Doushite omoide ni dekinain darou toosugite chikasugite todokanai yo wasureyotte omoeba omou hodo kimi ga ookiku natteku yo

Noc Kupały. Inaczej sobótka, palinocka, noc świętojańska i jeszcze kilka innych określeń. Po prostu Wianki. Noc rozpoczynająca astronomiczne lato ze zwyczajami zaczerpniętymi ze starych, pogańskich religii, a zachowana do dziś w niemal niezmienionej formie. Noc pełna magii, wróżb i drobnych miłostek. Palące się ogniska, wianki puszczane na rzekę, poszukiwanie mitycznego kwiatu paproci.
Zwyczaje przetrwały na wsi, gdzie nadal żyje się w zgodzie z naturą, a człowiek musi pamiętać, że należy się z nią liczyć. W miastach panowały już inne zasady, rewolucja przemysłowa zrobiła swoje, a życie trwa według reguł pieniądza. Każdy musi się z tym liczyć. Stare zwyczaje powoli umierają.
Właśnie tej nocy coś zabija młode dziewczęta, które są u progu dorosłości. Rozdziera niewinne ciała i pławi się w dziewiczej krwi, siejąc strach i spustoszenie. Legenda mówi o chłopcu, który z zawiści zabił ukochaną i stał się żądnym krwi wodnikiem budzącym się tej nocy. Wystarczy chwila nieuwagi w czasie zbierania kwiatów tuż nad rzeką i nieszczęście gotowe.
Prawda wyglądała jednak nieco inaczej. Możliwe, że geneza legendy jest właściwa, lecz to nie wodnik polował na niewinne, nieroztropne dziewczątka. Demon – to była właściwa odpowiedź. Bezwzględna, wyrachowana bestia, która smakuje się w dziewiczej krwi. Nie musi się wysilać, ofiary same wchodzą na jego teren, dalej jest już łatwo. Proste polowanie bez zbędnego wysiłku. Łatwizna.
Postawiona bariera sama informuje o niewinnej krwi. Kolejna zbłąkana ofiara, która nie dożyje Wianków. Zerwane kwiaty porwie wiatr, a rozszarpane, splugawione ciało zabierze rzeka. Ot tak po przestrodze głupim ludziom, którzy i tak niczego się nie nauczą.
Do zachodu słońca zostało już niewiele czasu. Skwar dnia ustąpił chłodnemu wiatrowi, a krople rosy powoli opadały na ziemię. Bezchmurne niebo powoli ciemnieje, niedługo pojawią się gwiazdy i wzejdzie księżyc. W domach niedalekiej wioski lada chwila zgaśnie wszelki ogień tak, aby po Wiankach przynieść w domostwa nowy płomień. Dookoła cisza i spokój, tylko wieczorne owady zaczynały swój koncert niewzruszone losem kolejnej, niczego nieświadomej ofiary.
Klęczała wśród bylin i zrywała kwiaty, układając je na ramieniu. Jej brązowe, rozpuszczone kosmyki poruszały się delikatnie zaczepiane przez wiatr. Nuciła coś pod nosem skupiona tylko na tym, co ma przed sobą. Jej biała koszula trochę się różniła od ubrań dziewcząt z wioski, musiała być przejezdna, ale to nie miało znaczenia. Jej pech, jego szczęście. Zbieranie kwiatów na ostatnią chwilę nie popłaca.
Zbliżył się do niej powoli tak, aby jej nie spłoszyć. Nie lubił uganiać się za ofiarami, a ta pachniała naprawdę apetycznie. Niewinność w pełnej okazałości. To będzie piękna noc Wianków.
Dopiero po chwili wsłuchał się w jej nucenie. To nie była piosenka czy pieśń religijna. Słowa były w dziwnym, obcym języku, którego nie znał, ale w ogóle mu się to nie podobało. Czuł, jakby wbijały się w jego skórę nieprzyjemnymi igiełkami. Nie bardzo to rozumiał. Czyżby czarownica? Nie, ich krew nie pachnie w tak smakowity sposób, tego był pewny. Więc o co chodzi?
