Yume yaburete hane chigirete Muzan ga hito no saga deshou Yume hitohira hane sorezore no Saigo ga aru no ne saigo wo miteita

Noc była ciepła i spokojna. Na niebie nie było ani jednej chmurki, księżyc oświetlał ziemię, było widać gwiazdy mimo wielu latarni. Wydawało się, że Moskwa zasnęła już snem sprawiedliwych po wszystkich wieczornych szaleństwach i trwa spokój. Zmęczeni codzienną, ciężką pracą ludzie leżeli w objęciach Morfeusza, ulicznicy schodzili już do swych kryjówek po skończonych interesach, nawet nocne zwierzęta skończyły żerować.
To był moment, kiedy łowca może spokojnie zasadzić się na swą ofiarę. Nikt bowiem nie zwraca na niego uwagi. Przemyka niezauważony wśród cieni nocy w absolutnej ciszy niezakłócanej nawet przez wiatr. Uderza niespodziewanie, po czym spokojnie wraca i świat dookoła wygląda, jakby nic się nie wydarzyło.
Vivian bez problemu dotarła do części zamieszkiwanej przez arystokrację. Różnice pomiędzy tym miejscem a otoczeniem gospody, w której się zatrzymała, były ogromne. Jakoś jej to nie dziwiło, że demon grasował akurat tutaj. Arystokraci znudzeni codziennym życiem szukali różnych rozrywek. Dla zabawy próbowali coś wywoływać i najwyraźniej tym razem się udało. Mogli nawet nie być tego świadomi, bo nie było jeszcze strat w ludziach, ale to mogło zmienić się w każdej chwili. Głupota ludzka naprawdę nie znała granic, nigdy nie uczyli się na błędach, a potem żałowali, gdy było już za późno.
W głowie miała też myśl o dzikim łowie, który prawdopodobnie odbywał się w pobliżu. Coś w niej buntowało się przed zostawieniem tego w spokoju. Może chodziło o wspomnienia, była jedną ze szczęśliwie ocalałych z łowu, ale było to dla niej naprawdę ciężkie do przeżycia. Arystokraci traktowali uliczne dzieciaki jak zabawki i bydło, na które mogli legalnie polować, żeby „plaga” się zbyt mocno nie rozrosła, ale tak naprawdę dla rozrywki.
Nie mogła jednak zająć się tym teraz. Miała zadanie do wykonania i to na nim powinna skupić swoją uwagę. To powinno ją najbardziej interesować, a łów zostawić poza sobą. Przynajmniej na razie. Nikt jej przecież nie zabroni wmieszania się w sprawę i zrobienia porządku ze znudzoną arystokracją. W grę wchodziło tylko jej własne sumienie, bo tej sprawy Liga na siebie nie weźmie. Takich zasad się trzymali i pewnie wielu Cieni odpuściłoby sobie zajmowanie się czymś oprócz misji. Vivian nie była jeszcze pewna, co zrobi. Najpierw musi zająć się demonem.
Zatrzymała się i rozejrzała. Jasna noc nie do końca była jej sojuszniczką, w pełnej ciemności łatwiej o kryjówkę nawet na odkrytym terenie. W walce z demonami było to niezwykle ważne – wszystko miało znaczenie, a czasami to szczegóły decydowały o wyniku. Miał to na uwadze.
Usłyszała szelest gdzieś z prawej. Cofnęła się dwa kroki i nasłuchiwała przez kilka chwil. Jednak okazało się, że to tylko szczur szukający strawy. Uśmiechnęła się pod nosem i zostawiła szkodnika w spokoju. Nie na tym jej zależało.
W końcu wyczuła aurę swojego przeciwnika i za nią poszła jak po sznurku. W ten sposób weszła do parku oddzielającego od siebie dwie spore rezydencje. Jeszcze sprawdziła, czy ma broń pod ręką, tak na wszelki wypadek. Im bliżej celu była, tym większą ostrożność zachowywała. Tak jakby demon miał wyskoczyć z każdego zakamarka. W sumie mogło się to zdarzyć, jeśli już ją wyczuł. To było jednak mało prawdopodobne. Była zbyt dobrze przygotowana, żeby na to pozwolić.
