt.
Arte: Nie byłbym taki pewny. Nigdzie nie poszliśmy, nadal jest jeszcze sporo rzeczy do opowiedzenia.
Vivian: Ale wszyscy dali się nabrać. Laur potrafi być bardzo okrutna. A to podobno Squ ma kiepskie poczucie humoru.
Laurie: Od mojego poczucia humoru wara.
Arte: Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że nie wszystkie fakty z żartu są nieprawdziwe.
Laurie: Milcz, wampirze.
Arte: Wiem, wiem. Do tego jeszcze daleko i na razie nie wolno nam niczego zdradzać.
Vivian: Na razie czeka mnie podróż na wschód. Przy tym poznacie pewnego demona, który lubi się bawić oraz wspomnianego Łowcę Czarownic, Jacka. Będzie ciekawie.
Arte: A niedługo „Wianki”.
Vivian: Milcz, jak do mnie mówisz.
Arte: To będzie ciekawe, a wszyscy fani naszej najważniejszej pary dostaną, co chcą.
Vivian: Nie ciesz się tak. To, że dostałeś rozdział, nie oznacza, że jesteś tu nie wiadomo kim.
Arte: No jak to, przecież jestem maskotką bloga. Laur, poproś kogoś, żeby mnie narysował jako maskotkę. Przecież jestem taki słodki.
Laurie: Arte, nie pij więcej. Za tydzień Wilno. Pozdrawiamy i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s