To my, silni chociaż słabi To my, mrok i światło w nas To my, odnajdziemy siebie, bo W życia moc wierzę wciąż

Pocałunek był długi i namiętny, lecz również pełny słodyczy. Mrowiło ją od niego całe ciało, miejsca, po których przejechały jego palce pokryły się gęsią skórką. Niemal drżała od tej rozkoszy, choć to był dopiero początek.
Odsunął się od niej i uśmiechnął łobuzersko. Patrzyła w jego złote, pełne rozbawienia oczy i nie potrafiła się odezwać. Słowa nie mogły opisać tego, co czuła. Tylko wszystko by zepsuły.
– Na pewno tego chcesz? – zapytał.
– Kocham cię. Czy to niewystarczający argument? – odparła.
– Nie będzie już odwrotu.
– Daj mi to. Chcę. Pragnę ciebie, Joido.
Vivian otworzyła oczy, po czym zamknęła je pod wpływem zbyt jasnego światła, które ją oślepiło. Czuła miękkość materaca pod sobą i ciężar koca na obolałym ciele. Powoli wracały do niej wspomnienia walki z Jackiem. Rany zaczęły rwać bólem, zmęczenie przytłaczało, a w głowie pojawiały się pytania o godziny, które przeleżała nieprzytomna. Ktoś ją znalazł i położył do łóżka? Musiało minąć sporo czasu, skoro słońce tak mocno świeci i próbuje ją oślepić. Co się wtedy działo?
Ktoś zmienił jej zimny okład na czole. Postać stanęła tak, że zasłoniła światło, więc uchyliła powieki. Przez chwilę widziała tylko rozmazaną plamę, która w końcu stała się Chińczykiem o ciemnobrązowych oczach.
– Chang… – wychrypiała.
– Obudziłaś się już? – uśmiechnął się lekko. – To dobrze. Martwiliśmy się o ciebie.
– My?
– Isabel jest ze mną. Rozmawia właśnie z Radą. Powinnaś jeszcze odpocząć – przyłożył jej do ust kubek z jakimś płynem. – Wypij. Poczujesz się lepiej.
Zioła były niesmaczne, ale Vivian już się do tego przyzwyczaiła i wypiła wszystko bez ociągania. Chciała zadać tyle pytań, ale na razie to musiało zaczekać. Zamknęła oczy i ponownie zapadła w sen.
Kolejne przebudzenie było już łatwiejsze. Słońca nie było, rany nie rwały tak mocno. To była zaleta ciała Noah – leczyło się dużo szybciej niż u zwykłych ludzi. Może regeneracja nie była tak imponująca jak u Kandy, ale Vivian też nie musiała spędzać w łóżku tygodni, żeby wrócić do zdrowia.
Podniosła się ostrożnie na łokciach, opierając ciężar ciała bardziej na zdrowej ręce – raniony bark nadal mocno bolał – i rozejrzała się. To był jej pokój w hotelu. Wszystkie rzeczy leżały tak, jak je zostawiła, choć zniknął bałagan świadczący o walce. W obu fotelach dostrzegła sylwetki przyjaciół. Grali w karty, w ogóle nie zwracając na nią uwagi. Rozmawiali cicho, Isabel jak zwykle dowcipkowała, rzadko kiedy można było ją zobaczyć nie w humorze.
Vivian ostrożnie spuściła nogi na podłogę, mając nadzieję, że rana po kuli nie jest aż tak niebezpieczna, jak mogłaby być. Wstała i przeciągnęła się z uwagą. Nadal wszystko ją bolało, ale już mniej. Czuła się też znacznie lepiej, więc nie było zagrożenia życia.
– Vivian, wracaj do łóżka – Isabel podniosła na nią morskie spojrzenie. – Jesteś w strzępach.
– Czuję się już lepiej i jestem głodna – odparła brązowowłosa.
– Ty to nigdy nie słuchasz – westchnęła blondynka. – Nie powinnaś jeszcze chodzić i obciążać biodra. Kilka centymetrów niżej i kula roztrzaskałaby kość. Zresztą wyglądasz, jakbyś miała spotkanie ze stadem słoni.
Vivian spojrzała na swoje odbicie w szybie. Isabel miała rację, nawet twarz miała opuchniętą i w wielu miejscach siną – było widać, że została pobita. Usiadła na łóżku i delikatnie rozmasowała obolały bark.
