It’s in your eyes, what’s on your mind I see the truth that you’ve buried inside It’s in your eyes, what’s on your mind There is no mercy, just anger I find

Przebudziła się, gdy pociąg zwolnił. Długa jazda do Petersburga wreszcie miała swój koniec i choć przedział pierwszej klasy był bardzo wygodny, miała już dość tej podróży. Może to kwestia niepokoju, który czuła od momentu wyjazdu z Wilna, a może koszmarów, które nawiedzały ją, gdy tylko udało jej się zasnąć. Miała złe przeczucia co do tej misji. Bardzo złe.
Mimo później pory stacja była zatłoczona. Cóż, Petersburg był dużo większym miastem niż Wilno i rządził się innymi prawami. Tu nawet atmosfera była inna, choć z łatwością wyczuła smród kilku przeciętnych demonów, wampirów i wiedźmy. Ta ostatnia stanowiła ich cel, a skoro ją czuła, ten cały Jack jeszcze na nią czekał. Przynajmniej nie będzie musiała za nim sprzątać.
Nie miała zbyt dużego problemu, aby dotrzeć do hotelu, gdzie mieli wynajęte pokoje. Jak na standardy Ligi było to dość luksusowe miejsce. Zwykle chodziło o to, aby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, ale najwyraźniej tym razem nie było to takie ważne. Nie przeszkadzało jej to. Ważne, że ma kawałek dachu nad głową, gdzie się położyć i możliwość kąpieli. Reszta to szczegóły.
– Tak? W czym mogę służyć panience? – recepcjonista ożywił się na jej widok.
– Miałam tu rezerwację na nazwisko Victoria Walker.
– Oczywiście – przekartkował jakieś papiery. – Tak jest. Pokój 211 – podał jej klucz. – Pan Jack Vessell prosił, aby przekazać, że na panią czeka. Mieszka w pokoju 213.
– Dziękuję bardzo.
Jeden z chłopców hotelowych zaprowadził ją na trzecie piętro do wynajętego przez nią pokoju. Za drobną opłatą zgodził się przynieść jej coś do jedzenia z restauracji na dole. Postanowiła jeszcze godzinę poświęcić sobie, zanim pójdzie do Jacka. Potem może nie mieć możliwości spożycia kolacji czy kąpieli. Nie sądziła, żeby to niewielkie opóźnienie miało wiele zmienić.
W końcu zapukała do odpowiednich drzwi, nie bardzo wiedząc, czego powinna się spodziewać. Niewiele wiedziała na temat Łowcy Czarownic, z którym przyszło jej współpracować. Miała wrażenie, że to jakiś stary dziwak, który wszędzie widzi zagrożenie i dlatego tak go nosi po świecie. Nie wiedziała, czy zdoła mu zaufać na tyle, by nie zawalić zadania. To nie było łatwe do zrobienia.
Czekała dłuższą chwilę, już myślała, że Jack wyszedł albo śpi i chciała wrócić do siebie, gdy drzwi się otworzyły. Stał w nich przystojny blondyn o przydługich, trochę rozczochranych włosach i niebieskich oczach ubrany całkiem na czarno. Był od niej troszkę wyższy, ale nie przewyższał wzrostem Arte. Gdy ją zobaczył, uśmiechnął się miło. Nic w nim nie przypominało starego dziwaka.
– Czekałem na ciebie. Wejdź, proszę.
Jego pokój wyglądał identycznie jak jej z tą różnicą, że na stole leżało mnóstwo papierów oraz rozłożona mapa. Wskazał jej fotel, na którym usiadła, sam rozlał herbatę do filiżanek i jedną z nich podał brązowowłosej.
– Nie jest zatruta – uśmiechnął się, widząc nieufność w jej oczach.
Sam upił łyk i usiadł po drugiej stronie stołu. Nie śpieszył się z rozpoczęciem rozmowy. Na razie ją obserwował, wiedząc, że ona robi to samo. Cały czas uśmiechał się miło, starając się wywrzeć dobre wrażenie na Vivian.