Zostały jeszcze dwa kroki i brązowowłosa będzie na wyciągnięcie ręki. Nie widziała go, nadal zachowując ten beztroski spokój. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim.
Odwróciła się, nadal nucąc. Zatrzymał się zaskoczony takim zwrotem akcji, jego dłoń zakończona długimi pazurami zawisła w powietrzu kilkanaście centymetrów od niej. Zielone oczy dziewczyny patrzyły na niego z rozbawionym błyskiem, którego nie potrafił rozgryźć.
– Kogo szukasz? – zapytała beztrosko.
Pierwszy raz w życiu go zatkało. Nie rozumiał tego, co tu się dzieje. Dziewczyna nie powinna go wyczuć, odwracać się i tak spokojnie nadal przed nim kucać. Nie zauważyła, że jest w niebezpieczeństwie? Zwykle w takich sytuacjach zaczynały się krzyki, błagania o litość i próby ucieczki, których tak nie znosił.
Nawet nie odskoczył, gdy spomiędzy kwiatów wyciągnęła sztylet i go drasnęła. Był zbyt zaskoczony i dopiero kilka sekund później zorientował się w sytuacji. To była pułapka. Tylko, że to nie wystarczy, żeby go pokonać. Dziewczyna trochę się pośpieszyła z wnioskiem, że może zwyciężyć. Ten uśmieszek zaraz zniknie z jej twarzy.
Odchyliła się i odturlała zanim jeszcze zdążył zaatakować. W tym momencie coś szybkiego ruszyło na niego i przewróciło na ziemię. Znał tę aurę. Wampir. Z nim było trudniej, bo walka wymagała skupienia.
Vivian uśmiechnęła się pod nosem. Plan zadziałał doskonale, a demon sam do nich przyszedł. Nie musieli się nawet zbyt mocno wysilać. Wystarczyło jedynie dać mu to, czego chciał. Prościzna, choć dla pojedynczego Cienia misja mogła być niebezpieczna. Na pewno wtedy należałoby zastosować inny plan. To było widać po szalonym tempie pojedynku, który trwał teraz pomiędzy nim a Arte. Nawet wprawne oko Vivian miało problem, żeby dostrzec szczegóły. Nie było jednak czasu na podziwianie walki. W każdej chwili przyjaciel mógł znaleźć się w dość nieprzyjemnym położeniu, skoro wszystko rzucił na atak, nie broniąc się ani przez moment.
Rozrzuciła kwiaty, rozpraszając postawioną wcześniej barierę wokół punktów zaklęcia. Wykonała jeszcze jeden, ostatni znak.
– Arte! – zawołała.
Wampir uniósł kciuk do góry i odskoczył od demona. Przekroczył granicę kręgu w tym samym momencie, kiedy Vivian go uaktywniła. Wspólnie skończyli zaklęcie niszczące demona. Dzięki temu zużyli mniej energii i nie byli aż tak zmęczeni, choć Arte dyszał ciężko po pojedynku. Lato nie było dla niego zbyt przychylne. Przez to też potrzebował chwili, gdy już wykonali swoje zadanie.
– Dobrze się czujesz? – zapytała.
– W porządku. Nie martw się o mnie.
– Jesteś obecnie moim jedynym zmartwieniem – odparła. – Demon cię nie zranił?
– Nie. Jestem cały i zdrowy. Świetna robota.
– Twoja również.
Uśmiechnęli się do siebie. Czuli satysfakcję z dobrze wykonanego zadania. Lubili, gdy wszystko się układa i nie muszą wkładać w to tak wiele wysiłku. Miła odmiana po tych kilku misjach, kiedy Vivian odnosiła rany. Co prawda wolała indywidualną pracę, ale dobrze dobrany partner też był mile widziany.