– Co wy tu w ogóle robicie? – zapytała.
– Rada przysłała nas, żeby zająć się Jackiem.
– Wiedzieli, że jest zdrajcą?
– Śledztwo trwało, gdy zostałaś tu przysłana. Rada podejrzewała, że coś jest nie tak, pewne rzeczy w raportach jego misji się nie zgadzały, ale wciąż było zbyt mało dowodów do oskarżenia o zdradę, a nie chcieli go spłoszyć.
– Więc wysłali mnie, gdy o to poprosił?
– Tak. W tym czasie misje Jacka były skrupulatnie sprawdzane. Gdy okazało się, że Jack chce cię wykorzystać dla własnych celów i zdradził Ligę, było zbyt późno, żeby kazać ci się wycofać. Rada przysłała nas. Wygląda jednak na to, że się spóźniliśmy i musiałaś poradzić sobie sama – przyznała ze skruchą Isabel.
– Już myślałam, że Rada mnie wystawiła – westchnęła Vivian.
– Bez informowania ciebie? Nigdy by tego nie zrobili. Straciłabyś do nas szacunek i zaufanie.
– Racja i Rada doskonale o tym wie.
Opowiedziała im o całym pobycie w Petersburgu. To samo zamierzała zawrzeć w raporcie dotyczącym tej misji. Trochę trudno było uwierzyć, że wyszła z tego żywa po takiej walce, ale jakoś się udało.
– Jesteśmy tymi, którzy żyją na granicy – powiedział cicho Chang, gdy umilkła.
Miał rację. Wielu Cieni miało niemal demoniczne zdolności, wykraczali poza ludzkie pojęcie świata, igrali z siłami, które łatwo mogły ich zwieść. Jack na to pozwolił. Pragnienie siły i potęgi go zgubiły, zaprzedał swoją duszę siłom, z którymi dotąd walczył. Na pewno wykroczył poza wiedzę większości Łowców, ale jednocześnie jego metody przestały być zgodne z ideałami Ligi. Nie chodziło o to, żeby kogokolwiek ratować, ale mieli zasady, których należało się trzymać. On je złamał, pozwolił sobie na przekroczenie granicy i doszło do tego, że zaatakował swoją towarzyszkę. Mieli pracować razem, lecz on pragnął jedynie posiąść jej moc.
Vivian długo zastanawiała się nad jego ostatnimi słowami. Zdawała sobie sprawę, że jest trochę do niego podobna. Używała mocy, które mogły stać się przyczyną Apokalipsy, zniszczyć wszystko. Anioł Lucyfera – przeklęty przez diabła, kochany przez Boga. Zemsta, która wypełniała jej żyły. Tak łatwo było dać się ponieść, wypełnić tym słodkim uczuciem satysfakcji, tańczyć nad ciałami swych ofiar, dać obezwładnić się szaleństwu. Takie walki jak ta z Jackiem przybliżała ją do tego. Wystarczył jeden nierozważny krok, aby ta bestia wewnątrz przejęła kontrolę. Siła i słabość w jednym. Vivian była potężna, prawdopodobnie najpotężniejsza wśród Łowców Demonów, ale ta potęga łatwo mogła odwrócić się przeciwko niej, zawładnąć dziewczyną i doprowadzić ją do upadku. Wciąż czuła strach i słabość, nie była wystarczająco silna, by bez lęku nad tym panować.
Anioł Lucyfera. Egzorcysta z mocami Noah. Noah władający innocence. Światło i mrok w jednym. Tylko idealna harmonia pozwalała żyć takiej istocie jak ona, w innym wypadku rozerwałyby ją na strzępy.
Tak funkcjonował świat. Dobro i zło, światło i mrok. Pełno sprzeczności, a jednak tylko jedna strona nie mogłaby istnieć, muszą być obie. W mroku dostrzec można światło. Gdyby nie zło, ludzie nie wiedzieliby, czym jest dobro. Gdyby nie śmierć, nie ceniliby życia. Świat pełny był kontrastów, a ona była ich esencją. Wybryk natury? Możliwe. Od zawsze wędrowała po granicy światów, znaczeń, uczuć. Raz przechylała się ku jednej, raz ku drugiej stronie. Wiele razy szukała odpowiedzi o własną tożsamość. Kim była? Człowiekiem? Noah? Egzorcystą? Wszystkim naraz? Anioł Lucyfera – tylko tak właściwie mogła się określić, choć wciąż nie miała pewności, co to oznacza. Klucz do Serca Innocence. Zapalnik Apokalipsy. Ta, która zdecyduje o losie świata. Przerażająca prawda. A gdzie w tym wszystkim Vivian Walker? Czy ona naprawdę istnieje? Czy może stać się prawdziwa? Czy może nawet kronikarze zapomną jej imienia? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Całe życie pytała i nadal nie znała prawdy. Może nigdy jej nie pozna.