– Czego tu szukasz? – usłyszała za sobą.
Odwróciła się błyskawicznie, ale nikogo nie zobaczyła. Przez moment myślała, że słuch płata jej figle.
– Co tutaj robisz?
Znowu to samo. Teraz już była pewna, że nie przesłyszało jej się. Dwa razy? Mało prawdopodobne przecież.
– Dlaczego tu jesteś?
Znów nic. Spojrzała w górę, ale korony drzew były puste, obróciła się wokół własnej osi, obeszła dookoła pobliskie drzewa, ale nadal nic.
– Po co tutaj przyszłaś?
Tym razem się nie odwróciła. Uśmiechnęła się tylko z politowaniem wobec własnego zachowania. Już wiedziała, kto pyta.
– Jak mnie wyczułaś? – odezwała się.
– To mój plac zabaw. Ciebie nie zapraszałam.
Nie sądziła, że mały demon stworzy barierę ochronną wokół parku, która „poinformuje” ją o każdym intruzie. Nie wyczuła tego, więc albo była naprawdę dobrze zrobiona albo tak słaba. Tak czy inaczej nikt jej o takiej możliwości nie poinformował. Niepotrzebnie się tylko skradała, mogła od razu wejść frontem i się przedstawić. Zawsze musi się coś skomplikować.
– Pokażesz mi się? – zapytała.
Tu był haczyk. Demona tego typu nie można zobaczyć, jeśli nie chciał się sam pokazać i zawsze siedział za plecami swojej ofiary. Karmił się przerażeniem, które pojawiało się, kiedy człowiek wiedział, że coś jest z tyłu, ale nie mógł tego zobaczyć.
Poczuła, jak coś próbuje wślizgnąć się do jej umysłu, ale nie pozwoliła na to. Jedyne, co demon mógł w niej zobaczyć, to kolczasty płot pełny czarnych róż. Cała świadomość znalazła się bezpiecznie ukryta w środku i przeciwnik nie mógł jej wykorzystać do własnych celów. Wiedziała o tej sztuczce. Tylko dlatego, że mała demonica nie ma faktycznej, jednolitej formy, przybierała postać, z którą jej ofiara była emocjonalnie związana bądź jej samej. Nic tak nie osłabia człowieka jak zmuszenie go do walki z bliskimi. Okrutny i skuteczny sposób na pokonanie przeciwnika.
Vivian sięgnęła nieznacznie po sai z innocence, które miała najbliżej dłoni. Demonica mogła się rozzłościć, że nie może dostać wzoru, i zaatakować w plecy, a przez jej właściwości taka walka będzie dosyć ciężka. Jeśli dziewczyna nie będzie uważała, może zostać paskudnie zraniona.
– Nie mam ochoty się z tobą bawić – usłyszała prychnięcie. – Mam inne zabawki.
– Inne zabawki? – zapytała zaciekawiona.
– Pełno ich dzisiaj w parku – zachichotała demonica. – Nie czujesz tej świeżej krwi?
Musiała się z nią zgodzić. Od kilku chwil czuła ten metaliczny zapach, a do jej uszu dobiegały krzyki i odgłos wystrzeliwanych kul. Dziki łów. Więc odbywał się tutaj, tuż pod nosem demonicy i Łowczyni Demonów. Byli blisko, na wyciągnięcie ręki.
Odsunęła tę myśl od siebie. Najpierw rzecz ważniejsza – wykonanie zadania powierzonego przez Ligę. Nie może przekładać własnych decyzji nad obowiązki. Poza tym nie każdego da się uratować. Jeśli ofiary łowu nie są wystarczająco sprytne, by przeżyć o własnych siłach, szkoda narażać dla nich życie. I tak zginą na ulicy. Ten świat rządził się naprawdę twardymi regułami i nie było możliwości ich uniknięcia. Nieważne, jak bardzo się tego chciało.