W takich chwilach z nostalgią wspominała misje z Kandą. Wtedy ich nie cierpiała, nie dogadywali się zbyt dobrze, ale w walce byli niezastąpionym duetem. Każde walczyło indywidualnie i to sobie ceniło, ale gdy przychodziło co do czego, osłaniali się wzajemnie i świetnie współpracowali. Nie potrzebowali do tego słów, wystarczyła mowa ciała. W końcu znali swoje style doskonale po tych wielu godzinach treningu, które inni nazywali mordobiciem, a Lavi substytutem seksu. Była ciekawa, czy teraz Kanda też tak dobrze dopasowałby się do niej. Zmieniła trochę styl walki, pamiętała pojedynek w Szkole Ninja, kiedy średnio sobie z nią poradził, ale pewnie po kilku treningach dałby sobie radę. Jeśli chodzi o walkę, to nie miał sobie równych.
Pokręciła gwałtownie głową. Że też nie może wyrzucić go całkiem z głowy. Zawsze myśl o Japończyku musiała się przyplątać w najmniej oczekiwanym momencie.
– Coś cię dręczy? – zapytał Arte, uśmiechając się pod nosem.
– Nic takiego.
– Aha – błysnął zębami. – Mam rozumieć, że pod „nic takiego” kryje się przystojny Japończyk o długich włosach i czarnych oczach znany jako Yuu Kanda?
– Weź się odczep – prychnęła.
Że też Arte zawsze musiał się tego czepić. Nie potrafił sprawy zostawić w spokoju, choć doskonale wiedział, że ją to drażni.
– Mam pomysł. Zostańmy na Wiankach. Przyda nam się odpoczynek.
Vivian trochę się wahała. I tak zgłoszą wykonanie zadania w większej miejscowości, gdzie będzie dostęp do telefonu. Dopiero wtedy dowiedzą się, czy dostaną kolejną misję czy rozkaz powrotu do Berlina. Najchętniej ruszyłaby prosto do domu, była zmęczona długą podróżą, chciała doleczyć rany i schować się przed tym upałem. To jednak nie było takie proste. W tej perspektywie krótkie oderwanie od codzienności nie brzmiało źle. Nawet nie musieli uczestniczyć w samym świętowaniu, mogli obserwować wszystko z pozycji osoby trzeciej. Kolejna taka okazja za rok, a to bardzo dużo czasu. Wiele może się zmienić w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy.
– Niezła myśl – powiedziała w końcu.
Zajrzeli do zajazdu, żeby trochę zmienić stroje. W tym czasie w całej wiosce wygaszono wszystkie paleniska, a ludzie ruszyli na pobliskie wzgórze, gdzie miały się odbyć obchody Nocy Kupały. Niedługo później paliło się kilka stosów przygotowanych na tę okazję. Zarówno Vivian, jak i Arte dostrzegli, że nie jest to jedyne miejsce, gdzie zapłonął ogień. Niedaleko stąd musiała być kolejna wioska, na horyzoncie również pojawiły się łuny, które dostrzec mogły tylko oczy z dużo lepszym niż ludzkim wzrokiem.
Cienie usiadły na skraju całej zabawy. Nie chcieli zwracać na siebie zbytniej uwagi, byli tutaj gośćmi, więc uczestnictwo w Wiankach niekoniecznie było konieczne. Obserwowali cały obrządek, nie zdradzając się z myślami.
Arte chyba dobrze się bawił, bo wciąż się uśmiechał. Nic jednak nie mówił, a Vivian nie pytała zapatrzona w ogień. Trochę mało ją to obchodziło. W takich chwilach przypominała dawną siebie, która nawet nie próbowała asymilować się z otoczeniem. Nie zwracała też uwagi na zwyczaje, obrzędy czy historię. Trochę jak ignorantka. Chodziło jednak o coś innego, skupiała się na swoim zadaniu, celu, na tym, co ma zrobić, pomijając ludzi i świat dookoła. Twierdziła, że to nie było ważne. Mimo to patrzyła na wróżenie z ziół, plecenie wianków i skakanie przez ogniska. Czasami miała za złe światu, że sprawił, że nigdzie nie należy.