Jack uświadomił jej, że musi o tym zawsze pamiętać. To, co robią, jest niebezpieczne także dla nich. Nie chodzi o utratę życia, bo każdy kiedyś umrze, lecz o to, by nie zatracić siebie, swoich ideałów, postanowień, uczuć. Żyli jako cienie, niezauważeni przez nikogo, w wiecznym mroku. Krew na ich dłoniach była rzeczywista. Jedni topili to w alkoholu, inni w seksie, próbując się nie zatracić. Musieli wierzyć, że to, co robią, ma sens. Możliwe, że dla nich innego nie było. Jeśli utracą tę wiarę, co im pozostanie? Jeden krok, jedna myśl, chwila zwątpienia i jest po wszystkim. Przychodzi śmierć lub mrok, z którego nie ma już wyjścia. Staną się tacy jak ich ofiary, cele. Granica była bardzo cienka. Musieli mieć tego świadomość.
– Proszę.
Vivian odwróciła spojrzenie od wschodu słońca i spojrzała na Isabel, która podała jej kubek z herbatą. Uśmiechnęła się do niej zachęcająco i brązowowłosa przyjęła napój.
– Myślisz o Jacku? – zapytała blondynka.
– Też, ale raczej o sensie tego wszystkiego. O własnej tożsamości.
– Twoje brzemię jest ciężkie.
– Czasami za bardzo. Anioł Lucyfera… W zależności, po której stronie stanie, przyniesie Apokalipsę albo zwycięstwo. Trochę tak, jakbym w ogóle się nie liczyła jako Vivian Walker. To przerażające.
– Musi być – Isabel odstawiła swój kubek i przytuliła Vivian do siebie. – Wiesz, mój mistrz powiedział mi, że Cienie są tylko plamami, które burzą jasność i przypominają o tym, że istnieje również ciemność. Nasze życie jest niewygodne dla obu stron, a my nie należymy do żadnej. Po śmierci nikt nie będzie za nami płakał i dlatego musimy własne życie przeżyć tak, aby niczego nie żałować. Żeby móc się uśmiechnąć, gdy przyjdzie kostucha i nas skasuje, bo oprócz tego, że jesteśmy plamami, jesteśmy też ludźmi, których celem jest przeżycie tego życia tak jak chcemy. I tylko to nas określa.
– Chang śpi?
– Nawet jeśli nie, to nic ci na to nie powie.
– Nie lubię czuć się tak słaba – pociągnęła nosem.
– Jesteś silna. Nigdy w to nie wątp, a teraz po prostu się wypłacz, mały aniołku. Nikt się nie dowie.
W Petersburgu spędzili jeszcze dwa dni, aby Vivian mogła doleczyć rany. Zresztą, gdy zobaczyła, jak wygląda, sama stwierdziła, że nie powinna pokazywać się tak ludziom. Już nie pamiętała, kiedy ktoś ostatnio doprowadził ją do takiego stanu. Nawet złośliwy Arsen czy wcześniej Kanda na treningach, które wszyscy jednogłośnie nazywali mordobiciem, nie celowali w twarz i nie zostawiali tak widocznych śladów. To była po prostu walka o przetrwanie bez żadnych zasad. Jeden błąd mógł wszystko zakończyć.
Jednak dzięki swoim korzeniom szybko się zregenerowała i większość siniaków zbladła. Były na tyle niezauważalne, że zwykli ludzie niczego nie widzieli. Dzięki temu mogła wrócić do obowiązków i zacząć się ruszać bez ograniczeń. Dwa dni leżenia i nic nierobienia było dla niej irytującym doświadczeniem, ale za to uzupełniła siły, które nadszarpnął Jack. Po prostu się nudziła, a dwójka przyjaciół, którzy się nią opiekowali, nie pozwoliła nawet na krótkie spacery, póki nie wydobrzeje. Mimo że wiedziała, że powinna poświęcać czas również na regenerację, nosiło ją i nie mogła usiedzieć na jednym miejscu.
