Nani mo kowai mono nado nakatta sore wa mamoru monoga nai dake ashita no koto mo iyuunen saki mo ima no boku wa kowai yo

Upał był niemiłosierny, choć to dopiero początek lata. Na niebie nie było ani jednej chmurki, po burzy z poprzedniego wieczoru nie pozostał żaden ślad. Powietrze stało w miejscu, wiatr chyba zapomniał o swojej funkcji i nic nie dawało odetchnąć. Zupełnie jakby znalazła się na pustyni, a nie ukraińskim stepie. Teren był słabo zaludniony, więc wzdłuż traktu rosły jedynie trawy i rzadkie drzewa. Gdzieś niedaleko szumiała woda, najwyraźniej przepływała tędy rzeka albo chociaż strumień. Sama jednak myśl o tym nie pomagała. Wokół panowała cisza, wszystkie żywe stworzenia ukryły się przed palącym, południowym słońcem. Wyjdą z kryjówek za kilka godzin, kiedy powietrze stanie się mniej gorące i wróci wiatr, przynosząc odrobinę ulgi.
Samotny jeździec nie miał luksusu pozwolenia sobie na odpoczynek. Czarny płaszcz chronił przed wścibskimi oczami, ale nie przed upałem. Wręcz przeciwnie, ściągał jeszcze więcej promieni słonecznych, przez co wrażenie było jeszcze gorsze. Klacz nie była w lepszej sytuacji, miarowy step co jakiś czas zwalniał, dopóki jeździec tego nie zauważył i nie pogonił zwierzęcia.
Vivian rozważała, czy nie lepiej zatrzymać się i nie przeczekać tych kilku gorętszych godzin. Taki upał nie był jej sprzymierzeńcem, czuła się osłabiona, a ubranie kleiło się do ciała w nieprzyjemny sposób. Z tęsknotą pomyślała o chłodnych murach kwatery głównej, gdzie mogłaby się ukryć przed słońcem, ale na ten luksus musiała poczekać. Nie może wrócić do domu bez wykonania swoich obowiązków. Poza tym był jeszcze jeden powód rezygnacji z odpoczynku. Niedaleko stąd czekał na nią Arte. Miała nadzieję, że trafił już do miejsca spotkania. To słońce mogłoby okazać się dla niego zabójcze mimo wszystkich środków ostrożności. Nie chciała nawet myśleć, co się może z nim dziać, jeśli nie znalazł odpowiedniej kryjówki.
W końcu zobaczyła zajazd, który był celem jej podróży. Spięła klacz do szybszego biegu, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Zwierzę chyba też czuło, że to już ostatnia prosta, bo nie protestowało. Niedługo obie odpoczną po tak długiej podróży.
Zajazd znajdował się tuż przy drodze na skraju niewielkiej wioski. Trochę nietypowe rozlokowanie budynków, ale Vivian nie zamierzała marudzić. Obchodził ją tylko odpoczynek i Arte. Miała nadzieję, że za chwilę spotka dawno niewidzianego przyjaciela, za którym zdążyła się mocno stęsknić. To była długa podróż, pierwsza samotna od zaprzysiężenia i przyniosła wiele doświadczeń. Tak wyglądało życie Cienia, niemal cały czas w drodze pomiędzy kolejnymi misjami. Niektórzy prawie w ogóle nie pojawiali się w Berlinie przez dłuższy okres czasu, podróżując i nigdzie nie zagrzewając dłużej miejsca. To przypominało Vivian jej poprzednie życie, to przed Czarnym Zakonem. Czasami spędzała w jednym miejscu dzień, czasami kilka miesięcy, ale nigdzie nie była w domu. Błąkała się pomiędzy ludźmi, którzy nie zauważali jej obecności. Zupełnie jak cień, nic nieznaczący, ulotny, niewidoczny dla ogółu. Jednak tamte dni były bardziej rozpaczliwe. Musiała walczyć o każdą chwilę, uczynić własne ciało narzędziem do walki o przetrwanie, wyzbyć się emocji i uczuć. Nie do końca jej się to udało, nie ma ludzi, którzy nic nie czują i choć wtedy tego nie rozumiała, musiała się z tym pogodzić. Chyba była bardziej bestią niż człowiekiem, ale liczyło się tylko przetrwanie. Cel zawsze był zbyt odległy, nigdy nie mogła się do niego zbliżyć na tyle, by mieć nadzieję, że się uda. Jednak wmówienie sobie, że to najważniejsze w jej życiu, pomogło przetrwać.