Ta chwila nieuwagi pozwoliła demonicy wyciągnąć z niej obraz, którego potrzebowała. Nic to, że Vivian zaraz ją z siebie wyrzuciła. Cel został osiągnięty. Przeciwniczka zaśmiała się wdzięcznie.
– Chcesz tam iść?
Vivian znała ten głos. Mała Anabell, którą zamordowano w czasie dzikiego łowu. Odwróciła się powoli. Przed nią stała siedmioletnia, blada dziewczynka o jasnym warkoczu i oczach jak dwa niebieskie szkiełka. Pamiętała, jak jej głowa została przedziurawiona kulą, ale przed tym przeżyła prawdziwą gehennę.
– Nie boisz się? – zapytała demonica.
– Sądziłam, że się bardziej postarasz.
– Nie ma z tobą żadnej zabawy – westchnęła niezadowolona. – Jesteś nudna.
– Jestem odporna na twe aluzje.
– Więc wracaj do domu. Na nic mi się nie przydasz.
Vivian zaczęła się śmiać. Demonica nic miała pojęcia, z kim ma do czynienia. A może nie była tym po prostu zainteresowana. To się też zdarzało. Czasami demony traciły zainteresowanie przeciwnikiem, na którym nie mogły pasożytować. Zazwyczaj wtedy odwracały się i szukały nowej ofiary. Wychodziły z założenia, ze nie ma po co zwracać uwagi na kogoś bezużytecznego.
Tak stało się również teraz. Demonica odwróciła się i ruszyła pomiędzy drzewa. W ogóle nie brała pod uwagę, że zostanie zaatakowana. Straciła zainteresowanie Vivian, kiedy tylko dziewczyna nie okazała rozdrażnienia, gdy zobaczyła obraz małej towarzyszki niedoli.
Walker pomknęła za nią, wymieniając ostrze na dłuższe. Nie sądziła, że demonica jest tak szybka. W pewnej chwili nawet straciła ją z oczu. Musiała się zatrzymać i rozejrzeć.
Usłyszała krzyki, odgłos wystrzeliwanych kul i ujadanie psów. Zmierzały w jej stronę. Najwyraźniej demonica zamierzała pożywić się na uczestnikach dzikiego łowu. Nie byłoby dobrze, gdyby została spostrzeżona. Wskoczyła więc na gałąź pobliskiego drzewa, żeby zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja. Obserwowała łów, nie poruszając się ani o milimetr. Psy nie wyczuły jej zapachu, zresztą goniły już wcześniej zwietrzoną ofiarę, więc przynajmniej z nimi miała spokój.
Dostrzegła demonicę wśród uciekających dzieciaków. Jako jedyna śmiała się z tej sytuacji. Musiała się dobrze bawić zanurzona w strachu ofiar łowu. Podskakiwała wesoło, zbliżając się do jednej, to do drugiej osoby. Nikt nie zauważył, że coś z nią nie tak, ofiary były zbyt przerażone, a łowcy skupieni na polowaniu.
Vivian wskoczyła pomiędzy uciekające dzieciaki, celując w demonicę. Wypchnęła ją z grupy, obie potoczyły się po trawie, ale nikt tego nie zauważył. Całe zdarzenie trwało może ułamek sekundy.
– Czemu mi przeszkadzasz w jedzeniu? – zasyczała przeciwniczka. – Oszczędziłam cię.
– Niestety dla ciebie ja nie jestem aż tak miłosierna. W imieniu Ligi Cieni skazuję cię na śmierć.
– Ty mnie? – zachichotała. – Dobry żart, człowiecza kobieto. Nie masz ze mną szans.
Teraz to Vivian się zaśmiała. Miała do czynienia z prawdziwą ignorantką. Mogła ją parę razy dziś zaskoczyć, ale nie pokonać. Łowcy Demonów takich małych przeciwników nie musieli się bać, wystarczyło znać ich sztuczki i przestawali być zagrożeniem.