Nie spodziewała się jednak nowych rozkazów niemal od razu. Tym razem jej celem była Moskwa. Demon nie powinien stanowić dla niej żadnego problemu, więc Rada uznała, że skoro jest najbliżej z Łowców Demonów i czuje się dobrze, to może się tym zająć. Dokładne dokumenty będą na nią czekać już na miejscu, zaś raport z zadania z Petersburgu i ten z Wilna miała przekazać Changowi, który wracał do Berlina, skąd miał ruszyć na swoją misję. Isabel natomiast została wysłana na północ, aby zająć się jakąś uprzykrzoną wiedźmą.
Każde z nich wyjeżdżało o innej porze, więc zdążyli zjeść wspólnie posiłek, wypić lampkę wina jako toast za bezpieczne podróże i ruszyli w swoje strony. Praca Cienia właśnie taka była. Zwykle pracowali w pojedynkę, niemal cały czas podróżowali sami. Wiecznie w drodze, rzadko w domu, ciągle zajęci. Było ich za mało na to całe plugastwo, które wciąż wyłaziło z ciemnych kątów. Dopóki ludzie się nie zmienią, a na to była bardzo niewielka szansa, tak będzie zawsze i choćby Liga miała całą armię, to i tak będzie zbyt mało.
Podróż Vivian upłynęła spokojnie, wręcz nudno. Niewiele mogło się przecież wydarzyć w pociągu i to w wagonie pierwszej klasy, a dziewczynie nie chciało się wychodzić poza przedział, który miała tylko dla siebie. To pozwoliło jej na odrobinę mniej czujności niż zwykle, nikt jej nie przeszkadzał, więc nie było ryzyka, że zostanie odkryta. Owszem, po jej wyczynie w Petersburgu pewnie Klan Noah węszył, ale nie sądziła, żeby tak szybko wpadli na jej trop. Na to była przygotowana. A że nagadają egzorcystom, że żyje… Uwierzyliby im? Wątpliwa sprawa. Nie mieli powodu, by im wierzyć, więc była bezpieczna.
Niepokoiła ją tylko jedna rzecz. Od momentu, gdy rozdzieliła się z Isabel i Changiem, czuła się obserwowana. Nawet w pociągu, choć wtedy to uczucie było trochę mniej odczuwalne. Sprawdzała wielokrotnie, ale nie potrafiła odkryć obserwatora. Początkowo myślała, że jej się wydaje, ale tajemniczy cień nie dawał za wygraną. Musiał być dobry w ukrywaniu swojej obecności, skoro nie mogła go wyśledzić. Nie wiedziała też, kim może być. Raczej nie akuma ani Noah, bo tych potrafiła wyczuć. Poza tym dla świty Milenijnego sama obserwacja niewiele znaczyła i raczej by zaatakowali niż się skradali przez tyle czasu. To samo jeśli chodzi o Czarny Zakon. Liga odpada, z wiadomych względów.
Poza tym o co mogło chodzić? Ktoś znowu szykuje na nią pułapkę? Bawi się? Jaki może być tego powód? Komu się naraziła? To mogło być możliwe, bo wrogów miała całkiem sporo. Ktoś z nich mógł zawędrować do Rosji, ale jakie było prawdopodobieństwo spotkania właśnie tutaj przy wszystkich środkach ostrożności? Chyba niewielkie, a jednak nie mogła czuć się w pełni bezpieczna. To mogło zaważyć na powodzeniu misji, a nie chciała nawalić. Sam Petersburg wzbudzał jej niesmak, nie poszło tak, jak powinno i choć misja została wypełniona, to Vivian nie była z niej w pełni zadowolona.
Wszystko czekało na nią w gospodzie w robotniczej części miasta. Panował tu spory tłok, ale dzięki temu łatwiej było jej się wtopić w otoczenie. Nikt nie zwracał uwagi na zakapturzoną postać w czarnym płaszczu. Zresztą tak dobrze opanowała rosyjski akcent, że mało kto pytałby o jej narodowość.