Dla niej było to irytujące. Zachowywał się, jakby ją sprawdzał albo próbował zadrwić. Nie dała się nabrać na ten łagodny uśmieszek na ustach. To była tylko maska, w którą miała uwierzyć, żeby mu zaufać. Niezbyt udana próba jedynie pogłębiająca jej negatywne odczucia w stosunku do mężczyzny. Nie znała go, miała z nim pracować, a on sprawiał wrażenie, jakby ją lekceważył. Tak jakby chciał jej powiedzieć, że poradzi sobie sam.
– Będziemy tak popijać herbatkę? – zapytała w końcu.
– Ty swojej jeszcze nie ruszyłaś – zauważył.
– Nie przyszłam tu pić herbatę.
– Wiem, ale pomyślałem, że będzie to dobry początek naszej współpracy, droga Vivian.
Po jej minie widział, że nie bardzo jednak wyszło. Nie ufała mu. Tego się w sumie spodziewał po tym, co o niej wiedział.
– Mnie nie zwiedziesz słodkim uśmiechem i filiżanką herbaty – powiedziała. – Możemy przejść do konkretów?
– Owszem, możemy. Jednak jeśli mi nie zaufasz, będziemy mieć kłopoty. Naszym przeciwnikiem jest bardzo groźna wiedźma, która zabijała już w swoim życiu Cieni. Dlatego Liga odpuściła na jakiś czas. Znasz Isabel di Fennelle, prawda?
– Owszem.
– Jej mistrz padł ofiarą tej wiedźmy. Podejmując się tego zadania, będziemy igrać ze śmiercią.
– Więc czemu wybrałeś mnie jako wsparcie? Nie jestem tak doświadczona jak inni.
– Bo mnie ciekawisz, Aniele Lucyfera – uśmiechnął się. – Chcę wiedzieć, jaka jesteś.
– Nie czas na to – prychnęła.
Zaśmiał się tylko. Ta dziewczyna chyba nie zdawała sobie sprawy, że to jedyna taka okazja. Moc Anioła Lucyfera – kto by się jej oparł?
– Zostawmy to więc – stwierdził. – Podczas gdy na ciebie czekałem, rozejrzałem się trochę po Petersburgu. Sama na pewno zauważyłaś, że mnóstwo tu plugastwa. Moc wiedźmy ich przyciąga. Prawdopodobnie nawet nie zdają sobie z tego sprawy.
– Wyczułam ich obecność już na dworcu. Oprócz twojej wiedźmy jest tu kilka przeciętnych demonów i wampiry. Masz jakieś dokładniejsze dane na ich temat?
– Nie. Z pewnością nam nie przeszkodzą ani nie zaszkodzą.
– Skąd ta pewność? Sam powiedziałeś, że przyciąga ich moc wiedźmy. Może ich wykorzystać przeciwko nam.
– To nie jest w jej stylu. Przeanalizowałem wszystko, co do tej pory udało się nam zebrać na temat tej wiedźmy. Stąd mam pewność, że w razie potrzeby wezwie demona specjalnie dla siebie. To daje jej możliwość pełnego panowania nad nim i wyklucza możliwość buntu. Przy tym tuż przed pełnią jest najsłabsza. To najlepsza okazja, żeby ją zlikwidować.
– Czyli w tej chwili nie ma demona do dyspozycji?
– Nie, na razie jest sama, ale w czasie walki wszystko może się wydarzyć. Stąd moja prośba o przysłanie ciebie jako wsparcia.
– Jest jeszcze coś, o czym powinnam wiedzieć?
– Nie, resztą już sam się zajmę. Wróć do pokoju, jutro wieczorem wyruszamy.