Arte widział Wianki już po raz kolejny. Pamiętał te pierwsze, gdy był jeszcze młodym chłopakiem, który niewiele wiedział o świecie. Szlacheckie wychowanie kładło nacisk na dwory i salony. Znał już wtedy Elizabeth, zalecał się do niej, choć byli jeszcze niemal dziećmi. To ona zabrała go do wioski przy dworku jej rodziny, żeby uczestniczyć w tym wydarzeniu razem z wieśniakami. Początkowo wydawało mu się to zbyt głupie, jawiło jako zmarnowany czas, ale zgodził się ze względu na Elizabeth, której bardzo zależało. Sam nie wiedział, kiedy zaczęło go to bawić, a wianek zrobiony przez dziewczynę długo zdobił jego pokój zasuszony i ułożony na honorowym miejscu jako największy skarb.
Od tamtego czasu minęło wiele lat, ale sobótkowe ogniska zawsze wywoływały na jego twarzy uśmiech, choć był wampirem, a ludzie, z którymi dawniej spędzał tę noc, rozsypali się w proch i mało kto już o nich pamięta. To jednak dobre wspomnienia, które chciałby zachować jak najdłużej. Poza tym świadczą o tym, że jego praca jest tego warte, że są rzeczy, które należy i warto chronić. To pocieszające i dające nadzieję w mroku, w którym żyje.
– A ty nie pleciesz wianka? – zapytał.
Vivian wzruszyła ramionami. Euforia z walki już ją opuściła, dziewczyna była osowiała i markotna, więc Arte wyjątkowo jej nie męczył. Ostatnio przeżyła dużo nieprzyjemności. Starała się o tym nie myśleć w podróży i w czasie misji, ale teraz chwila wolnego pozwoliła jej na błąkanie się wśród myśli. Niekoniecznie tych najszczęśliwszych i właściwych. Dał jej więc czas na poukładanie tego w głowie.
W pewnej chwili brązowowłosa wstała i zostawiła go samego. Gwar zabawy trochę ją irytował, a widok tulących się do siebie par drażnił. Za chwilę panny miały rzucać wianki na wodę, a zebrani trochę niżej zalotnicy je wyławiać. To miało przynieść im szczęście w miłości i pozwolić stworzyć związek bez pomocy swatów. Na to pozwalała tylko ta jedna noc.
Tak wyglądało życie normalnych, zwyczajnych ludzi. Więcej w nich małych szczęść niż może się wydawać, wszystko ma swój porządek i kolejność. Nuda, ale też stabilizacja. Czasami jej tego brakowało, bo sama nigdy nie była pewna rozkładu i wypadków kolejnego dnia. Każdy był niespodzianką od życia.
Spacerowała pomiędzy budynkami wioski. Tu było cicho i spokojnie, nie paliło się żadne światło, bo niemal wszyscy bawili się nad rzeką i jeszcze przez jakiś czas nie wrócą. Mogła skorzystać z tego, co oferowała jej noc, by pozbierać myśli.
W końcu zawędrowała nad rzekę. Po odgłosach domyśliła się, że rzucanie wianków już się skończyło i wszyscy wrócili do ognisk. Kilka par pewnie ruszyło na romantyczny spacer, niewielu poszło szukać mitycznego kwiatu paproci, który według legendy zakwitał tylko w tę jedną noc, a znalazcy zapewniał bogactwo i dostatek.