To była dobra baza wypadowa, choć dość daleko od celu. Przynajmniej demon nie wyczuje jej zbyt szybko, kiedy będzie się przygotowywała do misji. Cieszyło ją to, bo potrzebowała choć odrobiny zaskoczenia, gdy już ruszy do akcji.
Następnego dnia postanowiła przejść się po mieście, żeby zorientować się, jak sprawy stoją. Wieczorem zamierzała zapolować, przeczytała uważnie dokumenty i poczyniła pierwsze przygotowania, ale wciąż było kilka punktów, o które musiała zadbać. Dzień był do tego relatywnie bezpieczniejszy, a pogoda też dopisała. Może trochę chłodniejsza, ale wiosna w pełnym rozkwicie, co było widać w zieleni, która dominowała w tej części Moskwy. Zresztą miasto było naprawdę zielone mimo rozkwitu przemysłu. Chyba w innych europejskich miastach nie było tego tak widać poza wydzielonymi częściami, choć może Vivian nie do końca była obiektywna w tej kwestii.
Usiadła w kawiarni na modłę tych francuskich i zamówiła kawę. Chciała poobserwować trochę ludzi z tej perspektywy, skoro miała jeszcze trochę czasu do zmarnowania. Właściwy odpoczynek również był ważny, pomagał się skupić i wyciszyć tuż przed misją. Skorzystała z tego skwapliwie, gdy pojawiła się okazja.
Przy okazji wyciągała wnioski z obserwacji, które już poczyniła. To razem z danymi Ligi pozwoli stworzyć plan działania dzisiejszej nocy. Jeśli dobrze pójdzie, jutro złoży wstępny raport i ruszy dalej. Do domu lub na nową misję.
– Tu pani jest, hrabino – usłyszała.
Tuż przy jej stoliku zatrzymał się mężczyzna o niezdrowym wyglądzie i tylko kępce włosów na czubku głowy. Najwyraźniej z kimś ją pomylił, ale nawet tego nie zauważył, bo usiadł i od razu zaczął mówić:
– Hrabia Władimir kazał panią poinformować, że przygotowania są prawie skończone.
– Przygotowania? – zapytała.
Coś w aurze tego człowieka jej się nie spodobało i postanowiła dowiedzieć się, o co chodzi. To mogło być ważne dla jej dzisiejszych działań. Co prawda, to ryzykowna gra, ale podjęła się tego. Miała nadzieję, że warto dla tych informacji.
– Dziki łów. Chyba pani nie zapomniała, hrabino?
Vivian tylko nieznacznie mocniej chwyciła filiżankę, utrzymując maskę w pełni zrelaksowanej. Już wiedziała, co planują i bardzo jej się to nie podobało. Nie mogła jednak teraz zareagować, przy tym to było poza jej kompetencjami.
– Oczywiście, że nie – odparła, nadal grając. – Masz mi do przekazania jeszcze jakieś wieści?
– Nie, o szczegółach dowie się pani wieczorem w rezydencji hrabiego. Tak jak wszyscy goście.
– Rozumiem.
– Więc powinna pani wracać i się przygotować?
Kiwnęła głową i skinęła na kelnerkę, aby przyniosła rachunek. Wiedziała, że musi się stąd wynosić, nim mężczyzna spostrzeże swą pomyłkę. Informacje o dzikim łowie nie mogły wydostać się poza wąską grupkę osób, które były w to zamieszane. Każda osoba poza była zabijana i znikała w niewyjaśnionych okolicznościach, a ona nie mogła pozwolić sobie na problemy. W nocy ma przecież polowanie do odbycia.
W miarę naturalnie pożegnała się z mężczyzną i odeszła, znikając w tłumie. Po chwili zresztą usłyszała głos prawdziwej hrabiny i zamieszanie, jakie się zrobiło, kiedy pomyłka została odkryta. Zaczęli jej szukać.
Weszła w boczną uliczkę i skryła się w cieniu. Zamierzała przeczekać poszukiwania i wtedy ruszyć w drogę powrotną do swojej gospody. Wszystkie nerwowe ruchy tylko by jej zaszkodziły.
„Szukajcie wiatru w polu” – przeszło jej przez myśl, gdy po raz trzeci została ominięta przez służbę hrabiny. Bawiło ją, jak ludzie mogą być tak ślepi na to, co mają dookoła. W ten sposób nigdy jej nie znajdą, a ona spokojnie zrobi, co do niej należy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s