Odłożyła pełną filiżankę i wyszła. Zamiast jednak położyć się spać, zabrała płaszcz, broń i poszła na spacer po mieście. Nie ufała Jackowi. Cały czas miała wrażenie, że blondyn coś knuje, ale nie miała pojęcia co. To było niepokojące, a musiała zadbać o własne bezpieczeństwo. To się dla niej liczyło. Jack niech radzi sobie sam. W końcu role zostały rozdzielone i nie czuła potrzeby ich rozszerzania. Przynajmniej dopóki nie odkryje, o co chodzi mężczyźnie.
Drażniła ją również niewiedza na temat potencjalnych przeciwników w mieście. Nie zamierzała łamać zasad Ligi i likwidować tych demonów, jeśli nie zostanie do tego zmuszona przez sytuację, ale wolała wiedzieć, z czym ma do czynienia. Dzięki temu może uniknąć przykrych konsekwencji. Nie zgadzała się z Jackiem, że powinna je zignorować. Dla niego jako Łowcy Czarownic może demony nie były takie ważne, ale Vivian wolała mieć zapasowy plan. Nie ufała mu i nie miała powodu, aby zawierzać mu swój los.
Zebrała mnóstwo przydatnych informacji, dzięki czemu z łatwością mogła sklasyfikować przeciwników. Zamierzała przekazać to Radzie – niech podejmą decyzję co do dalszego działania. Sama też dzięki temu wiedziała, jak się przygotować.
Jack czekał na nią oparty o drzwi jej pokoju. Nie miał zbyt zadowolonej miny, ale nie zamierzała z nim o tym dyskutować. Powinien skupić się na swojej części roboty, skoro była aż tak ważna.
– Robiłaś rekonesans? – zapytał.
– Owszem. Lubię wiedzieć, z czym mam do czynienia w czasie misji.
– Mówiłem, że nie musisz się nimi przejmować.
– Słyszałam.
– A jednak marnujesz energię na zbędne spacery. Sama ich prowokujesz. Wyczują cię i zacznie się ruch, a to ostrzeże wiedźmę.
– Mówiłeś, że robiłeś rekonesans, więc jest szansa, że i tak wie – wzruszyła ramionami.
– Jestem ostrożny.
– Ja też. Nie musisz się o to martwić, a teraz z drogi.
Jack posłał jej mrożące spojrzenie i nawet się nie ruszył. Vivian zmarszczyła brwi niezadowolona. Trochę nie rozumiała, o co mu właściwie chodzi. Ma ją za żółtodzioba? To po co po nią posyłał? Nie obawia się, że przez to może nie sprostać zadaniu? Zachowywał się nielogicznie.
– Jack, mówię poważnie – odezwała się ponownie. – Zejdź mi z drogi i nie utrudniaj współpracy.
– Powinnaś mnie słuchać. Jesteś tylko wsparciem.
– Nie ufam ci, Jack. Nie wiem, co kombinujesz, ale lepiej pilnuj swojej części zadania. O mnie się nie martw, podołam.
– W to nie wątpię. Nie oddalaj się od hotelu.
Bez dodatkowych słów ruszył w stronę schodów. Najwyraźniej wychodził i Vivian była bardzo ciekawa, dokąd wybiera się tuż przed świtem. Przez chwilę ważyła w myślach wszystkie argumenty, po czym ostrożnie ruszyła za nim. Może nie powinna tego robić, ale za bardzo śmierdziała jej ta sprawa, żeby zostawić to w spokoju.
Jack krążył przez jakiś czas po ulicach, jakby bez żadnego celu. Tak jakby spacerował, choć była to trochę dziwna pora na przechadzkę. Tuż przed świtem wszystko zasypiało i milkło. Mówiono, że w tym czasie świat jest najbliżej wrót piekielnych i tylko idioci lekceważą ryzyko spotkania z samą śmiercią.