Nie wiedziała, która ścieżka jest trudniejsza. Nie potrafiła tego ocenić. Jak porównywać ludzi i demony? Obaj przeciwnicy byli równie okrutni, ale to jednak nie to samo. Dostrzegała jednak jedną, ważną różnicę – teraz umiała walczyć. Przeciwko demonom szła w pełni uzbrojona we własne moce, wiedzę i stal, z których umiała właściwie korzystać. Wcześniej działała tylko według instynktu, obecnie dołożyła do tego jeszcze doświadczenie.
Nie przeszkadzało jej życie w podróży. Lubiła je, bo czuła się wolna i nieskrępowana zasadami świata, za którym nie przepadała. Owszem, musiała uważać, żeby nikt niepowołany jej nie rozpoznał, ale to nie było zbyt wielkim utrudnieniem. Potrafiła sobie z tym radzić. Najważniejsze było poczucie niezależności, które dawna Vivian ceniła najbardziej. Nie była już tamtą dziewczyną. Wyraźnie to czuła, kiedy wyjeżdżała z Berlina. Owszem, niezależność nadal była dla niej ważna, ale teraz ceniła jeszcze jedną rzecz. Miejsce, do którego mogła wrócić. Dom, w którym czekają bliskie jej osoby. Rodzina, którą w końcu zyskała i za którą tęskniła. Zmieniła się. Zapuściła korzenie, których nie zamierzała się pozbywać. Było jej tam dobrze i tylko to się liczyło.
Owszem, nie wszystkich traktowała jak część rodziny. Był przecież Arsen, który wciąż z nią rywalizował i robił na złość, chcąc pokazać, że to on tu rządzi. Jednak to się nie liczyło. Ważni byli ludzie, których traktowała jak swoją rodzinę, a oni ją zaakceptowali taką, jaka była.
Mistrzyni, która w pewnej chwili zastąpiła jej matkę. Tak ją trochę postrzegała. Anna była inna, czulsza i troskliwsza, ale Arianne mimo swej surowości i czasami oschłości dbała o nią jak o własną córkę. Vivian wiedziała, że w razie konieczności Francuzka oddałaby za nią własne życie. Nie znały się długo, a brązowowłosa nie należała do najpokorniejszych, ale mimo to czas spędzony wspólnie na treningach i podróżach stworzył pomiędzy nimi więź, którą obie mocno sobie ceniły. Dziewczyna ufała swojej mistrzyni i potrafiła się przed nią otworzyć, gdy zachodziła taka potrzeba.
Grupa Isabel – Wiedźma, Mirabell i Chang. Ta trójka wiecznie spędza razem czas, gdy wszyscy są w Berlinie. Różnią się niemal wszystkim, ale idealnie się dopełniają. Nie sposób przejść obok nich obojętnie. Choć zwykle prowokują do zabawy i szaleństw, to potrafią też dbać o swoich przyjaciół, doradzić i pocieszyć. Vivian jako samotniczka nigdy nie przepadała za towarzystwem innych, ale z tą trójką potrafiła przebalować niejedną noc. Przebili się i stali dla niej niezastąpionymi przyjaciółmi.
Jednak najbliższy był jej Arte. Z nikim nie rozumiała się tak dobrze jak nim. Zaryzykował, zaufał jej, a ona odwdzięczyła się tym samym. Fakt, był wredny, uparty, zawzięty, zawsze wyciągał z niej to, do czego nie chciała się przyznać, robił jej na złość, obnażał słabości. Byłby idealnym wrogiem, którego mogłaby nienawidzić, ale nawet jej to do głowy nie przyszło. Te wady były najważniejszymi zaletami. Był po prostu szczery do bólu i nie bawił się w kurtuazję, pokazując, że mu bardzo na niej zależy. Prawdopodobnie robił to też z czystego egoizmu. W Lidze czuł się samotny i wyizolowany przez swoją wampirzą naturę. Przez lata był sam ze sobą, a teraz trafił na kogoś, kto myśli podobnie, przed kim może się otworzyć. Nic dziwnego, że o nią zawalczył. Pod tą maską wrednego wampira była troska o nią, nie chciał, by popełniała te same błędy co on. W przeciwieństwie do niego nie miała na to czasu. A może po prostu chciał kogoś uratować przed losem tak podobnym do swojego.