Demonica rzuciła się w jej stronę, lecz zatrzymała się na barierze, którą Vivian stworzyła ruchem ręki. Chwilę później została zamknięta w kręgu, z którego nie było już dla niej ucieczki. Nieważne, że wrzeszczała i szamotała się, atakowała brązowowłosą słownie, zaklinała. Nic już nie mogła poradzić. Przegrała i zdawała sobie z tego sprawę z każdą chwilą coraz bardziej.
Vivian przestała zwracać uwagę na zachowanie przeciwniczki, kiedy tylko zaczęła zaklęcie. Wiedziała, że teraz nie ucieknie i wszystko potrwało krótką chwilę, po czym demonica rozprysnęła się na miliardy drobnych kawałeczków.
– Zadanie wykonane – szepnęła do samej siebie.
Stała tam jeszcze przez chwilę, czując, jak demoniczna aura ulatnia się z powietrza. To tylko potwierdzało jej zwycięstwo – dużo łatwiejsze niż to z Petersburga.
Nadal słychać było odgłosy dzikiego łowu. Nie wszystkie wybrane ofiary jeszcze padły. Żeby przetrwać coś takiego, trzeba pozbyć się skrupułów i człowieczeństwa. Schować się pomiędzy trupami, pozwolić zginąć towarzyszom i przeczekać do świtu. Wystarczył jeden błąd i wszystko na nic. Gorzej, kiedy psy podgryzały trupy, bo były zgłodniałe. Czasami arystokraci specjalnie kazali je głodzić, żeby były bardziej zajadłe. Okropieństwo.
Sięgnęła po parę sai od Christiana. Były idealne do tego, co chciała zrobić. Nie będzie żałować, zasłużyli sobie na posmakowanie ostrza Anioła Zemsty.
Czarne skrzydła pojawiły się niewzywane. Poniosły ją ku scenie rzezi. To był prawie koniec, okrążyli dzieciaki skulone ze strachu i podgryzane przez rozwścieczone psy. Przykry obrazek jednostronnej walki. Niemal brak szans na przetrwanie. Tylko cud mógł pomóc tym dzieciakom. Albo diabeł. Kim była? Ich zbawieniem? Czy może przekleństwem? Nie myślała wtedy o tym. Dała się ponieść wściekłości i nienawiści, na języku miała posmak zemsty. Zabijała. Tylko to się liczyło.
Początkowo nikt nie zauważył, co się dzieje. Potem stali się zbyt zszokowani, a panika przyszła za późno. Czarny Anioł Zemsty eliminował łowczych jednego po drugim, zadając jak najboleśniejsze rany. Na nic zdał się opór czy błagania o litość. Ona nie znała tego uczucia. W jej złotym spojrzeniu był tylko koniec dla tych, których obrała sobie za cel.
W końcu nie został nikt, kto byłby zagrożeniem. Zabiła również psy, kiedy się na nią rzuciły. Jednak zwierzęta nie miały się tak męczyć, ginęły na miejscu, ich władcy zaś cierpieli w bólu, wykrwawiając się w ciągu kilku minut.
– Kim… jesteś…? – usłyszała jedną ze swych ofiar.
Spojrzała na mężczyznę, któremu zostały ledwo sekundy. Nie czuła wyrzutów sumienia. Powinna? Nie obchodziło jej, kim był ani jakie wiódł życie. Miał pecha, że na nią trafił. Dziś nie było litości.
– Aniołem Zemsty – odparła. – Szarą plamą rzeczywistości.
– Chyba… diabłem…
– Możliwe. Całkiem możliwe.
Obserwowała, jak umiera. W jej spojrzeniu nie było cienia emocji tak, jakby została z nich wyzuta. Obojętnie patrzyła na pobojowisko, które stworzyła. Pełne krwi i ciał, pachnące śmiercią. Koniec tych ludzi, a może kiedyś wszystkiego, co znała. To nie było takie niemożliwe w jej przypadku. Wystarczy jeden błąd.
Podniosła spojrzenie na trójkę ocalałych dzieciaków. Kuliły się pod drzewem wystraszone, wpatrując się w nią z przerażeniem. Może dla nich również były diabłem?