Coś jednak nie zgadzało się Vivian. To nie wyglądało jak zwykły spacer, bardziej jak próba zgubienia ogona lub jakiś dziwny rytuał. To musiało coś znaczyć i dostrzegła to dopiero, gdy weszła na dach jednego z wyższych budynków i spojrzała na drogę, którą już przeszli. Jack zaznaczał szlak od hotelu, pozostawiając jakieś wskazówki. Dlatego tak krążył. Tylko po co to robił? To trochę nielogiczne. Mógł ich przez to wystawić. „Nie oddalaj się od hotelu” – powiedział przed wyjściem. Czyżby zamierzał użyć jej jako przynęty na swój cel i słowem się nie zająknął? To byłoby naprawdę nie w stylu i duchu zasad Ligi.
Tylko, że na razie to były tylko podejrzenia. Zanim go oskarży, musi mieć pewność. Mogło chodzić o coś innego i choć w to nie wierzyła, postanowiła dać mu szansę się wybronić.
Dzięki znakom nie zgubiła go ani na moment. Nie wiedziała, dokąd właściwie się kierują, więc była czujna. W tym musiał być jakiś podstęp. Od początku Jack wydawał jej się podejrzany. Nie potrafiła mu zaufać. Emanował inną aurą niż większość Cieni dookoła niej, było w tym jakieś niebezpieczeństwo, choć nie do końca potrafiła określić jego typ. To jednak sprawiało, że była wobec niego ostrożna. Nie był kimś znajomym, nie wiedziała, czego się po nim spodziewać i do czego jest zdolny, aby wykonać zadanie. Niewiele o nim wiedziała, ale „wolny strzelec” brzmiał jak kłopoty. Znała to z ulicy. Sama tak była niekiedy traktowana, ale też widziała, że to się zawsze sprawdza. Jeśli ktoś robił jedynie na własny rachunek, nie bratając się z nikim, przynosił innym same kłopoty. Nie liczył się z ludźmi i otoczeniem, a to było niebezpieczne. Zresztą w Czarnym Zakonie też był wolny strzelec i wszyscy wiedzieli, że zawsze przynosił kłopoty.
W końcu Jack zatrzymał się przed willą, która była źródłem aury wiedźmy. Tu zakończył swoje zaklęcie. Wyglądało na to, że chciał swój cel doprowadzić do niej. Potraktował ją jako przynętę.
Poczuła gniew. Cienie tak nie postępują, nie miał prawa robić tego, nie pytając jej o zdanie. Miała być zupełnie nieświadomą ofiarą? Żeby się nie zdziwił. Nie da tak sobą rozporządzać.
Czekała na niego ukryta w cieniu dwie ulice dalej. Zamierzała załatwić to od razu, potem może być za późno. Owszem, zgłosi to Lidze, ale najpierw sama sobie z nim porozmawia.
– Przyjemna pora na spacer, prawda? – odezwała się.
Odwrócił się błyskawicznie, sięgając po broń. Nie spodziewał się jej tutaj, pomyślał, że to zagrożenie. Gdy rozpoznał Vivian, schował pistolet i westchnął ciężko.
– Nie strasz mnie tak.
– Wybacz, nie miałam takiego zamiaru – odparła nieszczerze.
– Co tutaj robisz? Miałaś zostać w hotelu.
– I dać się schwytać wiedźmie?
Wyszła z mroku, obserwując każdy jego ruch. Nie wiedziała, jak się zachowa, ale umiała sobie radzić ze zdrajcami. Na myśl o zemście oblizała machinalnie usta.
Jack zaśmiał się nieco nerwowo, patrząc na nią z politowaniem.
– O czym ty mówisz, Vivian? Zwariowałaś?
– Zaznaczyłeś drogę od hotelu do willi wiedźmy. To tam, prawda? – wskazała kierunek. – Tego smrodu nie da się przeoczyć. I jeszcze twoje słowa: „Nie oddalaj się od hotelu”. Nie tak się umawialiśmy, Jack.
– Coś ci się pomyliło. Nie narażałbym cię na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Jesteś zbyt cenna, żebyś miała zginąć w tak błahej sprawie.
– Nie pogrywaj sobie ze mną, Jack.