Klacz zostawiła pod drzwiami zajazdu, a sama weszła do środka. Budynek był murowany, więc w środku panował przyjemny chłód. Większość stołów była pustych, najwyraźniej zbyt wielu gości się tu nie pojawiało, a miejscowi jeszcze pracowali na polach lub w innych miejscach.
Zrzuciła kaptur i podeszła do podłużnego baru, za którym siedział gruby, ogorzały mężczyzna około pięćdziesiątki z szarawymi już włosami i wąsem. Obserwował ją uważnie od samego progu.
– Witaj, gospodarzu. Szukam swojego przyjaciela – powiedziała. – Ubrany podobnie do mnie.
– Przybył wczoraj, panienko. Czeka na górze. Jurij! – w drzwiach kuchni stanął patykowaty, wysoki chłopak. – Zajmij się panienki koniem.
Ten tylko skinął głową i wybiegł. Vivian była zadowolona z takiego obrotu sprawy, bo klacz też potrzebowała odpoczynku.
– Przygotować strawę?
– I wodę na kąpiel. Zjem na górze.
– Oczywiście. Trzecie drzwi po prawej należą do panienki przyjaciela.
– Dziękuję – uśmiechnęła się lekko.
Weszła na piętro i odnalazła właściwe drzwi, po czym zapukała.
– Mówiłem, że nic nie chcę – usłyszała rozdrażnione warknięcie.
– Nawet spotkać się z przyjaciółką? – zapytała.
Wolała nie ryzykować wchodzenia bez pytania. Najwyraźniej Arte źle znosił ten upał, a to może go sprowokować do opłakanych w skutkach działań.
– Wejdź.
Pokój oświetlony był tylko jedną świecą, okno zasłonięto czarną, grubą tkaniną, która poruszyła się delikatnie, gdy otworzyła drzwi. W półmroku dostrzegła dwa łóżka, stół i dużą, metalową balię oddzieloną od reszty pokoju niewysoką, drewnianą ścianką.
Arte siedział na jednym z łóżek i przecierał oczy. Najwyraźniej go obudziła, sądząc po rozchełstanej koszuli i braku butów na jego nogach.
– Nie najlepsza pora na odwiedziny? – zapytała.
– Już sądziłem, że utknęłaś gdzieś przez ten upał – mruknął, zapalając świece na stole.
– Myślałam nad postojem, ale martwiłam się o twoją kondycję. Pewnie gdybym przybyła tu pierwsza, pojechałabym cię szukać.
– Wczoraj wieczorem udało mi się tu dotrzeć.
– Wiem, gospodarz mi powiedział. Jak się czujesz?
– Przeżyję – uśmiechnął się, choć bez błysku. – Przejdzie upał, zacznę wyglądać lepiej. Zresztą spójrz na siebie. Okurzona, przepocona, język zwisa ci z ust, jakbyś tydzień nie piła.
W odpowiedzi dostał poduszką, przed którą normalnie by się uchylił, ale w tej chwili nie był po prostu w stanie. Ciało w przeciwieństwie do ciętego języka niezbyt dobrze znosiło pogodę. Mimo to zaśmiał się i odrzucił poduszkę, którą Vivian bez problemu złapała.
– No co? Taka prawda – drażnił się dalej.
– Takich rzeczy nie mówi się damie – prychnęła.
– A jest tu jakaś dama? – udał zdziwienie.
– Wyobraź sobie, że jest.
– Tak? A gdzie?
– O, stary wampir zaczął ślepnąć – zakpiła.
– Tylko nie stary – oburzył się. – I nie ślepnę, ale ty, moja panno, na damę to nie wyglądasz, a na pewno nie w tej chwili.
Dalszą wymianę złośliwości przerwało im pukanie. Arte skrzywiła się wymownie, najwyraźniej gospodarz trochę mu się naprzykrzył.
– Proszę – powiedziała Vivian.