Vivian nie wierzyła w takie rzeczy. Większość wierzeń wyssanych było z palca, żeby tylko jakoś wyjaśnić niezrozumiałe dla człowieka kwestie. Nikt nie dostrzegał tego, co było prawdziwe, bo to nie mieściło się w głowach przeciętnych ludzi. Może dlatego podchodziła do kwestii wiary z takim sceptyzmem. A może po prostu chodziło o misję Anioła Lucyfera.
Mimowolnie zaczęła wyplatać wianek z tego, co miała pod ręką. Jakieś polne kwiaty, zioła, trawy. Nie zwracała na to uwagi, bo wiedziała, jest on tylko i wyłącznie dla rzeki. Nie dotrze tam, gdzie by chciała. Nie dla niej szczęśliwe zakończenie i miłość, którą wybierze sama. W takich chwilach była na siebie zła, bo to już dawno powinno przestać mieć jakiekolwiek znaczenie. Świat wyglądał już inaczej. To, co było, nie wróci, choćby bardzo tego chciała. Po co więc zajmować się sprawami, których już nigdy nie rozwiąże?
Przez chwilę patrzyła na swoje dzieło. Wianek nie był tak idealny jak te, które miejscowe dziewczyny rzucały na wodę, ale też nie rozsypie się za kilka chwil. Nie dla niej taka robota. Była niszczycielką, osobą, która sprząta po innych. Czy jej ręce potrafiły cokolwiek stworzyć? Coś dobrego? Wątpiła w to. Całe życie tylko niszczyła, dłonie miała zachlapane krwią, za sobą spalone mosty i stosy trupów. Lepiej szło jej rozwalanie niż budowanie. Zdążyła się do tego przyzwyczaić, choć czasami chciała być kimś innym. Kimś, kto potrafi stworzyć coś nowego i dobrego. To mogłoby ją napawać dumą. Pogodziła się jednak ze swą rolą. Zresztą świat i tak był zepsuty. Wątpiła, żeby cokolwiek miało go ocalić. Prędzej czy później i tak upadnie.
Puściła wianek na rzekę i obserwowała, jak porywa go prąd. Może zatrzyma się na czymś przypadkiem, może zostanie zatopiony przez jakieś rzeczne zwierzęta, a może popłynie dalej aż do morza. Nigdy się tego nie dowie. Nie zamierzała śledzić jego dalszych losów, to było niepotrzebne.
– W tobie też budzi się czasami dziewczyna – usłyszała.
Odwróciła się gwałtownie. Tuż przy niej zatrzymał się Arte. Nie wyczuła jego obecności. Albo ją ukrył albo była zbyt zamyślona, żeby zwracać na niego uwagę. W pobliżu nie czaiło się żadne zagrożenie, więc nie była aż tak czujna jak zwykle. Poza tym posiadanie towarzysza, który może coś zauważyć zamiast niej, dawało poczucie bezpieczeństwa.
– Długo mnie obserwujesz? – zapytała.
– Wystarczająco.
– Nieładnie tak podglądać – mruknęła, spoglądając w gwiazdy odbijające się w wodzie.
– Długo nie wracałaś, więc chciałem zobaczyć, co robisz.
– Znudziła cię obserwacja mieszkańców?
– Już po wszystkim. Wianki nie trwają całą noc.
– Zdaję sobie z tego sprawę.
– Chciałabyś się z nim zobaczyć?
– Z kim?
– Wiesz, z kim.
– Nie wiem – skłamała.
– Z Kandą.
– Nie zaczynaj znowu – mruknęła.
Nie była zadowolona, że Arte znów czepił się tego tematu. Już drugi raz tego wieczoru. Czasami chciała po prostu zapomnieć, że Japończyk istniał. Tak byłoby łatwiej, bo przecież nigdy się już nie spotkają. Nie ma go w jej życiu, nie wróci. To tylko stare wspomnienie, więc dlaczego wciąż jest aż tak żywe? Czemu nie może się od niego uwolnić?