Nie spodziewała się tak szybkiego ruchu z jego strony. W jednej chwili znalazł się za nią, wykręcając jej uzbrojoną rękę tak, że ostrze sai miała przy gardle. Trzymał ją też za drugi nadgarstek, więc teraz to on panował nad sytuacją.
– Pchasz nos w nieswoje sprawy, Vivian. To bardzo niebezpieczne – syknął jej do ucha. – Można zrobić sobie krzywdę.
– Dla kogo ty pracujesz? – warknęła.
– Tylko i wyłącznie dla siebie. Powinnaś siedzieć w hotelu tak, jak ci kazałem, a teraz cały plan trzeba układać od nowa. Naprawdę jesteś problematyczna.
– Zapłacisz za to.
– Nawet jeszcze nie wiesz, co się dzieje – zaśmiał się.
– To może mnie uświadom, co?
– Jeszcze nie czas. Teraz grzecznie wrócisz do hotelu i poczekasz w swoim pokoju.
– I myślisz, że cię posłucham? – zadrwiła.
– Owszem. Nie masz wyjścia. Nie zauważyłaś jeszcze?
– Nie boję się utraty życia. Tym mnie nie przestraszysz.
– Naiwna dziecino. Pokażcie się.
Z cienia wyszło dwóch mężczyzn z wytatuowanymi twarzami. Demony, których nie wyczuła tak blisko tego miejsca. Nie miała pojęcia, jakim cudem. Przecież cały czas miała sytuację pod kontrolą.
– Nadal nie zamierzasz słuchać?
– Skąd?
– Pomyśl – zaśmiał się.
– Ty zdrajco…
– Lepiej nie kończ. Akurat język nie będzie ci potrzebny, ale wolałbym cię nie uszkodzić.
– Co ty planujesz?
– Dowiesz się w swoim czasie. Wracaj do hotelu i nie waż się z niego wychodzić. Nie zabiją cię, ale nie gwarantuję, że nie zabawią się z tobą, jeśli będziesz fikać.
– Zapominasz, kim jestem – warknęła.
– Myślisz, że dobierałbym towarzyszy, nie uwzględniając twoich możliwości?
Vivian prychnęła pod nosem. Sytuacja odwróciła się na jej niekorzyść i wielce prawdopodobna była jej porażka, jeśli teraz zdecyduje się na walkę. Potrzebowała planu.
– Punkt dla ciebie, Jack.
– Grzeczna dziewczynka. Oby tak dalej, to nikomu nic się nie stanie. Wracaj do hotelu.
Puścił ją, ale nie odsunął się, jakby sprawdzając, ile było prawdy w jej słowach. Vivian schowała sai do cholewki buta i ruszyła w drogę powrotną. Nie zamierzała teraz walczyć. Dwa demony o nieznanych właściwościach to może być za dużo na nią jedną. Musiała postępować ostrożnie. Zginąć teraz byłoby zbyt łatwo, a Jackiem trzeba się zająć. Prawdopodobnie Rada Starszych nie wie, że sprzedał swoją duszę i nie działa już dla Ligi. Był wolnym strzelcem, więc nie było nad nim takiej kontroli jak nad pozostałymi Cieniami, nikt tego nie zauważył wcześniej. Mógł robić, co chciał, nie zdradzając się z prawdziwymi zamiarami.
Spróbowała zadzwonić do Berlina, żeby zgłosić sprawę. Powinni przynajmniej wiedzieć o fakcie zdrady, bo pewnie nie zdążą jej wysłać wsparcia, ale zamiar został powstrzymany przez jednego z demonów. Wolała nie zaczynać konfliktu, więc wróciła do swojego pokoju.