Do środka wszedł syn gospodarza i podobna do niego dziewczyna, zapewne jego siostra.
– Przynieśliśmy wodę na kąpiel.
– Dziękuję.
– Obiad zostanie podany za chwilę.
– Arte, ty też jesz? – Vivian spojrzała na przyjaciela.
– Na razie nic nie chcę.
Wzruszyła ramionami i sprawdziła temperaturę przygotowanej wody, żeby pozbyć się z pokoju dzieciaków gospodarza. Dopiero wtedy zrzuciła ubranie, nie przejmując się obecnością Arte. Ten na widok jej pleców wciągnął powietrze przez zęby.
– Ten ostatni tak cię załatwił? – zapytał z niepokojem.
Skóra dziewczyny prócz naznaczenia innocence na wysokości łopatek była w siniakach i śladach głębokich ugryzień, niektóre wyglądały nawet jak po uderzeniu bata.
– Ta, odtworzył z dokładnością większość ran z przeszłości – odpowiedziała spokojnie.
– Boli?
– Teraz już nie. Nie zostawił też jadu, ale jeszcze długo będzie się to goić. Nawet z moimi zdolnościami.
– Mogę zobaczyć?
Kiwnęła głową. Pamiętała poranek po walce z demonem w Tbilisi. Dopiero wtedy odkryła, jak bardzo ją poharatał. Przez kilkanaście godzin nie mogła się ruszyć z czystego bólu, w wielu miejscach krwawiła, a kilka ran musiała zszyć. Na szczęście udało jej się to ukryć i nikt nie zadawał zbędnych pytań.
Arte zlustrował dokładnie plecy i uda przyjaciółki, a potem odwrócił ją do siebie przodem. Z tej strony wyglądało to trochę lepiej, ale nadal widoczne były rany.
– Nie powinni cię tam puszczać samej – odezwał się wyraźnie zły.
– Mogłam się domyśleć, że zastawił pułapkę – odparła. – Sądziłam jednak, że rany zadawane ofiarom zostawiał sam. Dopiero po walce przyjrzałam się tym zamordowanym kobietom. Wszystkie były ofiarami przemocy seksualnej. To był klucz.
– Zgłosiłaś Lidze swoje obrażenia?
– Tylko ogólnie. Odpoczęłam trochę na statku. Sam wiesz, przez lata się nazbierało.
Westchnął ciężko. Nie musiała mu dokładnie opisywać misji, żeby wiedział, co zaszło. Chciała jak najszybciej ruszyć do akcji, żeby tego nie rozpamiętywać i szybko wrócić do siebie. Sam tak działał, więc rozumiał.
– Wskakuj do wody – polecił.
Z własnej torby wyciągnął jakąś sakiewkę, z której do balii wsypał trochę szarego proszku. Gdy tylko zetknął się z mokrą skórą Vivian, woda zmieniła kolor na purpurowy.
– Co to jest? – zapytała.
Nigdy nie widziała czegoś takiego, a wydawało jej się, że zna wszystkie sztuczki Cieni.
– Gratis z Pałacu – odparł. – Pomoże zagoić się ranom, a ciału odprężyć. Pomocz się trochę.
– Dziękuję.
– Nie ma sprawy, maleńka.
Vivian zanurzyła się aż po samą szyję w purpurowej, ciepłej wodzie. Od razu poczuła się lepiej. Nie chciała skarżyć się Arte, że podróż z tymi wszystkimi ranami była wyczerpująca i bolesna. Bez tego zdawał sobie z tego sprawę, a nie chciała go martwić zwłaszcza teraz, gdy jest osłabiony i zmęczony. Męczenie go dodatkowo nie było w jej intencji. Tak jak on troszczył się o nią, tak ona troszczyła się o niego.
Milczeli przez dłuższą chwilę nawet po tym, jak córka gospodarza przyniosła obiad dla Vivian i poszła. Arte obserwował przyjaciółkę, która znów miała za sobą ciężkie starcia. Gdy tylko usłyszał, że Jack zdradził i próbował zrobić jej krzywdę, pozbawić mocy i poturbował, miał ochotę wyciągnąć go z dna piekieł i samemu ukarać. Był wściekły. Jak wszyscy w Lidze, bo Vessell zdradził ich wszystkich, złamał zasady i zaufanie. On miał jeszcze jeden powód do gniewu. Uderzyło go to osobiście, bo chodziło o jego przyjaciółkę. Tego nie mógł przepuścić i gdyby Jack żył, osobiście by go zabił z takim okrucieństwem, jakiego mało kto mógłby się dopuścić.