– Co tu jeszcze robicie? – zapytała zimno. – Wracajcie do swoich nor. Chcecie przecież żyć.
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale” – warknęła. – Prawo ulicy, więc cieszcie się, że przetrwaliście albo zdechnijcie. Wasza wola.
Schowała sai do pochew przy cholewkach butów i ruszyła w drogę powrotną. Tu już nie miała nic do roboty, swoje zrobiła, a nie zamierzała prowadzić za rączkę ocalałych uliczników. Jeśli się teraz sami nie pozbierają, jutro o tej porze będą martwi i niepotrzebnie ich ratowała. Zmarnują dar, który przypadkiem im dano. Nie zamierzała jednak brać za to odpowiedzialności. Nie ratowała ich, lecz karała tych, którzy na to zasłużyli. Mściła się za tych, którzy padli ofiarą dzikiego łowu, bo była Zemstą. Nic więcej jej nie obchodziło.
Słyszała, jak skradają się za nią. Westchnęła nieznacznie, pozwalając im na to aż oddalą się od parku i tej części miasta. Potem zniknęła im z oczu, skręcając w boczną uliczkę i wskakując na dach. Rozglądali się za nią, nie wiedząc, jak mogła zrobić coś takiego. Trochę było jej ich żal. Chyba mieli to nieszczęście niedawno wylądować na ulicy i od razu stać się częścią dzikiego łowu. Stąd to zaufanie wobec niej jako wybawcy. Bardzo zła cecha na ulicy, gdzie nie wolno ufać nikomu, a na pewno nie nowopoznanej osobie. Jeśli przeżyją do tego czasu, to może to zrozumieją.
Ruszyła w swoją stronę, gdy dzieciaki w końcu odpuściły poszukiwania. Niedługo nastanie świt, a ona powinna znaleźć się jak najszybciej u siebie w pokoju, żeby jak najbardziej ograniczyć możliwość wykrycia. Po tym, co zrobiła w parku, mogłaby mieć nieprzyjemności, a tego należy uniknąć. W Lidze nikt się nie przyczepi, jeśli nie sprowadzi kłopotów. Prześpi się, złoży raport, a potem będzie wiedziała, co ze sobą zrobić.
Wiatr delikatnie poruszał huśtawką, która wyjątkowo była pusta. Trochę ją to zdziwiło, oczekiwała obecności Niszczyciela Czasu, który pojawiał się tu za każdym razem. Nie sądziła, że jego brak sprawi jej taki zawód, ale chyba się do niego przyzwyczaiła, choć nigdy nie powiedziałaby tego głośno.
Usiadła na huśtawce, ponownie wprawiając ją w ruch. Może na niego czekała, a może chciała tylko zebrać myśli. Sama nie była pewna. Powód jej przybycia tutaj jakiś był, nigdy nie śniła o tym miejscu bez przyczyny.
– Czekałaś na mnie? – usłyszała.
Odwróciła głowę. Tuż za nią stał białowłosy. Uśmiechnął się lekko.
– A już myślałam, że oszczędzono mi patrzenia na twoją gębę – mruknęła.
– Też się cieszę z naszego spotkania, Aniele.
– Zwykle ty jesteś tu pierwszy.
– Wybacz, to się więcej nie powtórzy.
Usiadł obok niej bez pytania. Wiedział, jaka byłaby jej odpowiedź, zawsze wyglądało to w ten sam sposób. Oboje byli do tego przyzwyczajeni i nie zamierzali tego szczególnie zmieniać. On dostosowywał się do niej, ona czuła się bezpieczna, tworząc iluzję dystansu. Tak było lepiej.
– Niczym się od nich nie różnię, prawda? – zapytała.
– Niczego nie robisz bez powodu.
– Ale mnie to też sprawia radość. Daje satysfakcję. Tak nie powinno być.
– Nie jesteś idealna, Aniele. Nikt nie jest. Podjęłaś decyzję. Żałujesz jej?
– Po prostu zastanawiam się, skąd się to wszystko wzięło. Ludzie są z natury okrutni.