Nadal nie wiedziała, co Jack planuje. Powiedział jej, że wieczorem pójdą zapolować. Czy to było kłamstwo? Nie słyszała tego w jego głosie. Mimo to o najciemniejszej godzinie poszedł rysować ścieżkę łączącą hotel z willą, w której mieszkała wiedźma. Po co? I czym były te znaki, które zostawiał? Nie zdążyła tego zbadać. To mogło dać jej odpowiedzi na wiele pytań o działanie Jacka. Wiedziała jednak, że na pewno chce ją jakoś wykorzystać. „Jesteś zbyt cenna” – co to miało znaczyć? Nie jest przynętą, ale musi być żywa. Po co? Czego on od niej chce? I czemu akurat teraz ją ściągnął? Wiedźma z Petersburga musiała mieć tu jakieś szczególne znaczenie. To nie mógł być przypadek. Dokładnie zaplanował czas i miejsce. Dlaczego? Po co zadał sobie tyle trudu, sprowadzając ją tutaj niedługo przed pełnią? Na pewno chodziło o wiedźmę? Nie, ją zabije przy okazji, udając, że wykonuje zadanie dla Ligi tak, aby nikt się nie zorientował, jakie ma prawdziwe intencje. Tylko co z nią? Na pewno nie puści jej z wiedzą, że jest zdrajcą. Ona też zginie, gdy już przestanie mu być potrzebna. Tylko do czego?
Próbowała wyczuć te dwa demony. Dzięki temu mogłaby się o nich sporo dowiedzieć, ale nadal nie była w stanie. Mimo wiedzy, że tu są, w ogóle ich nie czuła. Tak jakby nie istniały. Starała sobie przypomnieć, czy coś takiego jest możliwe w jakiś warunkach. Na pewno usłyszała to w czasie szkolenia, ale mógł to być szczegół.
– Kontrakt – w końcu na to wpadła.
Pewna grupa demonów kontraktowych mogła ukrywać swoją obecność i aurę z pomocą kontrahenta. Prawdopodobnie były to bliźniacze demony, więc zacieśniła krąg możliwości. Jeśli Jack myślał, że w ten sposób ją powstrzyma przed działaniem, grubo się mylił. Teraz wiedziała, czego mniej więcej się spodziewać. Sam Vessell też nie był już taką niewiadomą po pokazie możliwości. Spodziewała się, że to tylko niewielka próbka, ale do tego miała wiedzę na temat wyszkolenia Łowców Czarownic. To już coś. Jeszcze tylko pomysł co do samej wiedźmy.
Wyciągnęła dokumenty tej misji, mając nadzieję, że coś w nich stanie się podpowiedzią. Przeczytała dokładnie zwłaszcza część o samej wiedźmie. Nie było tam zbyt wielu szczegółów, bo nie na tym miała się skupić, dokładniejsze materiały były w posiadaniu Jacka, ale raczej ich nie pożyczy. Dawanie jej do ręki broni nie było dobrym pomysłem. Na pewno wiedział, że tak łatwo się nie podda. Nie będzie ułatwiać jej buntu.
Jack zjawił się u niej około południa z posiłkiem. Na ten widok Vivian poczuła głód, ale stłamsiła go, nie zamierzała jeść niczego, co przyniósł. Wolała nie ryzykować.
– Po co mnie tu ściągnąłeś? – zapytała.
– Wszystko w swoim czasie.
– Jack, nie pogrywaj sobie ze mną.
– Nie sądzisz, że powinnaś trochę utemperować swój języczek? Nie myśl sobie, że mi przeszkodzisz.
– Nie zamierzam być twoim pionkiem, Jack. Pomarz sobie o tym.
Zaśmiał się. Wydawał się naprawdę rozbawiony jej próbą buntu i bardzo pewny siebie.
– Ty nie decydujesz, Vivian. Masz się dostosować, to może wyjdziesz z tego bez większego szwanku, zrozumiałaś?
– Nie strasz, Jack. Wielu było takich, którzy próbowali mnie sobie podporządkować. Jak widzisz, nadal jestem niezależna.
– Siedź tu sobie grzecznie. Wieczorem zaczynamy przedstawienie.