– Uciekasz przed tym – stwierdził spokojnie. – To niczego nie rozwiąże.
– To przeszłość. Nie ma znaczenia.
– Ale nadal o nim myślisz. Są rzeczy, które ci o nim przypominają, przez które chciałabyś, żeby był obok.
– Ale go nie będzie. Jest daleko. Londyn i Berlin dzieli wiele kilometrów.
– To nie tak daleko. Bliżej niż sądzisz.
– I co z tego? Życie przeszłością niczego nie zmieni.
– Zawsze trzymasz się tej jednej jedynej wymówki. Nie wiesz, co przyniesie przyszłość. Póki oboje żyjecie, macie szansę.
– On jest egzorcystą, ja Cieniem. Mamy obowiązki. Nie czas na romanse.
– Jeśli nie teraz, to kiedy?
– Nie wszystkim pisana jest płomienna miłość i szczęśliwe zakończenie.
– Mówisz jedno, ale myślisz całkiem coś innego.
– Bzdura.
– A ten wianek? Czy to nie jest marzenie dziewczyny, żeby ktoś ją pokochał? Żeby ten jedyny stanął obok niej?
Vivian zmieszała się na kilka chwil. Arte miał rację, właściwie odczytał jej tęsknotę za normalnością. Czasami nienawidziła go za to, mógłby odpuścić, bo wiedział, że nie przepada za tym tematem, ale chyba nie potrafił. Zawsze doprowadzał to do końca. Zresztą Kanda też posiadał tę cechę i chyba dlatego najlepiej umiał postawić ją na nogi po każdym kryzysie.
– To tylko głupi wianek – prychnęła. – Nic nie znaczy.
– Siebie nie oszukasz.
– No tak, na pewno dotrze do Kandy – zaśmiała się drwiąco. – Tylko płynie w inną stronę niż powinien. Skończ już, durny wampirze.
Arte niespodziewanie objął ją ramionami i przytulił się do jej pleców. Nie wiedziała, które z nich bardziej tego potrzebuje, ale nie wyrwała się. Przymknęła oczy, pozwalając ciału się rozluźnić. Dla niej ten wianek był raczej przejawem tęsknoty i rozpaczy, bo wiedziała, że nie dotrze do celu. Niepisane im być razem. Zresztą oboje mogą w każdej chwili zginąć, nie są nieśmiertelni mimo tych wszystkich bajerów, które dostali od życia. To tylko bardziej ich obciąża. Poza tym ona jako Anioł Lucyfera nawet nie liczyła na „długo i szczęśliwie”. Jeśli umrze szybko i bezboleśnie, to będzie szczyt marzeń, choć pewnie czeka ją psia śmierć.
– Żałuję, że nie potrafiłam zaryzykować – szepnęła. – Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, powinnam powiedzieć mu, że nie jest przyjacielem, ale kimś więcej. Jego i tak by to nie zabolało. Najwyżej zaśmiałby mi się w twarz.
– Wszyscy się boimy. Kiedyś jednak nadejdzie dzień, kiedy wszystko się zmieni.
– Nie dawaj mi nadziei. Nie chcę żyć czymś tak kłamliwym. Liczy się teraz, nie za chwilę.
– W porządku, maleńka. Chodź, czas spać.
Kiwnęła głową i spojrzała jeszcze raz na rzekę. Wianek zniknął już z jej pola widzenia, teraz tylko od rzecznych prądów zależy, co się z nim stanie. Ona nie miała na to wpływu. Odwróciła się i wraz z Arte ruszyła w kierunku zajazdu.

One thought on “Doushite omoide ni dekinain darou toosugite chikasugite todokanai yo wasureyotte omoeba omou hodo kimi ga ookiku natteku yo

  1. Sandra - chan pisze:

    To cudowne te wspomnienia o Yuu i Arte pociesza Vivan aż się popłakałam 😂😊😢
    Weny dla Autorki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s