To jednak nie było wszystko. Musiała się jeszcze zająć demonem, który przypomniał jej o tych wszystkich krzywdach, których doznała przez lata. Zwyciężyła, ale okupiła to wysoką ceną. Raczej kwestia szczęścia, które pewnego dnia może ją zawieść, a to skończy się śmiercią. Myśl o tym sprawiała, że czuł strach. O jej życie. O to, że znowu zostanie sam ze swoimi demonami i tym razem rozszarpią go na strzępy, ale najbardziej bał się o nią. Była taka młoda, a jej bagaż doświadczeń dorównywał jemu. Na każdym kroku czekały ją nieprzyjemności, ból i upokorzenie. Chciał ją przed tym uchronić, ale nie potrafił. Nie mógł być z nią zawsze i to bolało.
Pamiętał starego siebie. Stracił wszystko, miał tylko swoje życie, które uznał za nic niewarte. Chris uratował go z jakiegoś powodu, ale przez lata miał mu to za złe. Chyba już wolałby umrzeć jako bestia. Fakt, robił pożytek ze swojego życia i zdolności, ale to była bardziej egzystencja niż życie. Nie bał się tego, że kiedyś umrze. Wierzył, że to przyniesie mu wybawienie od wyrzutów sumienia.
Vivian zmieniła wszystko. Poczuł się za nią odpowiedzialny i chciał ją chronić. To stało się sensem, w który wierzył. Miał świadomość, że prawdopodobnie mają tylko krótki okres czasu do wykorzystania. Vivian miała zadanie do wykonania i pewnego dnia albo zostanie do tego zmuszona sytuacją albo sama zdecyduje się tym zająć. Tego nie wiedział. Nie mógł wiedzieć, bo nie miał daru jasnowidzenia. Jednak, jeśli nie dożyje tego kluczowego momentu, to wszystkie te wydarzenia nie będą mieć żadnego sensu. Tyle zagrożeń wciąż na nią czyhało, jeden błąd mógł zakończyć wszystko. I tego właśnie się bał. Wiedział, że Vivian jest potężna, dużo potężniejsza od niego, ale nadal nie umie wykorzystać pełni swych mocy. Brakowało jej doświadczenia i dopóki nie dostanie szansy, by je zdobyć, czuł się zobowiązany ją chronić. Bał się, że nie da rady i tego, co przyniesie przyszłość. Była dla niego bardzo cenna, dotąd nie miał nikogo tak bliskiego. Ponad wszystko cenił sobie ich przyjaźń, choć zdawał sobie sprawę, że Anioł Lucyfera może nie przeżyć wojny z Milenijnym. Nigdzie tego nie gwarantowano. Wiedział, że podczas pierwszej Apokalipsy Noah Zemsty została brutalnie zamordowana za zdradę. Ojciec Vivian również, więc było spore prawdopodobieństwo, że ją czeka podobny los. Na samą myśl czuł nieprzyjemne ciarki na plecach. Bał się przyszłości. Tej najbliższej, która może kryć jego porażkę oraz tej dalszej, kiedy przyjdzie rozwiązanie konfliktu.
– Nasz gospodarz daje ci w kość? – usłyszał.
– Uznał, że jestem chory od upału i co chwilę pytał, czy nie wezwać lekarza z najbliższego miasteczka. Do tego dziwnie patrzył na zasłonięte okno.
– To minus naszej pracy. W tak małym miejscu jedna głupia plotka może stać się przyczyną nieszczęścia.
– Gdyby zobaczyli twoje rany, z pewnością byłby dym. I nieważne, że mają na głowie już coś innego.
– Dlatego nie rozbierałam się przy nich. Ta substancja szkodzi materiałom?
– Nie, możesz spokojnie wrzucić do wody ciuchy. Nie zostawi śladów.
– Skąd właściwie to masz? Wampirom chyba nie jest potrzebny środek do łatania ran – spojrzała na niego z nieskrywaną ciekawością.