Zostawił ją na nowo samą. Vivian westchnęła, bo tak naprawdę jedynie utwierdziła się w fakcie, że czegoś od niej chce. Nic więcej. Trochę mało, ale musiało wystarczyć. Na tym, co ma, trzeba stworzyć jakiś plan. Na pewno nie pozwoli tej cholerze ziścić swoich zamiarów, prędzej umrze, choć to jest dość możliwe. W końcu nie wie, do czego to wszystko prowadzi.
Im bliżej wieczora, tym większy niepokój i napięcie czuła. Przygotowała się na wszystko, co mogło się wydarzyć. Owszem, były to domniemania, ale nie zamierzała się poddać. Nie byłaby sobą. Broń miała cały czas pod ręką, w każdej chwili była gotowa do podjęcia akcji. Nie było to łatwe, cierpliwość nigdy nie była jej mocną stroną, a tu musiała poczekać na rozwój wypadków, nie wiedząc, co w rzeczywistości się wydarzy. Lepiej czułaby się w ruchu, ale to w tej chwili było wykluczone. Gdy tylko wychyliła nos za drzwi, w korytarzu pojawiał się jeden z demonów. Najwyraźniej nie mogli wejść do środka przez pieczęcie, które nałożyła po zameldowaniu, więc tutaj była w miarę bezpieczna. Szkoda tylko, że na Jacka to nie działało, bo miała wrażenie, że czeka ją walka z nim. Z drugiej jednak strony też nie będzie tu wiecznie tkwić, więc to nie byłoby rozwiązanie.
Usłyszała kroki na korytarzu. Wysokie obcasy, czyli kobieta. Zatrzymała się tuż pod jej drzwiami. Vivian sięgnęła po Czarną Różę, oddychając spokojnie. Obserwowała opadającą klamkę, oczekując wszystkiego, a w szczególności wroga.
Drzwi otworzyły się i kobieta wrzasnęła z bólu, gdy próbowała przekroczyć próg. Vivian uśmiechnęła się zadowolona. Warto było uczyć się pieczęci również pozostałych kast.
– Co jest? – w progu pojawił się Jack.
– Ona tu nie wejdzie. Pieczęć jej na to nie pozwoli.
– Skąd ty…?
– Nie wiedziałeś, że jest nowe rozporządzenie dotyczące bezpieczeństwa? – zaśmiała się Vivian. – Nie wiem, jak to zrobiłeś, że również wiedźma jest ci posłuszna, ale żaden z twoich sługusów tu nie wejdzie.
– Oczywiście musisz utrudniać – westchnął. – Sama tego chciałaś, Vivian.
– Chodź.

***

Arte: Kto się spodziewał takich wydarzeń?
Vivian: Chyba już raczej czytelnicy są przyzwyczajeni, że Laur chodzi własnymi ścieżkami i zawsze poprzekręca coś po swojemu.
Arte: Na razie Jack jeszcze nie określił, czego od ciebie chce.
Vivian: Dowiesz się w przyszłym tygodniu. Zresztą szykuje się trochę akcji.
Arte: Ale mnie nie będzie przez dłuższy czas.
Vivian: Zdążysz się jeszcze zaprezentować.
Laurie: Na wianki wróci.
Arte: Właśnie, wianki.
Vivian: Po co mu przypominasz? To nie jest jego sprawa. Zresztą, ogłaszam konkurs. Szukamy dziewczyny dla Arte, żeby w końcu zajął się swoim życiem. Czekamy na Wasze propozycje.
Arte: Wiesz, to nie było miłe.
Vivian: Bo ja nie jestem miła, choć niektórzy o tym zapominają. W przyszłym roku będziemy gonić zająca.
Lavi: Chcesz mnie dręczyć?
Vivian: Życzenia czytelników są naszym rozkazem.
Laurie: Vivian, dość. Dziś jest to już nieśmieszne.
Vivian: Nie mój problem. Za tydzień ciąg dalszy wydarzeń z Petersburga. Pozdrawiamy i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s