– W każdym człowieku są dwie strony. Nikt nie jest z natury zły albo dobry. Na tym polega wolny wybór.
– Ja to mam we krwi.
– Jesteś uosobieniem zemsty, ale nigdy nie atakujesz bez powodu, Aniele. Nie robisz tego dla zabawy.
– Oni tak. Bawią się ludzkim życiem, a potem błagają o własne. Cały ten świat taki jest. Zepsuty do reszty.
Pogłaskał ją po włosach, zaplątując w nie palce. Uśmiechnął się lekko rozbawiony.
– Cały? Tak myślisz, Aniele?
Westchnęła. Oboje doskonale wiedzieli, co myślała o świecie dookoła niej. Nie musiała nic mówić, ten temat przerabiali już wielokrotnie.
– To wyrzuty sumienia mnie tak gryzą? – zapytała.
– Raczej serce buntowniczki.
– Tak będzie wyglądać koniec, prawda? Trupy, krew, zapach śmierci dookoła. Zwycięstwo jest zawsze gorzkie.
Oparła się o niego zmęczona całym tym wydarzeniem. Wciąż było tak samo, przypominało o misji, którą na nią zrzucono. Apokalipsa. Miała wrażenie, że świat sam idzie ku zagładzie i ona nie musi nic w tym kierunku robić. Pewnego dnia nadejdzie zagłada, a na zgliszczach starego świata będzie można zbudować coś nowego. Lepszego. Tylko czy to najwłaściwsza droga? Zaczynała mieć wątpliwości.
– Odpocznij, Aniele. Do tego jeszcze daleko.
– Skąd ta pewność?
– Będziesz wiedziała, gdy nadejdzie taka pora.
– Znowu gadasz zagadkami – westchnęła.
– Chcesz dat?
– Byłoby miło. Tak nawet nie wiem, ile życia mi zostało.
– To zależy tylko od ciebie.
– Tak, tak, wolna wola. Zawsze się tym zasłaniasz.
– Takie jest prawo nadane ludziom. Nie możemy tego zmieniać tylko dlatego, że mamy taką zachciankę. To twoje życie, ty o nim decydujesz.
– Chciałabym, żeby tak było.
– Jest. Jesteś Aniołem Lucyfera. Możesz wszystko.

***

Vivian: Powracamy po miesięcznej przerwie. Mam nadzieję, że tęskniliście i z niecierpliwieniem oczekiwaliście kolejnego rozdziału, co przełoży się na motywację dla Laur.
Arte: Motywacji to jej na szczęście nie brak ostatnio, choć każda odrobina jest jak najbardziej na miejscu.
Laurie: Racja. Zawsze miło się czyta, co czytelnicy myślą o kolejnym rozdziale.
Vivian: Ci, którzy zaglądają na stronę fb już wiedzą, innych właśnie informujemy. Od dziś aż do odwołania, bo może Laur zmieni zdanie, rozdziały będą wychodzić dwa razy w miesiącu. Kalendarz jest już ustalony do końca roku, informacja o najbliższych rozdziałach znajduje się w menu tuż pod spisem treści. Łatwo znaleźć.
Arte: Ma to poprawić funkcjonowanie całego schematu pisarskiego Laur, a także jakość kolejnych rozdziałów. Doceńcie to odpowiednio.
Lavi: Warto powiedzieć, że wybór dzisiejszego dnia nie jest przypadkowy. 6 czerwca to dzień urodzin Yuu. Wszystkiego najlepszego.
Vivian: Jeśli ktoś się za nim stęsknił, to informuję, że za kilka rozdziałów się pojawi. Spokojnie. W najbliższym czasie czeka mnie wycieczka do Gruzji. Oczekujcie jej.
Arte: A potem wkraczam ja.
Vivian: Także jeśli się stęskniliście za naszym starym wampirem, to też spokojnie.
Arte: Nie jestem stary.
Vivian: Jesteś.
Laurie: Chyba mi tego nie brakowało. A Wam? Pozdrawiam serdecznie i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s