Odkąd odkryła w sobie pasję do zielarstwa, którego początkowo nie znosiła, wszystkie takie rzeczy ją ciekawiły. Nie była w tym najlepsza, ale wiedzę, którą zdobyła, ceniła i miała nadzieję, że kiedyś się przyda.
– Czasami zdarzy się potrzeba użycia go – odparł. – W Pałacu jest kilku naukowców, choć oni sami nazywają siebie raczej alchemikami. Nie chcą wracać do tego wymiaru, ale fascynują ich odkrycia, wynalazki i te wszystkie naukowe sprawy. Chris przysyła im wszystko, co znajdzie, a oni to badają. Głównie dla frajdy. Sami też ciągle próbują coś nowego odkryć, co może się przydać. Głównie myślą o Chrisie, ale pozostali rezydenci Pałacu, którzy są w tym wymiarze, też mogą używać ich pracy.
– Ma to jakąś nazwę?
– Może i ma – wzruszył ramionami. – My to nazywamy po prostu purpurą. Jak się czujesz?
– Dużo lepiej.
Wyszła ostrożnie z wody i obejrzała swoje ciało w niestałym świetle świec. Rany stały się mniej widoczne, większość zasinień zniknęło, a spięte mięśnie rozluźniły się. Rozciągnęła się trochę na próbę, ale tym razem nie poczuła żadnego bólu.
– Fajny bajer – stwierdziła.
– Bo mój – zaśmiał się.
– To go nie wymyśliłeś – wystawiła mu język i wytarła ręcznikiem resztkę wody z ciała, żeby się ubrać i zjeść.
– Ale ja go mam – orzekł dobitnie.
– Nie podzielisz się ze mną?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie.
– To nie jest argument.
– Musi ci wystarczyć.
– Mówiłam, że cię nienawidzę?
– Mówiłaś.
– To powtórzę. Nienawidzę cię.
– Jakoś to przeżyję – uśmiechnął się wrednie.
Vivian prychnęła i w samej koszuli usiadła do obiadu. Posiłek zdążył już wystygnąć, ale nadal był smaczny i pożywny. Dużo lepszy niż suchy prowiant, który miała do dyspozycji przez ostatnie trzy dni. Sama też musiała odzyskać siły po podróży.
– Co robiłeś przez ten czas? – zapytała.
– Gdy pojechałaś do Petersburga?
– Tak.
Opowiedział jej o swoich zadaniach. Wykonał ich dużo więcej głównie dzięki temu, że drogi transportu były lepiej zorganizowane. Pociągiem pokonuje się trasę szybciej niż konno, co znacznie ułatwiało pracę. Problem miał tylko z pierwszym przeciwnikiem, reszta poszła gładko. Wspomniał również o nastrojach w Berlinie, kiedy dotarła wiadomość, że Jack zdradził. Nie było chyba osoby, której by to nie ruszyło, nawet Arsen skomentował to niezbyt miłymi słowami. Może i był wrogiem Vivian, ale wolał uczciwą rywalizację niż takie podstępne, zdradzieckie działanie.
Vivian wróciła myślami do tamtego dnia, kiedy starła się z Jackiem. Wtedy nie chodziło o zasady Ligi, ale o jej własne życie. O to walczyła. Cała reszta się nie liczyła, a ona bała się, że nie da rady z tak silnym przeciwnikiem. Szczęście jej nie zawiodło, krew pełna zemsty poprowadziła do zwycięstwa, choć sama poniosła spore straty. Wiedziała, że w przyszłości jeszcze nieraz będzie musiała postawić na szali swoje życie i bała się, że któregoś dnia nie podoła zadaniu.
– Dawno się tak nie bałam – przyznała. – Od początku coś mi w nim nie grało, ale sądziłam, że chce mnie po cichu wystawić. Sam mówiłeś, że to samotnik i trochę dziwak. Dopiero później wyszło, że zdradził. Nie czułam się dobrze, używając akum do obrony. Jak Noah.
– Jesteś Noah, ale wybrałaś inną stronę niż pozostali. Nie ma w tym nic złego. Broniłaś swojego życia.
– Sięgnąć po wszystkie środki, by przetrwać i wypełnić swój cel… – westchnęła.
– Ale nie zatracić siebie – dodał. – Jack okazał się palantem, którego nie można było już uratować. Popełnił błąd, kiedy zwrócił swe ostrze przeciwko tobie. Jesteś Aniołem Zemsty. Nie wybaczasz zdrady.
– Trochę się tego boję.
– Każdy się boi, ale strach oznacza, że znamy granice swoich możliwości i wiemy, że możemy sięgnąć dalej, będąc nadal sobą.
– Może masz rację…
– Na pewno mam rację – uśmiechnął się. – Nie myśl już o tym martwym buraku. Szkoda twojego czasu.
– To dzisiaj? – zmieniła temat.
– Jutro. Musimy zapolować jeszcze przed zachodem słońca. Sądzę, że odrobina twojej krwi wystarczy, żeby go zwabić.
– Więc dziś się rozejrzymy.

***

Arte: Oto jestem.
Laurie: Nie da się nie zauważyć. Dobiliśmy do 200 komentarzy. Osobą, która napisała dwusetną opinię jest Sandra-chan.
Arte: Z nią to ja powinienem sobie poważnie porozmawiać. Ja zboczony? Z której strony? Nawet z dziewczynami z „Kruka” jestem grzeczny.
Vivian: Może chodziło jej o to twoje gadanie o mnie i Kandzie.
Arte: Tam nie było nic zboczonego przecież. Ja się z tą opinią nie zgadzam. Zresztą Laurie pisze naprawdę różne rzeczy bez mojej obecności i wiedzy.
Laurie: Ty to może lepiej zamilknij. Przede wszystkim bardzo Wam dziękuję za życzenia i słowa otuchy, dziewczyny. Mam nadzieję, że kolejne urodziny także spędzimy razem.
Vivian: Tak w gwoli ścisłości co do egzorcystów, których dawno nie było. Właśnie liczyliśmy tych poza trójcą Kanda-Allen-Lavi, choć ten ostatni miał to szczęście, że świeżo napisany rozdział zdominował wraz z Hikari, a pierwotnie miał być skupiony na Kandzie.
Laurie: Najwyżej Allenowi dostanie się ostatni z planowanych na najbliższy czas rozdziałów o egzorcystach, a najpierw zajmiemy się tymi, którzy się rzadko lub w ogóle nie pojawiają.
Vivian: Wszystkie uwagi zostaną na pewno zapamiętane i rozpatrzone w najbliższej przyszłości. O to się nie martwcie. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

3 thoughts on “Nani mo kowai mono nado nakatta sore wa mamoru monoga nai dake ashita no koto mo iyuunen saki mo ima no boku wa kowai yo

  1. Sandra - chan pisze:

    Dziękuje wam !!! Arte nie gniewaj się na mnie ale Vivian mówi prawdę że ciągle mówisz o niej i Yuu.
    A poza tym nie mów przykrości na Laurie-san bo nigdy nie wiadomo jakie pomysły wpadną jej do głowy z twoim udziałem.
    Też mam nadzieję że kolejne urodziny Anioła Lucyfera odbędą się i tego życzę z całych moich sił jako komentatorki blogów.
    Oraz bardzo się cieszę że następny post będzie z udziałem Allena tak bardzo mi go brakowało +_+ a jak przeczytałam że Arte się gniewa to chciało mi się płakać. Poza tym mam trochę racji w nazwaniu cię zboczonym ponieważ Vivian czasami tak mówiła i jestem tutaj z wami od pierwszych rozdziałów tylko wcześniej niezbyt chciało się mi komęty dawać z tego względu iż komp i net mi się idą się jebać.
    Weny do dalszej części🙂

    • laurie16 pisze:

      Źle nas zrozumiałaś. O Allenie nie będzie najbliższy, ale mam już zapisane, że jeden z serii o egzorcystach ma być o Allenie.
      Vivian: Arte – wyciskacz kobiecych łez.
      Lavi: Jak tak można?
      Arte: Nie patrzcie tak na mnie. Ja nie chciałem.
      No to teraz nasz wampirek ma przekichane. Dzięki za komentarz.

  2. Sandra - chan pisze:

    Przepraszam za błędy ale klawiatura odmawia mi posłuszeństwa w pisaniu😦
    Pozdrawiam całą ekipe🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s